środa, 18 marca 2009

Jak tu cicho o zmierzchu

Powiem zupełnie szczerze, że z tego co się wyprawia na koalicyjnych szczytach, nie rozumiem dokładnie nic. To znaczy, nawet jeśli przez moment wydaje mi się, że coś wiem, to za chwilę okazuje się, że jest zupełnie inaczej i całe moje filozofowanie bierze w łeb. Oczywiście, to że rządy Platformy Obywatelskiej, w połączeniu z PSL-em stworzą jakość zupełnie bezprecedensową, było dla mnie oczywiste od samego początku, niemniej tego, że po roku z małym haczykiem otrzymamy tak niesłychany chaos, nie spodziewałem się i – przyznaję – stoję wobec niego bezradny.
Sytuacji nie poprawia fakt, że media, które i swoim własnym wysiłkiem, jak i głosami różnego rodzaju ekspertów, powinny – wydawałoby się – wszelkie polityczne zawirowania i zawiłości wyjaśniać i przy tym dostarczać odpowiednich prognoz, przez swoje zupełnie bezczelne zaangażowanie w doraźną politykę, same pogrążone są w chaosie niewiele mniejszym niż politycy koalicji. Dziennikarze i ich zwierzchnicy wiedzą, że całym sensem ich działalności jest informowanie, a z drugiej strony zdają sobie sprawę, że dla sukcesu – już i tak dziś bardzo wątpliwego – projektu, który kiedyś tak bardzo wsparli, rzeczą najbardziej zabójczą jest właśnie informacja. Czasem, kiedy obserwuję, jak najbardziej eksponowani pracownicy mediów się męczą, żeby z jednej strony uniknąć ostatecznej zawodowej kompromitacji, a jednocześnie nie topić Donalda Tuska wraz z jego politycznym przedsięwzięciem, myślę sobie, ze gdyby na początku oni wiedzieli, co ich czeka, to może swego czasu poszliby nawet na jakiś układ z PiS-em i Samoobroną.
Parę dni temu, kiedy jeszcze dobrzy ludzie stawali na głowie, próbując namówić Donalda Tuska, żeby przestał się trząść, zdjął ze łba kołdrę i wylazł z łóżka, zobaczyłem w telewizji Sławomira Nowaka. Później posłuchałem jak gada inny Sławek – Nitras. Wczoraj znowu pokazali Sebę Karpiniuka. I oni oczywiście wszyscy starają się zachować zimną krew i robić wrażenie, jakby nic się w ogóle nie stało, ale przecież nikt nie uwierzy w to, że tam rzeczywiście praca wre, ministerstwa aż gotują się z urzędniczej aktywności, a drukarki grzeją się od nadmiaru ustaw i innych niezwykle ważnych rządowych aktów. To jest po prostu niemożliwe. Znamy tych ludzi zbyt dobrze, żeby wiedzieć, że im najzwyczajniej w świecie brakuje nawet ułamka tego zapału i poświęcenia – czy nawet zwykłej chamskiej determinacji – żeby utrzymać odpowiedni poziom zaangażowania, kiedy robi się po prostu ciężko, a przede wszystkim nieciekawie. A przecież nie trzeba być osobą szczególnie przenikliwą, żeby wiedzieć, że rząd – każdy rząd – to przede wszystkim najróżniejsi ludzie. Ludzie, którzy pracują od rana do wieczora w zakresie, jaki im został przydzielony. A to co robią, to nie jest ani polityka, ani polityczne awantury, ani polityczne ambicje. To zwykła praca. I ta praca ma sens, jeśli tą praca kierują ludzie, którym o coś chodzi i którzy wiedzą, co to jest. Jeśli to nie działa, to już nie działa nic.
A oni przecież doskonale już dawno zdali sobie sprawę z tego, że tu naprawdę walka nie toczy się o nic innego, jak tylko o to, żeby ktoś tam coś wygrał, kto inny coś dostał, jeszcze kto inny coś znalazł, a sam Premier, żeby wreszcie został tym prezydentem. Przecież oni muszą to wiedzieć. Ja wiem, że wielu z nich to najbardziej pospolici durnie. Ale nie ma takiej możliwości, żeby nawet oni nie zdawali sobie sprawy z tego, że ten pociąg już odjechał.
Doskonale widać było tę potworna pustkę między ostatnimi już nadziejami, jakie formułują odnośnie tego rządu jego najbardziej obłąkani promotorzy, a rzeczywistym stanem, w jakim się znalazła koalicja i jej pojedynczy uczestnicy, wczoraj w wieczornym programie TVN24. Obecny w studio Waldemar Kuczyński, zupełnie jakby już ostatecznie oszalał, powtarzał wyłącznie dwa zdania. Jedno o tym, że Tusk, popadając w ten ciężki stupor, postępuje jak najbardziej słusznie. A drugie, że ta koalicja jest jedyną nadzieją dla Polski. Proszę zwrócić uwagę. Kuczyński nie tłumaczy, że wszystko jest correct. On nie przedstawia jakichś radosnych wizji przyszłości. On nawet nie mówi, że Platforma jest wielka, a PSL lśni czystością i profesjonalizmem. On już tylko krzyczy: „Ratunku! Kaczyzm u drzwi!” I to jest bardzo interesująca sytuacja. Ona pokazuje dobitnie, że nawet jeśli kiedyś istniały jakieś cele, plany, nadzieje, to obecnie już nie chodzi o nic innego, jak tylko o ratowanie dobytku.
A to jest tylko Kuczyński. Człowiek autentycznie zaangażowany i nawet jeśli wariat, to wariat gotowy na wiele. Ale przyjrzyjmy się tej załodze, której on tak desperacko kibicuje. Spróbujmy tam znaleźć jedną osobę, którą moglibyśmy podejrzewać choć o 1% tego zapału, który demonstruje Kuczyński, czy niektórzy widzowie Szkła Kontaktowego. Nie oszukujmy się. Przecież i Paweł Graś i Grzegorz Schetyna, czy nawet Stefan Niesiołowski, mają naprawdę inne sprawy na głowie, niż podgrzewanie swojej nienawiści Kaczyńskich. Oni mają na oku sprawy o wiele bardziej konkretne, niż zastanawianie się nad sylwetką Przemysława Gosiewskiego, czy analizowanie wąsów marszałka Putry. Zwłaszcza że i jeden i drugi, to ich wieloletni koledzy. Oni doskonale wiedzą, ze to wszystko to jest tylko biznes i że raz jest tak, a raz inaczej. Prawdziwe oddanie sprawie i autentyczna walka skończyły się jesienią 2007 roku. Jeśli dziś, po tamtej stronie ktoś się jeszcze w ogóle czymkolwiek przejmuje, to tych paru zapaleńców, którzy co wieczor dzwonią do TVN-u, albo choćby tu w Salonie wypisują swoje codzienne żale na PiS, strasznych Kaczorów i zdziczałą Polskę.
No i jest jeszcze sam Premier. Pojawił się wczoraj, biedaczek, i wygłosił parę zdań, które mu wcześniej kazali wypowiedzieć zaufani specjaliści od robienia dobrego wrażenia. Patrzyłem na niego i myślałem sobie, jak strasznie już dużo czasu minęło od tej niezapomnianej podróży do Peru. Gdzie te cudowne chwile, gdy pan premier w tej swojej fikuśnej czapeczce uśmiechał się do kamer, a obok stała pani Małgosia i świeciło słońce i było ciepło i wokół kręcili się uprzejmi Peruwiańczycy? Gdzie te czasy, kiedy można było spokojnie pograć z kolegami w piłkę, bez narażania się na impertynencje ze strony zniecierpliwionych i – w gruncie rzeczy - również zdezorientowanych dziennikarzy? Dziś jest zimno, ponuro, a przede wszystkim nieżyczliwie. I, jakby tego było mało, wszyscy coś chcą i chcą tego już dziś. Teraz.
Słucham Premiera, a on tak naprawdę mówi jedno. Że on nic nie może, nic nie chce i żeby mu dać spokój. Żeby go nie dręczyć i żeby dać mu odpocząć. I ja sobie myślę, ze premier Tusk, po16 miesiącach tego nędznego urzędowania, jest na granicy nerwowego załamania. Ja najzwyczajniej w świecie uważam, ze on tego co się wokół niego dzieje, już dłużej nie wytrzyma. I ja nie wiem, co on zrobi. Czy zwariuje, czy tylko oszaleje? Niedawno pisałem, że nie zdziwiłbym się, gdyby ta część Platformy, która jest w stanie jeszcze myśleć w dłuższej perspektywie niż jeden dzień i podejmować jakieś decyzje, już niedługo wymieniła Tuska na Palikota. Palikot to oczywiście człowiek psychicznie – powiedzmy – bardziej zachwiany niż ja, czy Wy. Niemniej tam naprawdę trudno znaleźć kogoś choć minimalnie tak sprawnego intelektualnie i ideowego (w szczególny sposób, to fakt, ale jednak) jak on.
Przyszedł dziś ten Palikot i zaprezentował poszerzoną analizę kulturowego spięcia na poziomie koalicji. Najpierw powtórzył to co mówił parę dni temu: że dla większego dobra, nie można już zrobić absolutnie nic, a później niemal otwartym tekstem wyjaśnił, że Waldemar Pawlak z kolegami to zwykłe wiejskie buce z całym swoim bucowskim bagażem, natomiast on i jego towarzystwo to korporacja o ścianach ze szkła i stali i tak już ma zostać. Dlaczego? Tego już nie powiedział. Ale jego figlarne spojrzenie spod figlarnie zakręconej grzywki nie pozostawiło wiele do ukrycia. To widać było bardzo wyraźnie. Tę pewność, że silni sobie poradzą. I to na pewno nie będą te trzy panie, które właśnie w telewizji coś mówią do nikogo.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.