czwartek, 29 stycznia 2009

To lezie

Po raz kolejny okazało się, że wszystkie oskarżenia pod moim adresem, jakobym był chamem bez serca i bezwzględnym brutalem to czysta bzdura. Nie dość, że nie jestem chamem i brutalem, to na dodatek wszystko wskazuje na to, ze mnie naiwny gołąb i wiejski głupek. Bo cóż to za polityczny gracz i ostry jak brzytwa komentator, który widząc, że drogą idzie banda wyrachowanych chuliganów, zastanawia się, czy oni przypadkiem nie są w gruncie rzeczy miłymi ludźmi, tyle ze coś ich nagle otumaniło.
A ta eksplozja dziecięcej naiwności – nie pierwszy już raz zresztą – zaatakowała mnie ostatnio parę razy pod rząd, przy okazji objęcia władzy nad publicznymi mediami przez niejakiego Farfała. Śmiałem się więc z tego Farfała do rozpuku, że on taki głupi i nie zdaje sobie sprawy, że go wykorzystują jacyś dużo od niego lepsi i sprytniejsi. I że jak już zrobi, co ma zrobić, to wyleci z hukiem i będzie po Farfale. Oczywiście, mogę się usprawiedliwiać, że nie ja jeden się dałem nabrać. Również wielu poważniejszych ode mnie komentatorów sugerowało, że Farfał to pikuś, a na niego już się czają panie i panowie od ministra Schetyny. Fakt pozostaje faktem. Sytuacja w której człowiek okazuje się bardziej tępy od pierwszego lepszego Farfała, jest upokarzający. A wszystko wskazuje na to, że Farfał rozłożył mnie na łopatki.
Na faktyczny rozkład sił we władzach mediów publicznych i rzeczywisty plan, jaki został w tamtych okolicach przygotowany, zwrócił moją uwagę po raz pierwszy w zeszłym tygodniu Rafał A. Ziemkiewicz, w znakomitej analizie w Rzepie, zatytułowanej „Powrót ‘grupy trzymającej władzę’” http://www.rp.pl/artykul/250763.html. W swoim tekście, który zachowuje wszelkie cechy tekstu bardzo sensownego i kompetentnego, Ziemkiewicz, ni mniej ni więcej, tylko wskazuje na fakt, że za całym tym cyrkiem pt. „LPR przejmuje telewizję”, stoi stara komunistyczna gwardia z Kwiatkowskim, Czarzastym i całą tą szajką, która została na pewien czas pogoniona z telewizji po sprawie Rywina, czy może lepiej sprawie Michnika-Rywina.
Tezy Ziemkiewicza potwierdza Luiza Zalewska w być może jeszcze celniejszym i jeszcze bardziej porażającym tekście w weekendowym Dzienniku, pod tytułem „Do Telewizji Polskiej powraca lewica” http://www.dziennik.pl/polityka/article302687/Do_Telewizji_Polskiej_powraca_lewica_.html. Zalewska sugeruje, że cały plan powrotu komuny do mediów publicznych został oparty na pomyśle wykorzystania starej i niezwzuszonej cechy naszych środowisk narodowo-katolickich, czyli z jednej strony próżności, a z drugiej mściwości. Pisze Zalewska, że nawet jeśli LPR i Giertych osobiście rzeczywiście liczą tu na cos konkretnego, to ten konkret sięga zaledwie parę miesięcy w przyszłość, a najważniejszą rzeczą i tak pozostaje doraźne i bardzo słodkie szczypnięcie Kaczyńskiego w tyłek.
Jest mi bardzo głupio, że sam o tym wcześniej nie pomyślałem, bo przecież wielokrotnie w ciągu kilkunastu ostatnich lat miałem okazję obserwować polityków – i mniejszych i tych nieco większych – związanych z szeroko pojętym obozem patriotyczno-narodowo-niepodległościowym. Niejednokrotnie zdarzało mi się patrzeć w kompletnym szoku, jak ludzie z pozoru ideowi – i to czasem bardzo ideowi – w sposób wręcz obsesyjny gotowi są poświęcać sprawy ważne, włącznie ze sprawami najważniejszymi, na ołtarzu doraźnej politycznej gry i jakiejś jeszcze bardziej doraźnej i nędznej satysfakcji. Powiem więcej – ja wielokrotnie nawet u, w Salonie, pisałem, jak ludzie pokroju Wierzejskiego wyprowadzają mnie z równowagi tą swoją dziecięca zawziętością w służbie najzwyklejszej zdrady.
Ciekawe przy tym było zawsze to, że zdrada była w ich działaniach obecna zawsze. Nigdy nie było tak, że ci „patrioci” walczyli wyłącznie o satysfakcję i o te swoje pięć minut w świetle kamer. Jakikolwiek mieli plan, ile razy tylko wyskakiwali z jakąś kolejną, szokująca inicjatywą, pomysł tej inicjatywy był im zawsze podsuwany z zewnątrz. Nigdy nie działo się tak, że Roman Giertych, czy jego ojciec, czy któryś z ważniejszych polityków kręcących się w tamtych okolicach, wykoncypował sobie jakąś strategię, czy to na rzecz objęcia władzy, czy tylko przeprowadzenia pewnych koncepcji politycznych. Zawsze – prędzej czy później – okazywało się, że za każdą pojedynczą myslą czaiły się jakieś egzotyczne sojusze. A oni byli wyłącznie wykonawcami. Więc przy okazji przejęcia władzy w publicznych mediach, miałem to wiedzieć. Miałem też wiedzieć, że te wszystkie plotki, jakoby Giertych dogadał się z Platformą są najzwyczajniej w świecie dmuchane. Cokolwiek by nie mówić o ludziach z LPR-u i ich znajomych, oni – jak już tu wspomniałem – byli zawsze indologicznie mocni. Oni nigdy w życiu nie weszliby w poważniejszy sojusz z masonami z Platformy. Na chwilę może tak, ale nie na dłuższą metę. Przecież to było oczywiste, że za tym musi stać ktoś, kto – nawet jeśli jest wrogiem – to z pewnością wrogiem naszym, własnym, sprawdzonym. Dla patriotów spod znaku Matki Boskiej owiniętej w biało-czerwoną szarfę, solidny ubek z krwią na rękach, będzie zawsze bardziej wiarygodny, od jakiegoś, nie daj Boże, Europejczyka, nie wiadomo z jakimi intencjami.
A więc kiedy poczytałem sobie, co na ten temat piszą Ziemkiewicz, Zalewska, a po nich już reszta komentatorów, pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy, to taka, że najgorsze już naprawdę było. Że wszystko jakoś przeżyjemy, byleby nie trzeba się było użerać z komuną i jej pseudo-narodowymi sojusznikami. I nagle poczułem się, jak w roku 2005, kiedy wydawało mi się, ze ten POPiS to niezły pomysł i że może przynajmniej w obliczu napierającej komuny nie byłoby źle jakoś – cholera – poprzeć tę Platformę w ich próbach odzyskania mediów publicznych. Niech mają, niech sobie tam robią co chcą, bylebyśmy się nie musieli zadręczać widokiem Kwiatkowskiego i jego ludzi, tym razem udekorowanych obecnością kogoś takiego jak Farfał.
No i nie czekałem długo, jak Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Newsweeka, stwierdził, że w obliczu sytuacji, gdzie – jak wszystko na to wskazuje – jest albo komuna, albo jej nie ma, i że nie ma absolutnie możliwości zachowania mediów publicznych bez politycznej kontroli, to niech sobie Platforma ma tę telewizję http://www.newsweek.pl/artykuly/pis-chce-oddac-media-rzadowi,36007,1. I zadeklarował, że PiS jest gotów poprzeć zmianę ustawy tak, by publiczne media nie trafiły w ręce komunistów. Proszę zwrócić uwagę. Kaczyński nie powiedział, że on chce się z Platforma podzielić wpływami. On zapewne wiedział, że teraz to już przede wszystkim niemożliwe, a poza tym kompletnie bez znaczenia. On powiedział Platformie – bierzcie wszystko, my was poprzemy.
Niestety, jak się okazuje, nawet na to jest już za późno. Minione lata doprowadziły już do takich emocji, że nie ma ani z kim rozmawiać, ani też o czym. Pełna mobilizacja – jak się zdaje – panuje wyłącznie w pewnych zakątkach post-komunistycznej lewicy i wśród Młodzieży Zawsze Wszechpolskiej. Politycy Platformy Obywatelskiej już tak się zakręcili w swojej walce o władzę nad światem, że wybierają już nawet samobójstwo, byle nie stracić dobrego samopoczucia. Donald Tusk zareagował natychmiast. Ogłosił, że oni będą się dogadywać z komuną, bo PiS to śmierć i hańba, a „Kaczyński to psuj”. http://www.newsweek.pl/artykuly/tusk--kaczynski-najwiekszym-psujem-w-mediach,36022,1
I oto dziś w Rzeczpospolitej czytam artykuł Igora Janke „PO i PiS u stóp Roberta Kwiatkowskiego”. I teraz już jest mi naprawdę przykro. http://www.rp.pl/artykul/9157,255112_Janke__PO_i_PiS_u_stop_Roberta_Kwiatkowskiego__.html. Wygląda bowiem na to, że nasze nawyki, uprzedzenia, kompleksy zdecydowanie wzięły nad nami górę. Igor Janke najwidoczniej uznał, ze nie stało się nic takiego, co by miało zmusić go do zmiany swojej starej, sprawdzonej metody oceniania wydarzeń politycznych. Jeśli Platforma postąpi głupio, należy wyrazić ubolewanie, że niestety obie strony konfliktu nie potrafią wyjść poza standardy. Jeśli Palikot zachowa się jak ruski buc, należy zwrócić uwagę, że Jacek Kurski znalazł godnego następcę. Jeśli wyjdzie na to, że cała działalność rządu to pasmo porażek, wypada zaznaczyć, że niestety nadzieje po poprzedniej nieudanej kadencji rządu, też zostały zawiedzione. Po raz kolejny okazuje się, że walka o pozostanie tzw. bezstronnym sędzią nie zna reguł. Można walić na oślep, byleby nikt się nie przyczepił, ze kogoś faworyzujemy.
I tak własnie postępuje Igor Janke. Najpierw przekazuje informacje, wcześniej dostarczone przez innych komentatorów i opisane powyżej, a później próbuje zachęcić Platformę i PiS do współpracy. I niestety robi to wyjątkowo nieuczciwie. Nie zwraca się do Platformy z apelem: „Słuchajcie, przestańcie się wygłupiać. Jeśli Kaczyński proponuje współpracę, przyjmijcie tę rękę. Nie bądźcie jak dzieci”. O nie. Tak red. Janke nie zrobi. On nie dopuści do tego, żeby ktoś pomyślał, że on chodzi na pasku PiS-u. Nie dopuści do tego nawet kosztem prawdy. Dlatego napisze, że owszem poseł Gowin – zupełnie fatalnie – odrzucił współpracę z PiS-em na rzecz kolaboracji z komuną, ale też (tym razem już bez żadnych konkretów), że PiS w nie mniejszym stopniu tarza się u stóp SLD, bo musi bronić „mediów publicznych – razem z Kwiatkowskim i Czarzastym”.
Ja rozumiem. Janke ma pretensje do Gowina, a za nim do Platformy, za zdanie Gowina „Pracujemy nad tą ustawą z SLD i PSL. Polityka jest sztuką trudnych kompromisów, jeżeli SLD za swojego konsultanta wzięła Roberta Kwiatkowskiego, to mogę tylko ubolewać". Mi się to również bardzo nie podoba. Ale za co konkretnie – jeśli już mówić o najbardziej świeżych faktach – są pretensje do PiS-u? Jedyny konkret, jaki Janke podaje, to to, jak PiS „dwa lata temu wchodził w alianse z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin”. Ani słowa o najnowszej propozycji Kaczyńskiego. Ani słowa o aroganckiej odmowie Tuska. Na to Janke oczywiście nie pojdzie. Jeszcze ktoś sobie o nim źle pomyśli.
Uważam, że takie zachowanie to wstyd. Oczywiście pamiętam o proporcjach. Jednak mam bardzo przykre wrażenie, że dobrze by było, gdyby prawo do krętactwa zostawić tym, którzy sobie je wywalczyli wieloletnia pracą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz