wtorek, 13 stycznia 2009

Dzień po, czyli Kapitan Sawa na tropie

Wszystko wskazuje na to, że, po raz pierwszy chyba, od czasu jak zacząłem dla pisać dla Salonu, nie nadążam. Autentycznie nie nadążam. Ktoś powie, że się zdarza. Jednak ja mam ciekawiej, bo ja nie umiem nadążyć za Rafałem A. Ziemkiewiczem. Pisałem o Owsiaku, a tu już w kolejce stoi pan Rafał Ziemkiewicz. Szybciutko coś na jego temat napisałem, a on już czeka na mnie z nowym tekstem. Zabieram się do tego dzisiejszego tekstu, a wiem już na 100%, że Ziemkiewicz pisze dwa kolejne teksty. Co najgorsze, oba na swoim ostatnio mocno eksploatowanym poziomie.
Gdyby ktoś mi jednak chciał powiedzieć, żebym się odpieprzył od Ziemkiewicza i znalazł sobie inną obsesje, to przede wszystkim chciałem się pochwalić, że jeszcze wczoraj, kiedy zapoznałem się z jego wybitną refleksją na temat WOŚP, pomyślałem, że słowem się na ten temat nie odezwę, bo nie warto. A dzisiaj rano, w moim dworcowym kiosku kupiłem sobie Rzepę, otwieram ją zziębniętymi rękoma – a tu Semka. Piotr Semka. I też ciekawie. Więc co mam robić? Udawać, że oni mnie nie obchodzą? I zacząć wyłącznie polemizować z Tomaszem Wołkiem i Piotrem Najsztubem? Aż tak nie upadłem.
Więc dziś będzie o nich obu. O moich dwóch – a mówię to bez żadnej ironii – ulubionych dziennikarzach. Wciąż moich dwóch ulubionych dziennikarzach.
Leżą przede mną te dwa artykuły, a właściwie króciutkie komentarze wybitnych polskich dziennikarzy, Rafała A. Ziemkiewicza i Piotra Semki, oba na tematy bieżące i bardzo ważne
http://www.rp.pl/artykul/83298,246748_Rafal_Ziemkiewicz__Mieszane_uczucia.html
http://www.rp.pl/artykul/9157,247383_Piotr_Semka__Esbecka_metoda_domina_.html
a ja się zastanawiam, jak można skomentować coś tak, można by sądzić waznego, a w gruncie rzeczy tak okropnie małego.
Kiedy wczoraj czytałem notkę Ziemkiewicza zatytułowaną Mieszane uczucia, najpierw złapałem się za głowę, później się troszeczkę pośmiałem, a na końcu – jak już wspomniałem – machnąłem ręką. Gdyby Rzepa jeszcze wczoraj trafiła na esbecką współpracę arcybiskupa Sawy, a Piotr Semka jeszcze wczoraj napisał swój komentarz, to ja oczywiście tą ręką bym nie machnął, tylko wziął się za obu własnie wczoraj jeszcze. I o Ziemkiewiczu napisał coś takiego.
Ja sobie wyobrażam, że atmosfera w redakcji Rzeczpospolitej jest następująca. Siedzi sobie Rafał Ziemkiewicz przy biurku i pisze tekst o tym, że Palikot to cham, ale Gęsicka niepotrzebnie go sprowokowała. I w ten sposób Kaczyński kopie sobie grób. Podchodzi do niego Paweł Lisicki i mówi tak: „Słuchaj no, Rafale, czy mógłbyś napisać coś na temat Orkiestry? Na teraz.”
„Jakiej Orkiestry?”
„No wiesz, owsiakowej…”
„A niby po co?”
„No, żeby tam, wiesz… no… coś powiedzieć. Komentarz jakiś…”
„A co ja mam o tym cyrku pisać?”
„No, takie tam, że niby potrzebne i w ogóle…”
„A mogę napisać, że niepotrzebne?”
„Lepiej nie.”
„ A czemu ja? Semka nie może?”
„Powiedział że nie będzie pisał. A poza tym dla niego mam na jutro coś innego.”
„To poproś Wildsteina.”
„Nie wygłupiaj się.”
„Teraz jestem zajęty. Piszę o Palikocie. I o Kaczorze.”
„Ale to tylko chwila, proszę.”
„Czemu znowu ja? Ja nie lubię Orkiestry. To jest ruina.”
„No proszę…”
Ziemkiewicz, zły jak nie wiadomo co, siada do klawiatury i myśli nad tytułem. Myśli, myśli, myśli. Pustka. W końcu stuka: „M i e s z a n e u c z u c i a”. Siedzi i patrzy dalej w literki - Microsoft Word. Za chwilę zaczyna stukać dalej. „Właściwie od zawsze mam mieszane uczucia wobec Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy”. Teraz już idzie łatwiej: „Z jednej strony…”, no i to co trzeba pisać. Że ładnie, efektywnie, że chore dzieci, że sprzęt. A później, oczywiście: „Z drugiej strony…”. I stop. Siedzi Rafał Ziemkiewicz, patrzy w to co napisał dotychczas, zły jak cholera, a tu red. Lisicki zagląda i pyta: „No i jak tam? Masz już?” „Nie”, odpowiada ponuro Ziemkiewicz i stuka: „Nie podoba mi się uczynienie charytatywnej zbiórki propagandowym show na wzór peerelowskiego ‘Banku miast’.” I woła: „Paweł!!!” Przybiega Lisicki i pyta: „Gotowy?” „Chciałem tylko spytać, czy tak może być?” Lisicki czyta, marszy nos, drapie się po głowie i mówi: „No, dobra. Tylko już więcej się nie czepiaj. Napisz coś tak bardziej… wiesz… no, żeby tam nie za bardzo… wiesz.”
Ziemkiewicz znów zaczyna się wpatrywać w ekran swojego laptopa. Pustka. Pustka. Pustka. Wreszcie zaczyna stukać: „Telewizje wpychają sobie ramówki, żądne reklamy firmy […] Najgorsze zaś jest…” Stop. Jeszcze raz: „Najgorsze zaś wydaje mi się traktowanie WOŚP przez rzesze Polaków…” Stop. Wróć. „…przez rzesze prostych Polaków jako swojego rodzaju alibi dla własnej bierności.”
Znów przychodzi Naczelny. Czyta. Czyta. Czyta. Jakiś smutny: „No dobra. Może tylko nie trzeba było tych Polaków tak rugać. W końcu, dają te pieniądze, lubią pomóc. A tu wychodzi, ze ty masz do niech pretensje.”
Ziemkiewicz podnosi się znad biurka, i ponurym wzrokiem rzuca do Lisickiego: „Odpieprz się.”
Wszyscy smutni wychodzą. Kurtyna opada.
Tak bym napisał wczoraj, gdyby mi się chciało i gdybym miał jeszcze dodatkowy powód, żeby się znów brać za moich ulubionych dziennikarzy. No i dzisiaj kupuję z samego rana Rzepę i od razu na pierwszej stronie widzę tekst: „Cerkiew w rękach SB”. Trochę się zdziwiłem, bo dotychczas wiedziałem, że Cerkiew jest w rękach KGB, ale w końcu czemu nie. Jeśli w rękach KGB, to trudno się spodziewać, żeby nie w rękach SB przy okazji. Więc okazuje się, że „spośród dziewięciu biskupów prawosławnych, SB jako tajnych współpracowników zarejestrowała aż pięciu [a arcybiskup Sawa był] jednym z najbardziej gorliwych, noszący pseudonim Jurek”.
Jak mówię, mnie ta informacja o tyle zaskakuje, ze ja sądziłem, że jeśli prawosławny pop, albo biskup, albo prawosławny organista, ewentualnie prawosławna sprzątaczka w lokalnej cerkwi współpracują ze służbami specjalnymi, to raczej bezpośrednio w centrali, a nie z nasza polską, rodzimą i bliską. Przez pewne rodzinne związki, na temat Cerkwi wiem pewnie więcej, niż przeciętny uczestnik Salonu24. Wiem na przykład, jak dojechać do Jabłecznej, z której arcybiskup Sawa kapował na swoich braci w wierze. Wiem też, że do Jabłecznej oczywiście furmanką można było jeździć, ale – jak się nie było Sawą – to autobusem nawet szybciej. Więc Sawa moze kiwać innych, ale nie mnie.
Ale wiem coś jeszcze. To mianowicie, że w tym klasztorze w Jabłecznej jest oczywiście bardzo ładnie, ale – pomijając okolice – atmosfera tam zawsze była, jak na Komendzie Miejskiej Milicji Obywatelskiej w Sosnowcu, czyli obca, zimna i pełna podejrzliwości. Ja tam do dziś boję się wchodzić, bo mam nieustanne obawy, że mnie albo wyrzucą na pysk, albo każą płacić. Wiem też – i to jest pewnie najważniejsze – że ze wszystkich prawosławnych osób, jakie w życiu spotkałem (z wyjątkiem jednej) – wszyscy równo uwielbiali komunę i nienawidzili Solidarności. Podejrzewam, że podczas tych pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich w Polsce, w roku 1990, wszystkie nędzne głosy, jakie otrzymał Cimoszewicz, pochodziły albo od komuchów, albo od tzw. społeczności prawosławnej.
I dziś otwieram Rzeczpospolitą i czytam, jak Piotr Semka ubolewa nad tym, że Cerkiew Prawosławna w Polsce była taka biedna, samotna i zdana tylko na swoje siły. I że jak to by było źle, gdyby „wspólnota polskich prawosławnych odebrała nasz tekst jako atak na prawosławie”. Przez cały okres PRL-u, polscy prawosławni, w swojej ogromnej większości, mieli niepodległą Polskę głęboko w nosie, a ich duchowni, jeśli się nią interesowali, to tylko pod kątem tego, co z tego będą mieli. Kiedy już ta Polska przyszła, to uczepili się tego Cimoszewicza, jak ostatniej deski ratunku i nagle dziś chcą, żebym ja się dziwił, że oni współpracowali. A kiedy już się podziwię, to żebym im zaczął współczuć, a potem ewentualnie przeprosił. Mowy nie ma.
Na razie, wokół prawosławnych postanowił się zakręcić Piotr Semka. I podejrzewam, że zrobił to z takim samych serdecznym zaangażowaniem, jak Ziemkiewicz w sprawie Owsiaka. Już pierwsze zdanie jego tekstu wskazuje na to, ze proces pisania komentarza, u obu panów wyglądał podobnie. Przyszedł Lisicki do Semki, kazał mu pisać, Semka siedział, siedział, siedział, aż w końcu wydusił z siebie to pierwsze – absolutnie genialne pod każdym względem – zdanie: "’Rzeczpospolita’ nie ucieka od tematu inwigilacji Kościołów przez komunistyczne służby specjalne”. Mój Boże! Oto kwestia wystukana przez jednego z najwybitniejszych polskich dziennikarzy. A dalej podobnie, i wcale nie jest tak, ze zdanie „To nietrafny zarzut”, jest tu akurat stylistycznie najbardziej krępujące.
Mam zatem propozycję dla naczelnego Rzeczpospolitej. Czy do specjalnych zadań nie mógłby Pan kierować dziennikarzy o mniejszym kalibrze, niż Semka i Ziemkiewicz. Przecież tego typu robotę może wykonywać byle kto. Zatrudnijcie tak dorywczo paru blogerów z Salonu. Oni z pewnością potrafią pisać tak jak Ziemkiewicz i Semka wczoraj i dziś. Tymczasem obaj panowie będą mogli się zająć poważnymi sprawami. A jest ich trochę. Zwłaszcza że rządowi dziennikarze ostatnio się tak rozbestwili, że naprawdę wypadałoby im trochę postukać w czoła.
Jeśli ktoś myśli, że ja się próbuję wkręcić do tej roboty, to od razu zapewniam, że nie. Choćbyście mnie tam zrobili królem, to takich tekstów jak wyżej wskazane nie firmowałbym. Nawe gdybyście mi następnie zagrozili gilotyną. Ale, jak mówię, tu w Salonie na pewno znajdzie się kilku chętnych. Wystarczy tylko, żeby im jasno powiedzieć o co chodzi i przypomnieć, żeby na zakończenie komentarza nie podpisywali się i nie pisali: „Pozdrawiam”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz