sobota, 3 stycznia 2009

Maj nejms Sikorski

Wygląda na to, że tematy – jak transport miejski za komuny – chodzą stadami. To już trzeci wpis na temat czegoś, co nazywam kompleksem Europy. Dziś jednak dałem się sprowokować bezpośrednio przez kogoś, kto jest mi jak szef, jak kierownik, jak dyrektor, a mianowicie przez Igora Jankę. Napisał pan Igor dla Rzepy artykuł, zatytułowany "Między Oksfordem a watahą" http://www.rp.pl/artykul/61991,242802_Miedzy_Oksfordem__a_wataha__.html.
Tytuł zgrabny, temat jeszcze zgrabniejszy – rzecz mianowicie o ministrze Radku Sikorskim. Dlaczego uważam, że minister Sikorski stanowi nośny temat? Najprościej byłoby powiedzieć, że dlatego, bo tak jest. Ale ktoś może spytać, dlaczego tak jest, więc odpowiem. Jest tak dlatego, bo w tej naszej politycznej nędzy, Sikorski błyszczy jak ruski sputnik. Polską rządzi w tej chwili grupa amatorskich piłkarzy i kilku jeszcze większych amatorów, tyle że specjalizujących się głównie w podawaniu piłki zza boiska. Co bardzo ciekawe – i jednocześnie niezwykle śmieszne – akurat oni własnie postanowili uczynić z tak zwanego stylu, elegancji, europejskości, znajomości języków, coś w rodzaju religii. Pisałem o tym w tekście poprzednim i jeszcze wcześniejszym. Nie będę się więc powtarzał.
Jednak zanim przejdę do rzeczy, muszę zwrócić uwagę na pewien bardzo ważny szczegół. Wraz z publicznym sukcesem odniesionym przez tych zakompleksionych piłkarzy, pojawili się tak zwani styliści, eksperci od elegancji i publicyści, dla których jedynym tematem jest własnie roztrząsanie tego, jaki kto nosi garnitur, jaki kapelusz, jaką suknię i czy jedno pasuje do drugiego. Oni wszyscy mają jedno zadanie: z jednej strony rozpropagować kompletną ludzką pustkę, jako coś co podobno ma faktyczną wartość, a z drugiej strony dokonać publicznego uwiarygodnienia głównych reprezentantów tej pustki.
Oczywiście wszyscy, z wyjątkiem tego buractwa, które dało się wciągnąć w tę grę pozorów, doskonale zdają sobie sprawę, że te wszystkie garnitury, te języki, te gładkie zdania, te uśmiechy, to wszystko bzdura, szczególnie przy tak tandetnym wykonaniu, jednak plan został przedstawiony, zaakceptowany i, choćby nie wiadomo co, musi już być konsekwentnie realizowany. Na tle tego nieszczęścia, należy przyznać, Radek Sikorski wypada stosunkowo nienajgorzej. Po angielsku mówi tak sobie. Wprawdzie dla każdego w miarę zdolnego maturzysty jest rzeczą niezrozumiałą, jak, będąc absolwentem Oksfordu, można mieć tak fatalną angielską wymowę, ale fakt pozostaje faktem – Sikorski językiem angielskim posługuje się lepiej niż niejaki Borat, a już na pewno lepiej niż Donald Tusk, czy Sławomir Nowak. A to już w tym towarzystwie się liczy bardzo. Na tyle bardzo, że w ich pojęciu, Sikorski mówi po angielsku „świetnie”.
Sikorski, oprócz znajomości jednego języka obcego na poziomie upper-intermediate, chodzi lepiej ubrany od któregokolwiek przedstawiciela owego eleganckiego salonu. Wprawdzie gdyby go postawić na londyńskiej ulicy, zginąłby w tłumie, ale ma przynajmniej tyle – nie wyróżniałby się. Nowak, czy Schetyna, czy Marcinkiewicz naturalnie robiliby wrażenie turystów. I to turystów właśnie z Europy Wschodniej. Sikorski wygląda, jak przeciętny Anglik. Kupił sobie swego czasu ten jeden jedyny płaszcz, w którym lansuje się przed telewizyjnymi kamerami, tę jedną czy dwie angielskie marynarki, parę swetrów pod te marynarki, parę koszul i proszę! Oto mamy polską odpowiedź na Oxford.
Jest jednak jeszcze coś, co Sikorski ma, a wielu jego aspirujących kolegów nie ma – żonę o nazwisku Applebaum i pieniądze. Pieniądze wprawdzie ma i Palikot i Schetyna i Drzewiecki, nie mówiąc już o Rostkowskim, czy o kilku innych przyczajonych piłkarzy ze stajni Donalda Tuska, ale w tym towarzystwie – jak wiemy – pieniędzmi się nie gardzi nigdy. Więc państwo Sikorscy pozycję mają.
Czy jednak jest jeszcze coś, co Sikorski ma? O tym w swoim artykule pisze Igor Janke. I niestety, już zaczynając od samego tytułu, wpada w bardzo trywialna pułapkę. Otóż panu Igorowi zdaje się, ze istnieje jakikolwiek dysonans między Oksfordem a tą symboliczna już „watahą”. Otóż przypadek ministra Sikorskiego świadczy o tym, że wcale nie koniecznie. I ja bym się raczej trzymał tej prawdy. Jeśli Radek Sikorski faktycznie – jak twierdzi – skończył Oksford, to on właśnie jest najlepszym dowodem na to, że ten fakt nobilituje człowieka, przynajmniej w pewnym stopniu, jedynie pod względem odpowiedniego wdzianka, bo – co już wspominałem – nawet nie umiejętności posługiwania się językiem angielskim na poziomie zaawansowanym. To byłby własnie ten 'Oksford'. O 'watahach' wspominałem niejednokrotnie tu w Salonie, więc nie bedę się dublował.
Więc, jak mówię, sam już tytuł tekstu Janke jest niezbyt fortunny, natomiast cała reszta artykułu, to już wyłącznie szarpanie się z rzeczywistością, która ani na moment nie chce ustąpić. Komplementując Sikorskiego, Janke przede wszystkim wspomina o tym, że jest on – według odpowiednich badań – najbardziej popularnym politykiem rządu Tuska, że „prestiżowy The Economist napisał, że Sikorski jest kandydatem na szefa NATO, że jest Sikorski politykiem bardzo ambitnym, że umie się zakręcić i że cały czas się uczy.
Oczywiście, gdybym się mieli skupiać na samych zaletach Sikorskiego, wymienianych to tu to tam przez red. Janke, to napisałbym jeszcze jeden akapit, w którym bym zwrócił uwagę na to, że bycie popularnym w takim rządzie, to naprawdę żaden wyczyn (zwłaszcza że jak twierdzą źródła dobrze poinformowane, salonowy lud akurat częściej wybiera Palikota), że wskazywać kandydatów na szefa NATO - nawet jak się pracuje w redakcji Economista - można dokładnie z takim samym skutkiem, jak wskazywać następnego noblistę w dziedzinie literatury, że Lepper ambitny też jest, a biorąc pod uwagę drogę, jaką przeszli jeden i drugi, to akurat Lepper odniósł znacznie większy sukces, a uczy się każdy – nawet ja. Napisałbym ten akapit, podsumował wszystko ładną puenta i tyle.
Ale problem w tym, że każdy w miarę uważny obserwator, włącznie z piszącym swoje refleksje Igorem Janke, widzi, że Sikorski to najzwyklejszy buc z prowincji, który – jak naprawdę wielu innych w swoim czasie – wykonał parę skutecznych ruchów i mu się jakoś powiodło. Sam Janke pisze, że z wszystkich przepytywanych na okoliczność fenomenu Sikorskiego osób, tylko rzecznik ministra Paszkowski, upiera się, żeby Sikorskiego chwalić. Cała reszta, w mniej lub bardziej oględny sposób, twierdzi, że Sikorski jest po prostu do niczego. Że jest niesympatyczny, fałszywy, złośliwy, nieskuteczny, pusty, głupio w sobie zakochany, po prostu byle jaki. Jak już podliczyć w artykule Igora Janke wszystkie wady i zalety Sikorskiego, to po stronie zalet znajdziemy jedynie to że ma tę swoją żonę i się uczy, się uczy, się uczy.
Niestety, przez te nieszczęsne, nasze post-komunistyczne kompleksy, wciąż nie umiemy popatrzeć na coś tak oczywistego i tak oczywiście nijakiego, jak Radek Sikorski, czystym spojrzeniem i powiedzieć sobie, ze naprawdę pod tą angielska marynarką i tymi butami nie ma dokładnie nic więcej niż pod marynarką i butami – ja wiem? – Waldemara Pawlaka, Marka Goliszewskiego, czy Aleksandra Kwaśniewskiego. Bo Radosław Sikorski jest dokładnie takim samym jak oni prowincjonalnym karierowiczem, z tą różnica, że oni osiągnęli ciut więcej, nawet jeśli to ciut więcej oznaczać miałoby to, że mają więcej szczerych przyjaciół.
Uważam, że jeśli idzie akurat o Radka Sikorskiego, to poza jedną rzeczą, absolutnie nie ma o czym mówić. Jeśli idzie o niego, interesujący jest tylko ten fenomen. Jak łatwo można było temu niemal czterdziestomilionowemu narodowi pokazać faceta przebranego za Anglika, udającego Anglika, naśladującego nieudolnie angielską mowę i angielskie maniery, faceta, według wszelkich relacji, będącego nikim innym jak tylko pełnym kompleksów narcyzem i spowodować, żeby aż tak wielu z nas uznało, że faktycznie wyszło słońce. Podczas gdy to tylko ktoś zapalił peta.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.