sobota, 13 grudnia 2008

O drobnych mistrzach i dużych kłamcach

Jak już wspominałem w moim poprzednim wpisie, młody Toyah zdaje w tym roku maturę. W związku z tym, podobnie jak wszyscy jego kształcący się rówieśnicy, musiał pisać tak zwana maturę próbną. Dziś, tak się jakoś zgadało, że zaczęliśmy rozmawiać o maturze próbnej z języka polskiego i dowiedziałem się, ze w ramach tzw. czytania ze zrozumieniem, młodzież miała przeczytać, zrozumieć i odpowiedzieć na pytania związane z tekstem - jak wszyscy wiemy - „największego współcześnie żyjącego polskiego filozofa", mistrza Leszka Kołakowskiego. Tekst nosi tytuł „O kłamstwie" i stanowi część czegoś, co się nazywa „Mini-wykłady o maxi-sprawach", autorstwa Mistrza http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/matury_050501/polski-z.pdf.
Ponieważ moje poprzednie teksty, które pozwoliłem sobie zamieszczać tu w Salonie, a które dotyczyły spraw bardzo ogólnych i problemów bardziej aksjologicznych, niż codziennych rozróbek, w jakiś sposób nie wywołały większego odzewu, pomyślałem sobie, że jednak trzeba trochę spuścić z tonu i zająć się bardziej dniem powszednim. Ponieważ jednak te dwa porządki, ziemski i duchowy, wciąż się przeplatają, wyszło na to, że nie da się całkiem odejść od filozofowania, pomyślałem, że pofilozofuję na tematy bieżące. Tak by i wilk był syty i owca cała.
Zatrzymajmy się jednak na początek przy Kołakowskim. Przeczytałem ten jego ‘mini-wykład' i oniemiałem. Kołakowski pisze o kłamstwie stek tak nieprawdopodobnie trywialnych oczywistości, że trudno uwierzyć, że czytamy tekst - jak już tu wspomniałem - największego żyjącego polskiego filozofa, a nie po prostu bardzo zdolnego i elokwentnego ucznia liceum ogólnokształcącego. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że to, co tegoroczni maturzyści otrzymali do analizy, to tylko fragmenty refleksji Kołakowskiego, ale i tak uderzające jest, że w całym tym tekście nie ma jednego zdania, które warto by było zapamiętać, jako - nawet nie koniecznie odkrywcze - ale po prostu ciekawe.
Również pragnę tu zastrzec, że ja doskonale rozumiem, że czasem rzeczy najprostsze i najbardziej oczywiste potrafią zaskakiwać, jeśli tylko ktoś nam zwróci na nie uwagę w sposób interesujący i inteligentny. Kołakowski jednak nie tworzy żadnych odkryć, a nawet nie udaje, że to co on pisze, to jest wynik jakichś jego ekstra-przemyśleń. On po prostu przedstawia nam powszechnie znaną opinię na temat tego, czym jest kłamstwo i sugeruje - również powszechnie znaną - etyczną ocenę owego kłamstwa. A wszystko to, jak mówię, jeśli idzie o poziom odkrywczości tych refleksji, zatrzymuje się na poziomie drugiej klasy dobrego liceum ogólnokształcącego. Nawet nie koniecznie w Warszawie.
Może ktoś też powiedzieć, że te mini-wykłady Kołakowskiego nie są kierowane do jego kolegów filozofów, ani nawet do przeciętnie ambitnych studentów filozofii, ale właśnie do młodzieży, do maturzystów i do zwykłych ludzi, którzy, zajęci pracą i zakupami, nie maja czasu na szersze refleksje, a przyswajają jedynie słowa proste i jednoznaczne. I ja oczywiście ten argument też gotów byłbym przyjąć, gdyby nie fakt, że tekst Kołakowskiego, który dostali maturzyści, jest do tego stopnia intelektualnie oczywisty, ze nawet zupełnie przeciętny maturzysta, czytając go, musi zakrzyknąć: „Ależ cóż w tym takiego mądrego? Przecież to wie każde dziecko!" A to już, w przypadku kogoś o reputacji Kołakowskiego, powinno stanowić problem.
Pisze Kołakowski, że były w historii opinie, że kłamać nie wolno nigdy, ale że ten pogląd się nie utrzymuje, bo przecież w sytuacji, kiedy chodzi o ludzkie życie, na przykład, kłamać nawet trzeba. Że są dwa rodzaje kłamstwa - kłamstwo bezpośrednie i kłamstwo przez zatajenie. Że usprawiedliwianie kłamstwa wyższym interesem jest niebezpieczne, bo często źle ten interes rozumiemy. I w końcu, że nawet jeśli uznamy, że niekiedy kłamstwo jest jedynym wyjściem, to nie należy zapominać, że kłamstwo jest złem. I że powinniśmy jednak zawsze starać się mówić prawdę. I oto mamy wielkiego filozofa Kołakowskiego, który po wszystkich tych tysiącleciach, które minęły, od kiedy Pan dał Mojżeszowi tablicę z napisem „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu", informuje nas, że są dwa rodzaje kłamstwa: kłamstwo bezpośrednie i kłamstwo przez zatajenie.
To przecież nawet nie trzeba czytać Katechizmu Kościoła Katolickiego, ani nawet książeczki do nabożeństwa dla małych dzieci, żeby na ten temat wiedzieć coś więcej.
Tak się tu mądrzę i ktoś mi zaraz powie, ze, skoro jestem taki przebiegły, to może bym sam coś mądrego na ten temat powiedział. Od razu jednak muszę odmówić. Dzisiejszy tekst nie tyle jest o kłamstwie, co o Kołakowskim i o niedzielnych filozofach. Poza tym, kiedy wczoraj pisałem moje refleksje na temat świętości życia, to - przy całej mojej skromności - muszę powiedzieć, że, mimo że jestem tylko prostym magistrem filologii angielskiej, potrafiłem powiedzieć coś więcej niż to, ze piąte przykazanie jest jak najbardziej słuszne. Tym samym pokazałem, że, skoro już postanawiam zawracać głowę ludziom swoimi przemyśleniami, to robię to najbardziej uczciwie, jak potrafię.
Ale, owszem. Proszę bardzo. Mogę profesorowi Kołakowskiemu przedstawić temat do przemyśleń. Wczoraj premier Tusk i prezydent Kaczyński mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Było tak, że politycy siedzieli sobie przy stole, na publiczności siedzieli dziennikarze, telewizja transmitowała konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytanie, Sikorski rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.
Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i tego typu zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają.
Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było co oni mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas słychać było niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. JAKIŻ TO STRASZNY WSTYD!!! Tusk się zamknął, Sikorski podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak - pozbawiony opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców - kompletnie nie wiedział, co ma z sobą zrobić.
I oto nagle, po jakimś czasie, Radosław Sikorski, podczas wystąpienia Prezydenta, ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać na ucho. Tusk się roześmiał... A ja się zacząłem zastanawiać. Sikorski na sto procent wiedział, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on, a nawet premier Tusk, po prostu nie mogli się opanować i musieli gadać. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy - ten chłopak od Ożogowskiej, który cierpiał na ‘goniosłowomatyzm', to żart i fikcja. Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Ale własnie się na to zdecydował.
I teraz własnie mam pytanie do profesora Leszka Kołakowskiego. Co Pan o tym sądzi? Proszę mi powiedzieć, jak się nazywa to, co zrobił wczoraj minister Sikorski? Czy to jest zwykłe chamstwo, czy to jest dziecięca beztroska, czy to może jest zwykły, polityczny plan? A może - proszę się zastanowić - to jest po prostu kłamstwo? Zwykłe, autentyczne kłamstwo?
Dla mnie to jest kłamstwo, a Pan - jako człowiek wybitny i właściwie mistrz dla wielu - może będzie taki przytomny, żeby to kłamstwo jakoś opisać. Czy to jest kłamstwo bezpośrednie, czy kłamstwo przez przemilczenie? Czy to kłamstwo konieczne, czy kłamstwo zbędne? A może to nie jest kłamstwo? Może Pańska wielkość ma tu jakieś inne propozycje? Ale z pewnością, powinien Pan umieć z siebie wydobyc jakąś, choć jedną, myśl w tym temacie. Bo - przy wszystkich moich wątpliwościach - nie mogę uwierzyć, że taka jedna, prosta, codzienna przygoda, nie jest w Panu w stanie poruszyć ani jednej struny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz