niedziela, 23 marca 2008

Państwo na lewo, tamci państwo na prawo!

Robert Krasowski napisał długi artykuł i tym samym w przeddzień dnia Wielkiej Nocy zrobił swojemu Dziennikowi ładny prezent, bo nagle Dziennik stał się ważny.
Sam artykuł - jako analiza polityczna - jest oczywiście byle jaki i nie może być inny. Przede wszystkim ponieważ jest z gruntu fałszywy: Robert Krasowski nie jest żadnym konserwatystą, więc nie powinien występować w imieniu polskiej prawicy. Po drugie cały kontekst, w którym artykuł się ukazał wskazuje, że red. Krasowskiemu wcale nie chodzi o próbę opisu polskiego konserwatyzmu, lecz o rozepchanie się na rynku prasowym w stosunku do Rzeczpospolitej, z którą Dziennikowi ostatnio marnie się konkuruje.
Dlaczego twierdzę, że Robert Krasowski nie jest konserwatystą? Otóż nasze poglądy i postawy mamy okazję demonstrować na co dzień. Jeśli idzie o redagowany przez Krasowskiego Dziennik, być może zaraz na samym początku, gdy wchodził na rynek i potrzebował się jakoś skonstranstować z Gazetą, ktoś naiwny, albo spragniony świeżego oddechu, mógł sądzić, że dzieje się coś szczególnego. Przez cały dalszy okres aż do dnia dzisiejszego jedyne co redakcja Dziennika proponuje to tzw. Bruksela z przyciętą końcówką lewej części lewego skrzydła. Każdy kto czytał, albo może i jeszcze czyta Dziennik, doskonale wie, o czym mówię. Jedyny konserwatyzm, jaki jest obecny w gazecie red. Krasowskiego to ten jeden samotny felietonik Macieja Rybińskiego. A to, że Robert Krasowski nie jest jak Adam Michnik nie powinno red. Krasowskiego zbytnio ekscytować. Wszysczy są inni niż Adam Michnik, może z wyjątkiem Cohn-Bendita (Urlike Meinhoff już chyba nie żyje, prawda?)
Nieszczęście polskiej sceny politycznej, a tym samym ogólnej świadomości społecznej polega na tym, że w roku 1989 niezidentyfikowana grupa - przyznaję ze wstydem, że do dziś nie umiem ustalić jej prawdziwego kształtu, wszystkie osoby, jakie przychodzą mi do głowy, po pewnym czasie okazują się tylko wykonawcami - postanowiła skoncesjonować tę właśnie scenę. Aktu tego dokonano między innymi przez stworzenie tzw. pojęcia autorytetu. O ile wcześniej ludzie mieli autorytety, ale był to albo ksiądz, albo lekarz, albo nauczyciel, albo dziadek, lub mama, to po roku 1989 autorytetem stał się pan pisarz, pan aktor, pan profesor, albo pan działacz. I od tego czasu wszelkie decyzje dotyczące spraw ważnych, a podejmowane przez tę niezidentyfikowaną do dziś grupę, komunikowały nam autorytety.
W ten oto sposób już w pierwszych miesiącach nowej Polski okazało się, że lewica i centrum są jakie są, natomiast prawica dzieli się na zoologiczną i cywilizowaną. Przepływ między tymi dwiema prawicami był bardzo intensywny, ktoś wypadał z jednej, wpadał do drugiej, albo wylatywał z obu, a o wszystkim informowały autorytety.
Autorytetem zresztą też się tylko bywało. Jak mecenas Olszewski autorytetem być przestał, to zaczął nim być Lech Wałęsa. Albo taki prof. Wiesław Chrzanowski - konserwatysta prawdziwy i autentyczny człowiek prawicy. Czy ktokolowiek jeszcze pamięta artykuł z Gazety wówczas Wyborczej jeszcze, że obecność prof. Chrzanowskiego w ministerialnym fotelu to hańba, bo nigdzie w Europe faszysta nie pełni tak wysokiej funkcji? Obecnie wprawdzie prof. Chrzanowskiego się nie obraża (może dlatego, że nie występuje w telewizjach), ale w odróżnieniu od Władysława Bartoszewskiego dobrą okazją do bycia na stare lata autorytetem się nie zainteresował.
Bycie prawicą było powszechnie określane jako wstyd (słowo "obciach" pojawiło się znacznie później), więc jeśli ktoś koniecznie potrzebował identyfikować się jako konserwatysta i nie być przy tym towarzysko opluwany, musiał otrzymać swego rodzaju zaświadczenie, że jego prawicowość nie jest zoologiczna. Pewnie to gdzieś w tamtym czasie Robert Krasowski dostał swoją koncesję. Podobnie jak Tomasz Wołek i paru jeszcze innych.
Pisze red. Krasowski: "Dalej w prawo już niczego sensownego nie ma", a ja chciałbym panu redaktorowi przypomnieć, że "dalej w prawo" nigdy niczego sensownego nie było. "Dalej w prawo" to można było się tylko najeść wstydu wśród znajomych, którzy orientowali się, co w trawie piszczy. Jeśli więc teraz red. Krasowski prezentuje swoje pokrętne banialuki, to chyba liczyć może tylko na dwudziestoparoletnich studentów socjologii, którzy bardzo chcą być konserwatywni, ale pod warunkiem, że nie trzeba chodzić do kościoła i tak w ogóle to nie przesadzać z "tą tożsamością, czy jak się to coś nazywa". Może im się spodoba i będą dalej codziennie wydawać te 1,50 na Dziennik, zamiast 3 na Rzepę.
I to jest też jedyny sukces, na jaki red. Krasowski może liczyć. Doświadczenie bowiem uczy, że przez te prawie dwadzieścia lat wolnej Polski przetrwali tylko ci, dla których ta wyśmiewana jako fantom przez pana redaktora tożsamość była czymś za co warto się było narażać na kpiny i śmiech.
Na koniec już, a propos tych, którzy przetrwali, nie wiem skąd Krasowskiemu przyszło do głowy, że pod koniec lat 80. Aleksander Hall był guru polskiej prawicy. Ale niech mu będzie; jak chce, niech pan Olek będzie jako ten guru nawet i poczciwy i sympatyczny. Faktem jest, że po tych wszystkich latach, jedyne co zostało z Aleksandra Halla jest być może (jeśli jeszcze go drukują) jego felieton w konserwatywnym okienku Gazety i żona minister.
Minister zresztą marny, jak nie wiem co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz