piątek, 18 września 2020

Ziemkiewicz podobno zwariował

 

      Miałem już gotowy na dziś tekst, w którym pragnąłem ponownie zachęcić do kupowania mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, gdy niebo się odsłoniło, wyszło słońce i  dowiedziałem się, że Rafał A. Ziemkiewicz przenosi się z TVP do innych mediów, szczęśliwie takich, z którymi, jak rozumiem, od dłuższego czasu nie utrzymuję kontaktu. Ponieważ zakomunikował to sam Ziemkiewicz i zrobił to w sposób, który go charakteryzuje od lat i sprawia, że przez cały ten czas mam na niego ciężką alergię, postanowiłem dwa kolejne dni poświęcić właśnie jemu. A zatem dziś wspomnienie jeszcze z roku 2008. Popatrzmy najpierw na tekst, jaki ów dziwny człowiek opublikował w „Rzeczpospolitej”:

      „Po Marku Jurku, Pawle Zalewskim, Kazimierzu Ujazdowskim i Ludwiku Dornie, żeby wymienić tylko tych czterech, przyszła kryska na Przemysława Gosiewskiego. Wtajemniczeni twierdzą, że jego deklaracje, iż sam chce złożyć funkcję szefa Klubu Parlamentarnego PiS, to tylko ratowanie twarzy – bo o dymisji przesądził już wcześniej Jarosław Kaczyński.

      Komentatorzy prześcigają się w spekulacjach, dlaczego „Gosiu” znany z posłuszeństwa i braku własnego zdania nagle stracił zaufanie prezesa. Jedni twierdzą, że to wskutek hipokryzji, na jakiej dał się przyłapać podczas wojny alimentowej, gdy publicznie wytykał Dornowi to, z czym sam nie jest w porządku. Inni, że nagrabił sobie, udzielając filipińskiego wywiadu Radiu Maryja. Ci uważający się za najlepiej zorientowanych wzruszają ramionami, że takie drobiazgi Jarosława Kaczyńskiego nie interesują, że prawdziwą przewiną Gosiewskiego było budowanie sobie w partii nieformalnej struktury – a Kaczyński na wszystko, co choćby odrobinę pachnie mu robotą rozłamową, reaguje alergicznie.

      Ja mam swoją teorię. Uważam, że Gosiewski jest po prostu politykiem jak na obecną fazę rozwojową PiS zbyt charyzmatycznym, zbyt samodzielnym i zbyt kompetentnym, obdarzonym nadmierną elokwencją. Nie dlatego, żeby Gosiewskiemu wszystkich tych przymiotów nagle przybyło, ale dlatego, że poziom tolerancji na nie u Kaczyńskiego stale się obniża, a co za tym idzie – obniżeniu ulega poziom, powyżej którego członek PiS musi pakować walizki. W trudnych chwilach, gdy z jednej strony kompromitujące lanie od FIFA, z drugiej nadciągający kryzys, z trzeciej własna decyzyjna niemoc, dymisja Gosiewskiego to dla Donalda Tuska prawdziwy powód do radości. To znak, że PO naprawdę może już przestać podporządkowywać wszystko wykańczaniu PiS. PiS wykańcza się samo”.

      

I teraz, skoro już wszyscy mieliśmy okazję obejrzeć umysł tego człowieka w pełnej okazałości, mój do tego czegoś komentarz. Przypominam: mamy rok 2008:

       Do Rafała Ziemkiewicza mam stosunek ambiwalentny od czasu gdy pisał w „Najwyższym Czasie” u Korwina. Z jednej strony, podziwiam go za styl, poglądy i siłę argumentów. Z drugiej, wciąż pamiętam, na przykład, jak kiedyś, w czasach, gdy w pewnych środowiskach szukano sposobu, by posłać Kaczyńskiego śladami Waleriana Pańki, Ziemkiewicz, z naiwnością dziecka, i równie dziecięcą powagą, wsłuchiwał się w głos służb. Później, przez lata, dawał Ziemkiewicz odetchnąć od swoich ekscesów, by znów wyskoczyć z czymś na poziomie publicystyki raczej kawiarni Zaklęty Czardasz, niż, powiedzmy, „Rzeczpospolitej”.

     I oto, w dzisiejszej Rzepie, Ziemkiewicz urywa się z przysłowiowej choinki i postanawia ponownie wysłać Kaczyńskiego na Księżyc. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby Ziemkiewicz zaprezentował swoje diagnozy na poziomie zwykłych, politycznych argumentów. Niestety, nastąpiła kolejna zapaść. Tym razem, najbardziej dramatyczna. Ziemkiewicz przedstawia swą analizę ostatecznego upadku PiS-u na podstawie tandetnej, i zwietrzałej nawet w TVN-ie, plotki o tym, że Kaczyński postanowił zgnoić Gosiewskiego. Biorąc pod uwagę fakt, że swoje, bardzo poważne, polityczne refleksje, Ziemkiewicz ubarwia takimi ciekawostkami, jak ‘filipińska choroba Gosiewskiego’, ‘wojna alimentowa’, czy budowanie przez „Gosia" (a jakże!) ‘nieformalnej struktury’, należy uznać, że tym razem Ziemkiewicz intelektualnie zszedł tak nisko, jak dotąd mu się nie zdarzało. Gdzieś w okolice dziennikarza Śmiłowicza.

      Pozostało już tylko nazwisko i nowa powieść. Jak informuje prasa, o dziennikarzu Radku i „bandzie chujków". No i zgrabna, publicystyczna forma. To jednak zbyt mało. Ja, na przykład, też, bez z najmniejszego wysiłku, potrafię ułożyć tekst na 247 słów + 3 słowa tytułu. Tyle, że o znacznie większym bogactwie sensu.

 


 

czwartek, 17 września 2020

O ludobójstwie, głodzie i siedmiu pięczątkach

 

Z okazji kolejnej rocznicy napaści Związku Sowieckiego na Polskę, chciałbym przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2009. Od tego czasu nie mam nic nowego w tej kwestii do dodania.

 

      Nie wiem absolutnie, jak to się stało, ale od czasu, jak zacząłem samodzielnie myśleć, czyli mniej więcej tak długo, jak sięgam pamięcią, nienawidziłem wszystkiego co ruskie. Prawie wszystkiego, ale o tym później. Ta moja niechęć do rosyjskich sportowców, do rosyjskiego języka, do rosyjskiej nauki, i – jakże by inaczej – do rosyjskiej wielkomocarstwowej polityki była o tyle dziwna, że moi rodzice i dziadkowie nigdy szczególnie mnie w tym kierunku nie prowadzili. On sami, oczywiście, nie znosili w sposób naturalny komuny i całej duszącej nas bolszewii, ale, o ile sobie przypominam, ten temat nigdy nie dominował naszych rozmów. Kiedy próbuję zgadnąć, jak to się stało, ze przez tyle lat potrafiłem w sobie pielęgnować tę moją nienawiść, to dochodzę do wniosku, że może ma rację pewien mój dobry kolega, który twierdzi, że to jest wszystko kwestią tego, kim się było w poprzednim wcieleniu i – na ile go znam – to on pewnie by mi powiedział, że mnie zapewne bolszewicy zamordowali w Katyniu, lub zatłukli po wojnie we Wronkach i teraz tak mam.

      Czy jest to wina reinkarnacji, czy może powody są zupełnie inne, fakt pozostaje faktem. Mój antykomunizm, a przy okazji tę antyrosyjskość, nosiłem ze sobą zawsze jak relikwię. Kiedyś już tu się chwaliłem, jak to w czasie moich studiów, odmówiłem współpracy z SB i jak ten gest był z mojej strony aktem nie tyle odwagi, co absolutnie naturalnego odruchu. Dziś, jeśli to zdarzenie przypominam, to już nie po to, żeby wypinać pierś do orderów (choć, przyznaję, do dziś jest to moim zdaniem jedna z piękniejszych rzeczy, jakie udało mi się w życiu wykonać). Robię to po to, żeby jeszcze raz się zastanowić, jak to się stało, że w tamten dzień, kiedy wiedziałem, że się prawdopodobnie ważą moje losy, powiedziałem temu ubowcowi, żeby na mnie nie liczył. Nie byłem ani bojownikiem, ani bohaterem, ani człowiekiem w sposób naturalny poszukujący adrenaliny. Nie byłem szczególnym patriotą, nie nosiłem w klapie opornika, nie goniłem się z milicją po mieście. Ale wtedy, tamtego ranka, wiedziałem na pewno, że prędzej dam się wyrzucić ze studiów, niż zgodzę się pracować dla Ruskich. I wciąż nie wiem, dlaczego ja.

      Piszę dziś o tym, bo mamy 17 września, czyli rocznicę napaści Związku Sowieckiego na Polskę. Czyli rocznicę wydarzenia, które przez wiele lat, było dla mnie centralnym punktem mojej historycznej świadomości. Wydarzenia, o którym, jak idzie o historyczne szczegóły, zawsze wiedziałem znacznie mniej, niż o 1 września i o wszystkim, co się działo między nami, a Niemcami, ale które jak żadne inne sprawiało, że czułem dumę z tego, że jestem Polakiem. Że to ja jestem członkiem tego narodu, który został tak straszliwie zduszony przez to połączone i zorganizowane zło. Myślę sobie, że ten mój brak wiedzy na temat tego, co się działo w latach wojny po sowieckiej stronie, był trochę spowodowany tym, że w latach, kiedy się wychowywałem, ten akurat temat praktycznie nie istniał, a – jak już wspomniałem – w moim domu szczególnej atmosfery pod tym względem też nie było. Ale też tym, że cała moja rodzina, w czasie wojny, raczej cierpiała z rąk Niemców, niż Sowietów, a po wojnie żyła raczej w biedzie, ale za to w spokoju.

        A mimo to, 17 września dla mnie znaczył zawsze znacznie więcej, niż jakakolwiek inna historyczna data. I dziś, kiedy piszę ten rocznicowy tekst, wiem, że muszę coś powiedzieć takiego, żeby nie było wątpliwości, że ten dzień odpowiednio uczciłem. A więc, pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z – nieżyjącą już dziś – babcią mojej żony, która w momencie wybuchu wojny mieszkała we Lwowie. Opowiadała ona, jak przypomina sobie pociąg stojący na dworcu we Lwowie, do którego Rosjanie pakowali mające być wywiezione na Sybir polskie rodziny, wewnątrz pociągu był straszliwy ścisk, a na zewnątrz panował równie straszliwy mróz. I od czasu do czasu, widać było, jak od ludzi z pociągu, stojący na peronie odbierali zamarznięte na śmierć niemowlęta. Nie wiem, czy to prawda, ale tak mi opowiadała babcia mojej żony, która podobno stała wtedy na tym peronie i to wszystko widziała.

      To byłoby jedyne właściwie wspomnienie, jakiego stałem się przez te wszystkie lata biernym uczestnikiem, a dotyczące początków tego, czego już jako bezpośredni obserwator miałem okazję dotykać przez całe moje życie w komunie. Byłoby to wspomnienie jedyne, gdyby nie to, ze dopiero co spotkałem się z moim wujkiem, o którym już tu parokrotnie wspominałem, a który – w moim najszczerszym przekonaniu – jest najwybitniejszym ekspertem od wszystkiego tego, co się wiąże z II Wojną Światową. Powiedział mi on mianowicie, że po tym jak Niemcy uderzyli na Związek Sowiecki, w ciągu bardzo krótkiego czasu do niemieckiej niewoli trafiło pięć milionów sowieckich żołnierzy, z czego prawie milion wstąpiło do niemieckiej armii. Te miliony jeńców wojennych zmarły następnie w straszliwej nędzy i rozpaczy, z głodu i z chorób, w niemieckich obozach. Wujek mój twierdzi, że te pięć milionów w większości poddało się głównie z głodu i z nadziei, że w niewoli przynajmniej dostaną coś jeść. Mówi dalej mój wujek, że gdyby Niemcy zapewnili każdemu z nich talerz gęstej zupy i kromkę chleba na dzień, to niemiecka armia powiększyłaby się o pięć milionów wiernych żołnierzy. A tak, ci co nie zgodzili się kolaborować, a jeśli zdezerterowali to tylko dlatego, że liczyli bardzo na to, że ktoś wreszcie ich nakarmi, zwyczajnie zmarli.

      Biedni sowieccy żołnierze. Tak sobie o nich dziś myślę i teraz, kiedy piszę ten tekst i tyle razy wcześniej, kiedy oglądałem wspaniałe rosyjskie filmy wojenne, które zawsze mnie wzruszały. Czy to "Lecą żurawie", czy to "Dziecko wojny", czy "Ballada o żołnierzu"… zawsze sobie myślałem, jak to fatalnie się dla nich ułożyło życie, że ktoś im któregoś dnia kazał umierać za sowiecką ojczyznę i za światową rewolucję. I wtedy znów wracam do tej sceny na dworcu we Lwowie w tamten mroźny wieczór, a później przypominam sobie ten niemiecki dokument z pięcioma pieczątkami i sześcioma podpisami skazujący więźnia na dwa dni karceru za zrobienie kupy za barakiem. I zaczynam myśleć o Niemcach. I już się czuję pewniej. Tu teren jest czysty. Tu jest zdecydowanie łatwiej.

      I to jest mój obiecany już parę tygodni temu wpis z okazji rocznicy napaści Sowietów na Polskę i początku tej gehenny, dzięki której marszałek Komorowski ze swoim kumplem Niesiołowskim mogą się dziś poczuć prawdziwymi politykami i poślizgać się po temacie ludobójstwa i jego znamion.

 


środa, 16 września 2020

Komu elegancka futrzana czapka prosto z Moskwy?


      Mój stosunek do zwierząt, wszelkich zwierząt, poczynając od hipopotamów, przez psy, a kończąc na muchach, sprowadza się do przekonania, że one wszystkie zostały stworzone przez Boga, żeby nas świat uczynić bardziej różnorodnym, a przy tym jednoczesnie w miarę możliwości człowiekowi – a więc odstawy Stworzenia – służyć. W związku z tym nie widzę nic złego w zabijaniu zwierząt, o ile jego celem jest dobro człowieka i o ile oczywiście owo zabijanie nie jest w uzbrojone w czerpanie z płynącej z owego zabijania przyjemności. A zatem nie widzę absolutnie nic złego w mordowaniu kurcząt, cieląt, ryb, czy wieprzków, czy krewetek, jeśli jego celem jest nakarmienie człowieka. Nie widzę też nic złego w tym, by zwierzęta były trzymane w ogrodach zoologicznych i temu samemu człowiekowi dostarczały zarówno wiedzy, jak i codziennej radości. Nie mam również nic przeciwko temu, by w cyrkach występowały słonie, konie, psy, tygrysy, lwy i małpy. Nie wierzę bowiem, by zwierzęta odczuwały jakikolwiek ból poza bólem bycia dręczonym, czy ewentualnie niekochanym, a z tego co wiem, nikt tak nie kocha zwierząt, jak właściciele cyrków. Sprzeciwiam się natomiast temu choćby, by ktoś chcąc zabić muchę, pająka, czy wstrętną pluskwę, postanowił uprzyjemnić sobie tę czynność, ubogacając ową śmierć na przykład przez przypalanie papierosem, co, jak wiemy, zdarza się często wśród tak zwanej „gimbazy”.
        Ale są zwierzęta, których śmierć jest nam do życia w żaden sposób nie potrzebna, o ile nie natrafimy na przykład na tygrysa, który chce nas zjeść, albo wilka, który niszczy to co dla nas cenne. Nie ma więc najmniejszego sensu zabijać – o dręczeniu już wspominałem – psów, kotów, żab, czy jeży. Powiem więcej, z zabicia psa, czy kota, czy żaby wspomniany człowiek nie ma najmniejszej korzyści, nawet gdyby jego celem była zwykła ludzka rozrywka. Ale nie ma też mom zdaniem najmniejszego sensu w zabijaniu nutrii, norek, czy szynszyli, szczególnie że z tego co mi wiadomo ich mięso wcale nie jest jakoś szczególnie smaczniejsze i pożywniejsze od mięsa kurcząt, cieląt, czy jagniąt. No i oczywiście w tym momencie ktoś przyjdzie i mi powie, że on wie znakomicie do czego piję i zacznie mi tłumaczyć albo że przemysł futrzarski wspiera gospodarkę i pozwala na utrzymanie wielu rodzin, albo że ładne i ciepłe futro to podstawa w czasie mroźnych zim, albo ewentualnie że, jak to w swoim przekonaniu, inteligentnie bardzo zaznaczył Krzysztof Bosak, że gdyby Panu Bogu nie podobały się futra, to nie stworzyłby zwierząt futerkowych. To zresztą, co warto tu zaznaczyć, jest nie mniej głupie, jak dawna wypowiedź Kidawy, że gdyby natura chciała, to by juz dawno Mierzeję sama przekopała.
      Otóż nie. Ciepłe i ładne futro to nie dość że nie żadna podstawa, nie dość że w dzisiejszych czasach coś całkowicie niepotrzebnego, to jeszcze – jak to nadzwyczaj celnie zauważył ktoś na Twitterze – od wielu lat coraz większa „wiocha”. I wcale nie chodzi mi o to, że ja z moją żoną i moimi dziećmi musielibyśmy chyba upaść prosto na głowę, by wyjść na ulicę w futrze, czy to noszonym na grzbiecie, na szyi, czy wreszcie na wspomnianym łbie. Nie chodzi tu w żaden sposób o nas i o nasze gusta. Kiedy bowiem obserwuję świat i nagle widzę kogoś w futrze, to jest to niezmiennie albo jakiś ciężki przypadek celebryctwa, albo moda tak egzotyczna, że w sposób oczywisty sponsorowana przez rynek futrzarski. Mało tego. Kiedy obserwuję świat, to pamiętam, że pomijając czasy pierwszych traperów, futra były najbardziej modne w latach sześćdziesiątych wśród tak zwanych dzieci kwiatów, oraz zawsze i niezmiennie na ulicach Moskwy i to tam one oznaczały elegancję, wysoki staturs społeczny, no i oczywiście pieniądze. Tak na marginesie powiem, kiedy raz w życiu zdarzyło mi się zobaczyć brytyjską królową w futrzanej czapce zamiast tradycyjnego kapelusza, czy zwykłej chustki na głowie, to od razu pomyślałem sobie, że jest coś w informacji że Imperium Brytyjskie jest mocno skoligacone z Imperium Moskiewskim. Od wielu już lat bowiem, tak jak cywilizowany świat, pomijając już tylko pewnie niektóre kobiety i Murzynów, przestają palić papierosy, tak samo przestaje nosić futra i zakłada na siebie, choćby i zimą, coś znacznie bardziej gustownego.
      A zatem, gdyby ktoś mnie pytał o mój stosunek do tak zwanej „Piątki Kaczyńskiego”, to choć rozumiem owo serce, jakie on ma dla zwierząt, podchodzę do niego z lekkim wzruszeniem ramion, natomiast zdecydowanie uważam, że on ma świętą rację, zmuszając branżę futrzarską do tego by się przebranżowiła. Znając chyba dobrze ten rynek, jestem pewien, że tam są naprawdę poważni biznesmeni i cwani gracze, którzy poradzą sobie w każdej sytuacji, i do tego by osiągnąć poważny sukces finansowy, nie mówiąc o utrzymaniu rodziny, nie potrzebują obdzierać ze skór szynszyli. Przy okazji, jestem pewien, że dzięki temu świat stanie się znacznie piękniejszy. Amen.





wtorek, 15 września 2020

Komu marki, komu dolary, komu biustonosz?


       Po siedmiu latach od jej wydania, moja książka – w mojej opinii,  literacko z nich wszystkich najlepsza – „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” ostatecznie się sprzedała. Ostatnich dziesięć egzemplarzy sam właśnie odkupiłem od wydawnictwa po 10 zł i mam ich w tej chwili paręnaście. Oczywiście jakieś egzemplarze krążą jeszcze po różnego rodzaju miejscach w Sieci, ale tak naprawdę to już koniec. Więcej nie będzie. Z tej okazji chciałbym przypomnieć swój tekst sprzed dwóch lat, wciąż bardzo aktualny, z tą różnicą, że – jak mówię, nakład został wyczerpany. Poza tym nawet moja oferta skierowana do wszystkich, którzy lubią sobie od czasu do czasu coś ładnego przeczytać, jest aktualna.   

       Gdy myślę o mojej książce o, mam nadzieję, bardzo intrygującym tytule „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, pojawiają się w mojej głowie dwie refleksje. Pierwsza z nich, związana z jednym z bardzo nielicznych moich wypadów do biblioteki, kiedy to moja żona rozglądała się, jak rozumiem, za jakąś żydowską literaturą wspomnieniową, a ja nudziłem się jak pies i nagle wpadłem na książkę pisarza Stasiuka zatytułowaną „Dojczland”, przeczytałem z niej dwie pierwsze strony i pomyślałem sobie, że nawet jeśli wszyscy pozostali pisarze świata są ode mnie lepsi, to ja przynajmniej akurat jestem lepszy od Stasiuka, i to lepszy w sposób dla niego wręcz kompromitujący. Każde bowiem, choćby pojedyncze, zdanie z „Marek, dolarów, bananów…” to coś, czego Stasiuk nie jest w stanie osiągnąć, choćby od tego miało zależeć całe jego życie.
      Drugie wspomnienie to sytuacja z wrocławskich targów książki sprzed kilku lat, kiedy to do naszego stoiska podeszła pewna pani, być może zaintrygowana okładką, wzięła do ręki tę właśnie książkę, zaczęła ją czytać, a po chwili powiedziała: „To dobre. Poproszę”. Zapytałem, czy życzy sobie autograf, ona powiedziała, że owszem, ja zacząłem szukać długopisu i w pewnym momencie coś mi strzeliło do głowy, by jej powiedzieć, że to co ona właśnie przeczytała, to całkowita prawda. W tym momencie kobieta zdębiała, zapytała: „Chce pan powiedzieć, że pan tego nie wymyślił?”, a następnie westchnęła ponuro i powiedziała: „To ja w takim razie dziękuję” i odeszła.
      Dumny jestem bardzo z tej książki. Pod pewnymi względami, uważam, że jeśli po tych wszystkich latach spędzonych na pisaniu, ma zostać jakieś wspomnienie, to przede wszystkim po niej właśnie. Mówi się czasem, że prawdziwy mężczyzna powinien wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Syna wprawdzie spłodziłem, i to nie byle jakiego, niestety ani drzewa ani domu nie postawiłem i już pewnie nie postawię. Natomiast napisałem książkę „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” i myślę, że w ten oto właśnie sposób owo zaniedbanie nadrobiłem.
     Ktoś zapyta, jaki jest powód by dziś zawracać głowę Czytelnikom, z których i tak większość go czytała, owym „Biustonoszem”, a ja już odpowiadam. Otóż, jak wiemy, tak zwana sytuacja zmusiła mojego kolegę i wydawcę  Coryllusa do przeprowadzenia gwałtownego czyszczenia magazynu, a ja się zadeklarowałem, że jeśli z moich wcześniejszych książek zostały jakieś resztki, to niech on mi je wyśle, a ja je będę sprzedawał, jak to mówią Brytyjczycy, head-to-head, jak najbardziej z indywidualną dedykacją. I oto dziś, jak się dowiaduję, na początek przyjdzie tu parędziesiąt sztuk owych „Biustonoszy”. Wszystkich więc, którzy albo tej książki nie mieli okazji czytać, ale też tych, którzy ją i mają i czytali, ale chcieliby z jakiegoś powodu otrzymać tak zwany egzemplarz autorski, zachęcam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com.
     A dziś, trochę na zachętę, a trochę dla nauki, jeden malutki fragment, który tak bardzo się swego czasu spodobał pewnej pani z Wrocławia, że kiedy się dowiedziała, że to prawda, dostała cholery.


      Otóż gdybym to dziś miał się upić z moim kolegą Hickiewiczem, a następnie ruszyć w nocne miasto, od pięknych samotnych dziewcząt bym się nie opędził. Każdego wieczora, po 23 wychodzę z moim psem na ostatni przed snem spacer i widzę te dziewczyny, wracające same do domu, najwidoczniej z tak pięknie kiedyś zwanych wieczorków. I zastanawiam się, czemu nikt ich nie odprowadza? Czemu one są takie samotne? Przecież to są często naprawdę bardzo ładne dziewczyny. Wystrojone, wyszykowane, zgrabne i eleganckie. Wracają do domu bez nikogo, bo nikt im nie zaproponował, że je odprowadzi. Bo zapewne w momencie jak wstały, mówiąc, że na nie już czas, jedyne co usłyszały to owo okrutne „nara”. A może nawet i nic nie usłyszały, bo usłyszeć nie miały od kogo.
       I kiedy się zastanawiam, gdzie są ci chłopcy, to widzę niekiedy i ich. Nawalonych, brudnych bałwanów w bejbolówkach, lub w kapturach, wyżelowanych, pokrzywionych straceńców, bez rozumu, bez ambicji i perspektyw. I tylko raz na jakiś czas, pomiędzy jednych a drugich, spadnie kromka z masłem, wyrzucona z okna na piątym piętrze przez jedną Dominikę, która powoli umiera. Jak oni wszyscy. I tylko mój pies idzie spokojnie, jakby nic już nie istniało poza tym spacerem. Zadowolony jak jasna cholera. Mój labrador.




poniedziałek, 14 września 2020

Nóż w piździe, a Radio Tirana wciąż nadaje


       Dotarło do mnie, że w białostockiej Galerii Arsenał prezentowana jest wystawa zatytułowana „Strach”, a jednym z jej artystycznych elementów jest performance pod tytułem „Nóż w piździe”. Jak można oczekiwać, ów projekt sprowadza się do tego, że widz może podziwiać ów nóż zanurzony w intymnych częściach kobiecego ciała, jej twarz wysmarowaną ekskrementami, oraz przeróżne najbardziej egzotyczne gesty niszczące jej wizerunek, a wszystko to pod pretekstem protestu przeciwko rzekomo powszechnej w dzisiejszym świecie przemocy wobec kobiet.
       Ktoś powie, że to nic takiego. W końcu dzisiejsza sztuka, z braku prostych artystycznych inspiracji, sprowadza się wyłącznie do cytowania najbardziej wulgarnych medialnych doniesień, a następnie przerabiania ich na tak zwaną sztukę. Tym razem jednak chodzi o coś więcej. Otóż, jak się dowiaduję, ów niezwykły projekt zatytułowany „Nóż w piździe” został odpowiednio zasponsorowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Narodowe Centrum Kultury oraz przez, jak najbardziej finansowany przez polskie państwo, Białostocki Ośrodek Kultury.
        Wspomniana wystawa wywołała oczywiście falę protestów, oraz zrozumiałe jak najbardziej pretensje do ministra Glińskiego o to, że on stracił panowanie nad wydawanymi przez siebie pieniędzmi, ja natomiast kiedy już doszedłem do siebie po pierwszym szoku, zadałem sobie pytanie, jaki tak naprawdę zarówno Gliński, jak i tak naprawdę dowolny minister kultury, mają wybór w sytuacji gdy polska kultura prezentuje poziom, który można opisać wyłącznie przy pomocy słów „Nóż w piździe”? Jeśli bowiem zastanowimy się nad stanem dzisiejszej polskiej sztuki plastycznej, literatury, filmu, czy muzyki, w ostateczności okaże się, że nie mamy nic poza owym „Nożem w piździe”. A co gorsza, nie ma sposobu, by z tej pętli się wygrzebać.
      I na tym tle mamy tak zwane Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego z jego budżetem i ambicjami, by z naszej kochanej Polski uczynić Dolinę Krzemową światowej kultury. Przepraszam bardzo, ale nawet przy swoim wyssanym z mlekiem matki optymizmie, nie jestem w stanie dojrzeć śladu nadziei. Kierunek wydaje się ostatecznie wyznaczony i nie ma nikogo na horyzoncie, kto miałby szanse – i ochotę – go zmienić.
       Mieliśmy ostatnio dwie imprezy, które zwróciły uwagę ogólnopolskiej publiczności. Pierwsza z nich to festiwal w Opolu, a druga to  tak zwana Liga Narodów i Biało-Czerwoni. Ponieważ piosenka to od lat nasze życie, festiwal w Opolu obserwujemy wszyscy i wszyscy widzimy, co się nam oferuje, i to niezależnie od tego, czy słuchamy piosenek zespołu Budka Suflera, czy tych, którzy dopiero będą podbijać świat. Chwilę przed tym jak zabrałem się do pisania tego felietonu, obejrzałem fragment piłkarskiego meczu między Polską a Bośnią i Hercegowiną. Przepraszam raz jeszcze za złe słowo, ale moja córka, która zna się na rzeczy mówi mi, że obecnie na światowym rynku muzycznym z wielkim powodzeniem funkcjonują dwie albańskie piosenkarki. To tyle gdy chodzi o eksport. Nam pozostaje nóż w piździe oraz Ministerstwo Dziedzictwa Narodowego. 





niedziela, 13 września 2020

Black Lives Matter czyli o życiu w bańce i poza


     Plan miałem taki, by dziś wrzucić tu najnowszy swój najnowszy tekst dla „Warszawskiej Gazety”, jednak pojawiło się parę kwestii, które sprawiły że postanowiłem jeszcze dziś pociągnąć temat tenisa, Naomi Osaki, oraz owego czarnego ruchu pod równie czarną nazwą Black Lives Matter. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wychodząc na kort przed finałem turnieju w Nowym Jorku, Naomi założyła maseczkę z nazwiskiem 14-letniego czarnego chłopca zastrzelonego przez policjanta podczas jednej z interwencji. Chłopiec nazywał się Tamir Rice, jak twierdzi legenda, był bardzo porządnym dzieckiem, o przeróżnych zainteresowaniach oraz talentach, uwielbianym przez wszystkich, które by nie skrzywdziło nawet muchy, a które, tak się złożyło, któregoś dnia uzbrojone w nadzwyczaj realistyczny pistolet zabawkę, zaczęło się kręcić po okolicy, terroryzując okolicznych mieszkańców. Ponieważ pistolet wyglądał jak prawdziwy, w dodatku miał odlepioną standardową pomarańczową nalepkę wskazującą na to, że jest jedynie zabawką, przestraszeni obywatele powiadomili policję, no i ta pojawiła się na miejscu. Do tego czasu mały/duży Tamir zdążył wprawdzie umieścić swój pistolecik za paskiem spodni, jednak w chwili gdy policjant wezwał go do podniesienia rąk, ten sięgnął do zabawki... no i został zastrzelony. Dziś jest bohaterem światowej kultury pop.
      Historia jak wiele innych, o których my tu słyszymy wyłącznie dlatego że ofiarą był tak zwany Afroamerykanin, natomiast, skoro już sprawę owego Tamira mamy wyjaśnioną, ja bym chciał wrócić do tenisa i Naomi Osaki. Otóż gdy owa niezwykła dziewczyna zdobyła swój drugi nowojorski tytuł i skierowała do nas swoje mistrzowskie wystąpienie, wspomniała o wszystkim co należało wspomnieć... tyle że z jakiegoś powodu nie powiedziała ani słowa o tych wszystkich Murzynach, którzy rzekomo padli ofiarą brutalnej białej przemocy i których nazwiska przez minione dwa tygodnie eksponowała na noszonych przez siebie maseczkach. Na ich temat, a nawet na temat osobistej odpowiedzialności Donalda Trumpa za to co się stało, nie padło ani jedno słowo, no i w tym momencie sprawy wziął w swoje ręce któryś z oficjeli i zapytał Osakę o te maseczki. I proszę sobie wyobrazić, że ona na to odpowiedziała, że ponieważ żyje w swego rodzaju bańce – tak się zresztą dokładnie wyraziła: „w bańce” – na tego typu rzeczach się nie zna, o wszystkim wie wyłącznie z Internetu i ma nadzieję, że ów Internet wszystko wkrótce wyjaśni. Ma też nadzieję że z Azarenką nie będzie musiała więcej walczyć, bo to ciężki przeciwnik. I to wszystko.
        Otóż, z tego co mi wiadomo, Osaka ma dziś na koncie w swoim banku niemal 20 milionów dolarów, z czego zdecydowana większość to pieniądze nie za wygrane mecze, lecz od sponsorów – z reklam i takich tam. A skoro tak, to myślę sobie, że te maseczki to też najprawdopodobniej prezent od owych sponsorów, tyle że w ferworze walki, Naomi Osaka nie została dokładnie poinformowana o sensie tego wszystkiego, stąd, gdy nagle pojawił się konkretny temat, to ona zwyczajnie zgłupiała.
      I to, powiem zupełnie szczerze, uważam za znak nadzwyczaj optymistyczny. Wygląda bowiem na to, że za tym obłędem, który nas tak dotyka stoi zaledwie grupka niesłychanie tanich drani, którzy postanowili nas wykorzystać do swoich brudnych interesów. Osaka oczywiście musiała się w pewnym momencie podporządkować, bo taki sobie zgotowała los, gdy chodzi jednak o nas, to jestem pewien, że sobie damy radę jak najbardziej. A zatem: Niech żyje wolna Białoruś! Precz z komuną!



sobota, 12 września 2020

O życiu, które się raz liczy, a raz nie


      Czytelnicy tego bloga wiedzą jak sądzę, że choć o tenisie mam pojęcie mniej więcej takie jak o snookerze, czyli szczątkowe, jedno i drugie oglądam nałogowo i z dużą przyjemnością. To jest też powód, dla którego mijające dni w zancznej częśći spędzam na śledzeniu tego co się dzieje na kortach w Nowym Jorku. I pewnie nie widziałbym powodu by poświęcać tenisowi dzisiejszą notkę, gdyby nie fakt, że tenisistka Naomi Osaka nie postanowiła zostać samozwańczym ambasadorem ruchu Black Lives Matter, występując w siedmiu kolejnych maseczkach z nadrukowanymi nazwiskami siedmiu czarnych Amerykanów zastrzelonych na przestrzeni kilku minionych lat na amerykańskich ulicach, a demonstracja ta nie uszła uwadze portalowi tvn24.pl, który w następujący sposób zrelacjomnował owo wydarzenie:
Osaka, choć należy do najlepiej zarabiających sportsmenek świata, postawiła nie tylko na skromność, ale przede wszystkim na przesłanie. Każdą z jednolicie czarnych maseczek zdobi biały napis – nazwisko Afroamerykanina, którego tenisistka ma za symboliczną ofiarę systemowego rasizmu w USA. Większość z tych osób zginęła z rąk białych policjantów. Takich maseczek na US Open Osaka ma przygotowanych siedem – po jednej na każdą rundę turnieju. Do tej pory zaprezentowała ich sześć. Miała na nich wypisane kolejno następujące nazwiska: Breonna Taylor, Elijah McClain, Ahmaud Arbery, Trayvon Martin, George Floyd i Philando Castile. 
Jako pół-Japonka, pół-Haitanka jest osobą czarnoskórą, z autopsji zna więc przynajmniej część problemów, z którymi na co dzień zmagają się Afroamerykanie”.
      Oczywiście już sama uwaga, że Naomi Osaka, której majątek w wieku zaledwie 23 lat wynosi niemal 20 mln. dolarów, z czego zdecydowana większość z reklam na rzecz wielkich korporacji, jako osoba czarnoskóra, „z autopsji” zna problemy, z którymi na co dzień zmagają się Afroamerykanie, wystarczy bym na ten rodzaj bezczelności dostać ciężkiej cholery, jednak czasem jest tak że tam gdzie należałoby splunąć, trzeba sprawę badać, stąd też przeprowadzone przez mnie dochodzenie. Otóż z owych siedmiu poległych w walce z białą przemocą, jednego znamy bardzo dobrze i wiemy, że  przede wszystkim policjant, który go przydusił nie był biały, a on sam padł ofiarą owego przyduszenia w nie mniejszym stopniu co swojego fatalnego wręcz prowadzenia się. I to jeśli idzie o George’a Floyda. Z sześciu pozostałych współczesnych bohaterów kultury pop, dwóch nie zostało zastrzelonych przez policjantów, ale przez jakichś przypadkowych tak zwanych „trigger happy fools”, Jeden z nich został zauważony przez przechodniów jak się kręcił po okolicy w narciarskich goglach, wymachiwał bez sensu rękoma, a na polecenie policjantów by się uspokoił zaczął się rzucać, został obezwładniony i ostatecznie zmarł w szpitalu. n
      Najlepsi są jednak niejaka Breaonna Taylor oraz jej partner Kenneth Walker. Otóż ponieważ policja w Louisville w ramach prowadzonego przez siebie śledztwa o handel narkotykami uzyskała informacje, że w mieszkaniu Walkera znajduje się punkt kontaktowy lokalnej szajki narkotykowej, postanowiła dokonać przeszukania i w momencie gdy trzej policjanci weszli do środka, Walker wyciągnął rewolwer i strzelił w ich kierunku, raniąc jednego z nich w nogę. Policjanci odpowiedzieli ogniem, śmiertelnie raniąc dziewczynę Glovera, wspomnianą Breaonnę, której nazwisko dziś nosi na swojej maseczce Naomi Osaka.
      Z siedmiu dzisiejszych bohaterów ruchu Black Lives Matter zatem, dwóch nie zostało w ogóle postrzelonych przez policję, lecz padło ofiarą stawiania agresywnego oporu przy próbie zatrzymania przez policję, a w dwóch przypadkach sprawcami ich śmierci nie byli biali policjanci. W ostatecznym rozrachunku, w żadnym z wypisanych na maseczkach Naomi Osaki wypadków nie doszło do sytuacji, gdzie możnaby było oskarżać amerykańską policję o to, że dla nich czarne życie nie ma znaczenia. Zresztą w wyniku decyzji różnych sądów, wszyscy policjanci, podobnie jak wspomniani dwaj cywile, zostali uwolnieni od winy.
       No a my znów widzimy Naomi Osakę, jak demonstruje swoje maseczki, no i czytamy kolejne informacje, jak biali amerykańscy policjanci mordują spokojnych czarnych mieszkańców. No i oczywiście, że Naomi Osaka, ponieważ ma ciemną skórę i jest trochę Japonką trochę Haitanką, z autopsji zna los tych ludzi. Ciekawe czy znajdzie się kto z autopsji zna los białych zamordowanych przez Japończyków, Haitańczyków, że nie wspomne już o Murzynach. Choćby nawet byli oni policjantami.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...