sobota, 24 września 2022

Wiadro vs. Wiadro - remis bez wskazania

 

Wczoraj, zamieściłem tu notkę, w której przypomniałem kultową tu i ówdzie wypowiedź Łukasza Warzechy na temat różnicy między traktorzystą, a pilotem boeinga. Tekst Warzechy powstał w odpowiedzi na moje wcześniejsze uwagi, skierowane pod jego adresem, a ja, tak by na wieki wieków zakończyć ową przygodę sprzed grubo ponad już 10 lat, dołożę do tego wspomnianą notkę, która tak rozwścieczyła Warzechę, że uznał za stosowne zrobić z siebie wiecznego idiotę, tego samego, którego wszyscy znamy do dziś. Bardzo proszę.

 

      Może ktoś wie, może nie wie tego nikt – nieważne – fakt jest jednak taki, że od pewnego czasu jestem w dyskretnym konflikcie z Łukaszem Warzechą. Wprawdzie ani na siebie nie bluzgamy (jeśli pominąć sytuację, kiedy to red. Warzecha porównał mnie do Azraela), a przy osobistych spotkaniach zachowujemy wobec siebie chłodną uprzejmość, fakt pozostaje faktem – napięcie istnieje. Z czego się to wzięło? Mam wrażenie – choć oczywiście mogę się mylić – że zacząłem ja, zarzucając Warzesze wykalkulowaną łagodność wobec jego kolegów-dziennikarzy, w sytuacjach kiedy zwykłe poczucie sprawiedliwości wymaga walnięcia pięścią, jeśli nie w nos, to w stół. Poszło mianowicie o to, że któregoś dnia, w telewizji TVN24, Warzecha dyskutował z Żakowskim, który traktował go w sposób tak skandalicznie nieprzyzwoity, że aż się prosiło o interwencję. Tymczasem Warzecha jedyne na co zwracał uwagę, to na to, by chamstwo Żakowskiego broń Boże nie przybrało na sile. Zwróciłem mu na tę jego słabość uwagę na blogu, za co zostałem przez Warzechę skarcony i poinformowany, że on ze mną nie życzy sobie więcej rozmawiać. Sytuacji dodatkowo pewnie nie poprawiła moja odpowiedź, w której wyraziłem nadzieję, że następnym razem, kiedy Warzecha spotka się w telewizyjnym studio z agresją swojego kolegi-dziennikarza, stać go będzie choćby na 10% tej stanowczości, na którą właśnie pozwala sobie wobec skromnego blogera.

       Czytam wpis Łukasza Warzechy, zatytułowany Pan Wiadro, w którym Warzecha rozprawia się w szalenie dowcipny, a przy tym bardzo brutalny, sposób z Tomaszem Wołkiem. Sprawa, krótko mówiąc, polega na tym, że kilka dni temu Warzecha spotkał się z Wołkiem w telewizyjnym studio, odbył z nim rozmowę na temat demonstracji robotników w Poznaniu, i ponieważ wciąż najwidoczniej czuje po tej dyskusji jakiś niedosyt, postanowił opowiedzieć nam dziś o tym, co on mianowicie sądzi o Wołku i tym wszystkim czym Wołek jest. Problem mój natomiast związany jest z tym, że ja oglądałem rzeczoną rozmowę i doskonale wiem, skąd u Warzechy te dzisiejsze niepokoje. I o tym chciałem teraz parę słów.

      Każdy kto zna choć trochę Wołka i jego kolegów od mokrej roboty, może się domyślić, co ten dziwny człowiek wyprawiał. Jeśli istnieje jakiś standard zachowań opartych na bezczelnym chamstwie i cynicznym kłamstwie, ten właśnie standard przedstawił Tomasz Wołek. Niestety jednak, jeśli też możemy mówić o jakimś standardzie lękliwości i moralnej bezczynności wobec brutalnej arogancji, to ten z kolei standard pokazał Łukasz Warzecha. Kiedy z coraz większą rozpaczą słuchałem owej dyskusji, oczywiście doskonale wiedziałem, że Warzecha z Wołkiem się zasadniczo nie zgadza, jednak ta moja wiedza wynikała nie z tego co mówił Warzecha, lecz mimo tego, co on mówił. Nie z jego reakcji, ale mimo jego reakcji. Niestety, taki czujny nie był już prowadzący rozmowę red. Knapik, który już by niemal zakończył ją radosną konstatacją, że jak to jest miło, gdy istnieje taka zgodność między dyskutantami, gdyby nie to, że Warzecha, niemal rzutem na taśmę, zdołał w końcu wydukać, że on się jednak z Wołkiem nie zgadza.

      Dziś, Łukasz Warzecha odważnie, pryncypialnie i bezkompromisowo rozprawia się z Wołkiem na swoim blogu. Porównuje go do montypythonowskiego wiadra – bez poglądów, bez argumentów i w końcu bez sumienia – a ja się zastanawiam, czemu dopiero dziś. Czemu kilka dni temu, kiedy miał okazję go ośmieszyć oko w oko, przed szerszą publicznością, jeśli dał jakieś świadectwo, to wyłącznie świadectwo konformizmu i tchórzostwa. I to dodatkowo w sytuacji naprawdę dramatycznej, kiedy nie chodziło o jakieś głupie akademickie dyskusje na temat tego, czy lepszy jest PiS, czy Platforma, ale o Solidarność. O tę SOLIDARNOŚĆ.

      Kończy swój okropnie odważny wpis Warzecha następującymi słowami: „Zadzwonił do mnie wczoraj znajomy, który widział wspomniany program. Powiedział, że widać było po mnie, jak bardzo byłem wkurzony. Nie sądziłem, że aż tak rzucało się to w oczy.” I to już jest moment naprawdę dramatyczny. Ja wiem jak jest. Pisałem tu o tym wielokrotnie. Znam i osobiste uwarunkowania ludzi, dla których dziennikarstwo jest pracą i utrzymaniem. Ja wiem, jak ciężko jest pogodzić różne żywioły, kiedy trzeba walczyć i z własnym charakterem i z obowiązkiem i ze świadomością, że się jest cały czas obserwowanym. Jednak są granice, których nie tyle nie wolno przekraczać, ale zwyczajnie nie wypada. Nawet jeśli na szali, z jednej strony, stoją dobre koleżeńskie stosunki między dwoma dziennikarzami, z drugiej zwykły wstyd i wyrzuty sumienia, a z trzeciej tak zwana pozycja towarzysko-zawodowa.

      Ale najgorzej, wierz mi gruby, gdy sam nie wierzysz w to co mówisz”. To było z Pietrzaka. Jeszcze bardzo starego Pietrzaka. Bardzo starego. I że, cholera, akurat dziś trzeba mi ten wierszyk przypominać.

       Jutro niedziela i zapewniam, że będzie bardzo poważnie. Wreszcie. Zapraszam. Tymczasem jednak:

 


piątek, 23 września 2022

O traktorach, boeingach i nieszczęściu, które nas dusi

         Zmarł Tomasz Wołek, a ponieważ nie mam na jego temat do powiedzenia niczego dobrego, dziś pozwolę sobie więcej jego nazwiska tu wymieniać, natomiast, owszem, bardzo chętnie wspomnę pewne zdarzenie sprzed lat, którego drugim bohaterem był dziś nadzwyczaj aktywnie popularny red. Łukasz Warzecha, a na doczepkę nieskromnie i ja. Oto dawno dawno temu, w telewizji TVN24, wystąpił wspomniany Warzecha, w nadzwyczaj ostrym sporze zachował się jak rozlazłe gówno, które dbało wyłącznie o to, by  robić wrażenie czegoś wykształconego i kulturalnego, a wszystko po to by już w kolejnym dniu ogłosić, że po owym występie on nie może się odgonić od komentarzy, w których różni ludzie gratulują mu nadzwyczaj nieugiętej postawy.

         Był to czas, gdy byliśmy z Warzechą kolegami blogerami w Salonie24, a zatem napisałem mu, że niech się może uprzejmie zamknie, bo sam doskonale wie, że w owej debacie zachował się jak ostatni kretyn, a on mi na to odpisał, że to ja się powinienem zamknąć, bo on jest „pilotem boeinga” podczas gdy ja zaledwie „kierowcą traktora”. Ów traktor zdeptany przez boeinga został wówczas potraktowany jako niemal symbol tego co się działo między świeżo powstającą blogosferą, a dziennikarskim mainstreamem, i już po chwili Warzecha stracił wszystko co miał, albo co mu się wydawało że miał.

        Minęły lata, a ja, choć szczerze powiedziawszy nie wiem, czy Warzecha wciąż jest zapraszany przez TVN24 do komentowania polityki, to tu w Sieci natomiast, z tego co widzę, jest on już wyłącznie przedmiotem najbardziej okrutnych kpin. Gdy chodzi o mnie, to ja akurat o nim dziś już nie wiem prawie nic, natomiast wciąż pamiętam ten czas, kiedy on w Salonie24 zamieścił swój słynny tekst o różnicy między zawodowymi dziennikarzami , a hołotą ,do której oni łaskawie przemawiają. Z tej okazji, no i też przy okazji wspomnianego na początku tego tekstu odejścia, zachęcam do zapoznania się z tym, co Warzecha potrafił kiedyś i porównania z tym, co on ma do zaoferowania dziś.

 

       Jest kategoria ludzi, którą można określić mianem pogromców teleturniejów sprzed telewizora. Osoby takie są niezwykle mocne w każdej dziedzinie, z jakiej padają pytania, pod warunkiem, że siedzą wygodnie w fotelu w swoim przytulnym mieszkanku.

       Wyobraźmy sobie teraz, że trwa teleturniej, w którym zawodnikowi nieźle idzie. Dostaje w pewnej chwili wybór: albo zatrzyma wygrane właśnie 500 tys., albo gra dalej o milion, ryzykując, że straci wszystko. Zawodnik dokonuje racjonalnej kalkulacji i decyduje się poprzestać na pewnym już pół miliona. Dostaje gratulacje, odbiera czek i idzie do domu.

      Wyobraźmy sobie jednak, że spotyka owego pogromcę sprzed telewizora. Osobnik ów, jeśli jest człowiekiem rozsądnym, może mu powiedzieć: „No, panie Stefanie, ja to bym jednak grał dalej, ale rozumiem, że miał pan powody, dla których pan się zatrzymał na tych 500 tysiącach. Tak czy owak, gratuluję”. Możliwe jednak, że mamy do czynienia z emocjonalnie nastawionym maksymalistą, który dopada zawodnika i wrzeszczy na niego: „Ty parszywy tchórzu, jak mogłeś się wycofywać?! Nie wiesz, co to jest honor? Co to jest walka do końca? Ty robaku, nie istniejesz dla mnie!”. Wobec takiego ataku możliwe są dwie postawy. Pierwsza – puknięcie się w głowę i pójście swoją drogą. Druga – narastająca irytacja, o ile mamy pewność, że nie spotkaliśmy się z wariatem. Skoro bowiem nie z wariatem mamy do czynienia, to oczekiwalibyśmy, że ten ktoś zda sobie sprawę, iż: atmosfera i sytuacja w studiu, gdzie rozgrywany jest teleturniej, jest zasadniczo odmienna od tej w pokoju z telewizorem, gdzie zasiada atakująca nas osoba i gdzie jest ona niezwykle mądra; sytuacja gracza może być taka, że bardziej opłaca mu się wziąć 500 tys. niż ryzykować; stacja telewizyjna nie jest głupia i pytanie za milion jest arcytrudne, właściwie nie do pokonania. Z jakiegoś jednak powodu pogromca sprzed telewizora tego wszystkiego nie bierze pod uwagę, za to dużo mówi o konieczności walki do końca i polegnięciu z honorem i pustym portfelem.

      Ja właśnie znalazłem się w sytuacji takiego zawodnika, zaatakowany w sposób wyjątkowo irytujący przez Toyaha (podkreślam słowo „zaatakowany”, choć Toyah zapewne uważa, że on tylko wyraził swoją opinię). Toyah zaprezentował tym samym w sposób modelowy, na czym polega postawa maksymalizmu moralnego (i jej szkodliwość).

       Poszło o mój poprzedni wpis. W wielkim skrócie – Toyah obejrzał program, o którym mowa, i doszedł do wniosku, iż nie spełniłem jego wyśrubowanych standardów, a zatem odznaczyłem się tchórzostwem, małością, miałkością i czym tam jeszcze. Gdyby Toyah nie był moralnym maksymalistą, ale człowiekiem rozsądnym (nie boję się tego słowa, bo choć komuna usiłowała mu nadać specyficzne znaczenie, dziś uważam, że właśnie zdrowego rozsądku najbardziej brakuje, a bojownikami o jego odzyskanie byli ludzie tacy jak Stanisław Bareja czy Maciek Rybiński), skomentowałby sprawę na moim blogu, pisząc coś w rodzaju: „Uważam, że mógł pan pana Wiadro potraktować ostrzej, jak na mój gust był pan za łagodny”. Ale nie – Toyah, siedząc wygodnie przed komputerkiem i klepiąc w klawiaturkę, nie uznaje kompromisu. W związku z czym tworzy sążnisty wpis, którego główną tezą jest, że Warzecha jest konformistą i mięczakiem, ponieważ we wspomnianym programie siedział (taka jest wizja Toyaha, nieco, moim zdaniem, oniryczna) jak mysz pod miotłą, zamiast… No właśnie – nie wiadomo właściwie, zamiast czego, bo tego Toyah nie precyzuje. Najbardziej byłby zapewne szczęśliwy, gdybym dał panu Wiadro w twarz, ewentualnie demonstracyjnie opuścił studio. Ostatecznie mógłby się pogodzić z tym, że poprzestałbym na nazwaniu pana Wiadro ubeckim pachołkiem albo czymś w tym rodzaju.

      (Przy okazji do wpisu Toyaha podłączyło się oczywiście natychmiast wiele osób, które z jakichś tam nieprzeniknionych powodów osobiście mnie nie cierpią i uznały, że mają od właściciela blogu przyzwolenie na poskakanie sobie po Warzesze, ale do tego już przywykłem.)

      Odpowiedziałem Toyahowi, że zachowuje się jak kierowca traktora, który poucza pilota boeinga, jak ma pilotować maszynę, czym on poczuł się oczywiście obrażony. Tymczasem tak jest faktycznie. Pilot boeinga nie ma prawdopodobnie pojęcia o prowadzeniu traktora, ale również na odwrót. Lecący samolotem kierowca traktora może mieć do pilota zasadną pretensję, że trochę rzuca, ale powinien przyjąć, że pilot stara się turbulencje ominąć. Może mu się akurat nie udaje, bo obszar turbulencji jest zbyt rozległy, komunikat nadszedł za późno albo zepsuł się radar meteo w maszynie. Jak jednak nazwać traktorzystę, który z oburzeniem wbiega do kabiny pilotów i woła: „Ty ćwoku, na niczym się nie znasz, jak prowadzisz samolot?! Nie rozumiesz, głąbie, że ma być gładko?!”. Wówczas pilot powinien wstać z fotela i oddać stery traktorzyście. Niech pokaże, jak świetnie sobie radzi.

      Żeby było jasne: sam wiele razy pisałem, że uprawianie danego zawodu nie jest warunkiem, aby móc pod adresem jego przedstawicieli wygłaszać krytykę. Dotyczy to zwłaszcza zawodów kluczowych dla funkcjonowania państwa. Taka postawa prowadzi do absurdów. Czym innym jednak jest krytyka, a czym innym aroganckie i agresywne wymądrzanie się z pozycji własnego fotela. Jeśli część blogerów zarzuciła mi pod wpisem Toyaha pychę, to niech teraz się zastanowią, czy prawdziwym przejawem pychy nie jest przypadkiem jego pouczanie z wyżyn moralnej doskonałości, gdzieś zza klawiaturki w przytulnym mieszkanku. Pouczanie, któremu przyklaskuje grupa innych anonimów, jak rozumiem – także moralnych diamentów i codziennych bojowników o moralną czystość. To drażni, zwłaszcza że nie chodzi o kwestie najwyższej wagi, jak niegdyś decyzja o podjęciu współpracy z SB. W takich wyjątkowych sprawach moralny maksymalizm jest naturalny i nawet pożądany. Ale nie o tym teraz mowa.

      Owszem, Toyah wyprowadził mnie z równowagi, dokładnie na tej zasadzie, na jakiej wyprowadza z równowagi pyszałek, który poucza innych, samemu mając o sprawie znikomą wiedzę. Toyah – jestem tego pewien – nie ma pojęcia o kulisach publicystycznych programów, o ich dramaturgii, a wreszcie nie jest w stanie pojąć, że takich Toyahów przed telewizorami, zwłaszcza w przypadku stacji, o której mowa, siedzi kilka promili. Reszta to ludzie, przyzwyczajeni do innego przekazu. I ci ludzie, słuchając mnie, mają mieć poczucie, że słuchają kogoś spokojnego i rozsądnego, kto jasno i bez przesadnych emocji wykłada swoje racje. Taki jest mój cel.

      I tu jest pies pogrzebany: ja bowiem myślę właśnie o tych widzach i za swoje zwycięstwo uznaję sytuację, gdy jestem w stanie przekonać jakąś część z nich, że pan Wiadro stawia błędne tezy. Toyah, jako moralny maksymalista, ma gdzieś wszelkie kalkulacje, a nawet to, że w ocenie pana Wiadro dokładnie się zgadzamy. Ten sojusz Toyah kompletnie zniweczył swoim atakiem. On mnie rozjedzie za to, że nie zastrzeliłem pana Wiadro na miejscu.

      Ciekawe, czy Toyah zdaje sobie sprawę, iż całe mnóstwo zapewne cenionych przez niego instytucji i przedsięwzięć funkcjonuje tylko dzięki temu, że kierującym nim osobom obcy jest patologiczny maksymalizm moralny w stylu Toyaha. Czy Toyah zdaje sobie np. sprawę, że kiedy na początku tej kadencji Sejmu pojawił się z inicjatywy marszałka Komorowskiego problem zasiadania Jana Ołdakowskiego jednocześnie w Sejmie i na fotelu dyrektora MPW, to Ołdakowski nie wszedł do gabinetu Komorowskiego i nie zwyzywał go od ubeckich szmat (jak zapewne chciałby Toyah), ale normalnie z nim pogadał, wskazując mu pewne pragmatyczne aspekty takiego lub innego wariantu? I dobrze zrobił, bo znacznie ważniejsze od moralnych uwzniośleń Toyaha jest dla mnie ciągłość i trwałość świetnej placówki muzealnej. Czy Toyah pomyślał, że nawet Mariusz Kamiński, pozostając na stanowisku szefa CBA przez dwa lata rządów PO, musiał iść na szereg drobniejszych porozumieć ze swoim szefem? Czy wreszcie Toyah napisał jakiś tekst, potępiający PiS za wejście w układ z SLD w kwestii mediów publicznych? Nie przypominam sobie.

      Sposób myślenia Toyaha jest nie tylko kompletnie nieżyciowy – także w punktu widzenia osiągania ważnych i szlachetnych celów, takich jak choćby wspomniane utrzymanie dobrej dyrekcji MPW – ale wręcz szkodliwy. Posługując się nim, nie sposób zdziałać niczego nigdzie – chyba że urzeczywistni się idealna republika Platona. Ale jest to także postawa kabotyńska, bo bardzo łatwo podniecać się własną moralną doskonałością i wytykać innym, że nie dostają, gdy się siedzi w ciepłym pokoiku za komputerkiem, anonimowo wklejając kolejne teksty o potrzebie moralnego wzmożenia.

 

      I to jest Warzecha. Część młodszych czytelników zastanawia się, o co chodzi z tym wiadrem. W tej sytuacji ja to wyjaśnię jutro, dziś natomiast skupmy się proszę na problemie znacznie szerszym niż ta w sumie strasznie nędzna wymiana, a mianowicie na relacjom między mediami mainstreamowymi i resztą świataa.

 


piątek, 16 września 2022

Być jak Rolf

 

Jak wszyscy pewnie świetnie pamiętamy, wśród wszystkich obelg, jakimi obrzucano najpierw Porozumienie Centrum, potem Prawo i Sprawiedliwość, a w międzyczasie kolejne związane z owymi projektami osoby, ze szczególnym uwzględnieniem Jarosława Kaczyńskiego, pierwszymi epitetami były NSDAP oraz Adolf Hitler. Z czasem jednak, zwłaszcza po dojściu do władzy Platformy Obywatelskiej  i otwarciu nowego rozdziału w historycznej polityce Polski wobec Niemiec, środowiska liberalne, uznając najwyraźniej, że w gruncie rzeczy Hitler miał swoje zalety, a II Wojna Światowa to głównie kwestia relacji niemiecko-żydowskich, nazistowski argument nieco osłabł i został zastąpiony przez Kim-Ir-Sena oraz Aleksandra Łukaszenkę. Dziś, przede wszystkim skutkiem wojny na Ukrainie, Prawo i Sprawiedliwość to już wyłącznie agentura Kremla, a Jarosław Kaczyński to tym razem ani Hitler, ani Kim-Ir-Sen, ale Lukaszenka, lub jeszcze chętniej, sam Władimir Putin.

Skąd nagle owe rosyjskie resentymenty, już wcześniej o nich wspomniałem. W momencie gdy powszechne oburzenie agresją Rosji na Ukrainę zostało wykorzystane przez neoliberałów i kontrolowaną przez nie kulturę popularną, stało się jasne, że w nowym świecie nie będzie już miejsca ani dla Rosji, ani jej politycznej i gospodarczej potęgi, ale i dla może przede wszystkim owej swoistej egzotyki, tak dotychczas szanowanej w rosyjskiej muzyce, literaturze, czy choćby i w sporcie. A zatem nie było już też żadnej możliwości, by dalej kontynuować linię, wedle której taki Kaczyński nie mógł się choćby równać z Putinem, skoro dziś już nawet Roger Waters wie, że Kaczyński i Putin to bracia bliźniacy. Co się jednak stało, że Adolf Hitler i jego brunatna paczka nie dość że dla liberalnej sceny nie stanowią już najmniejszego problemu, to coraz częściej wręcz przesuwają one odpowiedzialność za wojenne zbrodnie z Niemiec na Polskę, oburzając się, że Polacy najpierw mordowali Żydów, a teraz żadają od Niemców reparacji. Doszło w tych dniach i do tego, że któryś z zaangażowanych internetowych komentatorów uznał, że tak naprawdę żądania Polski nie dotyczą rekompensaty za niemieckie zbrodnie, ale wypłacenia zaległych sum za wykonanie niemieckiego zlecenia [sic!]. Otóż uważam, że główną przyczyną owego zwrotu w stronę Niemiec był sam Donald Tusk, jak powszechnie wiadomo, Niemiec, i to Niemiec z jak najbardziej nazistowską historią. To Niemcy w roku 2007 zapewniły jemu i jego partii wygraną w wyborach parlamentarnych, i to oczywiście Niemcy pozwoliły mu zachować władzę przez całe osiem lat, a dziś dają mu nadzieję na triumfalny powrót. No i, jak wiemy, to Niemcy swego czasu wynagrodziły go za posłuszeństwo europejskim stanowiskiem i europejskimi pieniędzmi, i to jego dozgonna wdzięczność za to dobro nie pozwala, by ktokolwiek jeszcze ważył się porównywać Jarosława Kaczyńskiego do Hitlera.

Mamy dziś więc ową zmianę sympatii i związanych z nich priorytetów, a na tym tle kwestię reparacji. Oglądaliśmy wprawdzie zaledwie wczoraj, jak niemal cały Sejm przegłosował uchwałę dotyczącą odszkodowań, nikt z nas chyba jednak nie ma wątpliwości, że gdyby Polacy nie wystąpili z powszechnym i jednoznacznym poparciem dla tych żądań, to cały liberalny obóz, media, politycy, ludzie kultury, uniwersytety, śladem prezydenta Wrocławia Sutryka, już wiele dni temu wysłaliby do rządu oraz narodu niemieckiego otwarty list, w którym by uroczyście przeprosili za niewyobrażalną impertynencję polskich władz w stosunku do Niemiec, sam Donald Tusk być może nawet odśpiewałby w Bundestagu znaną pieśń „Deutschland, Deutschland über alles”, a Onet opublikowałby specjalną analizę dowodzącą, że kiedy liberalny świat w swoich gazetach pisze o założonych przez Niemców na okupowanych terenach w Polsce obozach koncentracyjnych, jako o „obozach polskich”, to ma właściwie rację, bo obozy te w rzeczy samej były obozami polskimi i owa nomenklatura jest jak najbardziej uprawniona.

Miałem wujka, brata mojej Mamy, który w czasie wojny był małym dzieckiem. Opowiadał mi ten mój wujek, że w wiosce w której mieszkał, była stała niemiecka placówka. Dowódca tej placówki miał psa imieniem Rolf i małego, może dziesięcioletniego synka. Synek ten był członkiem Hitlerjugend i zawsze w lecie przyjeżdżał z Niemiec do tej okupowanej polskiej wioski, do swojego taty na wakacje. Ponieważ nie miał żadnych kolegów, to okropnie się nudził, i z tym Rolfem, w odpowiednim umundurowaniu, chodził tam i z powrotem po wsi i terroryzował dzieci, który były na tyle nieostrożne, że wyszły na drogę podczas przemarszu owej parki, albo bijąc je specjalnym pejczem, albo szczując tym psem.

Dziś, obserwując co się dzieje na naszej polskiej scenie i w głowach części z występujących na niej aktorów, myślę sobie, że gdyby oni wszyscy w tamtych opisanych przez mojego wujka czasach byli dziećmi i mieszkali w tej okupowanej wiosce, obok tego Rolfa i jego pana, z pewnością znaleźliby tam swoje szczególne miejsce. Prezydent Wrocławia Sutryk zapewne by się z tym dzieckiem zapoznał i zostaliby kolegami. Pani europoseł Róża Thun siedziałaby w domu, patrzyła z tęsknotą przez okno i dyskretnie by się w tym Hansie, czy Klausie podkochiwała, bo i ładny i taki silny i męski i zdecydowany. A Donald Tusk... no, tu już nie wiem. Może on po prostu byłby tym chłopczykiem? No bo nie Rolfem. W końcu w reinkarnację, nawet w przypadku Donalda Tuska, nie wierzymy.

 


piątek, 9 września 2022

Niemcy, czyli co zamiast kartofli?

        Naturalnie, nie mam pojęcia, czy Polska otrzyma ostatecznie od Niemiec owo odszkodowanie za zbrodnie wojenne, choć mam niezmienne wrażenie, że pieniądze te prędzej czy później do Polski trafią. Czemu? Odpowiedź jest prosta: otóż zarówno siła polskich argumentów, jak i determinacja w ich przekazywaniu robi wrażenie potężne, podczas gdy historyczna, kulturowa, a dziś przede wszystkim polityczna pozycja Niemiec znajdują się w ciężkim kryzysie, co każe nam wierzyć, że Niemcy tego ataku nie będą w stanie wytrzymać. Jeśli po przyszłorocznych wyborach Prawo i Sprawiedliwość utrzyma władzę i zachowa odpowiedzialność za polskie sprawy, Niemcy zostaną w końcu zmuszone do tego by zacząć płacić. To ostatecznie będzie oznaczało ich upadek, ale nie muszę wspominać, że dla nas to tym lepiej.

        Póki co jednak czekamy cierpliwie na rozwój wypadków, a gdy chodzi o mnie, moją aktywność i ewentualny wpływ na to co nastąpi, to jedyne co mogę zrobić, to przypomnieć serię swoich dawnych już tekstów poświęconych Niemcom i ich zasługom dla ludzkości. Tekstów tych było kilka, dziś jednak postanowiłem je skompilować i zaprezentować ową jedną wersję pod wspólnym tytułem „Niemiectwo”. Bardzo proszę.

 

      17 września będziemy pamiętać dzień, gdy Polska została podpalona przez Sowietów. Ale to dziś jeszcze wciąż przed nami. Dziś tymczasem wciąż myślmy o Niemcach.

      Na tę właśnie okazję mam przygotowanych kilka obrazków. Najpierw wyobraźmy sobie jak mówi zły Niemiec, wybitny prawnik, gubernator Hans Frank:

Gdy kiedyś wygramy wojnę, nie mam nic przeciw temu, aby zrobić siekaninę z Polaków i Ukraińców i z tego wszystkiego, co się tu wałęsa – zrobić z nimi to, co się tylko będzie podobało”.

      I oto kolej na Niemca dobrego, hrabiego (sic!) Clausa von Stauffenberga, który mówi o mieszkańcach Generalnej Guberni tak:

To niewyobrażalna hołota. Bardzo dużo Żydów i bardzo dużo mieszańców. Ci ludzie będą posłuszni jedynie pod knutem. Tysiące jeńców wojennych wykorzysta się dla naszego rolnictwa. W Niemczech na pewno będą użyteczni, pracowici, posłuszni i skromni”.

      I na koniec spójrzmy na Niemca ani złego ani dobrego. Na zwykłego, porządnego Niemca. Nie wiemy, jak się nazywa, jak wygląda, nawet nie słyszymy jego głosu. Wchodzimy na teren Muzeum w Oświęcimiu i, wśród najróżniejszych pamiątek, widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, jest dobrze zachowany, a na dokumencie widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień faktycznie zrobił tę kupę i że kara została nałożona zgodnie z przepisami. Siekanina i knut, to jedno, ale nie zapominajmy że nie mamy do czynienia z jakąś hołotą, tylko z Niemcami, a zatem bez pieczątki i podpisu się nie obejdzie.

      Dziś już nieżyjący brat mojej mamy, kiedy wybuchła wspomniana wojna, miał 6 lat i mieszkał w maleńkiej wiosce nad Bugiem. Któregoś dnia przez wieś przejeżdżały okupacyjne oddziały niemieckie i żołnierze postanowili zatrzymać się obok naszego domu. Ponieważ wyglądali jak żołnierze, mieli dużo wojskowego sprzętu i w ogóle stanowili bardzo egzotyczną odmianę w życiu małego chłopca, wujek mój – właśnie jak to dziecko – polazł tam za płot, żeby popatrzeć na wszystko, co się tam działo. W pewnym momencie, jeden z Niemców, przechodząc obok mojego wujka – ot tak sobie, z rozpędu – walnął go w twarz tak mocno, że wujek się wywrócił, a następnie z płaczem pobiegł do swojego ojca, a mojego dziadka. Opowiada mi wujek, że dziadek był bardzo dumnym i dzielnym człowiekiem, który w sytuacjach tego typu niesprawiedliwości zawsze reagował honorowo. A więc i tym razem, wziął mojego wujka za rękę i poszedł do dowódcy tych żołnierzy, żeby powiedzieć mu co się stało.   

      Niemiecki oficer wysłuchał relacji dziadka, powiedział, że rozumie jego wzburzenie, ale z formalnego punktu widzenia, nie ma powodów do interwencji. Polska jest krajem okupowanym, Polacy mają prawa bardzo ograniczone, więc takie rzeczy mogą się zdarzać.

       Opowiada mi wujek, że on do dziś, bardzo intensywnie, pamięta z tego zdarzenia jeden szczegół. On stał tam z dziadkiem, dziadek obejmował go swoimi wielkimi, mocnymi ramionami, przed nimi stał ów niemiecki oficer, a wujek czuł, jak dziadkowi drżą ze zdenerwowania dłonie.

      Kiedy wojna się skończyła, wujek mój twierdzi, panowało na wsi powszechne przekonanie, że z powodu tego, co Niemcy zrobili światu, niemieckie państwo przestanie istnieć. Dobrzy ludzie bardzo szczerze wierzyli, że cały teren, który dotychczas był zamieszkały przez Niemców zostanie zaorany, a na tej ziemi posadzi się kartofle. Co się miało stać z samymi Niemcami, o tym już nikt nie myślał. Nikt się nad tym nie zastawiał, i – prawdę powiedziawszy – każdy miał tę kwestię głęboko w nosie.

       Od zakończenia wojny upłynęło niedługo już 80 lat i – jak widzimy – z sobą i ze swoją historią Niemcy poradzili sobie zupełnie dobrze. Co ja mówię, zupełnie dobrze? Wręcz znakomicie! Nie dość, że powoli, ale konsekwentnie przestali się czerwienić na dźwięk słowa „wojna”, nie dość, że przestali się nerwowo wiercić na wspomnienie o tym, co się im zagnieździło pod tymi nordyckimi czołami w pewnym momencie ich dziejów, nie dość, że się zaczęli nagle w sposób zupełnie niewyobrażalny rozpychać, to ostatnio – jak się dowiaduję – niektórzy z nich nabrali na tyle odwagi, że zaczynają mi tłumaczyć, że w gruncie rzeczy cały ten chwilowy sukces ich chorego projektu, nie mógłby być w połowie tak spektakularny, gdyby nie aktywna współpraca ze strony tych wszystkich, których oni postanowili złapać za kark i wdusić w ziemię. Doszło do tego, że już pewien czas temu niemiecki tygodnik „Der Spiegel” przedstawił listę tych, z którymi Niemcy życzą sobie dzielić winę za to wszystko, co się stało przed 70 laty. A na tej liście znalazł się również mój Dziadek, moja Babcia, moja Mama, mój Tata, a może nawet i mój Wujek. Może nawet i On.

      Słucham w telewizji wyjaśnień jednego z akredytowanych w Polsce korespondentów niemieckiej prasy, którego nazwiska akurat nie chce mi się pamiętać, a który tłumaczy mi, że nic takiego się nie dzieje. Że to z czym mamy do czynienia, to część zwykłej, historycznej debaty, która się toczy w całej Europie. Staram się jakoś zrozumieć ten dziwny skręt chorego umysłu. Staram się wyobrazić, co mógł mój dziadek zrobić, żeby dziś ten Niemiec potrafił wykrzesać z siebie nieco więcej szacunku do Polski i się zamknął. I jedyne co mi przychodzi do głowy, to tylko to, że miał zamiast trząść tymi swoimi polskimi, chłopskimi dłońmi, wziąć nóż i poderżnąć Szwabowi gardło.

      No ale dziś przede wszystkim, ponieważ pomysł z kartoflami jest już siłą rzeczy niekatualny, to niech płacą, a gdy przyjdzie zima i kryzys gazowy, niech się ogrzewają pięć razy dziennie, intonując pieśń „Deutschland Über Alles wielkiego kompozytora Josepha Haydna.



 

      

 


środa, 7 września 2022

Pisze Żorżyk, gitarzysta basowy

 

      Ów niezwykły wybryk ma, jak się zdaje, już kilka dni, ponieważ jednak informacja o nim dotarła do mnie dopiero wczoraj, spieszę z odpowiednim komentarzem. O co chodzi? Otóż jeden z liderów popularnego zespołu Pink Floyd, Roger Waters – w ostatnich latach nadzwyczaj politycznie pobudzony – przeprowadził poważną w swoim przekonaniu polityczną analizę sytuacji na Ukrainie i odpowiednimi przemyśleniami, w formie tzw. listu otwartego, zamieszczonego na Facebooku, postanowił podzielić się z żoną prezydenta Zełeńskiego.

       Od czasu gdy ów dziwny człowiek uznał za stosowne by podczas swoich występów wyświetlać na wielkim ekranie nazwisko Jarosława Kaczyńskiego wśród największych zbrodniarzy współczesnego świata, uważałem go zaledwie za jednego ze zwykłych i tak bardzo dziś rozpanoszonych po całym Bożym świecie głuptasów, i pewnie on by już na zawsze pozostał w tym często anonimowym tłumie, gdyby nie wspomniany list. To on bowiem sprawił, że z jednej strony poczułem prawdziwą satysfakcję z tego powodu, że, pomijając album „Dark Side of the Moon” oraz muzyczną suitę „Atom Heart Mother” – swoją drogą utwór z którym zespół miał tyle tylko wspólnego, że wydał go na jednym ze swoich albumów – Pink Floyd zawsze i niezmiennie traktowałem jako niepospolicie pretensjonalne gówno, a z drugiej, zrozumiałem, że świat jednak nie zna zidiocenia ponad to demonstrowane przez tak zwanych artystów. Roger Waters bowiem jest dokładnie tak samo głupi jak większość z nich, z tą różnicą, że podczas gdy oni ograniczają się do krótkich wypowiedzi to tu to tam, on, jako chyba jedyny, postanowił pójść na całość i za jednym razem ujawnił całą zawartość swojej głowy. A na to nie pokusili się nawet tak wybitni intelektualiści jak Jerzy Stuhr, Zbigniew Hołdys, czy, nie przymierzając, John Lennon. Proszę zatem spojrzeć co stamtąd wypełzło. Tłumaczenie moje.

 

      Szanowna Pani Zełeńska,

      Moje serce krwawi, gdy myślę o Pani i o wszystkich ukraińskich i rosyjskich rodzinach tak dramatycznie dotkniętych ową straszną wojną na Ukrainie. Aktualnie jestem w Kansas City, USA i właśnie przeczytałem artykuł na portalu bbc.com, oparty na wypowiedzi, jakiej Pani udzieliła dla programu ‘Sunday with Laura Kuenssberg’, którego emisja ma mieć miejsce w telewizji BBC 4 września. BBC cytuje Pani słowa, gdzie stwierdziła Pani, że ‘jeśli wsparcie dla Ukrainy będzie silne, kryzys będzie trwał krócej’. Hmmm? Wydaje mi się, że wszystko zależy od tego, co Pani rozumie przez ‘wsparcie dla Ukrainy’. Jeśli ma tu Pani na myśli dalsze zbrojenie armii kontrolowanej przez rząd Ukrainy, boję się, że może się Pani tragicznie mylić. Dolewanie oliwy, tu w formie sprzętu wojskowego, do ognia wojny, nigdy w historii nie przyczyniało się do jej skrócenia, i nie przyczyni się do tego również dziś, zwłaszcza gdy, w tym wypadku, większość owego oliwy [a] pochodzi z Waszyntonu, czyli z miejsca stosunkowo bezpiecznie oddalonego od ewentualnego pożaru i ponieważ [b] ci którzy wspomnianą oliwę dostarczają już i tak zadeklarowali, że w ich interesie jest to, by ta wojna trwała jak najdłużej. Boję się, że my, a przez ‘my’ mam na myśli ludzi takich jak Pani czy ja, którzy tak naprawdę pragną pokoju na Ukrainie i którzy nie chcą by skutkiem tej wojny była walka do ostatniego ukraińskiego życia, a kto wie czy, jeśli wydarzy się najgorsze, w ogóle do ostatniego człowieka na Ziemi.

[Tu moja uwaga: bezsens tego zdania nie jest wynikiem błędu w tłumaczeniu, ale prawdopodobnie gotującego się mózgu pana artysty, który zanim je skończył zapomniał już co chciał powiedzieć].

      Jeśli jednak zamiast tego zapragniemy osiągnąć inny rezultat, będziemy być może musieli poszukać innej drogi, a drogę tę można odnaleźć we wcześniej zadeklarowanych dobrych intencjach Pani męża.

Tak, mam tu na myśli program, z którym on prowadził swoją tak znakomitą kampanię na urząd Prezydenta Ukrainy, program, dzięki któremu w demokratycznych wyborach roku 2019 odniósł tak przekonujące zwycięstwo. W owym programie zapowiedział:

1.Zakończenie wojny domowej na Wschodzie i doprowadzenie do pokoju w Donbasie i wywalczenie częściowej autonomii Doniecka i Ługańska;

2.Ratyfikowanie i wprowadzenie reszty postanowień  w ramach umowy Mińsk 2

       Można tu jedynie podejrzewać, że obietnice wyborcze Pani męża zostały nienajlepiej odebrane przez pewne polityczne frakcje w Kijowie i że to właśnie owe frakcje zachęciły Pani męża do diametralnej zmiany kursu, wbrew uzyskanemu od narodu mandatowi. Co bardzo smutne, Pani stary [sic!] zaakceptował ów totalitarny i antydemokratyczny gwałt na woli narodu Ukrainy i od tego właśnie czasu władzę na Ukrainie przejęli narodowi ekstremiści, dotychczas ukryci w złowrogim cieniu. To oni też od tego czasu wielokrotnie przekraczali niezliczone czerwone linie, tak bardzo jednoznacznie już lata temu nakreślone przez sąsiednią Federację Rosyjską, i w konsekwencji to owi narodowi ekstremiści, wyprowadzili Pani kraj na drogę prowadzącą do tej nieszczęsnej wojny.

      I to tyle z mojej strony.

      Jeśli się mylę, proszę pomóc mi zrozumieć w którym miejscu. Jeśli jednak mam rację, proszę niech mi Pani pomoże w moich najszczerszych wysiłkach na rzecz zachęcenia naszych przywódców do zakończenia tej rzezi, rzezi, która służy jedynie interesom klas rządzących oraz nacjonalistów zarówno tu na Zachodzie, jak i w Pani pięknym kraju, a wszystko to kosztem zwykłych ludzi takich jak my, tu na Zachodzie i tam na Ukrainie [tu, co ciekawe Waters, jak rozumiem, niechcąco i z rozpędu, użył sekwencji 'the Ukraine', co dobitnie wskazuje na jego faktyczny stosunek do tego kraju i narodu], ale też zwykłych ludzi na całym świecie.

      Czyż nie byłoby lepiej, gdyby zażądała Pani od męża, by powrócił do swoich wyborczych obietnic i w ten sposób zakończył tę śmiertelną wojnę?

Serdeczności,

Roger Waters

 

      Długie? No, długie, ale moim zdaniem było warto, choćby z tego jednego powodu, że chyba nigdy dotąd nikt nie dostarczył nam aż tak przejrzystego argumentu w rozmowie ze znajomymi i bliskimi, którzy próbują nam od czasu do czasu wyjaśnić, jak bardzo się mylimy w naszym poparciu dla Prawa i Sprawiedliwości, podczas gdy najwybitniejsze postaci świata kultury, sztuki i literatury wydały już ostateczny wyrok.   

      Dobrze Cię tu z nami mieć, Żorż.



     

 

 

wtorek, 6 września 2022

O naszych polskich głowach i o tym co się w nich potrafi zmieścić

 

         Rozmawiałem niedawno z pewnym Brytyjczykiem i powiedział mi on coś, co pewnie i mnie samemu mogło było już dawno przyjść do głowy, a mianowicie to, że w takiej Wielkiej Brytanii, a prawdopodobnie i wszędzie na świecie, znaczna część obywateli o wszystko zło jakie się wydarzy – zło choćby najbardziej politycznie neutralne – będzie zawsze oskarżać aktualną władzę. Irytacja mojego znajomego była tak wielka, że w pewnym momencie wyznał on, że jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem na to szaleństwo byłoby to, żeby któryś z brytyjskich premierów, czy choćby ministrów, wystąpił z publicznym adresem do publiki i powiedział „Listen you cunts!”.

      Jak już wspomniałem, refleksja ta jest tak oczywista, że aż nie rozumiem, jak sam mogłem ją w swoim czasie przegapić, ale i tak faktem pozostaje to, że w istocie rzeczy tak to własnie wygląda: o całe zło tego świata, niezależnie od długości i szerokości geograficznej, powszechnie oskarżana jest aktualna władza.

      Moje spotkanie ze wspomnianym Brytyjczykiem zbiegło się z wydarzeniem z jednej strony absolutnie szczególnym, a jednocześnie zamykającym wspomniany problem ostatecznie, tyle że tu, na naszym polskim podwórku. Oto w minioną sobotę umówiłem się na spotkanie w nieodległej Dąbrówce Małej z dawnym, a przy tym bardzo wieloletnim kolegą, a ponieważ akurat przez miasto, z pełnym zabezpieczeniem, przechodził tak zwany Marsz Równości, uznałem że bezpieczniej będzie się do owej Dąbrówki udać taksówką. I proszę sobie tu wyobrazić, że o ile prawdopodobnie autobusy podczas przemarszu nie jeździły wcale, to na taksówkę czekałem ponad pół godziny. I oto, kiedy już się doczekałem i zadysponowałem kurs, pan kierowca – człowiek w żadnym stopniu fizycznie czy umysłowo nie wyróżniający się w jedną czy drugą stronę ode mnie czy od czytających ten tekst – wygłosił następujący tekst:

Można dostać kurwy z tymi pedałami. Wszystkie drogi zablokowane żeby im się te flagi nie połamały. ALe czego się można spodziewać po tym pierdolonym pisowskim państwie. Jebany PiS, za co się weźmie to musi spierdolić”.

      Powiem szczerze, że tak mnie ów wybuch zidiocenia zaskoczył, że zaniemówiłem i już do końca się słowem nie odezwałem, tymczasem taksówkarz cały czas coś mruczał na temat jebanych pedałów i pierdolonego „pisowskiego państwa”, które mu kazało bez sensu objeżdżać całe miasto. Tymczasem mijają dni, i tu nagle okazuje się, że któryś z ośrodków badających poglądy Polaków zwrócił się do nas z pytaniem, co sądzimy na temat aktualnie bardzo żywej sprawy niemieckich reparacji, i okazało się że16 procent uważa, że Polsce żadne reparacje się nie należą, a kolejne paręnaście procent ma całą tę sprawę w nosie. W związku z owym badaniem, mądrzy komentatorzy zachodzą w głowę, jak to jest możliwe, że tak wielu z nas postanowiło nagle z taką pogardą potraktować swoją narodową tożsamość. Ja natomiast z kolei nie mogę uwierzyć, jak to możliwe, że ponad 60 procent społeczeństwa wciąż zachowuje jakąś tam przytomność i gdy przyjdzie odpowiedni moment, potrafi niezbadanym cudem rozpoznać co, kto, gdzie i jak. Jak to możliwe, że wciąż, mimo tych wszystkich zasadzek, jakie na nas czychają, ponad 60 procent polskiego społeczeństwa potrafi rozpoznać, kto Polak, a kto Niemiec. Uważam to za wielki sukces.

      Przeżywamy aktualnie bardzo trudny czas, a powodów tego stanu jest mnóstwo. Wielu z nas zastanawia się, jak nam się uda przetrwać tę zawieruchę i jaka nas czeka przyszłość. Mając w pamięci rozmowę z moim sobotnim taksówkarzem, i jednocześnie patrząc na ów wynik gdzie ponad 60 procent ludzi na pytanie, czy Niemcy powinni zapłacić Polsce za to co jej swego czasu zrobili, odpowiada, że owszem, jak najbardziej, jest czymś co nastraja nadzwyczaj optymistycznie, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów, przynajmniej do czasu gdy znów trafimy na kogoś, kto nam opowie o tym jak to „jebany PiS chce Polskę sprzedać Niemcom.



czwartek, 1 września 2022

Historia i teraźniejszość, czyli co Donald Tusk sądzi o erotycznym życiu małp

 

         Widząc jak histeria na punkcie podręcznika Wojciecha Roszkowskiego staje się niemal tematem numer jeden na naszej scenie społeczno-politycznej, a jednocześnie podejrzewając, że z wszystkich osób przeciwko podręcznikowi protestujących, przeczytała go może jedna czy dwie (po połowie), książkę zakupiłem i przeczytałem od deski do deski. I od razu muszę się przyznać, że jest to w dotychczasowym moim życiu prawdopodobnie jedyny podręcznik, jaki odpowiednio przestudiowałem, a skoro tak, to chyba już nie muszę zapewniać, że w moim odczuciu jest to lektura ciekawa i czytelniczo satysfakcjonująca. Nie sądzę, bym wśród wszystkich podręczników, jakie zdarzyło mi się spotkać, czy to w czasach szkolnych, czy uniwersyteckich, czy dziś już wyłącznie zawodowych, mógł wskazać wiele równie dobrze i z pożytkiem dla ucznia napisanych.

        I to jest pierwsza rzecz. Druga to ta, że wbrew wtłaczanej nam propagandzie, podręcznik Roszkowskiego to zwykły podręcznik, przedstawiający współczesną historię Polski i świata, w taki sposób by młodzi ludzie, którzy jak wiemy, na temat owej współczesności wiedzą mało, lub zgoła nic, dowiedzieli się choćby w ogólnym zarysie co, skąd, dokąd, po co i dlaczego, a wszystko choćby po to by im łatwiej było żyć i rozumieć to co się wokół nich dzieje. „1945-1979 Historia i Teraźniejszość” Roszkowskiego to książka do noszenia przy sobie, czytania na co dzień, konsultowania różnego rodzaju bieżących dylematów i jeśli ktoś sądzi, że znajdzie tam głównie wyrywki z audycji Telewizji Trwam, czy z wystąpień Jarosława Kaczyńskiego, jest w dużym błędzie. To jest książka historyczna przeznaczona do nauki histori i zdobywania wiedzy o współczesnym świecie, a publicystyki takiej jakiej moglibyśmy się spodziewać nie ma tam prawie w ogóle. I powtórzę jeszcze raz: to się czyta.

         No ale, jak wiemy, w obecnej awanturze w ogóle nie oto chodzi, a najbardziej dobitnie pokazał to sam Donald Tusk rozbeczawszy się teatralnie i jak najbardziej publicznie na swoje własne słowa o tym, jak to poczęte dzięki metodzie in vitro dzieci dowiedzą się od Roszkowskiego, że są jak zwierzęta i nikt ich nie kocha. Kupiłem więc tę książkę i po bardzo długim poszukiwaniu inkryminowanego fragmentu znalazłem coś takiego. Proszę uważać:

Od lat sześćdziesiątych XX w. rewolucja seksualna podkopywała także fundamenty życia rodzinnego na Zachodzie. Z czasem codzienną praktyką staly się rozwody i współżycie bez zobowiązań. Wraz z postępem medycznym i ofensywą filozofii gender wiek XXI przyniósł dalszy rozkłąd instytucji rodziny. Lansowany obecnie ‘inkluzywny’ model rodziny zakłada tworzenie dowolnych grup ludzi, czasem o tej samej płci, którzy będa przywodzić dzieci na świat w oderwaniu od naturalnego związku mężczyzny i kobiety, najchętniej w laboratorium. Coraz bardziej wyrafinowane metody odrywania seksu od miłości i płodności prowadzą do traktowania sfery seksu jako rozrywki, a sfery płodności jako produkcji ludzi, można powiedzieć hodowli”.

       Czytam ten fragment – jedyny w całym podręczniku dotyczący wspomnianej kwestii – i nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet ów jedyny człowiek, który to faktycznie przeczytał i wypuścił w świat w postaci skandalicznego wręcz fejka, doskonale wiedział, o czym pisze Roszkowski. On musiał na sto procent wiedzieć, że tu nie chodzi o in vitro, lecz o te wszystkie banki spermy i kręcące się wokół nich surogatki, by za ciężkie pieniądze zaspokajać potrzeby homoseksualnych par, mających ochotę na dziecko. On musiał na sto procent wiedzieć, że w tym co tam zostało napisane nie ma śladu kontrowersji, która mogłaby wychodzić poza najbardziej radykalne środowiska LGBTQ i diabli wiedzą, co tam jeszcze. On musiał też wiedzieć, że powyższa opinia to prawda powtarzana od lat choćby przez Kościół Katolicki i nie tylko, w dodatku obdarta z elementów bardziej radykalnych, a przez to może nie pasujących do szkolnego podręcznika. On to wiedział, ale tym bardziej zaatakował.

        Zajrzyjmy zatem do oryginału. Oto fragmenty watykańskiego dokumentu jeszcze z roku 1987 Donum Vitae:

Interwencja dokonywana na ciele ludzkim nie dotyczy tylko tkanek, narządów i ich funkcji, lecz angażuje również na różnych poziomach samą osobę; pociąga więc za sobą znaczenie i odpowiedzialność moralną, nawet jeśli w sposób domyślny, to rzeczywisty. Jan Paweł II, przemawiając do Światowej Organizacji Lekarskiej, stwierdził z naciskiem: ‘Każda osoba ludzka w swojej niepowtarzalnej wyjątkowości nie jest złożona tylko z ducha, lecz także z ciała, i dlatego w ciele i przez ciało dociera się do samej osoby w jej konkretnej rzeczywistości. Szacunek dla godności człowieka pociąga w konsekwencji obronę owej tożsamości człowieka - 'corpore et anima unus - jedność ciała i duszy' - jak stwierdza Sobór Watykański II (Konst. Gaudium et spes, 14). Właśnie na bazie takiej wizji antropologicznej powinno się znaleźć podstawowe kryteria do podejmowania decyzji, gdy chodzi o interwencje nie w pełni lecznicze, na przykład interwencje, które mają na celu polepszenie biologicznego stanu człowieka” [...]

Biologia i medycyna zmierzają w swoich poczynaniach do integralnego dobra życia człowieka, gdy przychodzą z pomocą osobie dotkniętej chorobą i słabością z szacunkiem dla godności stworzenia Bożego. Żaden biolog lub lekarz na mocy swojej naukowej kompetencji nie może rościć sobie prawa do decydowania o pochodzeniu i przeznaczeniu człowieka. Zasadę tę należy zastosować w sposób szczególny w dziedzinie życia płciowego i przekazywania życia, gdzie mężczyzna i kobieta realizują podstawowe wartości miłości i życia.

Bóg, który jest miłością i życiem, wpisał w człowieczeństwo mężczyzny i kobiety powołanie do specjalnego uczestnictwa w swojej tajemnicy osobowej komunii, w dziele Stwórcy i Ojca. Dlatego właśnie małżeństwo posiada właściwe sobie dobra i wartości jedności i rodzicielstwa, bez możliwości porównywania z tymi, które istnieją u niższych form życia. Takie wartości i znaczenia porządku osobowego określają z punktu widzenia moralnego sens i granice sztucznych interwencji w dziedzinę przekazywania życia i w początek życia ludzkiego. Interwencje te nie dlatego są do odrzucenia, że są sztuczne. Jako takie świadczą o możliwościach sztuki medycznej, jednak powinno się je oceniać pod kątem moralnym w odniesieniu do godności osoby ludzkiej wezwanej do realizacji powołania Bożego, w darze miłości i w darze z życia”[...].

W odniesieniu do przekazywania innych form życia we wszechświecie, przekazywanie życia ludzkiego posiada swój własny charakter, który pochodzi z samej właściwości osoby ludzkiej. ‘Przekazywanie życia ludzkiego jest powierzone przez naturę osobowemu i świadomemu aktowi, i jako takie jest poddane najświętszym prawom Bożym, prawom niezmiennym i nienaruszalnym, które wszyscy powinni przyjąć i zachować. Nie można więc używać środków ani iść za metodami, które mogą być dozwolone w przekazywaniu życia roślin i zwierząt’.

Rozwój techniki sprawił, że jest dziś możliwe przekazywanie życia bez stosunku płciowego, przy pomocy łączenia komórek rozrodczych w probówce, które wcześniej zostały pobrane z narządów mężczyzny i kobiety. Ale nie wszystko to, co jest możliwe technicznie, jest tym samym moralnie dopuszczalne. Rozumowa refleksja nad podstawowymi wartościami życia i jego przekazywania jest zatem nieodzowna dla sformułowania oceny moralnej w odniesieniu do interwencji technicznych dokonywanych na istocie ludzkiej w pierwszych chwilach jej rozwoju”.

       Przepraszam bardzo, ale co w opinii przedstawionej przez Roszkowskiego w podręczniku „Historia i Teraźniejszość” jest bardziej dyskusyjnego, czy bardziej wręcz oburzającego, niż to o czym piszą kardynałowie? Ktoś powie, że nie może być tak, by moralna nauka Kościoła była brutalnie wciskana do szkół, szczególnie w tak delikatnych kwestiach jak seks. No i dobrze, ale z tego co widzę, tu nie chodzi o to, że Roszkowski w swoim podręczniku uprawia watykańską propagandę, ale że głosi opinie wręcz horrendalne z punktu widzenia współczesnej cywilizacji. Donald Tusk na spotkaniu ze swoimi zwolennikami pobeczał się nie dlatego, że Roszkowski dziatwie szkolnej każe studiować Katechizm Kościoła Katolickiego, ale że zademostrował podłość spoza naszego kręgu kulturowego. No więc może chodzi o to, że on się biedaczek pomylił i sądził, że Roszkowski mówi o dzieciach z in vitro, a nie o zboczeńcach zamawiających sobie dziecko, lub owych dzieci tłuściutką parkę. No ale nawet gdyby tak było, to stanowisko Kościoła jest i w tym wypadku tak radykalne, że przy tym to co nam mówi Roszkowski to sama łagodność. Posłuchajmy choćby Franciszka – ostatnio niemal idola liberalnych elit:

      Dziś dominuje myślenie i logika fałszywego współczucia: rzekomo pomaga się kobietom w trudnej sytuacji i dokonuje aborcji, czy też proponuje się godne zakończenie życia na drodze eutanazji, czy też dokonuje się naukowego zamachu na życie, produkując dzieci w laboratorium. Dziecko traktuje się jako należność, a nie dar. Używa się też jednych istnień ludzkich, by ocalić rzekomo inne”.

       Czy Donald Tusk, kiedy wzruszenie losem poczętych z in vitro dzieci odjęło mu mowę, wiedział, że kłamie? Gdy chodzi o niego akurat, to ta kwestia jest już dawno za nami. Czy on, kiedy kłamie, to wie że kłamie, nas już od dawna nie interesuje, natomiast efekt jest jak najbarfdziej zabawny. Mniej więcej tak zabawny, jak to co się akurat przydarzyło w dyskutowanej książce prof. Roszkowskiemu. Otóż w części poświęconej kulturze pop, Profesor, ni z gruszki niz pietruszki przywołuje ów żałosny wybryk Beatlesów w postaci piosenki „Why Don’t We Do It In The Road”, pisząc, że pomysł na nią pojawił się w głowie Paula McCartneya, kiedy podczas pobytu w Indiach, zobaczył na drodze kopulujące ze soba małpy i ten widok zrobił na nim takie wrażenie, że postanowił że byłoby czymś fascynującym zapytać, czemu ludzie ze sobą nie kopulują publicznie. A zatem wynika z tego, że Paul McCartney musiał dopiero pojechać do Indii, żeby się dowiedzieć, że zwierzęta nie współżyją w zaciszu alkowy, tylko normalnie, gdzie popadnie i to doświadczenie było dla niego tak dojmujące, że wraz z Johnem Lennonem napisali na ten temat piosenkę.

        Otóż myślę sobie, że to jest dokładnie ten sam rodzaj idiotyzmu, ktory zademonstrował Donald Tusk, dusząc się od łez na myśl o tym, że władza Prawa i Sprawiedliwości, po sfałszowanych oczywiście w przyszłym roku wyborach, obłoży specjalnym podatkiem wszystkie te nowoczesne fabryki do produkcji dzieci, a w dodatku pewnie jeszcze zabroni je zabijać, gdy któreś z nich nie wyjdzie w zaplanowanym kształcie, prezentuje poziom intelektualny gwiazd sceny popularnej późnych lat 60.



 

 

 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...