czwartek, 8 października 2020

O Matce Boskiej w szatach czarnych i błękitnych, czyli kto się uchowa?

 

       Możliwe bardzo, że ci z nas, którzy mieszkają w Warszawie, sprawę znają bardzo dobrze, gdy chodzi jednak o całą resztę, to albo nie mają o niej bladego pojęcia, albo ewentualnie coś tam może pamiętają z ubiegłorocznych medialnych przepychanek. A zatem z przyjemnością przypomnę w czym rzecz. Otóż jeszcze kilka lat temu pojawił się pomysł, by przeprowadzić rewitalizację warszawskiej Starej Pragi, tak by ona wreszcie odzyskała swoją, może nie aż świetność, ale by się stała bardziej kolorowa. By zrealizować ów pomysł, jak można się było od początku spodziewać,  postanowiono pójść po najtańszej linii oporu i zlecić całą robotę lokalnym artystom. Wśród zatem całego szeregu przeróżnych geszeftów, na czoło wyszedł projekt pod nazwą „Otwarta Ząbkowska”, którego założeniem było najpierw zamknięcie wszelkiego ruchu kołowego na ulicy Ząbkowskiej właśnie, a w dalszej kolejności zorganizowanie tam cyklu przedsięwzięć w wykonaniu szukających jakiejkolwiek roboty artystów. Do projektu dołączyli się pracownicy miejscowego domu kultury „Dorożkarnia”, którzy zorganizowali tak zwany  „Mobilny Warsztat ARTystyczny”, a którego motywem przewodnim było zbudowanie 5 ławeczek, na których będzie można sobie posiedzieć, jednocześnie podziwiając eksplozję młodych talentów. A ja już tak tylko na marginesie zastanawiam się, czy owo wyróżnione wielkimi literami ART pozwoliło organizatorom nieco podbić cenę.

       I oto 8 lipca tego samego roku wspomniany Dom Kultury podpisał umowę o dzieło z niejaką artystką Moniką Rakowską, która za jedyne 1250 zł. zabrała się do pracy. Zaczęła od samej ławeczki, a następnie zaczęła ją przyozdabiać. Z zasuszonych połówek cytryn wykonała szpiczaste kapelusze, pomalowała je na czarno, następnie nalepiła na nie kropki i wreszcie umieściła je na długich trzonkach, w taki sposób by wszystko przybrało wygląd kolonii grzybków halucynogennych, zasadziła je w doniczkach, a wśród nich postawiła szklaną kapliczkę, do której włożyła figurkę Matki Boskiej w czarnych szatach. Część grzybów zdecydowała się Rakowska umieścić również w samej kapliczce, tak by one towarzyszyły Maryi już bardziej bezpośrednio. 

       U stóp kapliczki umieściła zapalniczkę, a wokół niej czarne ptaki, kawałki węgla, gałęzie. Nad kapliczką zawiesiła czarny daszek, a na nim niedojedzony słonecznik, oraz czarną pajęczynę, rynnę, a pod nią miskę. Całość otoczyła płotkiem, na którym została zawiesiła zębatkę od roweru z pojedynczym pedałem. Obok ławeczki postawiła jeszcze stolik z popielniczką, zgniłymi deseczkami, oraz pułapkę na szczury. A w to wszystko jeszcze wrzuciła stare radio. Swoje dzieło przedstawiła zainteresowanym jako symbol symbol kontemplacji i walki o czystość środowiska i zaczęła wyglądać efektów.

      Te nastąpiły niemal natychmiast. Jak się można było spodziewać, u starych warszawiaków instalacja zaczęła prowokować bardzo wrogie reakcje, zwłaszcza że w ciągu paru kolejnych dni w pobliżu ławeczki pojawił się szereg kolejnych artystów, którzy zaczęli ozdabiać cały teren na podobny sposób. Wspomniana wrogość przejawiła się najpierw w tym, że któregoś dnia niezidentyfikowana kobieta rozbiła kapliczkę, zabrała figurkę Matki Boskiej i zbiegła z miejsca zdarzenia. Gdy Rakowska powstawiała szybki na nowo, kolejny ktoś przyszedł pod osłoną nocy i również nowe szybki powybijał. Rakowska oczywiście natychmiast szkodę naprawiła, jednak co gorsza, sprawą zainteresowały się media z obu stron sceny i zarówno Rakowskiej jak i jej instalacji zrobiły odpowiednią reklamę, przedstawiając jedno i drugie albo jako ciężką profanację, albo jako przykład artystycznej wolności w faszystowskim kraju.

       Instalacja Rakowskiej święciła swoje triumfy jeszcze przez jakiś czas, kiedy to zamieszkały w pobliżu pewien nadzwyczaj dzielny człowiek, nieskończenie wdzięczny Matce Boskiej za uratowanie go swego czasu od niechybnej śmierci, nazwiskiem Jan Maciej Piotrowski, nie mogąc dłużej znieść owej demonstracji wulgarnego satanizmu, przyszedł na miejsce ze swoją laską, przy której pomocy najpierw otworzył kapliczkę, delikatnie wyjął figurkę Maryi, równie delikatnie odstawił ją w bezpieczne miejsce, po czym, przy pomocy tej samej laski, rozpiździł w drobny mak owo czarne dzieło czarnej duszy. Następnie, zamiast się ukrywać, stanął na owych pięknych zgliszczach z dumnie wypiętą piersią i powiedział: „To byłem ja”.

        Oczywiście, w tym momencie, występując w imieniu Rakowskiej, Dom Kultury „Dorożkarnia” poinformował media, że zniszczone dzieło warte było 25 tys, zł. i zgłosił naszego wspaniałego wandala na policję, która to, zgodnie z procedurami, skierowała sprawę do Prokuratury Rejonowej dla dzielnicy Warszawa Praga.

        A ja pewnie o tym co się tam stało bym ani nie wiedział, ani tym bardziej dziś o tym nie pisał, gdyby nie fakt, że mój serdeczny kumpel Jan Maciej Piotrowski nie poinformował mnie właśnie o tym, że po roku obradowania, zajmujący się sprawą prokurator zdecydował się sprawę umorzyć, stwierdzając, że Piotrowski to swój gość.

      I teraz, już na sam koniec, kto wie, czy nie to co tak naprawdę stanowi cały sens dzisiejszej notki, a więc fragment uzasadnienia ostatecznego umorzenia:

Okoliczności jego czynu były takie, że instalacja zanim została zniszczona stała się obiektem ożywionej dyskusji w mediach, w których pojawiały się głosy bardzo krytyczne na temat dzieła Moniki Rakowskiej, wskazujące na jego obrazoburczy charakter. Konieczne jest w tym miejscu odwołanie się do opinii biegłego z zakresu religioznawstwa, który stwierdził że ‘figura matki Bożej Niepokalanie Poczętej w otoczeniu grzybków halucynogennych stanowi szyderstwo nie tylko z wizerunku Maryi, ale także z wiary katolickiej i zostało z premedytacją zastosowane. Kpienie i fałszywe przedstawianie świętych wizerunków, którym należy się szacunek, ponieważ odnoszą się one wprost do Boga, stanowi bluźnierstwo, jak podaje Katechizm Kościoła K, nr 2418. W takim razie należy uznać, że figurka Matki Boskiej w otoczeniu grzybków halucynogennych stanowi obrazę uczuć religijnych i promocję wyszydzania wartości chrześcijańskich’. W świetle powyższego jest oczywistym, że czyn podejrzanego można usprawiedliwić w rozumieniu społecznym okolicznościami w jakich się go dopuścił.

Sposób i okoliczności popełnienia przez Jana Piotrowskiego zarzucanego mu czynu są ściśle  powiązane z oceną jego zamiaru i motywacji. Niewątpliwie podejrzany działał z zamiarem bezpośrednim, jednak na ostateczną ocenę strony podmiotowej społecznej szkodliwości czynu wpływa ocena jego motywacji. Nie sposób zaprzeczyć złożonym przez podejrzanego wyjaśnieniom, z których wyłania się obraz osoby doświadczonej przez życie między innymi wypadkiem, w którym mógł stracić życie i który uznaje jako znak dany od Boga

Wyżej opisane złożone przez niego wyjaśnienia uznać należy za wiarygodne nie powodowane jedynie chęcią uniknięcia odpowiedzialności karnej. Dodać trzeba, że są one konsekwentne aksjologiczne. W podejrzanym zrodził się imperatyw moralny zapobiegnięcia dalszemu szerzeniu się profanacji i uznał, że – będąc gotów ponieść pełne konsekwencje –  musi dać wyraz sprzeciwu wobec zgorszeniu. Jego motywacja nie zasługuje na potępienie, a wręcz przeciwnie, w sprawie podejrzanego można dostrzec szlachetne pobudki. Swoistym paradoksem jest to, że przez zachowanie Jana Piotrowskiego, które wypełnia znamiona czynu opisanego w art. 288 §1 kk, Monika Rakowska stała się artystką bardziej znaną. Jak zauważyła biegła z zakresu sztuki współczesnej, ‘szum medialny, jaki wywołuje wystawienie, a najbardziej zniszczenie instalacji, przyniósł autorce realny sukces’. Działanie Jana Piotrowskiego nie wypływało przy tym z odosobnionego przekonania o zaistniałej obrazie uczuć religijnych. Przekonanie to – jak widać w opinii biegłego z zakresu religioznawstwa – było słuszne”.

       Ja zdaję sobie sprawę z tego, że wciąż jesteśmy bardzo daleko od tego by polski wymiar sprawiedliwości wreszcie sprostał wymaganiom cywilizacyjnym, gdzie słowo „cywilizacja” jest rozumiana w sensie podstawowym i znanym od wieków. To jednak orzeczenie i ta decyzja pozwala mi wierzyć, że w jakiś tam jednak sposób trzymamy się odpowiednio upatrzonej drogi i bardzo liczę, że z niej nie zejdziemy.

      A gdy chodzi o to, co potrafi Matka Boża, o czym tu trochę było, spójrzmy może na to zdjęcie:



wtorek, 6 października 2020

O dobrych czerwonych i złych czarnych raz jeszcze

 

Ponieważ zarówno wczoraj jak i dziś jestem nieustannie zarobiony, a mam swoje obowiązki przynajmniej wobec jednego czytelnika, chciałbym dziś przypomnieć pewien bardzo stary, bo jeszcze z roku 2008 tekst o czarnych i czerwonych. Biorąc pod uwagę choćby dzisiejsze oświadczenie prezydent Gdańska w kwestii kolejnej rocznicy masakry w Poczcie Gdańskiej, wcale nie aż tak zdezaktualizowany.    

 

 

       Już wiele lat temu zauważyłem, to tu to tam, młodzież, czy może jedynie dzieci, z naszywkami głoszącymi niezmiennie hasło „Precz z faszyzmem”. Poetyka tego hasła była oczywiście różna, bo oprócz podstawowego „Precz z faszyzmem”, wyrażało się ono też przez przekreślone słowo „faszyzm”, albo przez zdanie „faszyzm to śmierć”, czy też przez zwykłe, króciutkie „tęp faszyzm”.

      Jeszcze wcześniej, pamiętam, kiedy istniała jeszcze instytucja zwykłych przyjaźni listowych, a nie typu gadu-gadu, często dzieci, umieszczające w gazecie swoje zdjęcia i notki, informowały potencjalnych przyjaciół, że nienawidzą kłamstwa i faszyzmu, albo chamstwa i faszyzmu, albo głupoty i faszyzmu. Nigdy przenigdy nie udało mi się zauważyć jednego wpisu z informacją „nie lubię komunistów i chamów”, ani też idąc ulicą, nigdy nie udało mi się dostrzec licealisty, czy gimnazjalisty z plecaczkiem, na którym miałby wypisane hasło „komunizm nie!”, na przykład. Byli oczywiście tacy, którzy nie manifestowali żadnych innych poglądów, jak tylko ten, że Iron Maiden, ale „powiedz nie komunizmowi” – nigdy.

      Myślałem o tym zjawisku bardzo długo i kiedy wreszcie popracowałem kilkanaście lat w najróżniejszych szkołach, potrafiłem mniej więcej odpowiedzieć sobie na nurtujące mnie pytanie: dlaczego faszyzm - nie, a komunizm - obojętnie. Młodzież, którą pytałem o to, czym jest dla nich faszyzm, odpowiadała, wbrew pozorom, nie że faszyzm to Hitler, czy wojna, czy nawet Niemcy. Większość z nich powtarzała to, co wcześniej czytałem w ogłoszeniach pen-palowych, czyli, że faszyzm to kłamstwo, chamstwo i głupota.

      Szczerze powiem, że ta odpowiedź była dla mnie tylko częściowo zaskakująca. Ja na przykład, podobnie jak wielu moich znajomych, przyznaję się do tego, że wielokrotnie słowa „komunista” używałem bardzo szeroko, po to, by dokonać wartościowania osoby, której nie lubię. Czasem, jak coś mi się bardzo nie podobało, mówiłem „Co za komuna!”, albo bardziej dosadnie „Chuj pierdolony komunista”. Więc, gdyby mnie ktoś zapytał, czym jest dla mnie komunista, czy komunizm, mógłbym odpowiedzieć – przyznaję, przewrotnie – że na przykład komunista to swołocz, a komuna to syf.

      To wszystko jednak, co powyżej napisałem, nie zmienia faktu, że problem pozostaje. Dlaczego kultura popularna – bo na pewno nie tylko młodzieżowa – traktuje pojęcie faszyzmu o wiele szerzej, niż pojęcie komunizmu? Dlaczego jeśli chcemy kogoś obrazić, albo zakwestionować coś, co dla nas jest ewidentnie złe, większość z nas może pozwolić sobie na myślowy skrót związany ze słowem „faszyzm”, ale już nie tak często ze słowem „komunizm”?

      Odpowiedź na to pytanie – przynajmniej częściowa – leży w jednym z bardzo starych artykułów w „Gazecie Wyborczej”. Pamiętam bowiem do dziś – jak ktoś chce, niech szuka i sprawdzi – pamiętam bardzo dobrze, że kiedy ministrem sprawiedliwości w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego został Wiesław Chrzanowski, „Wyborcza” uznała za stosowne zwrócić uwagę na to, że po raz pierwszy w powojennej demokratycznej Europie ministrem został faszysta.

      Dlaczego odpowiedź znajduje się akurat w tych słowach i dlaczego jest odpowiedzią jedynie częściową? Otóż Jan Krzysztof Bielecki, co dziś może niewielu chce pamiętać, został powołany na szefa rządu przez Lecha Wałęsę. Lecha Wałęsę, który – o czym też niewielu chce dziś pamiętać – był w tamtym czasie postacią równie znienawidzoną i zohydzoną przez establishment, jak dziś Lech Kaczyński. Więc automatycznie, w pierwszych dniach swojej pracy, zanim establishment zauważył, żę jest bezpiecznie, „Gazeta Wyborcza” waliła we wszystko, co wiązało się z osobą Lecha Wałęsy bez najmniejszego wstydu. Więc walnęła też w dobre imię Wiesława Chrzanowskiego.

      Dlaczego jednak nazwano Chrzanowskiego faszystą? Odpowiedź jest następująca: zrobili tak dlatego, bo nie mogli go nazwać komunistą, a poza tym, nawet gdyby mogli, efekt nie byłby tak czysty. Bo cóż by to mogło oznaczać, że Chrzanowski jest komunistą? Nie bardzo wiele. Komunistą bowiem, tak czy inaczej, byli prawie wszyscy. I Jaruzelski był komunistą i Kuroń i Michnik i Gierek. Komunistą był i Jerzy Urban i Daniel Passent i aktor Siemion i piosenkarka Irena Santor. Komunistą był, jak mówię, każdy z wyjątkiem paru – zupełnie, jak to wtedy mówiono, „zoologicznych”, czy „jaskiniowych” antykomunistów. I to nie komunistą w przenośni, nie komunistą w myślowym skrócie, nie komunistą w figurze potocznej. Oni wszyscy, tak czy inaczej, byli komunistami w sensie dosłownym.

      Takim komunistą jednak nie był Chrzanowski. A, jak mówię, nawet gdyby był, to propaganda antypolska nie mogła go tak nazwać, bo obywatelom do których słowa propagandy były kierowane, mogłoby się jeszcze coś pomieszać. Więc Chrzanowski został faszystą, czyli głupkiem, chamem i oczywiście kłamcą. I tak to się plotło nam kiedyś i tak nam się plecie do dzisiaj.

     Jeśli więc dziś ja o sobie powiem, że uważam to wszystko, czego dokonała Wielka Czerwona Rewolucja za czyste dobro, jeśli powiem, że moim bohaterem jest człowiek o nazwisku Trocki, jeśli powiem, że Marks to największy filozof wszystkich czasów; nawet jeśli oświadczę, że wszystko, co robię i wszystko, co będę robił w swoim dalszym życiu będzie robione dla Wielkiej Czerwonej Rewolucji, wszystko to, w kraju, w którym propagowanie komunizmu jest prawnie zakazane, ujdzie mi na sucho, pod warunkiem, że na tym samym oddechu wyduszę z siebie, że ja absolutnie nie mam na myśl komunizmu i że moja Czerwona Wielka Rewolucja nie miała nigdy absolutnie nic wspólnego z komunizmem. A jeśli ktoś tak mówi, to z pewnością jest czarnym faszystą.

      I odwrotnie. Jeśli stanę publicznie i publicznie powiem, że Okres Wielkiej Niemieckiej Rzeszy był jedynym okresem w historii Europy, kiedy panował porządek i były przestrzegane zasady, a jednocześnie zaznaczę, że Hitler absolutnie mi się nie podoba i nie chcę mieć z nim nic wspólnego, to mój los jest na zawsze przesądzony. Mogę nie wiadomo jak długo powtarzać, że III Rzesza, to wcale nie był faszyzm, a wielu żołnierzy wojsk hitlerowskich wcale nie było faszystami – nic mi to absolutnie nie da. I słusznie.

      Natomiast ktoś wciąż może mnie pytać, dlaczego sprawa czerwonej zarazy jest nadal kompletnie nierozwiązana. I dlaczego, wszystko na to wskazuje, nierozwiązana musi pozostać. Czyżby faktycznie większość z nas to byli najprawdziwsi komuniści, a tak mało wśród nas było faszystów? Czyżby tu szło o grę interesów? Nie wierzę. To być nie może!

     Przynajmniej jeszcze nie dziś.



 

poniedziałek, 5 października 2020

Szara strefa niejednoznaczności, czyli zrozumieć nazizm

 

      

      Jak już pisałem wczoraj, prawdopodobnie w reakcji na zamieszanie jakie pojawiło się w publicznej przestrzeni w związku z kolejnymi niemieckimi wybrykami, tak złośliwie zwany Der Onet opublikował tekst na temat niemieckiego przewodnika turystycznego po Generalnej Guberni, a trzymając się starej zasady, że najlepszą obroną jest atak, do artykułu dodał serię zdjęć prezentujących podhalańskich górali, członków niesławnej, kolaborującej z Niemcami organizacji o nazwie Goralisches Komitee, radośnie pozujących obok niemieckich okupantów.

       Minęła noc i ten sam Onet postanowił pójść za ciosem, tyle że tym razem tematem relacji stała się nie historia polskiej kolaboracji, lecz niesławnego obozu Gross-Rosen i skomplikowanych losów jego załogi. Oto, proszę sobie wyobrazić, że jak się okazuje, członkiem jej był polski Żyd nazwiskiem Nusyn Wekselman. Oto relacja Onetu:

Zatrzymajmy się na moment na Nusynie Wekselmanie, czyli historii żydowskiej – tragicznej, niejednoznacznej. Najtrudniejszej ze wszystkich, które poznałam: ofiara i kat spotkały się w jednej osobie.

Nusyn walczył w kampanii wrześniowej. Po powrocie do rodzinnego Będzina widział, jak zaczyna się gehenna jego rodziny i całej społeczności żydowskiej. Do Auschwitz trafili wszyscy jego bliscy, w tym żona, prawdopodobnie będąca w ciąży. Wiemy to wszystko z akt – ale rozmiaru cierpienia tego człowieka nie da się z nich wyczytać.

Nusyn trafia – jako młody, zdrowy i silny Żyd – do kolejnych obozów pracy. Zachowuje życie, ale zostaje kapo i zaczyna się w pewnym momencie znęcać nad współosadzonymi, innymi Żydami. Jest na tyle okrutny, że w jego otoczeniu powstaje pomysł, by się go pozbyć. Więźniowie rozpuszczają plotki na jego temat, komendantowi obozu ktoś donosi, że Wekselman rabuje złoto i rzeczy osobiste więźniów. Ktoś planuje zabicie go zastrzykiem z trucizną – w ramach ‘dintojry’. Ostatecznie do tej próby nie dochodzi.

Ale po wojnie Wekselman zostaje schwytany, bo o jego kryjówce donosi więzień, którego Nusyn katował w jednym z obozów. Na procesie kilkudziesięciu innych więźniów zeznaje przeciw niemu bardzo szczegółowo – przyznając zresztą, że chcą zemsty.

Wekselmana ułaskawił Bierut. I to dwukrotnie. Najpierw wybawił go od kary śmierci, potem od dożywocia, więc Nusyn spędził w więzieniu tylko osiem lat. Wielu skazanych w takich sprawach prosiło o łaskę, ale to był jeden z nielicznych przypadków, kiedy Bierut się do wniosku przychylił.

Historia Nusyna Wekselmana jako kapo to przykład, jak działała ‘szara strefa niejednoznaczności’. To pojęcie ukuł Primo Levi, więzień Auschwitz. Niemcy skonstruowali system obozowy w taki sposób, że katów i ofiar nie dzieliła jasna granica. Ofiary tej machiny zostały wprzęgnięte w jej tryby, były także narzędziami oprawców – co chyba najlepiej widać na przykładzie Żydów kierowanych do Sonderkommanda.

Opisałam historię Wekselmana, według mnie tragiczną, ale nie oceniam jej. Siedząc w wygodnych mieszkaniach, z rodziną, w ciepłych kapciach - nie wiemy, ile byśmy w tamtym czasie i miejscu zachowali z własnego człowieczeństwa”.

        Ponieważ nigdy wcześniej o tym Wekselmanie i jego tragicznych losach „kata i ofiary” nie słyszałem, zajrzałem głębiej do sieci i dowiedziałem się, że Wekselman w momencie gdy trafił w ręce komunistycznej władzy, pierwsze co zrobił to bardzo kulturalnie i grzecznie zaczął wszystkich napotkanych funkcjonariuszy zapewniać, że jest szczerym komunistą i bardzo by chciał służyć Czerwonej Rewolucji, w efekcie czego dyrektor więzienia w którym przebywał wystawił mu nadzwyczaj pozytywną opinię, no i Bierut nie miał innego wyjścia jak Wekselmana ułaskawić.

        I tu dochodzimy do najciekawszego. Otóż ani w Internecie, ani – co jeszcze ciekawsze – w relacji Onetu nie ma marnego słowa co się stało z Wekselmanem po tym jak opuścił więzienie. Słyszymy, owszem, o tym, jak ciężkie miał życie i jak ów ciężar sprawił, że my nie mamy dziś prawa go w żaden sposób oceniać. Otrzymujemy nawet jako premię specjalne określenie „szara strefa niejednoznaczności”, które, jak rozumiem, ma nam służyć na przyszłość do rozróżniania tego co złe naprawdę, a co złe tylko w naszym głupim pojęciu. Tak, byśmy choćby wiedzieli to, że gdy chodzi o goralenvolk, to oni stanowią czarną plamę na naszych polskich aspiracjach, natomiast co do Wekselmana i jemu podobnych, powinniśmy bardzo uważać na to, co nam się kotłuje w naszych czarnych sercach, by nie skrzywdzić człowieka.

         Otóż nic z tego. Czytam informację na temat wspomnianych wcześniej podhalańskich folksdojczów i dowiaduję się na przykład, że sam prezes owego towarzystwa, Wacław Krzeptowski, został w styczniu 1945 pojmany i wyrokiem Polskiego Państwa Podziemnego powieszony. Tu nie było mowy o tym, by ktokolwiek, stawiając go przed sądem, zastanawiał się nad „szarą strefą niejednoznaczności”. Podobnie, jak sądzę, nie było tego typu myśli w przypadku innego działacza Goralisches Komitee, oraz pomysłodawcy stworzenia specjalnej podhalańskiej jednostki bojowej Waffen-SS, Henryka Szatkowskiego. Ten z kolei, w odpowiedniej chwili, wraz z wycofującymi się Niemcami, ewakuował się z Polski, pozostawiając w Zakopanem żonę i dzieci, i dziś nie jest znana ani data jego śmierci, ani miejsce gdzie został pochowany.

        I to jest moim zdaniem sytuacja gorsza nawet od piekła. A skoro tak, to myślę sobie, że gdyby się miało okazać, że podobne nieszczęście spotkało również Nuksyna Wekselnana, to ja bym się w tej sprawie skutecznie zamknął. Niestety, obawiam się, że zarówno milczenie Onetu jak i wszelkich innych źródeł w tym temacie świadczyć może o tym, że ów Żyd jest bardzo mocno zapisany w czy to polskiej, czy to izraelskiej powojennej historii i na jego grobie do dziś są palone świeczki.

       A w tej sytuacji moja wyssana z mlekiem matki nienawiść każe mi mieć nadzieję, że przynajmniej ci folksdojcze z Onetu poniosą kiedyś karę odpowiednią do swoich uczynków.






 

niedziela, 4 października 2020

Niemiectwo wczoraj, dziś i po wszelkie czasy

Po raz pierwszy opublikowałem tu ten tekst w roku 2009, a potem uznałem za konieczne go powtórzyć jeszcze dwa razy. Ponieważ jednak w tych dniach po raz kolejny pojawiła się w Polsce kwestia niemiecka, pomyślałem że nie zaszkodzi przypomnieć go po raz kolejny. Bezpośrednią jednak tego przyczyną był tekst, który, jak rozumiem, w ramach wspominania dawnych wspaniałych osiągnięć niemieckiego narodu, ni stąd ni z owąd opublikował Onet, a dotyczący opublikowanego w roku 1943 przez wydawnictwo Baedekera tak zwanego „turystycznego przewodnika” po Generalnym Gubernatorstwie. Oto interesujący nas, przypomniany przez Onet, fragment:

Kraków? Stare niemieckie miasto, które potrafi zachwycić! Przyjezdni mogą tam wybierać spośród dwunastu hoteli, osiemnastu restauracji i dziewięciu kawiarni. Mogą też pójść do kina, teatru, filharmonii, albo wziąć udział w muzycznym wieczorku. Miłośników historii z pewnością zadowoli spacer po Adolf -Hitler-Platz, gdzie stoi kościół Mariacki - najwspanialsza budowla tamtejszego niemieckiego mieszczaństwa. Kraków... Tu rzeźbił Veit Stoβ, studiował Nikolaus Kopernikus - znani Niemcy z Kraju Wisły, a teraz na wawelskim wzgórzu rezyduje dr Hans Frank, który mozolnie przywraca tym ziemiom niegdysiejszy polor.

Z serca Generalnego Gubernatorstwa warto wyruszyć dalej. Linie kolejowe na terytorium byłej Polski podczas niedawnej wojny zostały co prawda w znacznej części zniszczone, ale teraz, pod nowym zarządem, powoli podnoszą się z upadku. Na dworcach Niemcy są obsługiwani przy oddzielnych okienkach, mają swoje poczekalnie, odrębne perony, w pociągach czekają na nich wydzielone wagony. Kontakty z tubylcami naprawdę można ograniczyć do absolutnego minimum, a w razie potrzeby sięgnąć po podręczny słowniczek z podstawowymi zwrotami w języku polskim. Choć to raczej miejscowi powinni starać się, by zrozumieć niemiecki [...].

W podróż można się też wybrać samochodem. Stan dróg co prawda jest przeważnie zły, zaś liczba stacji benzynowych i warsztatów nieporównanie niższa niż w starej Rzeszy, ale nic to. Tutaj dokładnie tak, jak na kolei - wszystko idzie ku lepszemu. Główne trasy, jak ta do Warszawy i Lwowa, posiadają już nawet niepylącą nawierzchnię. Tak, czy inaczej w podróż dobrze zabrać ze sobą kanister, trochę części zamiennych i więcej zapasowych dętek. A także broń. Tak, broń się może przydać, zwłaszcza, jeśli kto chciałby przemierzać słabiej zaludnione tereny, albo obawia się, że nie dotrze do hotelu przed zapadnięciem zmroku [...].

A więc w drogę! Do zdrojowych wód, w góry, do miast. Zachwycać się cudami natury i wytworami germańskiego ducha.

Czytam owe fragmenty w Onecie i przyznaję, że tam oczywiście nie ma słowa o prawdziwych powodach dzisiejszej publikacji. Oni wręcz używają tam takich słów jak „przerażający”, „kuriozalny”, czy „upiorny”, nas jednak te słowa ani ziębią ani parzą, bo mamy swój rozum, swoje emocje, a z nimi sobie radzimy znakomicie bez łaskawej pomocy obcych. Poza tym, podziwiając bardzo bardzo bogatą galerię zdjęć pokazującą, jak to choćby góralom w Zakopanem było dobrze pod niemieckim butem, wiemy że choć o wspomnianych powodach słowa nie ma, to obraz mówi sam za siebie, więc gdy chodzi o tę bandę folksdojczów, nie potrzebujemy dodatkowych słów. Skupmy się więc na samych panach.

I ja oczywiście byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby udało mi się w tym momencie napisać jakiś bardziej oryginalny komentarz, poświęcony choćby temu, że rozmawiamy nie o początkach minionego tysiąclecia, ale o samym centrum europejskiej cywilizacji, w czasach, których świadkowie wciąż jeszcze żyją. Ale myślę że nie warto, i stąd właśnie przyszła mi do głowy myśl, by przypomnieć tamten tekst, jeszcze sprzed 11 lat. O niemiectwie. Bardzo proszę:

 

      Kiedy wybuchła wojna, mój wujek, brat mojej mamy, miał 6 lat i mieszkał w maleńkiej wiosce nad Bugiem. Któregoś dnia przez wieś przejeżdżały okupacyjne oddziały niemieckie i żołnierze postanowili zatrzymać się obok naszego domu. Ponieważ wyglądali jak żołnierze, mieli dużo wojskowego sprzętu i w ogóle stanowili bardzo egzotyczną odmianę w życiu małego dziecka, wujek mój – właśnie jak to dziecko – polazł tam za płot, żeby popatrzeć na wszystko, co się tam działo. W pewnym momencie, jeden z Niemców, przechodząc obok mojego wujka – ot tak sobie, z rozpędu – walnął go w twarz tak mocno, że wujek się wywrócił, a następnie z płaczem pobiegł do swojego ojca, a mojego dziadka. Opowiada mi wujek, że dziadek był bardzo dumnym i dzielnym człowiekiem, który w sytuacjach tego typu niesprawiedliwości zawsze reagował honorowo. A więc i tym razem, wziął mojego wujka za rękę i poszedł do dowódcy tych żołnierzy, żeby powiedzieć mu co się stało. Niemiecki oficer wysłuchał relacji dziadka, powiedział, że rozumie jego wzburzenie, ale z formalnego punktu widzenia, nie ma powodów do interwencji. Polska jest krajem okupowanym, Polacy mają prawa bardzo ograniczone, więc takie rzeczy mogą się zdarzać.

       Opowiada mi wujek, że on do dziś, bardzo intensywnie, pamięta z tego zdarzenia jeden szczegół. On stał tam z dziadkiem, dziadek obejmował go swoimi wielkimi, mocnymi ramionami, przed nimi stał ten niemiecki oficer, a wujek czuł, jak dziadkowi drżą ze zdenerwowania dłonie.

     Kiedy wojna się skończyła, wujek mój twierdzi, panowało na wsi powszechne przekonanie, że z powodu tego, co Niemcy zrobili światu, niemieckie państwo przestanie istnieć. Dobrzy ludzie bardzo szczerze wierzyli, że cały teren, który dotychczas był zamieszkały przez Niemców zostanie zaorany, a na tej ziemi posadzi się kartofle. Co się miało stać z samymi Niemcami, o tym już nikt nie myślał. Nikt się nad tym nie zastawiał i – prawdę powiedziawszy – każdy miał tę kwestię głęboko w nosie.

      Od zakończenia wojny upłynęło już niemal 65 lat i – jak widzimy – Niemcy poradzili sobie ze sobą i ze swoją historią zupełnie dobrze. Co ja mówię, zupełnie dobrze? Wręcz znakomicie! Nie dość, że powoli, ale konsekwentnie przestali się czerwienić na dźwięk słowa „wojna”, nie dość, że przestali się nerwowo wiercić na wspomnienie o tym, co się im zagnieździło pod tymi nordyckimi czołami w pewnym momencie ich dziejów, nie dość, że się zaczęli nagle w sposób zupełnie niewyobrażalny rozpychać, to ostatnio – jak się dowiaduję – niektórzy z nich nabrali na tyle odwagi, że zaczynają mi tłumaczyć, że w gruncie rzeczy cały ten chwilowy sukces ich chorego projektu, nie mógłby być w połowie tak spektakularny, gdyby nie aktywna współpraca ze strony tych wszystkich, których oni postanowili złapać za kark i wydusić jak wszy. Jak się dowiadujemy, niemiecki tygodnik „Der Spiegel” przedstawił ostatnio listę tych, z którymi Niemcy życzą sobie dzielić winę za to wszystko, co się stało przed 70 laty. A na tej liście znalazł się również mój dziadek, moja babcia, moja Mama, mój Tata, a może nawet i mój wujek. Może nawet i on.

      Słucham w telewizji wyjaśnień jednego z akredytowanych w Polsce korespondentów niemieckiej prasy, którego nazwiska akurat nie chce mi się pamiętać, a który tłumaczy mi, że nic takiego się nie dzieje. Że to z czym mamy do czynienia, to część zwykłej, historycznej debaty, która się toczy w całej Europie. Staram się jakoś zrozumieć ten dziwny skręt chorego umysłu. Staram się wyobrazić, co mógł mój dziadek zrobić, żeby dziś ten Niemiec potrafił wykrzesać z siebie nieco więcej szacunku do Polski i się zamknął. I jedyne co mi przychodzi do głowy, to tylko to, że miał zamiast trząść tymi swoimi polskimi, chłopskimi dłońmi, wziąć nóż i poderżnąć szwabowi gardło.

      No a gdy chodzi o nas, to przede wszystkim – choć boję się że to już zdecydowanie za późno – może warto by było wrócić do pomysłu z kartoflami.



 

 

 

sobota, 3 października 2020

O sikaniu, czytaniu i przeżywaniu

 

        Jeszcze w czasach gdy brałem aktywny udział w targach książki, pamiętam jak pewnego razu w Arkadach Kubickiego podszedł do stoiska czytelnik, wziął do ręki moją książkę o muzyce, przejrzał i zapytał mnie jakie ja mam kompetencje by zajmować się tym tematem. Ponieważ z tego pytania zrozumiałem, że chodzi mu o muzyczne wykształcenie, odpowiedziałem, że moje kompetencje są zbliżone do tych jakie prezentują Wojciech Mann, Piotr Kaczkowski, Marek Sierocki, czy Marek Niedźwiecki, tyle że wzmocnione przez coś co się nazywa wrażliwością oraz osłuchaniem. Czy moje wyjaśnienie owemu panu się spodobało, czy nie, tego nie wiem, bo on zaledwie pokiwał głową i się oddalił, natomiast owa przygoda pozostaje w mojej pamięci i powiem szczerze że z każdą chwilą coraz częściej każe mi się zastanawiać nad pewnym bardzo powszechnym zjawiskiem – o którym tu swoją drogą już kilka razy było – a mianowicie potęgą autorytetu.

         A problem polega na tym, że wbrew temu co wydawało się wspomnianemu czytelnikowi, jemu tak naprawdę wcale nie chodziło o to, jakie ja mam kompetencje, by pisać o muzyce, ale kto mnie w tej kwestii skutecznie autoryzuje. Kompetencje bowiem, gdy chodzi o coś tak niedookreślonego jak literatura, muzyka, film, czy sztuki plastyczne, tak naprawdę nie mają i nigdy nie miały żadnego znaczenia. Trzymając się już może tylko muzyki, i dla uproszczenia tylko tej współczesnej, proszę zwrócić uwagę, że tak naprawdę owych pereł jest tam naprawdę niewiele. Nawet gdy chodzi o artystów wybitnych, oni też mieli swoje lepsze i gorsze chwile. Artystów którzy przez swój cały okres twórczości nie mieli chwili spadku formy, można policzyć na palcach jednej ręki. Nawet Beatlesi, nawet The Smiths, nawet Dylan od czasu do czasu wypuścili coś, co mógł wypuścić dosłownie każdy.

       No ale dobrze, nawet jeśli któryś z nich potrafił stworzyć tę jedną przysłowiową perłę, to chwała mu. Niech mu to świat pamięta, jak się pamięta to jedno zasadzone drzewo, jeden postawiony dom i jednego poczętego syna. Zdecydowana większość to wyłącznie efekt owej wspomnianej przeze mnie autoryzacji. I teraz, skoro rozmawiamy o tym co komu wolno i kogo należy słuchać, chciałbym powiedzieć, że jedyne co możemy zrobić, to zaopatrzyć się w swoją własną wrażliwość i wiarę w siebie, i owszem, słuchać wszystkich, ale ze stałą świadomością, że ostateczną decyzję podejmujemy sami za siebie i nikomu nic do tego. Najgorszą rzeczą jaką możemy zrobić to zdać się na niesławny, publikowany kiedyś, o ile dobrze pamiętam, przez „Newsweeka” tak zwany „poradnik inteligentna”, gdzie ludzie jak najbardziej autoryzowani przez inne autorytety tłumaczyły nam, co mamy myśleć jeśli zależy nam na tym, by pozostać w Kręgu.

      To o czym piszę, jak mówię, chodzi mi po głowie od lat i z bólem serca stwierdzam, że przez cały ten czas nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego przykładu, który by mógł skutecznie zilustrować ową prawdę. I oto, proszę sobie wyobrazić, że w tych dniach pewną karierę w Internecie zrobił obraz artystki o nazwisku Agata Bogacka, jednak powodem owej kariery nie był jej talent, lecz fakt że jedna z jej prac, przedstawiająca sikającą kobietę, poszła za 118 tys. zł. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że ta suma, zdecydowanie wygórowana, została wyłożona z cudzych pieniędzy, a chodziło nie o to, by się owym obrazkiem zachwycać, tylko w ten sposób wypromować pewien typ wrażliwości, a co za tym idzie, zrobić więcej miejsca dla pewnego typu ideologii. Jestem jednak pewien, że są wśród nas ludzie, którzy są szczerze przekonani, że obraz Bogackiej jest naprawdę piękny, a kto wie, czy też nie stanowi prawdziwego dzieła sztuki, i którzy gdyby tylko mieli odpowiednie możliwości finansowe, to by sobie to kupili choćby i za 20 tysięcy. Dlaczego? Bo tak to właśnie działa. I to działa na wszelkich możliwych płaszczyznach, o których mówimy że są nie do końca wymierne. Nikt z nas nie kupi spodni, gdzie jedna nogawka jest dłuższa od drugiej, butów z odłażącą podeszwą, czy domu z przeciekającym dachem – choć kto wie, na co ludzie są gotowi w dzisiejszych czasach – natomiast we wszystkich innych dziedzinach, wystarczy tylko zapoznać się z opinią mądrzejszych.

       No ale popatrzmy może na wspomniany obrazek. Kobieta oddaje mocz:



        Jak mówię, za to coś ktoś wyłożył 118 tys. zł., a ja już się tylko mogę domyślać, że jeśli w kolejnej pracy Bogackiej ta pani będzie już robiła kupę, to 20 tys. może stać się faktem.

        No i ktoś mnie w tym momencie, śladem tamtego czytelnika, zapyta, jakie ja mam kompetencje, żeby oceniać Bogacką. Czy ja może sam potrafię ładnie rysować, czy może ukończyłem odpowiednie studia, czy wreszcie obracam się w środowisku artystów i od nich czerpię odpowiednią wiedzę. Otóż nie. Mam wprawdzie jednego kumpla artystę wybitnego, ale przede wszystkim o tym, że on jest wybitny nie dowiedziałem się z „Newsweeka”, a poza tym moja wiedza wynika z, jak mówię, czegoś czego nie dostanę od nikogo, a mianowicie z prostej wrażliwości. Proszę na przykład spojrzeć na to i powiedzieć mi, czy gdybyście mieli do wydania 118 tys. zł., to czy wydalibyście je na Bogacką, czy na to. A jeśli już się zdecydujecie, to namiary podam Wam w jednej chwili. Mam blisko, wystarczy że Was skontaktuję z moją synową. Jedyne co ją łączy z Bogacką to to, że też zawsze lubiła rysować.

                 



piątek, 2 października 2020

Czy czarne osoby niebinarne zaśmiecają Planetę

Dziś może przedstawię tu swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, może nieco poważniejszy niż się ostatnio przyzwyczailiśmy, ale w końcu raz na jakiś czas nie zaszkodzi.      

 

Pamiętam jak przed wielu laty rozmawiałem z kolegą ateistą. W pewnym momencie zapytałem kolegę, czy chciałby założyć rodzinę i mieć dzieci, a kiedy mi odpowiedział, że owszem, zadałem pytanie, które wydało mi się wówczas najbardziej logiczne: Po co? Po co mu rodzina, a już zwłaszcza dzieci, gdy jego zdaniem w życiu nie chodzi o nic innego jak przeżyć ten mikroułamek wieczności i umrzeć? Jeśli się bowiem zastanowić, to możliwości są dwie: albo skazujemy się najpierw na bezsensowne cierpienie i strach przed nicością, albo używamy życia póki można, a na starość prosimy o zastrzyk. Jeśli człowiek ma dzieci, przede wszystkim o używaniu życia mowy nie ma, natomiast albo owe niewinne istoty skazuje się na wspomniane bezsensowne cierpienie, a siebie na wszelkiego rodzaju kłopoty, również finansowe, albo za tym stoi kompletnie bezmyślna inwestycja, dla której nie ma usprawiedliwienia. Kolega, proszę sobie wyobrazić, zadumał się przez chwilę i nic na to nie odpowiedział.

       A ja dziś po latach myślę sobie, że on miał okropnego pecha, że tamtą rozmowę prowadził przed laty, kiedy nawet jeśli już gdzieś tam się rodziła, to jeszcze nie była wystarczająco popularna nowoczesna myśl o nazwie „antynatalizm”. Na czym to coś polega? Otóż osoby zainteresowane twierdzą, że najlepiej dla człowieka jest się nie narodzić, a jeśli już, to jak najszybciej umrzeć, bo w sytuacji w jakiej się wszyscy znaleźliśmy, nie ma mowy o jakimkolwiek szczęściu. Tu zresztą antynataliści okazali się znacznie bardziej konsekwentni niż starzy ateiści: tamci przynajmniej uważali, że zanim się zestarzeją i odbiorą sobie życie, pieniądze, alkohol, kobiety i dobra zabawa pozwolą im się na chwilę życiem upoić, dziś natomiast chodzi już tylko o doprowadzenie świata do autodestrukcji.

         Jeśli ktoś myśli, że ja żartuję lub w najlepszym wypadku przesadzam, chciałbym zwrócić uwagę, że w tych dniach w Kanadzie ruszyła zakrojona na bardzo szeroką skalę kampania, prowadzona przez organizację pod nazwą „Jedna Planeta, Jedno Dziecko”, której celem, jak sama nazwa wskazuje, jest doprowadzenie do tego, by ludzie wydawali na świat tylko jedno dziecko. Osoby za ową kampanią stojące wprawdzie udają, że im chodzi wyłącznie o to, by nasze ulice nie były tak zakorkowane, a świat zrobił się na tyle przestronny, by ludzie, zwierzęta i rośliny zaczęły wreszcie żyć w pełnej symbiozie, ale my oczywiście wiemy, że na końcu tego planu stoi koniec prawdziwy, a za nim przekonanie o tym, że lepiej nam się było nie narodzić.

          A ja mam już tylko nadzieję, że w tej wojnie ideologicznej, która jest obecnie prowadzona na tak wielu frontach, przyjdzie ktoś odpowiednio ważny i zapyta: A co z Czarnymi, których życie podobno ma przecież znaczenie? By już nie wspomnieć o osobach niebinarnych. Oni też się mają przestać rodzić? No, no. Tu jednak zachęcałbym do pewnej ostrożności.  




czwartek, 1 października 2020

Polska krajem przyjaznym dla gejów, lesbijek, Murzynów i idiotów


      Powiem zupełnie uczciwie, że reakcja jaką wywołało oświadczenie akredytowanych w Polsce ambasadorów w sprawie ochrony praw osób LGBT bardzo mocno mnie zirytowała. Odnoszę bowiem wrażenie, że większość wypowiedzi jakie pojawiły się w ostatnich dniach po tak zwanej „naszej” stronie, mają dokładnie tyle samo sensu co protestowanie przeciwko komuś kto publicznie przedstawił Polskę jako kraj, w którym cenzuruje się anglosaski pop, zwłaszcza w wykonaniu Afroamerykanów. I ja oczywiście mam świadomość, że to porównanie dla wielu z nas wyda się kompletnie nietrafione, jednak będę się upierał, że to jest właśnie dokładnie to co się dzieje obecnie. Tak samo bowiem, jak w Polsce nie ma mowy o cenzurowaniu Steviego Wondera, czy Louisa Armstronga, tak samo nie zdarza się by ktokolwiek gdziekolwiek, czy to na poziomie ulicy, czy wyżej na szczytach władzy, kiwnął choćby palcem w stronę ludzi, którzy mają erotyczne zainteresowania choćby nie wiem jak egzotyczne. Niedawno szedłem sobie przez plac tu przed dworcem, i na rurce przed Żabką siedziała dziewczyna w sukience, a przed nią stała jej koleżanka, z głową między jej nogami i ją regularnie wylizywała. Mówimy o placu przed dworcem, gdzie w każdej minucie przewalają się tłumy i nikt, dosłownie nikt nawet w ich stronę nie rzucił jednego słowa. Wszedłem do Żabki, kupiłem co miałem kupić, wyszedłem, a one tam dalej się lizały jak gdyby nigdy nic. I nawet nie chodzi o ludzi. One same robiły wrażenie jakby im nawet do głowy nie przyszło, że robią coś co może kogokolwiek wzruszyć, a tym bardziej narazić je na jakąkolwiek agresję. Czemu tak? Odpowiedź jest prosta: ich dotychczasowe doświadczenie musiało im mówić, że są całkowicie bezpieczne.

        To był oczywiście wybryk szczególnie niestosowny. Ja jednak mogę tu przywołać dziesiątki par w sposób oczywisty homoseksualnych, które bez żadnego skrępowania demonstrują swoje związki i również nikt im w tym ani nie przeszkadza ani ich praktycznie nie zauważa.

         A zatem uważam że mam rację, kiedy twierdzę, że aktualne oświadczenie ambasadorów ma dokładnie tyle sensu co ich ewentualny protest w kwestii państwowego zakazu grania w Polsce czarnego bluesa. No a zastanówmy się co by było, gdyby tego typu protest się nam jednak objawił? Czy kolejni politycy wyrywaliby sobie włosy z głowy, że jak w ogóle można coś takiego mówić o nas Polakach, którzy, jak wszyscy wiedzą, mają nieskrępowany dostęp do czarnej muzyki i że nawet w czasach komuny wolno nam było słuchać Raya Charlesa i Arethy Franklin? Czy pół Wiadomości TVP poświęcone by było udowadnianiu, że jest wiele krajów na świecie, gdzie tego typu cenzura jeszcze niedawno obowiązywała, a i dziś to tu to tam obowiązuje nadal? Jestem pewien, że nic takiego by się nie stało. Zapewne polskie władze i w ogóle opinia publiczna wzruszyłyby jedynie ramionami i zajęły się ważniejszymi sprawami, że już nie wspomnę o wydawaniu jakichś oświadczeń. Tymczasem jak widzimy dziś w kotle wrze, a i tak się do niego wciąż dokłada.

       Przepraszam bardzo, ale co jest tak naprawdę złego w oświadczeniu ambasadorów? Przecież oni nie mówią nic szczególnie kontrowersyjnego. Gdyby ten ich list skrócić do niezbędnego minimum, to zostałoby z niego tylko tyle, że jest czymś bardzo złym prześladowanie wszelkich mniejszości, w tym mniejszości seksualnych, no i że skandaliczne jest tworzenie stref, gdzie dla owych mniejszości przedstawicieli obowiązuje zakaz wstępu. A co? Nie jest tak? Przecież to jest zupełnie oczywiste. Podobnie jak oczywiste jest, że ów list w ogóle nie dotyczy sytuacji w Polsce.

      A zatem, moim zdaniem, najsłuszniejszą na niego reakcją byłoby kompletne jego zlekceważenie, a gdyby już jednak wypadałoby coś powiedzieć, to gdyby to ode mnie zależało, ja bym wydał następujące oświadczenie:
Zarówno władze państwowe, jak i większość polskiego społeczeństwa, w pełni solidaryzuje się z treścią oświadczenia ambasadorów. Stanowczo stwierdzamy, że wszelkie przejawy wrogości w stosunku do przedstawicieli środowisk LGBT zasługują na potępienie i obecny rząd zapewnia owym mniejszością pełna ochronę prawną oraz obywatelską. Jakiekolwiek ewentualne próby tworzenia tak zwanych ‘stref wolnych od LGBT’ będą traktowane jako nielegalne i spotkają się z natychmiastową reakcją. Polski rząd zrobi również wszystko by nie dopuścić do publicznego obrażania i kompromitowania, a przez to wzbudzania nienawiści w stosunku do osób LGBT, przez publiczne sugerowanie tego choćby, że to są zboczeńcy, którzy przebierają się za psy i wyprowadzają się wzajemnie na spacer na łańcuchu. Polska pozostaje krajem, w którym prawo chroni każdego, kto owego prawa przestrzega i pozostaje nam się tylko cieszyć, że to z Polski popłynął w świat ów jakże potrzebny sygnał. Niech żyje wolność, miłość i tolerancja! 

        I to tyle. A gdy chodzi o redaktorów Wiadomości, którzy, jak wiemy, są często mocno wyrywni, niech już może, zamiast robić z siebie durniów i opowiadać o tym jak to belgijski król Leopold ponad 100 lat temu dręczył lokalną ludność Kongo, puszczą fragment z ostatniego festiwalu w Opolu. Osobiście nie oglądałem, ale jestem pewien, że parę gejów, czy lesbijek tam wystąpiło. Niech ambasadorowie widzą, jak w kraju wolności się robi kariery.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...