niedziela, 26 lipca 2020

Gerard Warcok: Święty Krzysztof – patron wędrowców i przechodzenia.

      Ludzie utrudzeni albo skołowani odwracają się od psychologicznego i duchowego wymiaru życia. Czymś świętym staje się to, co nieświęte. Zwodzą pułapki materialnych, psychicznych i duchowych pozorów. To co lśniące, łatwe, szybkie do osiągnięcia - staje się pociągające. Atrakcyjne jednostki mają magiczną moc przyciągania i stają się autorytetami i fetyszami. Pełnią funkcję, często nieświadomie, współczesnych wyroczni i królów z dawnych mitów i bajek. Ich naśladowanie, dając złudne poczucie atrakcyjności i mocy zastępuje prawdziwy rozwój. Sztuczne słońca oślepiają i rozpalają emocje, które spopielają prawdę i zdolności samoobronne.
    Także na drogach. W wypadkach komunikacyjnych na świecie w ciągu 100 lat zginęło 30 milionów ludzi. W naszym kraju od 1999r. wydarzyło się około 1 miliona wypadków, zginęło ponad 110.000 tysięcy osób, ponad 1 milion zostało rannych. Średnia dzienna z 2019r. to 83 wypadki, 97 rannych, 8 osób zabitych. Podobnie jak na jezdniach, tak i na drogach życia swą ziemską wędrówkę przerywa samobójstwem co roku 800 tysięcy ludzi, w Polsce średnio 14 osób dziennie. Nie do zliczenia są ukryte ofiary wewnętrznych sił destrukcji. Na co dzień doświadcza się wymuszeń. Trudno jest pozwolić się wyprzedzić. Łatwiej jest postawić progi zwalniające na jezdniach aniżeli w głowach. Odurzenie, złośliwość i chęć utarcia nosa poszerzają drogę do zatracenia. Jezdnie upodabniają się do bitewnych pól. Przydrożne krzyże powszechnieją. Ciężkie przeżycia i moralizatorskie apele są niewystarczające do wewnętrznej przemiany. Ludzie oswajają się z krzywdzeniem i bezsilnością. Odreagowywane są niespełnienia i poniżenia. Realizuje się śmiercionośny aspekt popędu agresji. Powtarzają się urazy...
Quo vadis?

1 komentarz:

  1. Dziękuję za ten tekst. Bardzo potrzebny. Codziennie przed snem dziękuję Świętemu Krzysztofowi (no i oczywiście mojemu kochanemu Aniołowi Stróżowi) za moje darowane mi jeszcze raz życie. Cztery razy mnie uchronili przed przynajmniej kalectwem. W 2010 po raz ostatni musieli ostro interweniować - bo w końcu zmądrzałam. Wtedy moja toyotka poszła na złom, a ja jeszcze nie. Kazali mi trochę poleżeć w szpitalu, żeby mi się we łbie nie poprzewracało od tego mojego dotychczasowego "wielkiego farta". Od tamtej pory bardzo się staram jeździć jak trzeba. I wszyscy moi najbliżsi też. Mamy za dużo do stracenia i nie chcemy krzywdzić innych. Dajemy się wyprzedzać. Jest dużo takich ludzi jak my. Nie jest źle.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.