środa, 9 września 2015

Anetka, czyli życie

Jak niektórzy z nas mieli możliwość zauważyć, niedawno obchodziłem swoje sześćdziesiąte urodziny. Ponieważ sześćdziesiąt lat to w sposób obiektywny nie byle co, można by uznać, że sprawa jest zamknięta, tymczasem w moim skromnym wypadku wydarzyło się coś, co całość postawiło w zupełnie innym świetle, a mnie zmotywowało, by napisać notkę absolutnie wyjątkową.
Oto zatem moja opowieść urodzinowa.
Proszę sobie wyobrazić, że moim ojcem chrzestnym był niejaki „pan Włodek”. Ja owego „pana Włodka”, o ile dobrze pamiętam, nie widziałem nigdy na oczy, nie mam pojęcia, kim on był, co robił, czy był osobą sympatyczną, czy wręcz przeciwnie, jednak tak się akurat złożyło, że kiedy się urodziłem, byłem bardzo chory i rodzice moi musieli mnie na gwałt ochrzcić, no a tym samym, również na gwałt znaleźć dla mnie rodziców chrzestnych.
Skąd oni wzięli owego „pana Włodka”? Otóż kiedy krótko po wojnie mieszkali jeszcze wraz z moim starszym bratem Szklarskiej Porębie, jedynymi ich znajomymi byli sąsiedzi, państwo K., którzy mieli sklep i córkę, o której zawsze się mówiło „panna Irena”. Jak bardzo byli oni nam bliscy, świadczyć może też fakt, że „panna Irena” została matką chrzestną mojego brata. A zatem, była ta Szklarska Poręba, Osiejukowie z synem i ich sąsiedzi i przyjaciele, państwo K. z córką Ireną, i, jak się okazuje, z synem – wspomnianym już „panem Włodkiem”, który akurat mieszkał w innej części Polski. Nie mam tu oczywiście pewności, ale zdaje mi się, że on poszedł do wojska gdzieś na Pomorzu, tam założył rodzinę i tam też już został.
Kiedy doszło do pamiętnej wymiany pieniądza, państwo K. stracili cały majątek, zabrali co mieli i wyjechali do Katowic, a moi rodzice pojechali za nimi. No i tu również owa znajomość, czy przyjaźń nie zgasła, nawet kiedy już starsi państwo K. poumierali, a „panna Irena” wyszła za mąż za niejakiego B. i siłą rzeczy została „panią Ireną”.
Kiedy ja się jednak urodziłem taki słaby i chory, była jeszcze „panna Irena”, a jej brat, „pan Włodek” został moim ojcem chrzestnym.
I proszę sobie wyobrazić, że „pan Włodek” miał córkę Anetkę w moim, lub podobnym, wieku, której ja nigdy nie mogłem spotkać, ale o której wciąż słyszałem, którą znałem ze zdjęć i pamiętam, że to była prześliczna dziewczynka. Rodzina „panny Ireny” przyjechała do Katowic raz, kiedy ja miałem dziewięć lat, a ja z tego pamiętam tylko Anetkę. Spędziliśmy jedno popołudnie z rodzicami na działce i ja z tego dnia pamiętam do dziś, że jedliśmy truskawki i że Anetka była naprawdę pięknym dzieckiem. Więcej już jej nie zobaczyłem.
No i przechodzimy do dnia dzisiejszego. W dniu moich sześćdziesiątych urodzin, żona moja kazała mi pójść ze sobą na rower. Jedziemy więc tymi rowerami przez las (w Katowicach, wbrew temu co niektórzy mogą sądzić, lasów jest zatrzęsienie) i w pewnym momencie spotykamy mojego ucznia sprzed lat, pewnego Tomka z żoną, którego nie widziałem od czasu jak przestałem uczyć w szkole. Bardzo miło i długo sobie w czwórkę rozmawiamy, następnie się żegnamy, a ja nie mogę sobie darować, że nie pamiętam jego nazwiska. Wracamy do domu, a ja ciągle grzebię w pamięci za tym nazwiskiem. I czym dłużej grzebię w pamięci, tym bardziej wiem, że muszę sobie przypomnieć, jak on miał na nazwisko. No i wtedy, w odruchu czystej desperacji, myślę sobie, że wejdę na Naszą Klasę, gdzie nie byłem od trzech już, czy może nawet czterech lat i tam go spróbuję znaleźć. Nie jest to łatwe, bo za cholerę nie umiem sobie przypomnieć hasła, no ale jakoś się udaje. Tomka nie znajduję, natomiast okazuje się, że przez te wszystkie lata nazbierała się kupa wiadomości od bardziej, mniej, czy w ogóle nieznanych mi osób. I proszę sobie wyobrazić, że wśród tych wiadomości znajduję najnowszą, zaledwie z sierpnia tego roku, o następującej treści:
Dzień Dobry, pozwoliłam sobie napisać żeby spytać czy zna Pan może rodzinę B. z Katowic, a konkretnie Irenę B. i jej syna Marka. To moja ciotka ze strony ojca, Włodzimierza K. Szukam z nimi kontaktu, a z dzieciństwa pamiętam że przyjaźnili się z rodziną Osiejuków, którzy mieli syna Krzysztofa. Pamiętam Krzysia Osiejuka z okresu jak miał 9 lat i Pan mi tu na zdjęciu w nk wydaje się podobny. Jeśli to się zgadza i może mi Pan pomóc nawiązać kontakt z rodziną, to podaję kontakt do siebie…”, no i tu już tylko dane Anetki.
Oczywiście w żaden sposób Anetce nie mogłem pomóc z tego prostego powodu, że wszyscy już dawno nie żyją, a gdy chodzi o Marka, to przez to, że on był znacznie ode mnie młodszy, nie był nigdy moim kolegą i jego los pozostał mi kompletnie nieznany. No aleśmy sobie miło porozmawiali, ona mi powiedziała, że byłem pierwszym chłopakiem, jakiego poznała w życiu, a ja jej, że ona z kolei pierwszą dziewczynką, w której się kochałem, do tego stopnia, że do dziś pamiętam tamte truskawki, no a poza tym przez to, że jej tata był moim ojcem chrzestnym, jesteśmy praktycznie rodziną.
Bardzo to wszystko jest wzruszające, no i pełne znaków. Człowiek kończy te swoje sześć dych, zagląda bez sensu na tę Naszą Klasę i nagle sobie uświadamia, że gdyby nie ten rower i ten uczeń i to dziwne odnalezienie starego jak świat hasła, jedynym prezentem urodzinowym byłyby te wypasione flaszki i szwajcarski scyzoryk z korkociągiem od mojej ukochanej żony, która potrzebowała zadbać o to, żebyśmy, kiedy znowu pojedziemy do Budapesztu, mieli czym otworzyć wino w hotelowym pokoju pod koniec kolejnego dobrego dnia.

Jeśli komuś się ta historia spodobała i chciałby pozostać w nastroju, zachęcam do kupna mojej książki o markach, dolarach, bananach i pewnym biustonoszu, która jest do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.




2 komentarze:

  1. To bardzo piękna historia. Bardzo. Ja mam lat trochę mniej ale przecież nie o tyle mniej by nie przeszły po mnie ciarki.
    Wzruszyłem się, dzięki Krzysztof.

    No i oczywiście nie można nie przypomnieć, że nie ma przypadków - są tylko znaki.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Kozik
    To jest ta historia, co Ci ją chciałem we wtorek opowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.