niedziela, 24 maja 2015

Johnny Cash (73) - Jordi Savall (27)

Mamy drugi dzień ciszy, a z nim usta zamknięte na kłódkę. Poczytajmy więc sobie kolejny rozdział z mojej książki o zespołach i słuchajmy muzyki.

Gdy idzie o muzykę tak zwaną „poważną”, znam się na niej w stopniu bardzo ograniczonym, i przyznam, że nie bardzo lubię. To znaczy, niekiedy słucham jakichś wybranych kawałków – ostatnio kwartety Szostakowicza – natomiast nie powiedziałbym, by generalnie słuchanie jej sprawiało mi szczególną przyjemność. Co gorsza, tak się jakoś składa, że z im bardziej uznanym kompozytorem mam do czynienia, tym mniej jestem w stanie słuchać tej akurat muzyki. A więc ani Mozart, ani Beethoven, ani Haydn, ani jakiś Schubert, czy Chopin nie inspirują mnie w jakimkolwiek wymiarze.
Bach. Okay. Bacha czasem słuchać lubię, tyle że niedawno spotkały mnie dwie rzeczy, które bardzo mnie zaniepokoiły. Otóż, jak wiemy, Bach to barok, a nie trzeba być bardzo starannym obserwatorem muzycznego rynku, by zauważyć, że cały ów biznes opanowany jest przez barok właśnie. Wystarczy wejść do jakiejkolwiek księgarni handlującej płytami z muzyką poważną, by zobaczyć, że tam najwięcej i w najbardziej atrakcyjnej ofercie jest właśnie baroku, ewentualnie muzyki jeszcze dawniejszej. Wystarczy wejść do takiego sklepu, by zostać wręcz przyduszonym tymi pięknymi okładkami, na których widać piękne kobiety z dawnymi instrumentami w dłoniach, no i być może jeszcze posłuchać jak ta muzyka się sączy ze sklepowych głośników. Wystarczy wreszcie rozejrzeć się po aktualnej ofercie festiwalowej, by stwierdzić, że festiwale gromadzące jakakolwiek publiczność, to są niemal wyłącznie festiwale muzyki dawnej.
Jaki stąd wniosek? Otóż wniosek może być tylko jeden: barok i w ogóle muzyka dawna to najbardziej prymitywny pop. Jeśli tego jest tak dużo, to znaczy, że na to jest zapotrzebowanie; a jeśli to zapotrzebowanie jest tak jednoznaczne – sytuacja robi się dość głupia. Szczególnie dla kogoś takiego jak ja, kto na pytanie: „Czy lubisz słuchać muzyki poważnej?”, gotów jest odpowiedzieć: „Powiedzmy Bacha, czy jakichś jeszcze starszych kompozytorów”.
A zatem to był pierwszy moment, kiedy się zorientowałem, że z tym moim Bachem sprawa jest podejrzana. Drugi przyszedł bardzo niedawno. Otóż ja uczę dzieci pewnych wybitnych muzyków, i czasem po lekcji lubię sobie z mamą tych dzieci porozmawiać właśnie o sytuacji na rynku. I oto któregoś dnia, podczas krótkiej pogawędki, powiedziała mi ona, że na muzycznych uczelniach istnieje coś takiego, że jeśli jest jakiś muzyk, który nie rokuje większych nadziei, to mu się mówi, żeby się załapał na barok, to może sobie jakoś tam da radę. No i stamtąd już doszliśmy do rozmowy na temat tych wszystkich artystów, typu L’Arppegiata, Christina Pluhar, Philippe Jaroussky, czy wreszcie ich pierwszy i najważniejszy boss – Jordi Savall.
Mówiłem jej, że ja owszem, bardzo lubię sobie posłuchać tego typu muzyki, natomiast kiedy widzę to opakowanie, jestem co do tego wszystkiego pełen najgorszych podejrzeń. A ona na to mi odpowiadała, że też czasem lubi sobie czegoś takiego posłuchać, ale z zawodowego punktu widzenia, to jest zbyt tanie, by się tym zajmować bardziej na powaznie. Normalny, zwykły pop, do tego jeszcze specjalnie przykrojony pod najmniej wybredne gusta. A ten Savall to tego wszystkiego bezpośredni symbol.
A ja sobie myślę, że ona musi mieć rację. Zatrzymajmy się przy tym Savallu. Spójrzmy na niego choćby przez chwilę, kiedy on jest w pracy. Popatrzmy na ten jego szalik, te buty, ten szpan, tę zamyśloną pozę. I pomyślmy o tych wszystkich inteligenckich domach, gdzie w naczelnym miejscu salonu znajduje się ten wypasiony, high endowy sprzęt, a obok leżą te płyty: Maria Peszek, Pat Metheny, no i oczywiście wszystkie po kolei płyty L’Arpeggiaty. No i dobra. Niech będzie, że jeszcze najnowsze trójpłytowe wydanie „Out of the Cool” Milesa.
Ktoś pewnie teraz mi powie, że skoro ja skreślam Bacha i całą muzykę dawną, a wcześniej już wykazałem kompletny brak zainteresowania klasykami, romantykami i całą resztą tej nadętej bandy, to co mi zostaje? Otóż nie wiem, co zostaje. Może nic, a może ja się po prostu na tej muzyce – zgodnie z tym zresztą, co napisałem wcześniej – nie znam i już do końca świata będę tylko słuchał „Jesus Love Never Failed Me Yet” Gavina Bryarsa, z Tomem Waitsem i tym biednym dziadem na wokalach? Może. Daję słowo, że nie mam nic przeciwko temu.

Oczywiście, wciąż nie wychodzimy z księgarni Coryllusa, gdzie jest do kupienia moja książka o muzyce. http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Zapraszam serdecznie. A teraz słuchajmy Johnnego Casha. Savall to pozer większy nawet od Daniela Olbrychskiego.


5 komentarzy:

  1. Ciekaw jestem Pana zdania o tym zespole.

    www.youtube.com/watch?v=pVtu31LbDKM

    OdpowiedzUsuń
  2. @betacool
    Przecież ja wszystko napisałem w tekście powyżek. Jedyna muzyka poważna, jaką jestem w stanie słuchać, to barok i muzyka jeszcze starsza. Gdy chodzi o Savalla i to całe towarzystwo, uważam ich wszystkich za wyjątkowych pozerów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Sorry lekka konfuzja TOOL i ciężka progresja, korzenie z King Crimson, Floydów w jednym szeregu z Savallem?
    Mógłby Pan to rozwinąć?

    PS. Teraz będziemy mieli tyle trąbicieli dobrej nowiny, że jeszcze przez chwilę można popisać o muzyce, zwłaszcza o tej, o której książka milczy.

    OdpowiedzUsuń
  4. @betacool
    Rozwinąć? Jeszcze bardziej. Chyba nie czuję potrzeby.

    OdpowiedzUsuń

  5. Człowiek nie jest is­totą, którą tworzy pot­rze­ba, lecz is­totą, którą tworzy pragnienie.

    Gaston Bachelard

    Zatem uszanuję brak czucia potrzeby.
    Tak mi się po prostu ułożył logiczny muzyczny wianuszek, że skoro Pana porusza muzyka Frippa, a jego porusza muzyka TOOL-a, to może i Pana coś w niej poruszy... Ale może nadmiernie skomplikowałem ten ciąg logiczny.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.