sobota, 16 maja 2015

Jak nie płakać po B.B. Kingu

Zmarł B.B. King i ja mam pełną świadomość straty, jaką ponieśli w tym momencie miłośnicy bluesa na całym świecie. Nie pozostaje więc mi nic innego, jak złożyć im wyrazy szczerego współczucia. Byłbym jednak nieuczciwy, gdybym powiedział, że owe poczucie muzycznej utraty przeżywam wraz z nimi. Ja wiem, że B.B. King to był niezwykle miły i pewnie dobry człowiek, w dodatku niezwykle dla gatunku zasłużony, ale co mam robić, jeśli ja B.B. Kinga nigdy nie lubiłem? Po prostu. Jego akurat nie. To już bardziej Claptona. Nawet Nalepę. Kinga – nie. Zresztą, co będę dłużej ględził. Proszę poczytać sobie fragment z mojej książki o muzyce. O bluesie właśnie. Białym i czarnym.

Wiem oczywiście, co mówią specjaliści, a mianowicie to, że wszystko co jest, pochodzi od czarnego bluesa, a więc od tych biedaków, którzy przed stoma laty, zakuci w łańcuchy, stali gdzieś przy drodze i grzechocząc tymi łańcuchami, tworzyli sobie tło dla piosenek, które miały ich zachować w nadziei, lub ich jeszcze starszych braci i siostry, którzy z kolei na polach bawełny mruczeli sobie coś pod nosem, jednak kiedy słucham czy to Beatlesów, czy Talking Heads, czy nawet Van Morrisona, jakoś nie jestem w stanie się wczuć. Powiem więcej, ja nawet nie byłem w stanie odnaleźć tych źródeł u Hendrixa, kiedy on grał i śpiewał swoje Voodoo Chile… no może troszeczkę. Jednak, żeby od razu przyjąć za prawdę to, że wszystko to blues, to już nie bardzo.
Natomiast przyznaję, że sam blues – jak najbardziej. Pamiętam, że był nawet taki okres w moim życiu, kiedy ja słuchałem wyłącznie czarnego bluesa, i nie mam tu wcale na myśli ani John Lee Hookera, ani Muddy Watersa, ani nawet Big Bill Bronzy’ego, czy Howling Woolfa, ale tych najbardziej zapomnianych gitarzystów, niemal bez nazwisk, by już nie wspominać o twarzach. Jednak dość szybko przyszedł moment, kiedy nagle zrozumiałem, że z nimi jest trochę tak, jak dziś powiedzielibyśmy, z hip-hopem, czy punk rockiem, gdzie przez to iż każdy właściwie może to grać, 90 procent tej muzyki to coś kompletnie bez znaczenia. No bo nie oszukujmy się: mamy jakiegoś staruszka z gitarą, który się nazywa Big John Wanker, Blind Jimmy Hooch, czy J.J. Crook, z których każdy śpiewa dokładnie o tym samym, a więc o tym, że obudził się rano i poczuł, że musi się napić, jest dokładnie tak samo dobry i tak samo interesujący, jak jego kolega, no a nam już tylko pozostaje pytanie, jak długo można się tym zachwycać? A więc w pewnej chwili uznałem, że trzeba jednak sobie tych czarnych darować i zrobić w swoich zbiorach gruntowny porządek.
Mam, proszę sobie wyobrazić, kolegę, wybitnego jazzowego saksofonistę i kompozytora, który, gdy idzie o moją muzyczną edukację, ma zasługi nie do przecenienia. Otóż był czas, kiedy on mnie regularnie zapoznawał z całym najważniejszym dorobkiem czarnego awangardowego jazzu, i ja nawet nie dopuszczałem do siebie myśli, że jest coś ważniejszego w tej – i każdej zresztą muzyce – niż Archie Shepp, Albert Ayler, czy młody David Murray. W międzyczasie jednak obaj się mocno posunęliśmy w latach, no i pewnego dnia spotkałem mojego kumpla, chciałem mu coś wspomnieć o Sheppie, a on mi na to mówi, że czarny jazz to fikcja. Wszystko, co tam powstało największego, to byli biali. Czy to Mulligan, czy Bill Evans, czy Gil Evans, czy Chet Baker, czy wreszcie Dave Brubeck – oni wszyscy wyprzedzali swoich czarnych kolegów o lata świetlne. Oczywiście, i Miles, i Parker, a już zwłaszcza ci wszyscy nowojorscy i chicagowscy awangardziści potrafili robić wokół siebie odpowiednią atmosferę, do tego stopnia skutecznie, że ile razy tam się pojawił któryś z tych białych, to nam się wydawało, że to przyszedł uczeń do mistrza, tymczasem niewykluczone, że gdyby nie to, że tam zawsze był jakiś „towar”, to takiemu Bakerowi czy Mulliganowi nawet do głowy by nie przyszło, by się tam w ogóle pokazywać.
Czy tak było rzeczywiście, czy nie – co do tego pewności mieć nie mogę. Ja wiem oczywiście, że prawdopodobnie w całej historii jazzu trudno jest znaleźć coś tak znakomitego, jak trio Evansa ze Scottem LaFaro i Paulem Motianem, lub trąbkę i głos Cheta Bakera, niemniej wciąż wole myśleć, że bez czarnych – i nie mam tu na myśli tylko Coltrane’a i Milesa – to wszystko by raczej nie istniało. No ale mniejsza z tym. Rzecz w tym, że ja dziś dokładnie to samo, co czuje mój kolega muzyk odnośnie jazzu czarnego i białego, czuję, jeśli idzie o blues. Od dłuższego już czasu mam nieustające wrażenie, że dopiero kiedy słyszę bluesa w wykonaniu któregoś z białych, tak zwanych „epigonów” autentycznego czarnego bluesa, wiem, że nadszedł mój czas.
No dobrze, ja jestem zupełnie bezradny, gdy chodzi o Hookera. Nie mam słów, gdy słyszę Roberta Johnsona, Muddy Watersa, czy tych dwóch czarodziei, czyli duetu Sonny Terry i Brownie McGee. Jednak poza tym, gdy mowa jest już o całej tej reszcie, oni zaczynają mi się powoli zlewać w jedną masę bez jakiegokolwiek znaczenia. Przepraszam bardzo, ale jeśli mam słuchać B.B. Kinga, a więc prostą konfekcję, to już decydowanie wolę choćby i Claptona.
A tak naprawdę, w kwestii bluesa uważam, że nic się nie jest w stanie równać z tym granym przez białych muzyków. I naprawdę nie ma żadnego znaczenia, co oni sami powiedzą, a więc, że gdyby nie ktoś tam żyjący kiedyś w delcie Mississippi, to ich by nie było. Może i faktycznie ich by nie było, tyle że to nic nie zmienia. Oni są zwyczajnie lepsi. Weźmy na przykład wszystkie – mówię o wszystkich – albumy Ten Years After; posłuchajmy każdego – mówię o każdym – nagrania Petera Greena z Fleetwood Mac; rzućmy okiem, czy może uchem, na Canned Heat, czy choćby i Mayalla z Markiem i Almondem, grającymi wspólnie „Room To Move”, czy „California” – posłuchajmy tego wszystkiego i ja nie wierzę, żeby ktokolwiek z nas, kto zwyczajnie lubi posłuchać sobie bluesa, nie doszedł do wniosku, że prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero tutaj.
I uważam, że to jest bardzo ciekawa obserwacja. Bo, owszem, nie ma najmniejszej wątpliwości, że oni wszyscy przyszli już na gotowe; że to wszystko wymyślił i przygotował dla nich zupełnie kto inny; że, wreszcie, to tamci, starzy bluesmani znad rzeki, tak naprawdę mają pełne pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi. To wszystko prawda. Tak się jednak dziwnie złożyło, że biali do tego dołożyli coś, czego czarni dać nie potrafili. I to coś okazało się rzeczą absolutnie kluczową, by nie powiedzieć – decydująca. I to wszystko. Idę puścić sobie Alvina Lee.

Kiedy będą Państwo czytali ten tekst, niewykluczone, że ja już będę w Warszawie na stoisku nr 354 G na Stadionie Narodowym, podpisując książki i udzielając się towarzysko. Bardzo wszystkich zapraszam, dziś i jutro, nawet jeśli tylko po to, by pogadać.


2 komentarze:

  1. @Toyah
    Mnie także B.B. King nie wzruszał. W temacie bluesa, to muszę powiedzieć, że bardzo ciekawy dokument(w odcinkach) widziałem niegdyś o historii tego gatunku, muzykach. Długie to było niemiłosiernie, ale wciągało. Pokazywali tam starych murzynów z USA, których nazwisk nigdy nie słyszałem i dziś nie pamiętam. Siedzieli tacy w zapoconych kaszkietach i wymiętych kraciastych koszulach na werandach jakichś ruder i grali na mocno wysłużonej gitarze. Śpiewali przy tym, że rzuciła ich dziewczyna, są spłukani i ich suszy. Świetnie to brzmiało!

    A w temacie wrażeń muzycznych, to wczoraj w nocy widziałem na TV Polonia koncert z Teatru-Och z 2013 r. grupy Soyka Kolektyw, z repertuarem Cz. Niemena. To chyba też był czasami blues. Ja nie znam twórczości St. Soyki, ale to było bomba!

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyżby dobrze zdiagnozowany przez Pana mechanizm?
    http://wpolityce.pl/gwiazdy/245927-czy-bb-king-zostal-otruty-wszczeto-sledztwo-w-sprawie-zabojstwa-muzyka

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.