wtorek, 3 marca 2015

O Imperium i o tych, którym wystarczy flaszka i dowcip o gołej babie

We wczorajszej notce wspomniałem o występie piosenkarki znanej, jako Lady Gaga, podczas wręczenia filmowych nagród Oscara, zaznaczając jednocześnie, że ów występ i jego poziom, to temat na osobną refleksję. Nie jestem akurat pewien, czy dzisiejszy tekst to jest akurat ta okazja, ale ponieważ o owej Lady Gadze pisałem już wcześniej, również w mojej książce o zespołach, myślę, że nie zaszkodzi, jeśli to imię pojawi się tu jeszcze raz, może w nieco innym kontekście. Dla przypomnienia, ewentualnie z uwagi na tych, którzy książki nie czytali, w rozdziale poświęconym znakomitej piosenkarce Adele, opisałem scenę, kiedy to Adele wraca samochodem z głośnego koncertu Lady Gagi w Londynie i okrutni reporterzy nie mogą się powstrzymać, by zrobić jej całą serię zdjęć, na których on jest nie pomalowana, zmęczona, zniechęcona, i robi wrażenie, jakby koncert, którego przed chwilą była świadkiem, pokazał jej, że choćby i stanęła na głowie, to kimś tak wybitnym, jak Lady Gaga nie będzie nigdy, i to nie tylko dlatego, że Lady Gaga akurat na głowie potrafi stawać znakomicie. Oczywiście, biorę pod uwagę i to, że powody stanu, w jakim była Adele, mogły być zupełnie inne, w każdym razie dwa fakty nie ulegają wątpliwości: ona wracając z tego koncertu wyglądała, jak sto nieszczęść, no a przede wszystkim na ów koncert się udała, i chyba nikt jej do tego nie zmuszał.
A o co chodzi? O to mianowicie, że Adele i Lady Gaga to dwa zupełnie inne światy, które my prości ludzie mamy zwyczaj określać, jako „sztukę” i „syf”. Adele to w powszechnym rozumieniu wielka artystka, o wspaniałym głosie, w dodatku kompozytorka i autorka tekstów, szanowana przez wszystkich, natomiast Lady Gaga, to ów „syf” właśnie, dla małych dziewczynek, które to kupują, bo nie znają nic lepszego. Taka wytatuowana lalka Barbie; Marylin Manson dla dzieci, które są za małe na aż tak dużą dosłowność. Zjawiła się więc owa Lady Gaga na scenie Dolby Theatre, wystrojona jak wszyscy oni i zaśpiewała – powtarzam, zaśpiewała – tak, że sala oszalała. A przy okazji powiedziała parę słów, podczas których ani nie użyła słowa „fuck”, ani nie wykonywała satanistycznych gestów, ani nie opowiadała głupich dowcipów, a przede wszystkim nie wygłaszała banałów opartych głównie na stękaniu i rechocie. Ona się tam zachowywała, jak autentyczna gwiazda i dama. Z tymi wyłażącymi spod sukienki za setki tysięcy dolarów tatuażami.
Podobnie, nie mam zamiaru pisać dziś o poziomie wykonawczym Lady Gagi, który każdy z nas może zresztą sobie sprawdzić na youtubie, słuchając jej najnowszej płyty nagranej wspólnie z Tony Bennettem. To co mnie interesuje to sposób, w jaki Imperium promuje swoje talenty, w jaki sposób je wybiera i w jaki sposób dba o to, by tam się nie znalazł nikt, kto owemu Imperium przyniesie wstyd, a nie chlubę. Tam, jak wiele na to wskazuje, nie ma absolutnie takiej możliwości, żeby owego zaszczytu dostąpił jakiś bałwan, który jedyne co potrafi, to popisywać się swoim gwiazdorstwem i pleść wydumane przez siebie farmazony, sprawiając, że już w pierwszej chwili jego występu większość słuchaczy ma ochotę skierować go do pracy na najniższych szczeblach tak zwanej drabiny społecznej. I tak się też z nimi często dzieje. Ci, którzy się nie nadają by reprezentować Imperium publicznie, pracują na jego rzecz tam, gdzie ich mogą oglądać wyłącznie ich koledzy. I nawet jeśli pojawi się od czasu do czasu ktoś taki jak Noel Galagher, to nie oszukujmy się, to też jest jedynie kreacja na użytek tych, którzy tam na dole czegoś innego by nie kupili, a też potrzebują się rozerwać, żeby później mieć więcej sił do pracy.
Przyznaję, że trochę z powodu atmosfery, jaka panuje u mnie w domu, ale też przez swoje własne zainteresowania, lubię oglądać różne gwiazdy Imperium (kto wie, ten wie, że z pewnego punktu widzenia, Imperium to nie tylko Commonwealth, lecz, jak twierdził sam John Dee, cały świat) w akcji, a więc poza sceną. I oczywiście bardzo często się zdarza, że któraś z nich się zachowała, jak ostatnia łajza, czy to umierając z przedawkowania, czy kolekcjonując w celach erotycznych małe dzieci, jednak za każdym razem, gdy rzecz dotyczyła tak zwanej reprezentacji, oni wszyscy zachowywali się tak, by nikomu ani do głowy nie przyszło pomyśleć, że to są tacy sami ludzie, jak my, tyle że może trochę głupsi, bardziej chamscy, czy zdemoralizowani. Dlaczego? Już to wyjaśniałem wyżej: sito, jakie tam jest zastosowane nie przypuści najmniejszego kantu. Imperium nie może sobie pozwolić na to, by ktokolwiek pomyślał, że tam się produkuje lewiznę, albo że przy tej produkcji zatrudnieni są koledzy kolegów, i znajomi szwagra, czy kochanki.
Jak mówię, lubimy tu oglądać różnego rodzaju gwiazdy w akcji, i oto w Wielkiej Brytanii nadawany jest program, w którym dzieci rozmawiają z wybitnymi gwiazdami angielskiego footballu, a który można sobie oglądać na youtubie. I ja już wiem, co sobie część czytelników pomyśli. Zapewne mi chodzi o te przemądrzałe dzieci dziennikarzy, piosenkarzy i aktorów, które udają swoich rodziców, przeprowadzając żenujące wywiady z ludźmi znanymi, którzy z kolei też udają, że nie wiedzą, że to jest tylko taka zabawa, wciąż przy tym mrugając do widza, a efekt tego jest taki, że wszyscy jesteśmy zawstydzeni. Otóż nie. Ja mam na myśli sytuację, gdzie i z jednej i z drugiej strony mamy najlepszych z najlepszych. Bo, powtórzę raz jeszcze, jeśli tam ktoś nie jest najlepszy, to się go nie pokazuje publicznie. A jeśli jest najlepszy, to możemy mieć pewność, że on jest najlepszy pod każdym względem, również, ze tak to ujmiemy, pozazawodowym. Dlaczego? Bo to jest przede wszystkim towar, i to towar bardzo drogi, a skoro tak, to nie ma takiej możliwości, żeby on się nagle rozsypał.
Proszę sobie obejrzeć dwa wybrane przeze mnie filmy, na których te dzieci rozmawiają z piłkarzami Liverpoolu, Luisem Suarezem i Phelippe Coutinho. Ja zdaję sobie sprawę, że zarówno jeden jak i drugi, to tylko ludzie, którzy naprawdę poza kopaniem piłki niewiele więcej potrafią, zdaję sobie też sprawę, że oni za uszami mogą mieć najróżniejsze brudy, podobnie zresztą jak te dzieci, które tam z tymi mikrofonami się udzielają, jednak przy tym, zarówno jedni jak i drudzy mają to coś, co sprawia, że my ich przede wszystkim lubimy, myślimy o nich dobrze, a jak trzeba, to i możemy się nawet troszeczkę powzruszać. I to dotyczy znacznej większości z nas, a nie tych tylko, którym wystarczy rzucić byle co, by byli zadowoleni. Bo, jak mówię, to jest towar, który ma swoją cenę, a więc też i jakość.
Popatrzmy na te dwa występy i zapewniam, że nawet jeśli z tego co tam się gada nie zrozumiemy ani słowa, nie będzie to miało najmniejszego znaczenia. Tu wystarczy obraz i te twarze, te oczy, te uśmiechy. Tak będzie nawet lepiej, bo nie oszukujmy się, oni tam nam wiele nie powiedzą – chodzi tylko o wrażenie. W jednym z wywiadów Quentin Tarantino opowiadał, jak to kiedyś spędził cały dzień ze swoim kamerzystą Andrzejem Sekuła, oglądając film za filmem z wyłączonym dźwiękiem. Sam obraz. I było jak nigdy dotąd. Bo tak naprawdę, to wszystko sprowadza się do pierwszego wrażenia. Jeśli się tego nie wie, to mamy to co mamy my, tu, na miejscu, a więc te tępe twarze i dowcipy na temat chlania.

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adres http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Tam akurat pani Maciejewska uruchomiła promocję na moja książkę o zespołach, która w znacznym stopniu dotyczy tego, o czym napisałem wyżej i która dziś jest sprzedawana za jedyne 25 złotych plus przesyłka. Polecam szczerze i uczciwie.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz