poniedziałek, 24 czerwca 2013

Przyszedł człowiek z koniem i chce nam poopowiadać o Polsce

Przyznam szczerze, że poprzedni tekst o Mai, która z tak skandalicznym uporem uczepiła się życia, że w pewnym momencie została z nią tylko jej mama i sam Pan Bóg, jest dla mnie tak ważny, że nie bardzo mi się chce go zastępować czymkolwiek innym, ale raz, że widzę aż nazbyt wyraźnie, że moje emocje są w dość jednoznacznej mniejszości, a dwa, że sprawy i tak biegną swoim własnym porządkiem i trudno sterczeć wciąż w jednym miejscu. W tej sytuacji, z jednodniowym opóźnieniem, przedstawiam swój ostatni felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że się spodoba.

Kiedy wydawałoby się, że nasze wspólne doświadczenia są wystarczająco jednoznaczne, byśmy przestali ulegać złudzeniu, że słowa „Polska”, „prawica”, „wolność”, gwarantują cokolwiek innego, jak pewność, że ktoś nas chce wystawić do wiatru, i to w sposób najbardziej brutalny, bo wykorzystujący naszą naiwną wiarę, co chwilę musimy trafiać na kogoś, kto nam tłumaczy, że „nie ma wroga na prawicy”. Co najmniej od 1989 roku, a jak idzie o ludzi jeszcze bardziej czujnych i przezornych od nas, znacznie dłużej, nie ma praktycznie dnia, byśmy nie mogli się przekonać osobiście, wręcz na własnej skórze, w jaki sposób System regularnie okręca sobie nas wokół swojego brudnego palucha, podsuwając nam kolejne, „prawicowe”, jak jasna cholera, propozycje, które my łykamy, jak dzieci we mgle, i wciąż powtarzamy, że najgorsze, co nas może spotkać, to wewnętrzne kłótnie. Bo przecież „nie ma wroga na prawicy”.
W najświeższym numerze „Warszawskiej Gazety” znajdujemy dwa obszerne artykuły poświęcone udowadnianiu owej absurdalnej tezy, pierwszy Rekontry, gdzie od razu na pierwszej stronie dostajemy w łeb argumentem, że nie trzeba przecież „bać się inicjatywy ludzi, których łączy miłość do ojczyzny”, a nieco głębiej, Mirosław Kokoszkiewicz bierze nas pod włos czymś co już stanowi oczywisty szantaż. Okazuje się bowiem, że każdy z nas, kto boi się raptownego – co ciekawe, pojawiającego się regularnie przed każdymi kolejnymi wyborami – mnożenia prawicowych ofert, faktycznie wspiera „ducha wyłączności”, tak dobrze nam znanego z ulicy Czerskiej w Warszawie.
Kokoszkiewicz akurat, w ogóle, jak idzie o wymiar retoryczny swojej refleksji, bije wszelkie rekordy, a jednocześnie, w owym zauroczeniu własnym głosem, sam sobie skutecznie zaprzecza. Przysłuchajmy się co on ogłasza: „Właśnie jednego frontu i jednej wielkiej masowej ofensywy boją się zdrajcy i wrogowie Polski, więc będą dążyć do skłócenia, jątrzenia i dzielenia”. Przepraszam Kolegę bardzo, ale czy tu przypadkiem nie chodziło mu o niedawne słowa Rafała Ziemkiewicza, który najbardziej jednoznacznie jak tylko można było, zasugerował, że Jarosław Kaczyński i Adam Michnik wywodzą się z jednego wspólnego układu i że jego i jego kumpli narodowców ambicją jest stworzenie oferty, która w sposób pełniejszy będzie reprezentowała autentyczną polską prawicę?
Jak napisałem wcześniej, całe nasze doświadczenie minionych dwudziestu kilku już lat każe nam od rana do nocy pamiętać, że źli ludzie przede wszystkim nie próżnują, a poza tym – chociaż nie tak głupi, jak się nam wydaje – naprawdę nie są tacy mądrzy, by umieć wymyślić coś naprawdę nowego, jak idzie o to, co od zarania dziejów nosi nazwę prowokacji.
Dziś wpychają się nam do naszego domu z kolejnym koniem trojańskim i swoimi śliskimi głosami opowiadają nam, jakie to nam ciekawe patriotyczne historie przywieźli. A kiedy my mówimy im, żeby sobie tego konia wsadzili w tyłek, przychodzą Kokoszkiewicz z Rekontrą i tłumacza nam, jacy jesteśmy brzydcy, i że nam tylko zwady w głowie.

Domyślam się, że okres wakacyjny stawia przed większością z nas dodatkowe finansowe wyzwania, co w połączeniu z faktem, że w ogóle przez ostatnie lata zrobiło się raczej cieżko, niż lekko, pozostawia nam bardzo niewielkie pore manewru. Niemniej, jeśli ktoś czuje się w miarę bezpiecznie, a lubi tu spędzać czas, bardzo proszę o wsparcie pod podanym obok umerem konta. Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz