czwartek, 6 czerwca 2013

O śledztwie prawdziwym i fikcyjnym

Jak pewnie wszyscyśmy mieli okazję to zanotować i jakoś tam przeżyć, parę tygodni temu na jednej z ulic Londynu samochód potrącił przechodzącego żołnierza, następnie z samochodu wyskoczył jakiś czarny z nożem, czy maczetą, poderżnął żołnierzowi gardło, następnie, trzymając wciąż w zakrwawionych dłoniach narzędzie zbrodni, wygłosił do kamery przypadkowego telefonu komórkowego mocno religijnie nacechowane oświadczenie, po czym został aresztowany przez wezwaną policję.
I kiedy wydawałoby się, że sprawa jest zamknięta, i ani policja, ani prokurator, ani świadkowie, ani nikt poza spragnionymi sensacji mediami, nie ma tam co szukać, bo wszystko jest widoczne jak na owej zakrwawionej dłoni, śledztwo dopiero wtedy się zaczęło. Kiedy wydawałoby się, że wiemy wszystko, a na dodatek, gdyby komuś się zdarzyło coś zapomnieć, lub gdyby ktoś się zaczął wycofywać z wcześniejszych zeznań, dysponujemy niemal pełnym zapisem filmowym tego, co się stało, okazało się, że londyńska policja sprawę traktuje tak, jakby zakładała, że dopóki nie zbada się każdego kawałka terenu, i nie przesłucha każdego, kto miał, czy to z zabójcą, czy tym nieszczęsnym żołnierzem, czy z samym wydarzeniem cokolwiek wspólnego, nie wiadomo nic.
Dziś słyszę, że od czasu tego zabójstwa, poza bezpośrednim sprawcą, aresztowano w Anglii kilka dodatkowych osób, a to wcale nie jest jeszcze koniec. Jak oni wpadli na tych pozostałych, oczywiście nie wiem, ale myślę, że trochę też dzięki pracy tych szeregowych policjantów, których zdjęcie wkleiłem poniżej. Proszę popatrzeć, i zapewniam, że jeśli ktoś z nas myśli, że to jest jakiś cyrk, jest bardziej niż się można było spodziewać skażony tym naszym wspólnym nieszczęściem. To jest autentyczne zdjęcie ze śledztwa prowadzonego w okolicy, gdzie doszło do morderstwa:



Do czego zmierzam? Myślę, że zdecydowana większość czytelników się już domyśliła, i że właściwie można by było pokazać to zdjęcie i dać sobie wzajemnie czas na tę chwile smutnej refleksji. Jednak, gdyby ktoś potrzebował choćby bardzo ogólnego wyjaśnienia, pozwolę sobie na jeszcze te parę słów komentarza. Otóż pojawiają się głosy, że świat, patrząc na to, co się wyprawia w Polsce w sprawie Smoleńskiej Katastrofy, nie może się pozbierać z zażenowania. Przecież każdy – no dosłownie każdy – w miarę normalnie myślący człowiek wie, co się tam w tamtą sobotę stało w Smoleńsku. Trzeba być kompletnie zaczadzony ową pisowską propagandą, by wciąż, po trzech już latach, zwykłą katastrofę klasyfikować, jako zamach, czy w ogóle jakąkolwiek tajemnicę. Przecież wszystko już było wiadomo 10 kwietnia. Nad lotniskiem w Smoleńsku była mgła, warunki nie pozwalały na lądowanie, tymczasem kpt Protasiuk, być może na życzenie Prezydenta postanowił zaszarżować, no i stało się nieszczęście. A tu ci Polacy wciąż czegoś szukają. Co za wstyd! Jeszcze tego brakuje, żebyśmy tam na te lotnisko wysłali policjantów i kazali im łazić na czworaka po tym błocie i szukać czegoś, czego nawet nikt nie zgubił. Doprawdy – świat się śmieje!
No ale tak nam przyszło dziś żyć. Z jednej strony w nieustannym poczuciu niespełnienia i ciężkiej, strasznej niesprawiedliwości, a z drugiej znosząc nieustanny atak ze strony ludzi złych i występnych, którzy od rana do wieczora powtarzają nam, że jesteśmy nic nie warci. Dziś, już na sam koniec tej krótkiej refleksji, mam do nas wszystkich jedną prośbę. Nie dajmy się i niech nas pocieszy ta jedna myśl, że, choć oczywiście w sposób bardzo niebezpośredni i w dużym stopniu okropnie metafizyczny, po naszej stronie mamy tych londyńskich policjantów. Oni z całą pewnością nas rozumieją.

Jest fatalnie. Chyba gorzej niż kiedykolwiek. Od czasu jak ostatnio szczególnie mocno apelowałem o wsparcie, niestety zaledwie kilka osób zareagowało. Domyślam się więc, że nie tylko mi jest ciężko. Tym bardziej więc dziękuję Edwardowi, Markowi, braciom Szwedom, Remkowi, Jackowi i Radkowi, którzy odpowiedzieli na moje czerwcowo-deszczowe prośby. Jestem poruszony i wciąż, jeśli tylko ktoś ma możliwość, proszę o ten jeden wysiłek. Dziękuję.

1 komentarz:

  1. Żyjemy w kraju wymyślonym i w dużej części udawanym. Niby wszystko jest a wszystko na niby. Tylko ciężki los milionów nie jest na niby. Pewien grajek na H., którego nazwisko wstyd wymieniać w tak kulturalnym miejscu ponoć powiedział, że gdyby nie piractwo to byłby jak Eric Clapton. Przed chwilą skończył się jakiś telewizyjny festyn na którym znani i lubiani wręczali sobie jakieś nagrody jedni drugim na zmianę z poprzedniego miesiąca kiedy to kto inny dawał a kto inny brał. I tak już dekadę te same ryje oglądamy w uściskach tych samych bonzów od szołbizu.
    A jeszcze wcześniej skończył się mecz w piłkę kopaną w którym nie daliśmy rady pokonać Mołdawii. Na pocieszenie dodam, że reklamy jakie leciały na stadionowym telebimie byłe jeszcze gorsze niż u nas na Narodowym. Same polskie reklamy i kilka niemieckich, mołdawskiego nic, nawet na to byli za ciency finansowo. A od nas reklamowała się firma montująca bramy wjazdowe na pilota. No żesz k...a mać jaki mamy rozwój i pałer. Samochodów nikt już w Polsce na stadionach nie reklamuje, w Mołdawii pewnie nawet takich cudów techniki nie widzieli a i tak wynik był tylko 1:1 Cały PZPN i zbieranina graczy ze świata i kicha. To już chyba nawet Fibak by jakiegoś gola pyknął gdyby mu tylko przebaczyli i wpuścili na 15 minut w ramach pokuty. A jeszcze co do wielkich budów w prawie czterdziestomilionowym kraju, kraju ciepłą wodą płynącym bo miód i mleko już zaj...li i sprzedali do Kataru, bo dobre na katar to zobaczcie to:
    http://podroze.onet.pl/rodzinnie/first-world-hotel-w-malezji-najwiekszy-hotel-na-swiecie/723b9
    Chłopaki od niedokończonych autostrad by pewnie nie dali rady tam cementu dowieźć, bo by im się w tych kręcących beczkach ze śmiechu wziął i stęgnął. Ale wyraz wymyśliłem.
    Kazik nagrał taki kawałek pt. "Mars napada". Ja nie wiem o czym to jest ale wiem że to się dzieje i to cholera w samym środku Polski, na naszych oczach.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.