niedziela, 9 czerwca 2013

Przemysław Wipler, czyli jak pachnie napalm o świcie

Zgodnie z przyjętym tu obyczajem, przedstawiam swój kolejny felieton, jaki ukazał się w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazecie”. Tym razem poświęcony człowiekowi nazwiskiem Wipler.

Gdyby ktoś jeszcze przedwczoraj powiedział, że zainteresuje mnie człowiek nazwiskiem Wipler, powiedziałbym mu, żeby się puknął w czoło, a potem się odczepił, bo w ogóle nie wie, z kim ma przyjemność. Więcej. Gdyby ktoś wypowiedział w mojej obecności nazwisko Wipler, prawdopodobnie zamiast z Prawem i Sprawiedliwością, skojarzyłbym go z którąś mnożących się ostatnio fundacji o egzotycznych nazwach krążących wokół słowa „republikański”. A gdybym był akurat z jakiegoś powodu słabiej przytomny, to pewnie pomyliłbym go z jakimś Staniłko, czy jakąś inną sierotą po Korwinie-Mikke.
Tymczasem Wipler – swoją drogą, ciekawe, że ja nawet dziś nie pamiętam jego imienia – wystąpił z PiS-u jako partii i PiS-u jako klubu parlamentarnego, i fakt ten tak rozbudził całą naszą przestrzeń medialną, że ja sobie nagle uświadomiłem, że ten Wipler to jednak nie byle kto. Co ja mówię, nie byle kto? To ktoś, bez kogo Prawo i Sprawiedliwość może już wkrótce przestać istnieć, a Jarosław Kaczyński udać się na od dawna wyczekiwaną przez cały cywilizowany świat polityczną emeryturę.
Wiem, że wszyscy ci, którzy dziś żyją niemal wyłącznie tym, co zrobił poseł Wipler, świetnie się orientują zarówno odnośnie jego dotychczasowych zasług, jak i wpływu, jaki owa demonstracja będzie miała na stan sceny politycznej w Kraju, i że wiedza ta, ich, jako komentatorów stanu polskiej polityki, stawia w bardzo uprzywilejowanej pozycji. Ja jednak, mimo ograniczonych kompetencji, chciałem podzielić się paroma refleksjami, które wydają mi się dość interesujące. Otóż, moim zdaniem, Wipler to najbardziej ordynarna medialna wydmuszka. To jest ktoś, dla kogo podstawowy sens istnienia, jako członka Prawa i Sprawiedliwości i partii tej posła sprowadzał się do tego, że raz na jakiś czas TVN24 zapraszał do swojego studia Jadwigę Staniszkis, a ona wymieniała jego nazwisko w kontekście jakiejś mitycznej „świetności”, która dziś zastąpi „świetność” niegdysiejszego Kowala, Poncyliusza, Kluzik czy Migalskiego, i w ten sposób, kiedy już wreszcie Jarosław Kaczyński zechce się usunąć, otworzy PiS-owi drogę do przyszłych zwycięstw.
Przyznam, że nie wiem, czy ludzie typu Wipler stają się od czasu do czasu rozpoznawalnym elementem naszej sceny politycznej wyłącznie dzięki medialnej propagandzie Systemu, czy może też w samym Prawie i Sprawiedliwości jest jakaś grupa, która potrzebuje odzyskać utracone po odejściu Poncyliusza z Kowalem pozycje, jestem natomiast pewien co do dwóch kwestii. Pierwsza to taka, że jeśli za Prawo i Sprawiedliwość wezmą się te postupeerowskie niedobitki, nastąpi początek końca wszelkiej nadziei na to, że Polska jeszcze odzyska to co jej ukradziono. Druga rzecz jest już bardzo podstawowa. Do tego nigdy nie dojdzie. III RP, nie tylko zniszczyła to, co choćby i tylko potencjalnie silne. Ona – i to jest dla nas wiadomość dobra – w to miejsce dała Wiplera. Równie dobrze, zamiast niego, moglibyśmy tu widzieć kawałek patyka na sznurku. Przy całym szacunku, to nie jest żadna konkurencja.

Już po wysłaniu tekstu Piotrowi Bachurskiemu i skierowaniu go do publikacji, przeczytałem gdzieś na blogach, że kiedy Wipler postanowił ruszyć własną droga kariery, jego sytuacja finansowa przedstawiała się w taki sposób, że na koncie miał oszczędności, samochód i dom na sumę 880 tysięcy złotych, podczas gdy pod kontem niemal 700 tysięcy złotych długu. Informacja ta zmienia moim zdaniem całą perspektywę. Przede wszystkim sprawia, że z Wiplera nie ma co ani się śmiać, ani tym bardziej z niego szydzić, ani jeszcze tym bardziej jakoś szczególnie mu dokuczać. Oczywiście, kiedy ktoś kto nie umie grać pięknie na skrzypcach, na gitarze, lub nie potrafi pisać tekstów, które przynajmniej niektórym się podobają, wybiera tak niepewną drogę kariery jaką jest polityka, a jednocześnie przy pierwszych sukcesach bierze kredyt w banku na 700 tysięcy złotych, nie po to, by się ratować, ale by sobie kupić ładny dom, a w dodatku to, że bank, mimo jego niestabilnej sytuacji zawodowej, mu przyznaje tak duży kredyt, nie budzi jego podejrzeń, świadczy o tym kimś jak najgorzej. Tego typu zachowanie trochę przypomina to, co zrobił senator Jan Filip Libicki, nabierając tych kredytów, o ile dobrze słyszę nie na 800 tysięcy złotych, ale na grubo ponad milion. A więc wypadałoby się za bardzo nad jednym czy drugim nie rozczulać. Jednak mi jest Wiplera zwyczajnie żal. Dlaczego?
Patrzę mianowicie jeszcze raz świeżym okiem na to, co on zrobił, widzę oczami wyobraźni ten jego piękny dom, piękny samochód, piękną żonę i piękne dzieci, które posłał do zapewne bardzo pięknej szkoły, i nagle próbuję sobie wyobrazić, co on musiał poczuć, kiedy, w sposób ostateczny i nieodwołalny, dowiedział się, że w PiS-ie kariery jednak nie zrobi. Że prawdopodobnie PiS go nie wystawi w wyborach do Parlamentu Europejskiego, i zapewne też nie przyzna mu wygrywającego miejsca w najbliższych wyborach do Sejmu. Powtarzam – tu naprawdę nie ma się z czego śmiać.
Kredyt w wysokości 700 tysięcy złotych dla kogoś, kto nie ma pewnych, i to raczej większych niż mniejszych, dochodów przez najbliższe paręnaście lat, to jest zwyczajnie śmierć. Ja wiem, co z człowiekiem robią kredyty bez porównania mniejsze, gdy walka o to by je spłacić zajmuje nie dziesiątki lat, ale tylko parę, czy w najgorszym wypadku kilka, dlatego, kiedy widzę, kto wie, czy nie większość naszych polityków, czy choćby tylko ludzi z polityką związanych, jak oni się strasznie szamocą z tym ciężarem, jest mi ich zwyczajnie, po ludzku żal.
drugiej strony, nie wiem już po raz który, myślę sobie, że kiedy wreszcie dojdzie do tego wybuchu – a on musi nastąpić, on jest nie do uniknięcia – z prawdziwą przyjemnością będę patrzył, jak płoną banki, a z nimi ci wszyscy, którzy sobie w ten sposób wymyślili ten interes, że stworzą taką sieć wzajemnych uzależnień, że nic już i nigdy im nie przeszkodzi napawać się tą władzą. Władzą dla władzy. Władzą już wręcz metafizyczną. No bo tak to już jest, że kiedy zło zaczyna przekraczać wszelkie wyobrażalne granice, staje się złem właśnie metafizycznym. I tam już nie ma mowy ani o litości, ani o współczuciu, ani o zgodzie. Tam już tylko jest pełne satysfakcji napawanie się widokiem, jak to wszystko skwierczy.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Dziękuję.

6 komentarzy:

  1. Z Wiplerem mam bardzo podobnie, zacząłem go kojarzyć dopiero teraz, jakbym miał gdzieś wcześniej przypisać to prędzej do PO bym go dał.

    Gościu odleciał, jest albo fantastą, albo samobójcą albo ma podpisany jakiś cyrograf.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Remo
    Myślę, że jest tak jak piszę. On ma dwa lata na to, by zapewnić sobie przyszłość. Robi co może.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z bankami, jak wiadomo, żartów nie ma. To nie spotkanie w TV. Z czasem krótko. Trzeba znaleźć jakieś wyjście. Tak więc bidula otworzył szufladę biurka, znalazł czerwony spinacz i postanowił go wymienić. Obawiam się jednak, że większość potencjalnych kontrahentów woli automatyczne zszywacze :-)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. @PrzeKaz
    O tego faceta z e spinaczem ja bym sie ie martwił. Jeśli zachowa zdrowy rozsądek, umrze, nawet jeśli nie zdrowy, to bogaty.

    OdpowiedzUsuń
  5. a mnie trochę dziwi, że Pan nie słyszał wcześniej tego nazwiska, skoro obserwuje Pan politykę.
    Co prawda jestem w miarę młodym obserwatorem sceny politycznej, ale Poseł Wipler rzucił mi się już dawno w oczy i muszę powiedzieć, że dość pozytywnie. Pozytywnie zwłaszcza ze wzgl. na Jego środowisko, tzn Fundację Republikańską.
    Może naiwnie, ale mam nadzieję, że nie okaże się jednak wydmuszką i tę część elektoratu na który nie może liczyć Pis jednak pociągnie, bo wydaje mi się, że są na to szanse.
    Ale to tylko moje gdybanie

    OdpowiedzUsuń
  6. @wojci
    Proszę czytać uważniej.Ja nie napisałem, że wcześniej nie słyszałem nazwiska Wipler. Napisałem, że wcześniej nazwisko Wipler kojarzyło mi się z wszystkim, tylko nie z PiS-em.

    OdpowiedzUsuń