środa, 8 sierpnia 2012

Peggy Noonan - Zakochani w śmierci

Nie wiem, ilu z nas wciąż pamięta sprawę sprzed kilku lat, dotyczącą zabójstwa pewnej podobno nieuleczalnie chorej kobiety nazwiskiem Terri Schiavo. Ponieważ w tych dniach mieliśmy parę tekstów na temat i nienawiści, i aborcji i szacunku do życia, chamstwa, elegancji, cywilizacji i takich tam, pomyślałem sobie, że nie byłoby źle – specjalnie z myślą o tym blogu – przetłumaczyć pewien tekst jeszcze sprzed lat, pięknie napisany przez wspominaną tu już kiedyś wcześniej Peggy Noonan. Proszę się skupić. Będzie mocno.

Bóg stworzył świat, lub nie.
Bóg stworzył nas, lub nie.
Jeśli tak, to maleńkie ludzkie życie zostało dotknięte świętością, i wciąż tą świętością jest wypełniane. Jeśli to prawda, musiałoby to dotyczyć każdego człowieka, a nie tylko tych wybranych. I znów, jeśli to prawda, każde ludzkie życie jest cenne, ma wartość nieskończoną, godne jest najwyższego szacunku.
Większość – może nie wszyscy, ale pewnie większość – z tych, którzy wspierają prawo Terri Schiavo do życia, wierzą w to co zostało powiedziane wyżej. I ta wiara tłumaczy ich pasję i ich emocje. Wierzą oni, że prowadzą walkę o ludzkie życie, które jest bezcenne i niezastąpione. Są jak owa słynna matka, która znalazła w sobie dość siły, by unieść tył swojego samochodu, by uwolnić przyciśnięte do ziemi dziecko. To jest właśnie ta desperacja, by ratować życie; to jest ów zastrzyk adrenaliny, który sprawia, że na ten ułamek sekundy stajesz się nad-człowiekiem, i robisz coś co jest niemożliwe.
I to jest właśnie to, co próbują robić oni.
Oni nie chcą, by niewinne ludzkie życie zakończyło się z przyczyn, które wyglądają na tak bardzo praktyczne, i tak bardzo z tego świata. Ów świat mówi, że jakość życia pani Schiavo jest super niska, a więc jej życie nie ma sensu. Odpowiadają więc oni na to: „A kto powiedział, że nie ma sensu? I czym w ogóle jest ów sens? Może sensem jest już samo życie?”
Emocji, jakie kierują ludźmi głoszącymi potrzebę odłączenia pani Shiavo od aparatury nie rozumiem. Co im każe się tak angażować? Czy to wszystko dlatego, że są oni tak pełni współczucia, i na samą myśl, że pani Schiavo cierpi, krwawią im serca? Ale przecież od samego początku, jak ta sprawa jest dyskutowana, nikt nigdy nie stwierdził, że Terri Schiavo dręczy fizyczny ból, tak jak to ma miejsce w przypadku osób konających na raka.
Jeśli jednak to jej ból każe im się tak o nią troszczyć, dlaczego wydają się zupełnie niewzruszeni bólem, jaki jej zadano, kiedy pozbawiono ją jedzenia i picia. I dlaczego argumentując za prawem pani Schiavo do tej śmierci, używają oni tak bardzo agresywnego języka? Przewodniczący Amerykańskich Demokratów nazwał Republikanów ludźmi „bez mózgu”. Michael, mąż pani Schiavo, o przywódcy parlamentarnej większości, Tomie DeLay, powiedział, że to „obleśna żmija”.
Każdy kto zabierał publicznie głos w obronie prawa pani Schiavo do życia otrzymywał maile, które robiły wrażenie jakby były dyktowane przez osoby psychicznie niestabilne, a pisane przez wariatów. Na portalu Democratic Underground ktoś napisał, że „faszystom należy skopać dupy”. W miniony wtorek twarz Jamesa Carville [popularny demokratyczny polityk – przyp. Toyah], kiedy przeklinał Republikanów, że chcą uratować życie pani Schiavo, wykrzywiło tak nieprawdopodobne szyderstwo, że aż można było ujrzeć jego dziąsła. Gdybyśmy nie wiedzieli, jaki to w gruncie rzeczy pan Nikt, moglibyśmy uznać, że oto przed nami pojawił się prawdziwy Szatan.
Czemu więc oni wszyscy tak bardzo zaangażowali się w to, by ta kobieta umarła?
Otóż mam wrażenie, że oni są w śmierci zakochani.
Czego symbolem jest dla nich życie Terri Schiavo? Co im chodzi po głowie, kiedy pomyślą, że ona jednak może żyć?
Dlaczego owa perspektywa życia tak strasznie ich złości? I znów, jeśli czujemy, że życie Terri Schiavo stanowi bezcenny dar od Boga, pasja z jaką go bronimy, jest oczywista. Pasja demonstrowana przez zwolenników śmierci już zrozumiała nie jest. Nie jestem w stanie pojąć ich pewności siebie. Jak idzie o samą wiedzę, osobiście nie mam pojęcia, czy jakakolwiek poprawa w leczeniu Terri Schiavo wchodzi w grę. Mam oczywiście taką nadzieję, wiedzy jednak już nie. I nikt z nas wiedzieć nie może, natomiast z pewnością możemy się „mylić stając po stronie życia”. Skąd jednak ci, co stają po stronie śmierci wiedzą, że nie ma mowy o poprawie, o wyleczeniu, o cudzie wyzdrowienia? Wygląda na to, że oni się wręcz zakochali w tych wciąż przez siebie powtarzanych frazach o „stanie wegetatywnym”, o „śmierci mózgowej”, o „korze mózgowej w stanie ciekłym”.
Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ludzie, którzy, zresztą podobnie jak ja, tak bardzo się angażują w ochronę wielorybów, uważają, że kampania na rzecz ratowania człowieka jest tak mało interesująca. Nie umiem zrozumieć ich braku emocji. A mimo to jest faktem, że ludzie poświęcający się walce o ratowanie wielorybów jakoś niezbyt często są jednocześnie ludźmi, których można spotkać wśród tych, którzy sprzeciwiają się aborcji. Działacze PETA, organizacji na rzecz etycznego traktowania zwierząt, ci sami, którzy opowiadają, jak to bardzo zależy im na tym, by skończyć z okrucieństwem wobec zwierząt, robią wrażenie, jakby problem późnej aborcji, która jest przecież jednoznacznym przykładem okrucieństwa, tyle że tym razem wobec człowieka, ich w żaden sposób nie interesował.
Nie potrafię pojąć, dlaczego ludzie, walczący o zaprzestanie wierceń na Alasce, na rzecz zachowania piękna lokalnej przyrody, nie wykazują najmniejszej ochoty, by się zaangażować walkę na rzecz ratowania piękna, jakie jest w człowieku.
Nie rozumiem, dlaczego ci wszyscy, którzy postulują wstrzymanie wykonywania kary śmierci, tak by każdy przypadek przejrzeć raz jeszcze pod kątem badań DNA – gest świadczący o wielkim współczuciu w stosunku do tych, którym udowodniono bardzo ciężkie przestępstwa – nie wykazują najmniejszego zainteresowania tym, by pewnej kobiecie, której nikt nigdy nie oskarżył o jakiekolwiek przestępstwo, też dać jeszcze jedną, może ostatnią szansę.
Istnieją w Ameryce kobiece organizacje, bardzo mocno zaangażowane w walkę o prawa kobiet dręczonych przez swoich mężów, kobiet bitych i pogardzanych. Wciąż z ich ust słyszymy o tym, jak to kobieta nie jest własnością mężczyzny. I świetnie. Tylko dlaczego owe dobre kobiety nie zaangażują się w walkę o życie Terri Schiavo. Jak by one wyjaśniły swój brak zaangażowania w tej sprawie? Jeśli pani Schiavo umrze, umrze z ręki swojego męża, i tylko z tej ręki. Bo to on właśnie zapewniał wszystkich, że ona bardzo chciała, a może chciałaby, a może tylko w pewnej rzekomej rozmowie lata temu mówiła, że by chciała umrzeć. Marna to podstawa do pozbawienia życia człowieka.
Osoby żądające, by ludzi cierpiących odłączać od aparatury mówią: „Ależ on musi mieć dość życia z tak bardzo uszkodzonym mózgiem!”. O tak! Z całą pewnością. Inna sprawa, że jeśli przyjąć tę argumentację, należy też założyć, że jakiś rodzaj emocji Terri Schiavo jednak odczuwa. Kto z nas nie czułby ogromnego smutku, wiedząc, że jest tak fatalnie niepełnosprawny? Ja pewnie bym płakała każdego dnia, Wy nie?
Popatrzcie jednak na swoje życie. Czyż w nim nie ma momentów, które sprawiają, że jest Wam niezwykle smutno, kiedy czujecie nieznośny ból, frustrację, lub jesteście zwyczajnie źli? Jednak mimo to, wciąż cieszycie się, że żyjecie, czyż nie? Ja tak. Nikt nie lubi leżeć na łożu śmierci. Mało kto tak naprawdę chce odejść.
Terri Schiavo prawdopodobnie umrze. I z jej śmierci nie będziemy mieli żadnego pożytku. Jedynym efektem jej śmierci będzie to, że ci, którzy tak bardzo się w owej śmierci zakochali, będą jeszcze bardziej wściekli i wygłodniali.
A ci, którzy się wciąż uczą – nasze dzieci – o Boże! Jakąż to straszną lekcję one właśnie odbierają. Jakież to straszne historie pomagają im się kształtować. Oglądają one dramat Schiavo w telewizji, słuchają o nim w radio. Przed oczami mają społeczeństwo – społeczeństwo, w którym żyją – które stoi na granicy uznania, wręcz zaakceptowania faktu, że uszkodzone życie jest życiem nadającym się wyłącznie na przemiał. Nasze dzieci dorastały w epoce aborcji, i stanowią część epoki, gdzie podobno nawet bardzo szanowani ludzie myślą z entuzjazmem o eutanazji. Dla naszych dzieci i dla świata, który one będą tworzyć nie może być dobrą sytuacja, kiedy one otrzymują właśnie ową nową lekcję. Lekcję, podczas której dowiadują się, że życie ludzkie nie jest cenne, nie jest święte, nie ma nieskończonej wartości.
Kiedy już to uznamy – że ludzkie życie nie jest w końcu czymś aż tak bardzo szczególnym – wówczas wszystko jest możliwe, i nic już więcej nie będzie dobre. Gdy społeczeństwo dochodzi do przekonania, że życie ludzkie z samej zasady nie jest warte tego, by trwało, stąd już wiedzie bardzo śliska droga do komór gazowych. Jeśli to uznamy, znajdziemy się w jednej chwili na drodze, która zakręca w okolicy masowego morderstwa w Columbine, i prowadzi już prosto do Auschwitz.
Póki co, znajdujemy się w Pinellas Park w stanie Floryda.

Tradycyjnie już, jeśli komuś ten tekst się jakoś przysłużył, a uważa, że coś mi się za to tłumaczenie może należeć, nie będę się odganiał. Trzy standardowe strony. Wedle uznania. Oczywiście jeśli komuś przyjdzie do głowy go cytować, proszę to robić wyłącznie z powołaniem się na adres www.toyah.pl. Dziękuję.

5 komentarzy:

  1. @toyah

    Myślę, ze tutaj kluczem jest przyznawanie, bądź odmowa przyznawania komuś pełni praw ludzkich.

    Hitlerowscy prekursorzy zaszli od mniej sprytnej strony wskazując i wyłączając podludzi

    Dzisiejsi podobnie podchodzą, ale od strony dla siebie bezpieczniejszej: ustanawiają siebie sami nadludźmi. Różne przejawy takich wydzielin doskonale zauważasz i opisujesz.

    W każdym razie, czy od tej strony, czy od tamtej oddzielać (kogoś / się), pobudki są te same: upodobanie odmowy dobra:

    - z lenistwa,
    - bo tak łatwiej,
    - bo ekonomiczniej (np. im niższe uczucia, tym wyższa adrenalina),
    - bo prymitywizm (pop!) zawsze ciągnie ku uproszczeniom.

    OdpowiedzUsuń
  2. @orjan
    O! Jesteś chociaż Ty.
    Zajrzyj do nowego tekstu. Skoro Noonan nie wzbudziła zainteresowania, to może mnie się uda?

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam.
    Uważam, że przyczyną takich zachowań jest, przede wszystkim, odrzucenie istnienia Boga z wszelkimi tego konsekwencjami.
    Załóżmy, że Boga nie ma. Wszechświat nie jest żadnym szczególnym tworem, a jedynie wynikiem wielu (bardzo wielu)skomplikowanych i przypadkowych zdarzeń. Planeta Ziemia ma jedynie znaczenie dla utrzymania idealnych proporcji w oddziaływaniach między innymi ciałami (ale i tak jej to nie wyróżnia, bo te inne ciała spełniają tą samą funkcję).
    Na Ziemi jest życie. Jeszcze nie wiemy skąd się wzięło ale to nie jest takie ważne - nauka na pewno odpowie nam na to pytanie za kilka lat. Życie na Ziemi poddane jest fizjologicznym zachowaniom, które nim kierują. Człowiek jest jedną z wielu istot żyjących. Jeśli chodzi o poziom rozwoju, to zdecydowanie najlepiej przystosowaną. Człowiek jest lepszy od innych organizmów żywych, ponieważ potrafi podporządkować sobie wszystkie pozostałe organizmy, a nawet organizmy z jego gatunku!
    Przez miliony lat przypadkowe zdarzenia doprowadziły do obecnego stanu. Człowiek jako jednostka w pewnym stopniu świadoma przeszłości, stara się przewidzieć przyszłość. Zauważa, że życie opiera się głównie na niepohamowanym doświadczaniu przyjemności. Przyjemność tę ograniczają zjawiska takie jak: niedostatek dóbr, brak kontroli nad innymi ludźmi, choroby, śmierć... Poziom nauki i techniki pozwala na częściowe ominięcie tych przeszkód. Lecz nie na całkowite ich zlikwidowanie. Analizując tę sytuację, człowiek dochodzi do wniosku, że ograniczony czas życia poświęci na doświadczanie przyjemności.
    Ludzie chorzy (niezdolni do pełnego korzystania z dóbr dających przyjemność) są likwidowani. Jest to pożyteczne z kilku powodów: 1) nie zużywają energii innych osób, które musiałyby poświęcić się podtrzymywaniu ich przy życiu, a tym samym straciłyby, nieodwracalnie, czas na przyjemność; 2) obecność osoby chorej w społeczeństwie działałaby negatywnie na samopoczucie pozostałych ludzi, a co za tym idzie, zakłócałaby czyste odbieranie przyjemności; 3) sam chory widząc, że nie może doświadczać tego co inni, odczuwa dyskomfort, który nie jest przyjemny.
    W ten sposób człowiek likwidujący inną osobę odczuwa przyjemność z ogólnego przysłużenia się wszystkim.

    Podsumowując: 1) brak sensu istnienia; 2) brak zaznaczenia szczególnej wartości życia; 3) śmierć jako ostateczny koniec, pokazują jak wielka pustka zostaje po odrzuceniu Boga i postawieniu na pierwszym miejscu siebie samego.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Jacek Dydyński
    No własnie pewnie gdzieś w tym kierunku poszło myślenie Peggy Noonan. Ja jednak, czemu dałem świadectwo w kolejnym tekście, uważam trochę inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Jacek Dydyński

    Chyba podstawowym momentem, w którym człowiek przestaje być zwierzęciem, kiedy pomyśli, że rozumie cokolwiek, jest wyeliminowanie ludożerstwa.

    Niestety, wraca. Może nie w sensie ściśle kulinarnym, ale w sensie jakiegoś przeznaczania innych na materialne zużycie. Na rodzaj mydła z bydła.

    Postęp.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.