poniedziałek, 19 kwietnia 2010

O Europie, o Krzyżu i o nadziei



Niezwykle trudno jest mi pisać o wczorajszym dniu. Spędziliśmy go wszyscy w Krakowie i jedyne co udaje nam się dziś powiedzieć, to to, że już pewnie nic nigdy nie będzie takie samo. Że nic nigdy w życiu moim i w życiu mojej żony i dzieci nie przypominało tego, cośmy przeżyli przez ten jeden niedzielny dzień. Ani wydarzenia radosne, ani smutne, ani w ogóle podniosłe w jakikolwiek inny sposób – żadne z nich w najmniejszym stopniu nie pozostawiło nikogo z nas w takim stanie, jak ten wczorajszy dzień.
A bardzo chcę choć krótko napisać, choć parę słów, które zostaną tu jako pamiątka po tym właśnie dniu. A przy okazji, tym, którzy zechcą je przeczytać, dać choć podstawowe pojęcie o skali tego, co się wczoraj stało. Nie jest łatwo, choćby z tego względu, że przede wszystkim, wczorajsze uroczystości były z całą pewnością znakomicie zrelacjonowane przez różne telewizje i kto chciał, mógł i bez mojego pisania, skutecznie utonąć w intensywności, w tej gęstości obrazu, który wypełnił cały dzień. Mam na myśli wszystko – i ten kolor, i tempo w jakim to się toczyło, ten ceremoniał, te tłumy, i każdy pojedynczy, towarzyszący temu obrazowi dźwięk… Te odgłosy ptaków przebijające się nad biciem Dzwonu Zygmunta! I to tempo.
A więc, kto chciał, mógł każdą chwilę tego niezwykłego wydarzenia zobaczyć nawet choćby dzięki telewizji. A ja tak bardzo chcę coś na ten temat – choćby w jednym, gdybym tylko potrafił, zdaniu – powiedzieć. I myślę o paru chwilach, które wzruszyły mnie szczególnie i których może ani nie pokazała telewizja, ani nie opisali dotychczas komentarzy. I znów, chciałbym znaleźć to jedno wydarzenie, które najlepiej oddałoby wielkość tego co się wczoraj w Krakowie wydarzyło. Z tych kilku, to jedno.
Czy mam więc napisać o tych wspomnianych już ptakach, niemal głośniejszych od dzwonu, czy może – dużo jeszcze wcześniej – o grupie działaczy Solidarności Walczącej z Wrocławia, która pojawiła się na Rynku z potężnym transparentem, z całkowicie porażającym, unoszącym się nad krakowskim rynkiem jak fatum i wyrzut sumienia, napisem „JAKI PREZYDENT TAKI ZAMACH”, czy może o tym człowieku na Błoniach, który niemal przez cały czas płakał i którego córeczka spytała, czemu tatusiu płaczesz a on odpowiedział, bo bardzo cierpię? A może – znów wcześniej – jeszcze na Rynku, gdy ludzie zaczęli skandować „TVP! TVP!” tak intensywnie, że nagle gasły wszystkie telebimy i ustała transmisja TVN24, a przez to jakakolwiek transmisja, i pozostał tylko ten tłum?
Opowiem co innego. Gdy staliśmy w tym pięknym, potężnym – choć może i nie tak wielkim, jak przy okazji wcześniejszych wizyt papieskich – tłumie na Błoniach i nagle, około 17, na niebie pojawił się samolot, duży odrzutowy samolot, lecący w stronę Balic. Zdziwił mnie bardzo ten widok, raz że, jak nam powiedziano, niebo było zamknięte dla dużych, odrzutowych samolotów, a dwa, że co to za samolot może o tej porze chcieć lądować w Balicach. Po nim zresztą, zaczęły pojawiać się kolejne samoloty, ale już odlatujące z Krakowa, i wiedziałem, że to pewnie te cztery samoloty z rosyjskim prezydentem, który załatwił co miał załatwić i wraca do swoich spraw. Ale co to za samolot, wielki odrzutowy samolot, przylatuje do Krakowa, gdy uroczystości pogrzebowe już się tak naprawdę kończą?
Dopiero po powrocie do domu dowiedziałem się, że w tym samolocie był prezydent Gruzji Saakaszwili, który spóźnił się na pogrzeb swojego przyjaciela. I przeczytałem w portalu TVN24 http://www.tvn24.pl/-1,1652683,0,1,niezwykle-trudna-podroz-saakaszwilego,wiadomosc.html, co się stało. I to – jestem pewien – pokazuje nam coś, co świadczy o randze tego, co się wczoraj wydarzyło lepiej niż cokolwiek innego. Otóż prezydent Gruzji leciał na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego z Ameryki. Najpierw wylądował w Lizbonie, następnie wsiadł w samolot do Rzymu, by jakoś ominąć tę chmurę i spróbować się dostać do Polski od południa. Następnie z Rzymu poleciał do Turcji, potem wsiadł w samolot lecący do Bułgarii, potem z Bułgarii do Rumunii, i dopiero stamtąd jakimś cudem przyleciał do Krakowa. I to jego samolot zobaczyliśmy, tacy zdziwieni około godziny 17, nad krakowskimi Błoniami. A, jak podaje portal TVN24, nie lżejszą być może podróż miała żona Prezydenta, która, by zdążyć na pogrzeb do Krakowa, spędziła 13 godzin w samochodzie. I kiedy już, po powrocie do Katowic, oglądałem już w telewizji obraz prezydenta Saakaszwilego składającego kondolencje Jarosławowi Kaczyńskiemu, Marcie Kaczyńskiej i tej dziewczynce, pomyślałem sobie – czemu zresztą dałem wyraz w komentarzu pod poprzednią notką – że ta śmierć, która nas tak zatrwożyła i zasmuciła, pokazała coś jeszcze. To mianowicie, że prawdziwa chrześcijańska Europa i przy okazji, być może, cały chrześcijański świat, skoncentrował się tu, na Wschodzie. Nie w Brukseli, nie w Sztokholmie, nie w Berlinie i nie w Paryżu. nie w Londynie, ale tu na Wschodzie. Gdzie ludzie, kiedy przyklękają to mają odruch robienia znaku krzyża. A kiedy ten znak robią, wiedzą też co on znaczy.
I nagle – aż boję się to pisać – zobaczyłem, że z pewnego punktu widzenia, te wszystkie Haroldy, Haakany, Obamy, a nawet prezydent Sarkozy, z tą – jak to określiła Toyahowa – swoją „cizią”, nie mają tu nawet czego szukać. Od czasu jak nawet widok klęczących Putina i Miedwiediew ich zwyczajnie przesłania, nie mają tu nawet czego szukać. I niewykluczone, że, gdyby tu przyjechali, wyglądaliby po prostu głupio.
I – jeśli się nie mylę – to też stanie się dziedzictwem tego co się wydarzyło tydzień temu niedaleko Smoleńska i zakończyło się w tak dostojny sposób wczoraj na Wawelu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.