wtorek, 27 kwietnia 2010

Gdy prawda jest naga



W jednym z komentarzy, na blogu mojego serdecznego kolegi Coryllusa pojawiło się zdjęcie Bronisława Komorowskiego, jak stoi na tle biblioteki zawalonej całą kupą jednakowych grubych książek, z których jedną trzyma otwartą w ręku i z typowym dla siebie uśmiechem, gapi się w obiektyw aparatu.
Z mojego punktu widzenia, zdjęcie to jest tak poruszające, że gdyby w publicznej domenie istniał rzetelny i obiektywny przepływ informacji, Bronisław Komorowski przez najbliższe dwa miesiące kampanii wyborczej nie musiałby ani nic mówić, ani nic robić, ani nawet pokazywać się publicznie – sam, czy z panią Komorowską, obojętnie – a czerwcowe wybory przegrałby w podobnym wymiarze do tego, jaki sztab Tadeusza Mazowieckiego zaobserwował w roku 1990. Wystarczyłoby, żeby na bilbordach, plakatach i w medialnym przekazie pokazywano Komorowskiego zadającego szyku na tle tej biblioteki, z tą absurdalną książką w dłoniach, a nad tym wszystkim rozległo się wesołe szyderstwo z furmana z encyklopedią. To by wystarczyło.
Tak się jednak stało, że ktoś – albo jakiś prawicowy wesołek, a może prowokator, chcący w dłuższej perspektywie wykazać, jak to PiS manipuluje i kłamie – wykonał średnio udany, choć przyznać należy, że śmieszny, fotomontaż i dolepił na okładce tej mądrej książki, którą Komorowski udaje że czyta, tytuł – tyle że do góry nogami. Że niby ten buc dał się zaprowadzić do jakiejś poważnej biblioteki, następnie dał sobie wcisnąć do ręki wielki poważny tom i wyszła z tego cała prawda o nim, o jego stanie świadomości i kulturowej sytuacji, w jakiej przyszło mu się znaleźć. Kto inny ten fotomontaż zaakceptował, puścił to zdjęcie w obieg i nie trzeba było długo czekać jak ono znalazło się na blogu Coryllusa.
Nie podoba mi się ten fotomontaż z dwóch względów. Przede wszystkim dlatego, że jest kłamstwem. Bronisław Komorowski może i jest ruskim bucem – i w wymiarze symbolicznym i faktycznym – może i ma brzydką żonę, może jego charyzma ma kształt koła od wozu, ale z całą pewnością nie jest na tyle głupi, żeby przed sesją fotograficzną, która ma go wynieść do fotela Prezydenta RP, wraz z całym swoim pijarowskim otoczeniem się upalić. Komorowski trzymał tę książkę jak należy i nie ma najmniejszego powodu, żeby z niego szydzić za coś, czego nie zrobił. Podobnie zresztą, jak w ogóle nie ma powodu, żeby kłamać. Ale nie podoba mi się to zdjęcie jeszcze z innej przyczyny. Ono całkowicie zafałszowuje prawdę o Komorowskim, na co zwrócił zresztą uwagę w odpowiednim komentarzu Red Pill. Ta odwrócona do góry nogami ksiązka trywializuje całe to zło, jakiego uosobieniem jest Bronisław Komorowski. Gdyby do tej roboty nad zdjęciem zabrał się jakiś bardziej zawodowy manipulator, mógłby przestawić w jego marynarce guziki, albo zrobić mu na głowie głupkowaty kosmyk, albo dorobić mu brud za paznokciami, czy wreszcie urwać mu jedną ze sznurówek. Tyle że takie elementy mogą kompromitować wyłącznie wielkich, niezniszczalnych moralnie polityków – takich jakim był zmarły prezydent Lech Kaczyński, czy wciąż jest jego brat – na których całe zło tego świata nie ma innych argumentów jak takie drobne, niznieznaczące złośliwości, a nie ponurego urzędnika o podejrzanej przeszłości, którego jedyną siłą jest to, że – jak ładnie to sformułował Red Pill – „jedną osobę w życiu spotkałem, która była tak straszna, trochę się nawet boję pisać, kto to był”. A więc nie podoba mi się to zdjęcie, ponieważ z jednej strony kompromituje to czego kompromitować już naprawdę dłużej nie trzeba, a z drugiej trywializuje, coś co wcale nie jest trywialne.
Jest jeszcze jednak coś więcej, o czym bardzo chcę powiedzieć. Otóż okazało się, że wiele osób, które wczoraj nad tym zdjęciem pokładały się ze śmiechu, jak się okazuje, od początku świetnie wiedziało, że to jest manipulacja. Tyle że nikomu z nich to w ogóle nie przeszkadzało. Dla nich podstawową kwestią nie było to, czy ma do czynienia z kłamstwem, czy z prawdą, ale to, że pojawiła się dobra okazja do zabawy. Ktoś nawet sformułował tę myśl bardzo jednoznacznie. Że może to i fotomontaż, ale cośmy się pośmiali, to nasze. I muszę przyznać, że ta postawa już mnie rozbiła kompletnie. Bo ja jestem w stanie zrozumieć, że są ludzie, których wrażliwość na zło, jakie w sposób niewątpliwy symbolizuje Bronisław Komorowski jest tak prosta, że nie wymaga żadnych uzasadnień. Wiem że jest mnóstwo ludzi – sam ich znam i wielu z nich kocham – którzy widzą takiego Komorowskiego i czują, że na niego akurat trzeba bardzo uważać. I to, moim zdaniem, jest jak najbardziej w porządku. Natomiast nie jest dobrze, jeśli ci sami ludzie zaczynają się posługiwać niepotrzebnym kłamstwem, a w sytuacji gdy to kłamstwo im zostanie wykazane, wzruszają ramionami i mówią, że nic nie szkodzi. Z takimi akurat postawami miałem dotychczas do czynienia wyłącznie po stronie, która dziś do władzy pcha właśnie Komorowskiego. Widząc je tu, nie czuję się najlepiej.
Pamiętam – ale przecież nie tylko ja – jak przed laty już, ktoś chytry jak cholera rozpuścił plotkę, że Lech Kaczyńskie nie dość że nie wie, jak się nazywa bramkarz polskiej reprezentacji piłkarskiej, to na dodatek wymyśla dla niego jakieś głupie nazwiska i ogłasza je, kretyńsko udając, że jest wielkim kibicem piłkarskim. Od tego niezwykłego momentu nazwisko „Borubar” stało się z jednej strony symbolem najczarniejszej i najbardziej perfidnej manipulacji, a w konsekwencji najbardziej czystej nienawiści, a z drugiej strony dowodem na to, że prezydent Lech Kaczyński to zwykły cymbał i kupa śmiechu. Sprawa tego „Borubara” była wielokrotnie wyjaśniana i wydawałoby się, że po tych paru już latach ci wszyscy, dla których nienawiść i czarny rechot stanowią główny życiodajny płyn mogliby się zamknąć i rozejrzeć się za czymś bardziej świeżym. Nic z tego. Najwięcej na co można liczyć, to na to, że ktoś powie, że jednak „podobno” Prezydent jednak się nie pomylił. Że „podobno” to było jednak trochę inaczej. To, jeśli idzie o media. Nie wiem, jak sobie to wszystko w głowie układają zwykli uliczni komentatorzy, ale domyślam się, że większość z nich na wszelkie wyjaśnienia wzrusza ramionami. Właśnie na takiej zasadzie, że może i tak, może i nie, ale cośmy się pośmiali to nasze. A poza tym, nawet jeśli on dobrze zapamiętał to nazwisko, to mógł mówić wyraźnie, a nie bełkotać… Idiota.
Pamiętam – ale przecież nie tylko ja – jak przed laty, ktoś chytry jak cholera wrzucił do Internetu zdjęcie, jak Lech Kaczyński trzyma do góry nogami szalik piłkarski z napisem ‘Polska’. Że niby taki z niego gapa i ślamazara. Już w następnym momencie pokazano, że to zdjęcie było zaledwie jednym z serii następujących po sobie błyskawicznie ujęć, gdzie Prezydent układa sobie w rękach ten napis. Napisałem o tym cały tekst w Salonie, nawet podając taki przykład, że gdyby koś mnie sfotografował przy pomocy serii ujęć, jak się zabieram do obiadu, to bez najmniejszego problemu można by znaleźć takie, na którym byłoby widać czarno na białym, że ja nie dość że nie wiem jak się trzyma nóż i widelec, to jeszcze wyglądam przy tym jak kretyn. Odpisał mi na to ktoś, kto mnie poinformował, że niepotrzebnie się czepiam, bo tu nie ma żadnej manipulacji. Zdjęcie nie jest fotomontażem. Kaczyński trzyma szalik do góry nogami. Nikt mu tego szalika nie kazał tak trzymać. A przez to jest śmieszny. I koniec.
Dziś już Lecha Kaczyńskiego z nami nie ma. Został zdmuchnięty z powierzchni ziemi wraz ze swoją wielkością, dobrocią, uprzejmością, swoim intelektem, swoim patriotyzmem i miłością ludzi, którzy też go szanowali. Został zdmuchnięty z powierzchni ziemi również z tą całą nienawiścią, która przez całe lata wypełniała naszą przestrzeń publiczną. Kiedy powoli tworzy się ten mit i ta legenda człowieka mądrego, dobrego i pełnego poświęcenia, widzimy wyraźnie, że ten „Borubar”, ten szalik i jeszcze dziesiątki innych drobiazgów, które tworzyły naszą kulturę popularną tylko w tym jednym celu – żeby zniszczyć człowieka wielkiego, były w gruncie rzeczy jedyną bronią, jaką System miał przeciwko niemu. Dziś widać, jak oni wszyscy byli bezradni i jak, żeby uzyskać podstawowy cel, a więc stworzyć wokół Lecha Kaczyńskiego szyderstwo, które go przesłoni na zawsze i ostatecznie, musieli kłamać. Jak bardzo musieli kłamać. Jak nie mieli nic więcej, poza tym kłamstwem.
Jeśli dziś któryś z nich przyjdzie do mnie i powie, żebym się nie gniewał, ale postarał zrozumieć, w jakim napięciu przez te lata on żył, jak bardzo ta IV RP i to wszystko, co wokół niej się działo nie pozwalało mu spokojnie funkcjonować; jak bardzo wreszcie on wypatrywał tej szansy na odrobinę szyderstwa i śmiechu, nawet kosztem maleńkiego kłamstwa, to ja oczywiście mogę pokiwać głową ze zrozumieniem. Bo wiem, że to napięcie było tam ogromne. I zresztą wciąż jest. Bo rozumiem, jakie to musi być straszne, kiedy się czuje, że się nie ma racji, a jednocześnie wie, że przecież to niemożliwe. Jak to jest, kiedy dochodzi się do tego momentu, gdy okłamywanie samego siebie jest już jedynym sposobem na przeżycie. Myślę, że to rozumiem. Myślę, że na tym polega opętanie, lub – na bardziej podstawowym poziomie – choroba psychiczna.
Jednak nie widzę powodu, żebyśmy tutaj, ludzie którzy nie ulegli, którzy zachowali trzeźwość spojrzenia i czystość serc, musieli korzystać z tak nędznych sposobów na to by się dobrze poczuć. Zbliżają się wybory prezydenckie. Z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego, a z drugiej Bronisława Komorowskiego. To jest obraz tak oczywisty, że naprawdę jest bez znaczenia, czy któryś z nich na jakimś zdjęciu będzie wyglądał głupio.

3 komentarze:

  1. Ogólnie zgoda! Ale przeróbka zdjęcia Bronisława Komorowskiego nie jest "adresowana" do nas, tylko do Nich, że użyję myślowego skrótu. Owo zdjęcie znalazłem na fejsbukowej stronie zwolenników prezydentury Komorowskiego. Nikt z tysiąca jej, strony i prezydentury, sympatyków nie oburzył się, że to manipulacja i kłamstwo! Pokazałem zdjęcie koledze, wielbicielowi Komorowskiego, krzywo się uśmiechnął i powiedział "każdemu może się zdarzyć"!!!!
    Myślę, że w tej walce stoją na przeciw siebie dwie kompletnie różne armie, że jest to jak spotkanie ciężkozbrojnej konnicy i tatarskich zagonów. Jeśli tego nie zrozumiemy to już po nas. Nie mówię o środkach uświęcających cel i akceptacji chamstwa, ale może jacyś... lisowczycy?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie Panie szanowny, nie tak. Właściwa analogia jest inna, zdecydowanie bardzie przystająca, wręcz blisko spokrewniona z tą walką, co ją teraz mamy. Ta analogia sprowadza się do stalinowego pytania w poczdamskim Cecilienhof: "Papież? Ile on m dywizji?"

    Otóż papież nie ma ani jednej dywizji, tylko obietnicę Nazarejczyka, że bramy piekielne jej (Ecclesii) nie przemogą. My, POlska, takiej obietnicy nie mamy, ale ani dywizji, ani tatarów ani nawet lisowczyków też nie mamy. Zatem pozostaje nam walczyć tymi samymi siłami co papież.

    Pozdrawiam

    don esteban

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam witam,

    antybohater.ownlog.com, pomysłodawca fotomontażu. Nie zgadzam się, z Panem, Panie toyah1. Zdjęcie jest żartem oczywistym, nie rozumiem celowości posługiwania się w tym przypadku słowem "kłamstwo". Bo czy kłamstwem nazwiesz opowieść o babie przychodzącej do lekarza z szybą na głowie? Jeśli jesteś mocno zaangażowany w przemysł szklarski, może i tak. Ale to wszystko zależy od targetu. Często stosuję ironie na tyle wysublimowaną, że nie są w stanie jej wyłapać najwięksi w Polsce. Ale to osobna sprawa. To zdjęcie jest oczywistą mistyfikacją, żartem. Mogłem je przerobić lepiej, zadbać o prawidłową perspektywę, odcień. Ale to miał być tylko żart. Do dziś się dziwie, że tyle osób mogło wziąć to za autentyk.

    Drugą sprawą jest wydźwięk. Zgadzam się że nawet bez przeróbki to zdjęcie było zdjęciem idiotycznym. Odwrócenie książki miało zwrócić odbiorcy, tak tak, głownie elektoratowi PO, na sztuczność, pozerstwo i durnowatość takiej sesji. Sesji na tle atrapy symbolu wiedzy, mądrości.


    pozdro 600.

    zapraszam na bloga, z całą pewnością zainspiruje Cię do jeszcze wielu notek.

    antybohater.ownlog.com

    OdpowiedzUsuń