piątek, 16 kwietnia 2010

Gdy zło się otrząsnęło


Pewnie nie tylko ja stoję osłupiały wobec sytuacji, kiedy w miarę jak mija pierwszy szok spowodowany sobotnią katastrofą, wszyscy ci, którzy w pierwszej chwili zamilkli, ogarnięci trochę strachem, a może tylko wstydem, zaczynają podnosić głowy. I głosy. Wiemy świetnie, że wawelska awantura spowodowana jest niemal wyłącznie pojawieniem się pierwszej dobrej okazji, by złe sumienia choć na moment mogły odetchnąć od tych cierpień, i cała czerń uczepiła się owej okazji jak tonący brzytwy. A mimo to, z jakiegoś niezwykłego powodu – zamiast machnąć ręką – martwimy się, gryziemy, i jest nam coraz bardziej przykro.
I to jest bardzo ciekawe. No bo zdajemy sobie sprawę, że nie ma mowy o jakimkolwiek pęknięciu. Że to nie jest tak, że śmierć Prezydenta i wszystko to co w jej wyniku nastąpiło, spowodowało w naszym kraju nowe, jeszcze bardziej groźne podziały. Przecież każdy dzień przynosi nam obraz prawdziwej skali, w jakiej leją się łzy z jednej strony, a wzbudza się gniewny rechot z drugiej. Widzimy to co widzą wszyscy i czujemy to co czuje naprawdę bardzo wielu, i nie mamy najmniejszego powodu, żeby się niepokoić. A mimo to, każdy z nas wie dobrze, jak ciężko jest przejść do porządku dziennego na tym szumem, tym zgrzytem i tym sykiem. Dlaczego?
Myślę sobie – i chcę się dziś tą myślą podzielić – że nasz niepokój, czy w konsekwencji ten ból, nie jest spowodowany tym, ze jest grupa ludzi, którzy prezydenta Kaczyńskiego nienawidzili i dalej nienawidzą. I to nawet jeśli ta nienawiść jest większa, niż dotychczas myśleliśmy. Nasz niepokój, a z nim to cierpienie, nie są też spowodowane nawet tym, że – jak wszystko na to wskazuje – to co się stało w Smoleńsku zostało przez nas wymodlone, czy – jak kto woli – wyczarowane. Bo tę nienawiść, podobnie jak fakt że ona była tak wielka, że nagle zrealizowała się w tej śmierci, można by było znieść. Bo ta demonstracja siły, jako zaprezentowało Zło, też tylko potwierdza siłę naszej nadziei, wiary i miłości. W końcu, poznać odpowiedź to zrozumieć, a zrozumieć to niekiedy nawet i wybaczyć.
Tyle że tak się jakoś dziwnie układa, że w momencie gdy uznajemy, że tę odpowiedź właśnie poznaliśmy, przychodzi nowa informacja, która każe nam się zacząć lękać, że tu jednak chodzi o co innego. Że to nie jest kwestia nienawiści, zła, czy nawet zwykłej bezmyślności, ale że za tym zgrzytem stoją jakieś racje. Takie same racje jak nasze w sensie autorytetu, tyle że zupełnie inne, jak idzie o wnioski. A więc to co nas męczy, to nie jest to co widzimy, ale wręcz przeciwnie – to czego nie widzimy, ale wciąż słyszymy, że to jest i ma się bardzo dobrze.
Katastrofa samolotu i śmierć Prezydenta – pisałem już o tym – nie zostały na nas zesłane przez zagniewanego Boga, który chciał nam coś przez to nieszczęście pokazać. To nieszczęście zostało, w sposób jak najbardziej oczywisty, przez nas wyproszone, i jedyne co w nim było niespodziewane, to to, że śmierć zabrała nie tylko Lecha Kaczyńskiego, ale i Jego żonę, ministrów, posłów, i dziesiątki innych ludzi, którzy przecież już naprawdę nikomu nie zrobili nic złego. Nawet jeśli założyć, że dla niektórych z nich, dobrą wiadomością byłoby nawet to, że obok Prezydenta umarł rzecznik Kochanowski, prezes Kurtyka, no a może przede wszystkim Przemysław Gosiewski, to reszta? No nie! O to przecież nikt nie prosił. Stało się jednak tak, że śmierć zachowała się, jak dobry rzeźnik, który dla dobrego klienta, gotów jest dokroić jeszcze pare plasterków szynki. I je dorzucić ot tak – na pamiątkę. Wszystko w cenie. Na dobry początek. I dokroiła.
Prawdopodobnie to ta właśnie szczodrość śmierci – czy bardziej może dokładnie – Szatana, tak oszołomiła tych wszystkich, którzy przyszli tylko po ten swój wymarzony kawałeczek. Od soboty próbuję się wczuć w to co oni muszą czuć. Z jednej strony tę satysfakcję, a z drugiej ciężki przecież wyrzut, ze to przecież nie o to chodziło. Że oni zostali źle zrozumiani. Że oni przecież nie są tak naprawdę złymi ludźmi. Oni – owszem – pragnęli śmierci, ale tylko tej jednej. No a przede wszystkim chcieli wziąć udział w czymś, co stanowiło zwykłą demokratyczną debatę. I przy okazji liczyli na to, że zaprezentują się jako dobrzy, zaangażowani obywatele.
I teraz widzimy ich wszystkich, jak powoli nabierają odwagi. Pomaleńku zrzucają z siebie te łańcuchy, na które przecież nawet nie zasłużyli. Nie mogą jednak powiedzieć, że oni się cieszą, że tak, że tego własnie chcieli. A więc protestują przeciwko pochówkowi Prezydenta na Wawelu. Czytamy list Andrzeja Wajdy, słuchamy rozważań Kazimierza Kutza o tym, jak ludzie chcą się śmiać i bawić, a nie kolejny raz wysłuchiwać smutnych melodii, zapoznajemy się z wypowiedziami publikowanymi na blogach, i za każdym razem robimy jeden i ten sam błąd. Mianowicie staramy się w tym wszystkim odnaleźć coś czego tam w ogóle nie ma. A więc cokolwiek ponad tę nienawiść. Jesteśmy zalewani dziesiątkami pustych, nic nie znaczących słów, jakichś kompletnie egzotycznych argumentów, zapewnień o szczerej sympatii do zmarłego Prezydenta – a już zwłaszcza jego wspaniałej żony – o jak najbardziej szczerym bólu z powodu tej straty. I jedyne czego nie widzimy w tym wszystkim, to śladu tego co ten cały szum konstytuuje i go napędza – a więc nienawiści. I to jest ten dysonans, który tak trudno znieść.
Przeczytałem dziś wpis Renaty Rudeckiej- Kalinowskiej i znaczną część dyskusji pod tym wpisem. Przeczytałem między innymi słowa kiedyś komentującego na tym blogu marka.dumle, w którym ten skarży się, że on już do tego stopnia nie może znieść tego festiwalu histerii jakie serwuje Polakom telewizja, że ostatecznie przestał tę telewizję w ogóle oglądać. Ani jednak Rudecka, ani on, ani nikt inny z wielu zaprzyjaźnionych z ich sposobem odczuwania, komentatorów ani jednym słowem nie przyznają się do tego, co nimi kieruje, a więc do czystej zwykłej nienawiści. O nie! Słowo nienawiść nie pada w ogóle. Nikt z nich nie przyzna czegoś jak najbardziej oczywistego, a mianowicie tego, że tak! Nienawidziłem tego sukinsyna i chciałem jego śmierci z całego mego serca, z całej mojej duszy, całą moją myślą. Przeciwnie. Każdy z nich wspina się na wyżyny swoich ludzkich i literackich możliwości, żeby powiedzie nam o tym, jak to on współczuje, rozumie, życzy, pamięta… tyle że jemu chodzi o podstawową prawdę i sprawiedliwość. Że on tylko pyta: Czy naprawdę trzeba aż tak?.
I to jest to, co tak trudno jest znieść. Weźmy oświadczenie Andrzeja Wajdy. Gdyby Andrzej Wajda, zgodnie ze swoją wiarą, powiedział, że jego serce nie może znieść tego, że takie bydle jak Lech Kaczyński ma być pochowane na Wawelu, i że nawet ta radość z powodu jego śmierci nie jest w stanie przesłonić zawodu, jaki on czuje z powodu tego aktu profanacji – przecież nie tego zamku, nie pamięci tamtych królów, ale wyłącznie jego, wielkiego europejskiego artysty, świętej wrażliwości – wszystko stałoby się znacznie prostsze. Ale on tego nie mówi. Żeby on choćby – dokładnie tak samo jak przed paru laty, niektórzy najbardziej nieprzytomni z nienawiści polscy patrioci krzyczeli pod adresem zmarłego Bronisława Geremka, pełne złości wyzwisko: „Żyd!” – dziś wypluł z siebie jak najbardziej szczerze tę obelgę: „Polak!”, stworzyłby pewną czarną, ale harmonię, którą można by było ze smutkiem uznać. Ale i on, i Kutz, i znani nam blogerzy, skutecznie się od tego aktu uczciwości uchylają. Oni nam mówią, że Lech Kaczyński był człowiekiem skromnym, dobrym i mądrym, że oni go nawet jeśli nie kochali, to z pewnością szanowali, a dziś po nim płaczą, tyle że Kaczorowi byłoby mu lepiej na Powązkach, albo gdziekolwiek indziej, byleby nie tu. No i przecież ta biedna Marta i jej mąż esbek mieliby bliżej. I to powoduje ten gniew. Właśnie to kłamstwo. Kłamstwo wyjątkowo perfidne. Kłamstwo szatańskie. Bo my się Szatana boimy.
Parę razy było mi miło się dowiedzieć, że słowa, które tu zamieszczam przynoszą satysfakcję, a czasem nawet ulgę i pociechę. Proszę więc i dziś się dać pocieszyć. Proszę mi uwierzyć, że za złem, którego w tych dniach doświadczamy, nie stoi nawet ślad jakiejkolwiek myśli. Tam nie ma śladu ani myśli, ale też choćby zwykłego ludzkiego pragnienia ładu i harmonii. Tam nie ma nic poza zimną nienawiścią. Tyle w nich dobrego, że oni trochę czują, że nienawiść to zło – a już szczególnie nienawiść bezinteresowna – więc bardzo pragną znaleźć jakiś punkt zaczepienia, który im pozwoli uwierzyć, że są jednak ludźmi.
A że umieją formułować zrozumiałe zdania? No trudno. Gdybyśmy słyszeli jakiś charkot, byłoby łatwiej. Ale, kto mówił, że będzie łatwo?

8 komentarzy:

  1. Dzieki. Pana slowa niosa ukojenie.
    Pozdrawiam najserdeczniej
    anden

    OdpowiedzUsuń
  2. świetnie że zdecydował się Pan na równoległy niezależny blog. W głównym nurcie będzie coraz trudniej

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy ja wiem? Kto wie, jak będzie wyglądał główny nurt.

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja mysle, ze oni caly czas sie boja. Bo im te niegodziwosci zostana przypomniane. Zobaczy Pan, ze powstanie internetowa (moze nie tylko?) ksiega cytatow z Komorowskiego, Niesiolowskiego, Palikota, Wojewodzkiego, Kuczynskiego, Bartoszewskiego, Sikorskiego i wielu innych.

    Uklony,

    TCL

    OdpowiedzUsuń
  5. Pierwszy raz trafiłem na Twoj blog i....i SERCE MI ROŚNIE,ŻE SĄ JESZCZE TACY LUDZIE,KTÓRZY CZUJĄ I MYŚLĄ DOKŁADNIE TAK SAMO JAK JA! Pozdrawiam serdecznie! Pozostanę Twoim czytelnikiem i bratnią duszą!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wyjątkowo głupi i żałosny wpis. Sam kieruje się pan wyłącznie nienawiścią i nie potrafi pan sobie nawet wyobrazić, że ludzie inaczej myślący mogą się kierować innymi uczuciami. Sam fakt, że ktoś nie jest zwolennikiem pochowania pary prezydenckiej na Wawelu i ośmiela się o tym mówić interpretuje pan jako objaw nienawiści. To nie Andrzewj Wajda, tylko pan użył - moim zdaniem haniebnego, chociaż nie byłem sympatykiem zmarłego prezydenta - wyrażenia "takie bydlę jak Lech Kaczyński". Jest pan gtoteskowy w swoim zaślepieniu.

    OdpowiedzUsuń