niedziela, 27 kwietnia 2008

Najbardziej znany człowiek na świecie, część 4

Witam ponownie. Kontynuujemy reportaż o Muhammadzie Alim, “najbardziej znanym człowieku na świecie", autorstwa amerykańskiego dziennikarza Boba Greene'a, w moim skromnym tłumaczeniu.
Z przyjemnością zauważam, że coraz więcej osób czyta tę niezwykłą relację, i że dużo z Was podziela moje refleksje, a jednocześnie nie mogę nie zauważyć, że z każdym nowym fragmentem pojawiają się gdzieniegdzie coraz większe emocje, u niektórych nawet przyjmujące agresywną formę.
Agresja niekiedy osiąga takie rozmiary, że niektórym (rannal) odbiera podstawy rozsądku i każe im z tego wszystkiego rozumieć tylko tyle, że Ali jest dla mnie mistrzem i autorytetem.
Ciekawe, co to się w niektórych głowach wyprawia?
Tak czy inaczej, przed nami kolejna część. Postaram się, żeby to była już przedostatnia.

Wkroczyliśmy na Krajowe Lotnisko w Waszyngtonie. W przejściu, na Alego czekała już grupa Muzułmanów. Były to osoby sponsorujące zjazd, na który Ali przybył ze swoim wystąpieniem.
Ruszyliśmy w kierunku sali odbioru bagażu. W Alim nastąpiła gwałtowna zmiana. W samolocie, mimo, że jego głos był dalej niewyraźny i ledwo słyszalny, sam Ali był stosunkowo skoncentrowany i uważny. Tu jednak, gdy każda przechodząca osoba wołała coś w jego stronę, lub przystawała, by na niego spojrzeć, wydawało się, że wprowadził się w ten sam rodzaj transu, w którym znajdował się jeszcze w Chicago. Jego oczy straciły jakikolwiek wyraz, na nikogo nie patrzył, twarz była pusta i martwa. A gdy ludzie wołali jego imię, wszystko to stawało się jeszcze bardziej widoczne.
Pomyślałem sobie: to, co się z nim dzieje, to nie jest zwykłe otępienie na skutek zbyt wielu walk. On nie jest tak okropnie nieobecny od tych wszystkich uderzeń. Bardziej, jest to efekt przyjmowania innego rodzaju nieustannych ciosów. Od ponad dwudziestu lat, był atakowany ciągłą popularnością, ciągłym popychaniem, ciągłym szarpaniem, za każdym razem, gdy zaryzykował pokazanie się publicznie. To właśnie tego miał za dużo – nie pięści, lecz nieprzerwanego kontaktu ze strony ludzi obcych. Najwyraźniej to mu zaszkodziło. A widać to było najlepiej wtedy, gdy znajdował się w samym środku nowych tłumów.
Przedzieraliśmy się w kierunku wyjścia. Jego oczy patrzyły ślepo. Tylko raz się odezwał. Jakiś mężczyzna stanął dokładnie przed nim. Nie mówił jednak do Alego, lecz do mnie. Powiedział - Hej, niech pan spyta Alego, czy wciąż potrafi latać, jak motyl i kłuć, jak pszczoła.
- Szybować - szepnął Ali, nie patrząc na mężczyznę. - Szybować, jak motyl.
Kiedy Alego poprowadzono do czekającego na zewnątrz samochodu, wokół słychać było tylko krzyki i wrzaski. Za kierownicą siedział jeden z Muzułmanów, który następnie zawiózł nas do Holiday Inn w centrum miasta. Nie był to jeden z bardziej eleganckich hoteli. Apartament Alego znajdował się na samym końcu korytarza na siódmym piętrze.
Dyrektor hotelu, Thomas Buckley, czekał na Alego w salonie apartamentu.
- Czy jest coś, co mogę dla pana zrobić? - spytał Buckley.
Ali był już bardzo przeziębiony. - Jak tu zrobić, żeby było cieplej? - spytał.
Buckley podszedł do termostatu i zwiększył temperaturę - Jesteśmy do usług naszych klientów - powiedział.
Oczy Alego wciąż były nieobecne. Jego głos był niemal całkowicie niezrozumiały.
- Służba innym to czynsz, jaki płacimy za mieszkanie w niebie - powiedział.
Następnego ranka, Ali siedział w hotelowej kawiarni z Herbertem Muhammadem i kilkoma lokalnymi działaczami muzułmańskimi. Miał na sobie ten sam garnitur, który nosił dzień wcześniej. Przemówienie, które miał wygłosić na zjeździe zaplanowane było dopiero na następny dzień. Dziś miał w planie wizytę w kilku publicznych szkołach w centrum Waszyngtonu.
- Herbert - odezwał się Ali, głosem równie cichym, jak poprzedniego dnia. - Za co otrzymujesz od Allacha punkty?
- Co masz na myśli? - odparł Herbert Muhammad.
- No wiesz – powiedział Ali. - Jeśli na przykład pomożesz starszej kobiecie przejść na drugą stronę ulicy, czy Allach przyznaje ci za to punkty?
- Oczywiście, że tak - odparł Herbert Muhhamad. Ali skinął głową. Herbert zwrócił się do mnie i powiedział - Ali ma dobre serce.
Ali czekał na zamówione wcześniej pszenne tosty. Czekanie się wydłużało. Sięgnął przez stół i zdjął tosta z talerza jednego z Muzułmanów. Kiedy przyniesiono jego zamówienie, Ali zdjął kromkę z góry i oddał ją Muzułmaninowi.
Kobieta przy ladzie odebrała telefon. Słuchała przez chwilę, a następnie podeszła do nas.
- Panie Ali - powiedziała. - Telefon do pana.
- Kto to? - odezwał się Ali, patrząc na swój tost.
- Ten ktoś powiedział, że nazywa się Eddie Cantor* - powiedziała kobieta.
Ali wstał i ruszył do telefonu.
- Ali - zawołał za nim Herbert jeszcze zanim Ali doszedł do lady. – Z kim ty będziesz rozmawiał?
- Z Eddiem Cantorem - odpowiedział Ali beznamiętnym tonem.
- Ali - powiedział Herbert ze śmiechem. - Eddie Cantor nie żyje. Jeśli to on do ciebie dzwoni, chciałbym to widzieć.
Ali podniósł słuchawkę i zaczął rozmowę. W jej trakcie, potarł palce i zrobił dźwięk świerszcza obok ucha kasjerki. Kobieta rozejrzała się, a następnie nerwowo potarła ucho. Ali powtórzył swoją sztuczkę. Kobieta znów potarła ucho.
Wrócił do stolika. Spytałem, kto do niego dzwonił.
- Eddie Kendricks - powiedział Ali. - Kiedyś śpiewał w Temptations.
- Skąd wiedział, że pan tu jest? - spytałem.
Ali wzruszył ramionami. Spojrzał na swój zegarek modlitewny i dał mi znak, bym był cicho. Gdy inni przy stoliku jedli swoje śniadanie, zamknął oczy i zaczął się modlić.
Jechaliśmy ulicami. W Szkole Podstawowej im. Clary Muhammad, w zrujnowanej dzielnicy miasta, w auli na niskim piętrze, Ali stał przed klasą złożoną z 75 uczniów. Gdy dzieci śpiewały mu piosenkę, złożył ręce na piersiach. Raz na jakiś czas, ruszał lekko palcem w tył i w przód, jakby dyrygował orkiestrą.
- Tak się cieszę, że widzę was dzieci, tu wszystkie - wyszeptał do nich. Były to bardzo małe dzieci. Było jasne, że wiedzą, że spotykają bardzo ważnego człowieka, ale jednocześnie można było podejrzewac, że nie do końca wiedzą, kim on jest.
W Liceum Shaw Juniora, w szkole mieszczącej się w nowoczesnym pawilonie, gdy prowadzono go do szkolnej auli, nauczyciele i uczniowie biegli do niego, próbując go dotknąć. Policzki miał pomazane szminką od pocałunków nauczycielek.
Byliśmy popychani w morzu ciał, próbując dotrzeć do sceny. Grała szkolna orkiestra, cała aula unosiła się jednym wielkim piskiem i wrzaskiem.
- Oto cały świat - powiedział do mnie. - Tak dokładnie wygląda całe moje życie.
W końcu udało mu się dotrzeć do sceny. Podczas gdy orkiestra grała temat z Rockiego, Ali wyciągnął z kieszeni niebieski grzebień i przyczesał włosy.
- Dziewczęta i chłopcy - powiedział dyrektor do mikrofonu. - To, że mogę tu teraz stać, na tej scenie, z tym człowiekiem, jest prawdopodobnie najważniejszym momentem w całym moim życiu. Uważam, że i dla was powinna to być najważniejsza chwila.
Ali, który od rana wyglądał na coraz bardziej przeziębionego, wyjął chusteczkę. Kucharka ze szkolnej stołówki krzyknęła - Muhammadzie Ali, kocham cię! - Ali wytarł nos.
Dyrektor poprosił Alego na mównicę. Powiedział, że chce, żeby uczniowie zadawali Alemu pytania, ale pierwsze chciałby zadać osobiście.
- Muhammadzie - powiedział. - Czy gotów byłby pan powiedzieć, że pańska najtrudniejsza walka była z Frazierem?
- Moja najtrudniejsza walka była z moją pierwszą żoną - powiedział Ali.
Rozmawiał jeszcze z uczniami przez jakieś piętnaście minut. Kiedy opuszczał aulę, zatrzymał się przed dwójką chłopców. Zaczął udawać, że się z nimi boksuje, przesuwając swoje stopy w tył i w przód w słynnym “Tańcu Alego". Chłopcy unieśli ręce w górę i się wycofali. Jakaś nauczycielka, która nie brała udziału w spotkaniu w auli, spostrzegła Alego i zaczęła drżeć. - Boże Święty - powiedziała z szeroko otwartymi oczami.

To tyle na ten niedzielny, piekny wieczór. Jeszcze tylko wyjaśnię, kto to Eddie Cantor. Amerykański piosenkarz, aktor komediowy, autor piosenek, bardzo popularny w latach wczesnej telewizji.
Jutro koniec naszej podróży z Muhhammadem Alim, no i czas na refleksje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz