sobota, 26 kwietnia 2008

Widzę to co widzę, czyli nadmuchiwanie mistrzów

Poszedłem do sklepu kupić sos do obiadu i w budce “Ruchu” zobaczyłem wydawnictwo DVD zatytułowane: “Rozmowy z Mistrzem”. W związku z tym, że na okładce widzimy zadumanego Leszka Kołakowskiego, domyśliłem się natychmiast, że tytułowy “mistrz” to on. Jest oczywiście taka ewentualność, że to nie Kołakowski jest tym “mistrzem”, tylko Kołakowski przeprowadza rozmowy z jakimiś na przykład wybitnymi sportowcami. Znając jednak naszą polską atmosferę społeczną, tę możliwość odrzucam. A więc mistrzem jest Kołakowski. Jest mistrzem , tak jak na przykład mistrzem był dla apostołów Jezus. “Jezu, mój mistrzu”, mówił apostoł i wszystko było na swoim miejscu.
Dlaczego Kołakowski jest mistrzem? Pytanie to tylko na pozór jest prostackie. Owszem, wszyscy wiemy, co to są autorytety, szczególnie autorytety niekwestionowane. Wszyscy też wiemy, że jeśli ktoś już został autorytetem, to oczywiście może nim przestać być w każdej chwili, tyle, że o tym możemy dopiero zostać poinformowani, kiedy czas nadejdzie. Nie wcześniej.
A Kołakowski autorytetem jest. Tak jak, zmarły już, Kuroń, lub z żyjących Bartoszewski, Geremek, Wałęsa, czy Andrzej Wajda, lub, znów zmarły już , Stanisław Lem. No dobra... więc to są autorytety, ale żeby mistrzowie? Kołakowski jest autorytetem, bo jak coś powie, to tak jak trzeba i nie ma ryzyka, że powie coś tak, jak nie trzeba. Dlaczego jednak jest mistrzem? W czym Kołakowski jest mistrzem? Czyżby Kołakowski odkrył coś, czego nikt inny nie odkrył? Czy może Kołakowski zrobił coś, albo coś skonstruował (niechby i jakąś myśl), czego to dotychczas nikt nie skonstruował? A może Kołakowski coś zauważył, co przez lata całe pozostało ukryte? No coś takiego, jak na przykład, że Boga nie ma, albo, że Bóg jest, albo, że jest kilku bogów. Nie wiem. Trudno mi spekulować. Jestem zwykłym człowiekiem, który wie to co udało mu się dowiedzieć, więc nie umiem podać przykładu jakiegoś porażającego odkrycia, lub choćby jakiejś porażającej informacji.
To ja już wolę Kazika. Jak Kazik śpiewa – a wymyślił to sam! – “Widzę to co widzę i niczego się nie wstydzę. Niech się wstydzi ten co robi, a nie ten co widzi”, to jeśli idzie o ten fragment, jestem gotów powiedzieć do Kazika “mistrzu”. Do Kazika mogę mówić “mistrzu”, nawet za krótszy fragment, choćby taki: “Dobry chłopak był i mało pił”. To jest mistrzostwo i to akceptuję z pochylonym czołem. Nawet tytuł mojego bloga jest mistrzowski, a to też Kazik, a nie Kołakowski.
W czym jest mistrzem Kołakowski?
W tych dniach, systematycznie umieszczam na tym blogu tekst Boba Greene’a o Muhammadzie Alim. Ali jest mistrzem, bo przez ponad dziesięć lat był właściwie niepokonany. Przegrał raz w Frazierem, ale później sprał go dwa razy, więc był i jest mistrzem. Ludzie, jak go widzą, wołają na niego "Mistrzu!" Ali jednak, będąc mistrzem, nie jest autorytetem (no może dla niektórych, afrykańskich nastolatków, ale bardziej powszechnie już nie). Dlatego też Bob Greene może, bez narażania swojej reputacji, napisać reportaż o Alim i pokazać jego ludzką małość. Podobnie jak kiedyś napisał reportaż o wówczas wschodzącej gwiazdce amerykańskiego kina, uwielbianej przez tłumy Kristy McNicoll, w którym to reportażu przedstawił ją, nie jako marną aktorkę, lecz jako wredną, nadętą, głupią panienkę. I też nic mu się nie stało.
Bob Greene ostatnio stracił reputację, niemniej jednak nie za to, że zszargał niekwestionowany autorytet. Za to mianowicie – UWAGA! – że miał romans z 18-letnią dziewczynką. Za to właśnie wyleciał z redakcji i za to Amerykanie sobie pomyśleli o nim, że nawet on bywa głupi.
Tak głupi, jak najgłupszy “autorytet” i najbardziej dmuchany “mistrz”.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.