piątek, 16 października 2020

Jeszcze o walce z wrogiem uszytym z kawałka szmaty

By nieco pociągnąć temat, który pojawił się tu troszeczkę wczoraj, chciałbym dziś zaproponować swój felieton z najświeższego wydania „Warszawskiej Gazety”. Wczoraj pojawiła się tu postać niejakiego Sucharita Bhakdiego, dziś więc trochę więcej o jego działaniach.  Przy okazji, po raz kolejny apeluję, nie dajmy się doprowadzić do obłędu. Czy to przez cwaniaków z jednej, czy z drugiej strony.

 

 

      Chwilę temu wróciliśmy z żoną z weekendowego wyjazdu do Zakopanego, a więc, jak wiadomo większości z nas, najbardziej dziś agresywnego gniazda koronawirusa. Ponieważ jednak przez cały pobyt ostro lało i cała okolica spowita była gęstą mgłą, to nie dość że nie zobaczyliśmy naszego ukochanego Giewontu i owieczek poniżej, to jeszcze ulewa ta, wygoniwszy z miasta turystów, uniemożliwiła nam zapoznanie się ze słynną pandemią.

      Natomiast, owszem, uzbrojeni w szeroki dostęp do lokalnej gastronomii oraz bardzo stabilne połącznie internetowe, mogliśmy się do woli nacieszyć wiadomościami na temat tego, w jaki sposób ów koronawirus skutecznie przewraca w głowach ludziom, którym nie wystarczy wiadomość, że z powodu zwiększonej liczby zakażeń należy przestrzegać odpowiednich rygorów, ale każdy z nich potrzebuje się w tej kwestii dodatkowo zaangażować publicznie.

       No i w tym momencie powstaje coś, co ową pandemię pokona chyba jeszcze skuteczniej niż choćby najlepsza szczepionka. Czyli prosty ludzki obłęd.

       Dziś właśnie dowiedzieliśmy się, że Związek Nauczycielstwa Polskiego wyruszył z najnowszą antyrządową akcją, gdzie wezwał nauczycieli i uczniów do protestu przeciwko pisowskim planom wymordowania jednych i drugich przez powrót do nauczania stacjonarnego. Wedle znanej nam już od dawna metody, z dnia na dzień wystąpiło również dwoje zupełnie przypadkowych dzieci, które uruchomiły Internetową akcję pod hasłem „Nie chcemy umierać”, czy jakoś tak, i zwróciły się do swoich koleżanek i kolegów z całej Polski, by albo zaliczyli nieobecność na lekcjach, albo przyszli do szkoły, tyle że ubrani na czarno.

       Kiedy zastanawialiśmy się, w jaki to teraz sposób będziemy mogli te dzieci rozróżnić od feministek z parasolkami i osób protestujących przeciwko nowemu ministrowi edukacji, trafiłem na kolejną akcję, tym razem o zasięgu międzynarodowym, wzywającą wszystkich do nieulegania koronawirusowej histerii, a tu poszło o coś znacznie więcej niż o głupie czarne t-shirty. Popatrzmy jak się w tych łbach przewraca:

      Pokażmy naszą siłę! Jednocześnie  wszyscy odcinamy prąd i wyłączamy telefony komórkowe, sieci społecznościowe (Facebook, WhatsApp itp).

      To nasz protest przeciwko przepisom ograniczeniom praw podstawowych, które są powiązane z wirusem C*.

      Ludzie na całym świecie, którzy chcą znieść wymóg maski, dystans społeczny, przymus wobec dzieci, lub obowiązkowe szczepienia, mogą użyc tego, aby pokazać opór. Musimy wyłączyć wszystkich konsumentów energii elektrycznej, telefonów komórkowych, Internetu i innego sprzętu elektronicznego.     Zrobimy to 12 października 2020 roku, wyłączymy wszystkie urządzenia na 21 minut między 16:00 a 16:21 i odetniemy całe zasilanie. Nie trzeba wychodzić na ulicę, wystarczy wyłączyć to, czym nas kontrolują”.

      I teraz pojawia się najlepsze:

      Rozświetlić mrok.

       Gatunek – Człowiek

       Miejsce urodzenia – Ziemia

       Orientacja polityczna – Wolność

       Religia –  Miłość”.

       I oto pod tym wszystkim jest podpisany niejaki „prof. dr Sucharit Bhakdi, mikrobiolog i epidemiolog”. Przepraszam bardzo, ale ponieważ moja religia to nie miłość, a orientacja polityczna nie wolność, ja trzymam sztamę z owymi zmanipulowanymi przez przewodniczącego Broniarza dziećmi i ich wychowawcami.



      

czwartek, 15 października 2020

Z tą maseczką mi do twarzy, czyli jak się dusić i się nie udusić

 

       W ostatnich dniach, co chwila któryś z moich znajomych pyta mnie, co ja sądzę na temat pandemii, która, o ile dobrze liczę, od siedmiu miesięcy trzyma nas mniej lub bardziej zdecydowanie za gardło. Wydawało mi się, że ja już parokrotnie tu wyraziłem swoje zdanie na temat każdej kolejnej fazy tego dziwnego projektu, no ale skoro wciąż istnieje oczekiwanie, że będę coś wyjaśniał, to trudno – przychodzi mi znów wyjaśniać. Otóż jest tak, że choć mam oczywiście szereg przeróżnych przypuszczeń na temat tego co się dzieje, przyznaję zupełnie uczciwie, że tak naprawdę nie wiem nic. Nie wiem, skąd się ów wirus wziął, nie wiem jak on w rzeczywistości wygląda i jak działa, nie mam bladego pojęcia, dlaczego – mimo że z czysto ludzkiego punktu widzenia, ani na początku, ani nawet dziś, nie widać w tym by się nim zajmować najmniejszego sensu – cały praktycznie świat w jednej niemal chwili stanął wobec niego na baczność i tak stoi do dziś, nie umiem wreszcie kompletnie przewidzieć, jak to się wszystko dalej potoczy. Czy już do końca swojego życia będę musiał codziennie sprawdzać, ile to kolejnych osób zachorowało, a ile zmarło we Francji, Wielkiej Brytanii, w Brazylii, w Indiach, w Niemczech, we Włoszech, czy w Polsce; czy już do końca życia będę musiał wysłuchiwać informacji o tym, który to słynny sportowiec, muzyk, polityk, czy aktor zachorował na COVID19; czy już do samej śmierci będę musiał po wyjściu z domu zakładać maseczkę i tak w niej paradować po bliższej i dalszej okolicy? A może to wszystko się skończy tak samo nagle jak się zaczęło, już w ciągu najbliższych paru miesięcy? Powtórzę raz jeszcze: ja nie wiem nic.

      Wiem natomiast coś, co sprawia, że kładę uszy po sobie i nawet nie próbuję pyskować. Oczywiście, wciąż zadaję różnego rodzaju pytania, bo każdy chyba przyzna, że powodów do tego jest tu cała masa, a z każdym dniem ich jeszcze przybywa. Zadaję pytania, wyrażam różnego rodzaju wątpliwości, ale wciąż wiem to jedno: nie mam się co stawiać, bo po przeciwnej stronie mam dosłownie cały świat. Nawet wczoraj wieczorem w Wiadomościach obejrzałem obrazki z wojny między Azerbajdżanem i Armenią i w tym całym nieszczęściu, wśród wystrzałów i ogólnego dymu, zobaczyłem jakąś siedzącą na tych gruzach kobietę... z maseczką na twarzy. Maseczką dokładnie taką samą, jaką widzę codziennie tu w mieście i jaką widziałem wszędzie przez miniony weekend w Zakopanem. Właśnie tak. Gdzie nie spojrzę, praktycznie każdy nosi maseczkę. W Zakopanem spędziliśmy trzy dni i przez ten czas udało mi się spotkać może dwie, trzy osoby, które nie miały zasłoniętych ust i nosa. Wczoraj i przedwczoraj, po powrocie do Katowic widziałem dwie takie osoby. Przepraszam bardzo, ale nawet gdybym otrzymał bezpośredni i najbardziej twardy dowód na to, że jedyny sens tych maseczek jest taki, że ktoś nam kompletnie nieznany postanowił nas wszystkich wziąć za pysk, to ja i tak bym ją nosił. Dlaczego? Bo przede wszystkim, wciąż bym nie wiedział, kto to taki, o o co mu chodzi, ale też wiem, że jako ten jeden w całym tłumie ludzi bez twarzy wyglądałbym jak jakiś idiota. Ale jest jeszcze coś. Otóż ja zawsze byłem przeciwko demonstracjom pozbawionym jakiegokolwiek praktycznego sensu. Bo co ja z tego będę miał, że zacznę paradować po okolicy bez maseczki, nawet jeśli nie dostanę mandatu? Udowodnię sobie, jaki byłem mądry, dzielny i inteligentny. Przepraszam bardzo, ale ja to wiem i bez tego rodzaju testów.

       Parę dni temu pewien mój kolega wysłał mi apel stworzony przez niejakiego prof. Sucharita Bhakdiego, jak czytam, mikrobiologa i epidemiologa, w którym ów zachęca wszystkich ludzi na całym świecie by o określonej godzinie na 21 minut wylogowali się z Facebooka, Twittera i Instagrama i w ten sposób zaprotestowali przeciwko wspomnianym maseczkom. We wspomnianym apelu uderzył mnie fragment następującej treści:
Rozświetlić mrok.

Gatunek – Człowiek

Miejsce urodzenia – Ziemia

Orientacja polityczna – Wolność

Religia – Miłość”.

      Oczywiście, w uzupełnieniu wcześniejszej wyliczanki, gdzie zwróciłem uwagę na to, czego nie wiem, mogę dodać, że nie wiem również, ile osób w Polsce – bo świat mnie akurat interesuje w stopniu znacznie mniejszym – przeczytało ten apel i wyłączyło sobie na te 21 minut Internet. Ponieważ jednak póki co wszyscy dookoła mnie nie dość, że chodzą w maseczkach to jeszcze znad ich górnych krawędzi pokazują w miarę wesołe spojrzenia, myślę, że ich jest jeszcze mniej niż tych dzieci, co ubrane na czarno kładą się pokotem pod Ministerstwem Edukacji i demonstrują za zamknięciem szkół.

         Ale jest jeszcze coś, jednak zanim przejdę do rzeczy podzielę się pewnym wspomnieniem. Otóż kiedy byłem jeszcze bardzo młody, bardzo lubiłem zbierać tak zwane „złote myśli” i pewnego dnia trafiłem na fragment z Dostojewskiego, który jakimś cudem do dziś pamiętam, a brzmiał on chyba jakoś tak: „Nawet gdyby się miało okazać, że Jezus Chrystus jest kłamstwem, wolę pozostać z Nim – kłamstwem, niż z wami”. Czemu akurat to coś tak się mnie uczepiło, nie wiem, natomiast wiem, że chodzi mi ta myśl mocno po głowie w tych dniach, gdy obserwuję cały ten ruch, również wśród moich dobrych znajomych, gdzie demonstracyjne pokazywanie się publicznie bez maseczek stało się swego rodzaju ambicją. Otóż znajomi, to znajomi i dla nich mam niezmienny szacunek, natomiast kiedy widzę, kto tym cały antycovidowym projektem dyryguje – i nie mówię już tylko o prof. Sucharicie Bhakdim, ale o naszych polskich, jak najbardziej prawicowych, autorytetach – to chciałbym im wszystkim powiedzieć, że nawet gdyby się miało okazać, że brnę w kłamstwo, to wolę trzymać sztamę z kłamstwem, niż z nimi. I nawet jeśli miałbym nosić tę maseczkę do końca mojego świata, to będę ją nosił, bo zwyczajnie nie zniósłbym sytuacji, że gdzieś jakimś cudem spotkałbym któregoś z nich z dumnie wyszczerzonymi w moim kierunku zębami i musiał uznać w nim brata w cierpieniu.

         I to jest moje dzisiejsze wyznanie wiary. Chciałbym jednak przy tej okazji zaapelować do pewnych moich przyjaciół, by machnęli ręką na to towarzystwo, z którym przecież nigdy nie mieli nic wspólnego, bo skończą jak pewien bardzo mi bliski człowiek, który w pewnym momencie swojego życia używał tylko jednego kanału w swoim telewizorze i umarł w kompletnym splątaniu.



środa, 14 października 2020

Żarcik, czyli minęła dwudziesta

      W miniony weekend, jak już część z nas wie, udałem się z żoną moją do Zakopanego, gdzie większość czasu spędziliśmy dzielnie walcząc z deszczem. W niedzielne przedpołudnie kupiliśmy sobie po pelerynie za pięć złotych i wyruszyliśmy na spacer Doliną Kościeliską pod sam prawie Giewont i z powrotem, a potem, jak by tego było mało moim emerytowanym nogom, dołożyliśmy do tego spacer kolejny Drogą pod Reglami w kierunku Doliny Strążyskiej. Każdy kto tamtędy szedł wie, że owa droga, choć ogólnie rzecz biorąc dość płaska, przez niewielkie, choć nieustanne, podejścia i zejścia, potrafi zmęczyć, zwłaszcza kogoś, kto tak jak ja ma już swoje lata, w dodatku nie koniecznie spędzone na fizycznym wysiłku. Szliśmy więc sobie już jakieś pół godziny, gdy podczas kolejnego zejścia, minął nas biegacz, a ja z dziką satysfakcją w głosie wrzasnąłem za nim: „Z górki to każdy głupi potrafi!” I w tym momencie biegacz się zatrzymał spojrzał na mnie baranim wzrokiem i oto co nastąpiło dalej:

- No teraz biegnę z górki, ale chyba wcześniej musiałem jakoś na nią wbiec, co nie?


- Kiedy wcześniej? Jak myśmy tam włazili, to pana nie widzieliśmy.

- No bo jak wyście tam wchodzili to ja byłem jeszcze z tyłu.

- No ale myśmy pana nie widzieli nawet dwa kilometry wcześniej. Cały czas tu leziemy i nie widzieliśmy żywego ducha. Mieliśmy kilka ciężkich podejść i tam nikogo nie było. Dopiero teraz pana spotykamy jak pan biegnie z górki, co jak mówię, potrafi każdy głupi.

- No ale ja wyruszyłem na trasę kiedy wyście już przeszli kawał drogi i dopiero teraz was dogoniłem.

- Dopiero teraz? To chyba nie ma się pan czym chwalić. Dlatego mówię, z górki to potrafi każdy. Spróbowałby pan tak jak my wbiec pod górę.

- No ale ja wcześniej kilka razy zaliczyłem te górki.

- Chyba jednak nie za szybko, skoro dopiero teraz pana tu widzimy. Myśmy idąc wolnym krokiem doszli tu znacznie szybciej.

- No ale przecież mówię, że ja zacząłem biec długo po was.

- Jak długo?


- No nie wiem. A jak długo wy już idziecie?

- Z pół godziny?

- No wiec ja biegnę od 10 minut.

- 10 minut? Ciekawe, bo 10 minut temu też pana nie widzieliśmy.

- No ale nie mogliście mnie widzieć, bo ja wtedy byłem jeszcze w Kirach.

- W jakich Kirach? Co pan bredzi? My idziemy z Doliny Kościeliskiej.

- No ale ta wieś u ujścia Doliny nazywa się Kiry. I ja stamtąd biegnę.

- No i dobrze. Tyle że w takim razie myśmy też tam byli i też tam pana nie widzieliśmy.

- Przecież mówię, że nie mogliście mnie widzieć, bo już byliście na trasie.

- A skąd ja mogę wiedzieć, że pan nie kłamie? Od pół godziny nie widzieliśmy tu nikogo, a pan nagle na nas wyskakuje i mówi, że biegnie tuż za nami.

- Przecież nie mówię że tuż za wami. Tuż za wami byłem przez chwilę, chwilę temu, a wcześniej biegłem sam, pod górę, na dół, pod górę, znów na dół, no i wreszcie was dogoniłem.

- A ja mówię, że dogonił nas pan, bo z górki każdy głupi potrafi. A poza tym, skąd mam mieć pewność, że nie siedział pan tu w krzakach i nie czekał na nas aż się pojawimy, a potem na nas wyskoczył, udając że jest taki szybki?

- W krzakach? A po cholerę miałbym się chować w krzakach i wam coś pokazywać? Przecież ja was nawet nie znam.

- No to nie jest wcale takie pewne. Ja jestem bardzo popularnym prawicowym blogerem o imieniu Toyah, a pan pewnie nienawidzi PiS-u i chciał mi dokuczyć.

- Ja ani się polityką nie interesuję, ani o panu nie słyszałem, więc też nawet mi w głowie, by urządzać tu takie popisy.

- To czemu pan tu się popisywał, że jest taki szybki, co?

- Normalnie biegłem. Przed nikim się nie popisywałem. Nawet nie wiedziałem, że was tu spotkam.

- To ciekawe, czemu pan nie pokazał nam, jak wbiega pod górę, tylko wybrał to miejsce?

      W tym momencie biegacz chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu machnął ręką i pobiegł dalej. Więcej go nie zobaczyliśmy. W sumie ciekawe. W końcu gdzieś tam musiał być.

***

       Ktoś mnie być może teraz zapyta, skąd mi przyszedł do głowy dzisiejszy pomysł na ten wpis. Już odpowiadam. Jak już informowałem, trzy weekendowe dni spędziliśmy na wycieczce do Zakopanego, przez ten czas nawet nie zajrzeliśmy do telewizora i w pewnym momencie tak bardzo zrobiło mi się żal, że nie mogę posłuchać, jak Adrian Klarenbach rozmawia z politykami, a tam każdy z nich wręcz staje na głowie, by dostarczyć widzom odpowiedniej porcji poważnej politycznej debaty, wypełnionej jak najbardziej poważnymi argumentami, gdzie pod koniec zawsze musi się okazać, że czarne wcale nie musi być aż tak czarne, a białe tak bardzo białe, że pomyślałem, że sam sobie dostarczę rozrywki, a potem się z nią tu na blogu podzielę.

 


 

 

 

  


wtorek, 13 października 2020

przemsa: Konfederacja Obywatelska

Przeglądając regularnie polskie memy nie sposób nie zauważyć, że dużą popularnością cieszą się wariacje na temat Jacka Sasina i siedemdziesięciu milionów złotych, które przy okazji przesuniętych wyborów miał lekką ręką przepuścić. Nie chcę z tym polemizować wykazując, że wydatek ten był wobec konieczności wybrania głowy państwa w określonym czasie niezbędny, ani też przypominać, że podobną kwotę wyrzucił na śmietnik przed drugą turą w 2015 roku Komorowski na referendum (frekwencja 7,8%), które głosami wyborców następcy Palikota i poprzednika Brauna, czyli mocno zapomnianego Pawła Kukiza miało uratować mu posadę. Są to wprawdzie argumenty, które w warunkach normalnej dyskusji powinny przynajmniej trochę stopować wyzywających Ministra Aktywów Państwowych od złodziei, ale nie o to chodzi mi w dzisiejszej notce. Istotne jest to, że jakkolwiek obłudnie i bezpardonowo środowisko Platformy, PSL i Lewicy nie próbowało mieszać PiS z wyciąganego pełnymi garściami błota z bajorka pod nazwą „trwonienie publicznego grosza”, to zbyt dużo się nie przyklei, gdyż ludzie mimo wszystko nadal pamiętają, że w tej konkurencji rządy PO-PSL miały wybitne wprost osiągnięcia. Wszyscy więc doskonale wiedzą, że z tej – jak się mówi w Warszawie – mańki nie ud się w PiS na tyle mocno przywalić, by ten musiał się tym jakoś specjalnie martwić. Choć jest to oczywiście tylko jeden z przykładów bezradności szeroko rozumianej Platformy w starciu z Prawem i Sprawiedliwością, dobrze obrazuje słabość jej pozycji i całą nędzę starań o powrót do władzy. Nie tędy droga ewidentnie.

Cóż zatem począć – mógłby pomyśleć zaangażowany na potrzeby przywrócenia jedynie prawdziwie demokratycznych i europejskich rządów fachowiec gdyby zlecono mu taką robotę. – Trzeba przywalić z prawej strony, skoro z lewej wychodzi dość średnio – zauważyłby niewątpliwie. I tu na scenę wkracza Konfederacja, której intencje od czasu drugiej tury tegorocznych wyborów prezydenckich, kiedy to - de facto wprost – udzieliła poparcia Trzaskowskiemu, są jasne i czytelne. Twierdzić, że w grę wchodzi zwykła walka polityczna można było bowiem do czasu,  gdy było jeszcze wielu kandydatów, ale już nie wtedy, gdy istniała wyłącznie alternatywa Duda  - Trzaskowski. Nikt mnie nie przekona, że komuś, kto jak solennie zapewnia bliskie są pewne wartości (mocno odległe od tych, które przyświecają środowisku Platformy), mogło być wszystko jedno, który z finalistów zwycięży i przez najbliższe pięć lat mieć będzie realny wpływ na kierunek polskiej polityki. To ewidentnie była gra obliczona na obalenie rządów Zjednoczonej Prawicy. Utrzymywanie przy tym, że rozumując w ten sposób odmawiam Konfederacji prawa zrobienia wszystkiego, by samemu przejąć władze oznaczałoby przyjęcie, że jest to partia całkowicie oderwanych od realiów fantastów wierzących, że po klęsce PiS nie PO, ale właśnie oni będą rozdawać karty tworząc nowy gabinet. Przy całym moim braku szacunku dla tego środowiska, aż tak nisko nie potrafię oceniać intelektualnych zdolności jej decydentów. Nie i tyle.

Z drugiej strony jest niemożliwością, by włodarze Platformy tego nie dostrzegali.

Dlatego właśnie o partii tej jest ostatnio stosunkowo cicho. Nie musi się wychylać, skoro całą robotę, którą dotąd tak koncertowo partolili, robi za nich Bosak z Braunem, Korwinem i całą resztą prawdziwie patriotycznej czeredki wzmocnionej dodatkowo publicystami niepokornymi z Ziemkiewiczem i Warzechą na czele. I trzeba przyznać, że wychodzi im to wyśmienicie. Sprzyja temu realny kryzys i kumulacja zakażeń koronawirusem. Dochodzą też zapewne do tego wewnętrzne tarcia, o których niewiele wiemy, ale których możemy się domyślać wiedząc, że w koalicji są Ziobro z Gowinem. Wszystko to sprawia, że wcale nie jest wykluczone, że Zjednoczona Prawica polegnie na hodowcach skórek i COVID-zie.

Mam nadzieję, że jednak nie, ale gdyby więc faktycznie tak się wszystko potoczyło pamiętajmy komu triumfalny powrót do władzy kolegów Tuska zawdzięczamy. Oni najgłośniej będą biadolić, że PiS zaprzepaścił swoje pięć minut, a oni przecież – jak zawsze - robili wszystko, by Polskę chronić.

 

przemsa

O prowokatorach i oszustach raz jeszcze i pewnie nie ostatni

Ponieważ w minionych dniach pojawia się coraz więcej jak najbardziej sensownych i wybitnie krytycznych uwag pod adresem panującego nam Prawa i Sprawiedliwości, jako ktoś kto jest bardzo głęboko przekonany, że oto nadeszły czasy kiedy powinniśmy być szczególnie wyczuleni na tak zwane numery na wnuczka, chciałbym akurat – wciąż jeszcze – nie angażować się w bezpośrednią krytykę tego, co wyprawia Prezes i jego otoczenie, ale skomentować występki tak zwanego obozu medialnego wsparcia obozu polskiej prawicy.

Minione trzy dni spędziłem w Zakopanem na wypoczynku i w pewnym momencie trafiłem na komentarz na Twitterze, gdzie pewna nadzwyczaj wrażliwa osoba zaprotestowała przeciwko wyrzucaniu komentatorowi podpisującemu się ksywką Matka Kurka, że kiedyś był tam, a dziś jest tu. I ja i inni komentatorzy tłumaczyliśmy tej naiwnej osobie, że Piotr Wielgucki to zwykły oszust wyposażony w nie do końca znane nam zamierzenia – bez efektu. Ja sam, spróbowałem interweniować – efekt ten sam. Wspomniana osoba wciąż się upierała przy tym, by nikogo nie skreślać, każdemu dawać szansę i by o każdym myśleć bardziej dobrze niż źle.

Ktoś ze stałych czytelników tego bloga spyta się mnie w tym momencie, co mi strzeliło do głowy, by po latach zajmować się Matką Kurką. Otóż ja, zanim przejdę do sedna, chciałbym oświadczyć, że nie spocznę, dopóki ten oszust będzie, że tak to symbolicznie ujmę, chodził po wolności. A jestem pewien, że tak jak jest dłużej być nie może, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie tylko tydzień w tydzień płaci mu sam Tomasz Sakiewicz, ale zaufaniem obdarza go cała masą biednych, nic nierozumiejących obserwatorów. A w tej sytuacji proponuję swój tekst – wydawało się błędnie, że ostatni na ten temat – jeszcze z roku 2015. Polecam, bo jest ważny. A kiedy już z tym skończę, pozwolę sobie wziąć się za choćby Bronisława Wildsteina i jego kolejne ordery.

 

 

       Zrobiłem wczoraj ów żart primaaprilisowy, w którym poinformowałem, że od dziś blogerzy Matka Kurka i Toyah będą działać wspólnie na rzecz przyszłych polskich sukcesów, trochę dlatego, że nie bardzo potrafiłem odnaleźć bardziej poważny temat na ten dzień, ale też trochę przez to, że ja autentycznie przeżywam karierę, jaką po prawej stronie sceny politycznej robi ostatnio Piotr Wielgucki, znany gdzieniegdzie, jako bloger Matka Kurka. Tak czy inaczej, kiedy pisałem swoją primaaprilisową notkę, nawet do głowy mi nie przyszło, że kiedy już minie ów pierwszy kwietnia, ja nadal będę zajmował się nieszczęsnym Kurką. Stało się jednak tak, że, trochę ze zwykłej ciekawości, a trochę z potrzeby znalezienia potwierdzenia dla paru swoich przemyśleń, zajrzałem do archiwum prowadzonego przez Wielguckiego portalu kontrowersje.net i przyznaję, że to co odkryłem, zmienia moje dotychczasowe zdanie na jego temat o 180 stopni.

      Ale skoro przy inspiracjach już jesteśmy, muszę tu też podziękować mojemu kumplowi Tomkowi Gajkowi, za to jedno jedyne zdanie, które zamieścił on w komentarzu pod wczorajszą notką, a mianowicie: „Co do MK, to ma tylko jedną osobowość i jeden charakter, MK jest hejterem, w sensie zaburzenia osobowości”. Ja to zdanie przeczytałem, odniosłem je do tekstu „Matka Kurka palcem wytyka przeciętnego Osiejuka” i nagle zrozumiałem, że to, co się nam zdawało dotychczas, a więc że Piotr Wielgucki to człowiek służb, jest kompletnym nieporozumieniem. Tu nie ma żadnego spisku. To z czym mamy tu do czynienia, to zwykłe zaburzenie charakteru. A zatem, wygląda na to, że moja oryginalna teza, na którą z taką złością swoim tekstem zareagował Wielgucki, a więc że on jest psychopatycznym kłamcą, choć bardzo nieprecyzyjna, była, owszem, krokiem we właściwym kierunku. Problemem bowiem – powtórzmy to raz jeszcze za Gajkiem – jest charakter.

      Jak mówię, znaczną część wolnego czasu spędziłem wczoraj na przeglądaniu tekstów Matki Kurki z lat 2008-2010 i przyznaję, że nie żałuję ani jednej minuty poświęconej temu zajęciu. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że on mnie tu oszukał, jednak na tyle, na ile jestem w stanie oceniać rzeczywistość, tam każde słowo jest absolutnie i do końca szczere. Ja czytałem wiele tekstów, które stanowiły mniej lub bardziej udaną prowokację i wydaje mi się, że nie mam większego problemu z rozróżnianiem pomiędzy tym co szczere, a co już nie tak bardzo. Kiedy się jednak prześledzi drogę, jaką Piotr Wielgucki przeszedł od nieprzytomnego wręcz atakowania Kaczyńskich, PiS-u, Polski, polskiego antysemityzmu, polskiego zdziczenia, czy wreszcie prostego katolicyzmu, do tego, co mamy dziś, widzimy, że on był szczery zawsze. A nie łudźmy się. Ta droga wcale nie była tak prosta, że wyznacza ją wyłącznie data 10 kwietnia.

      Co Wielgucki miał w sercu w roku 2008 wiemy już z tekstu opublikowanego tu wczoraj. Popatrzmy więc teraz, co temu człowiekowi przydarzyło się w grudniu 2009 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia:

Wyobraźcie sobie faceta, który mógł mieć każdą kobietę w swoim otoczeniu, bez najmniejszego wysiłku, mógł korzystać i przebierać do woli, ale taki miał twardy charakter, że zapanował nad tym, nad czym żadnemu facetowi panować niepodobna. Za ten jeden wyczyn bije Chrystusowi pokłony i nie czuję się godnym sznurować sandałów u jego wstrzemięźliwych sandałów. Brzmi jak żart, jednak wcale żartem nie jest, poświęcić się tak swojej misji, aby uwolnić się od kaprysów penisa, od podświadomości, od skonsumowanych erekcji, to jest wielkość, to jest geniusz i męskość o jakiej każdy pantoflarz może tylko pomarzyć. Chrystus ujarzmił pożądanie, coś co pochłania 96% nędznej egzystencji męskiej, prosty męski organizm jest tak właśnie skonstruowany, 96% myślenia o dupie, 4% o III zasadzie termodynamiki i II prędkości kosmicznej. 96% czasu spędzonego na podniecaniu się kawałkiem cycka, 96% czasu zmarnowanego na obracaniu głowy wokół każdego falującego tyłeczka i 4% na myśli, czyny i pożyteczny wysiłek, 4% na ‘Makbeta’.

Dlaczego Chrystus zaszedł tak wysoko, tak daleko i trwać będzie wiecznie? Dlaczego jego dzieło jest nieśmiertelne, a on sam nazywany Bogiem? Dlatego, że to pierwszy i jak na razie ostatni facet, który potrafił co najmniej odwrócić proporcje, 96% czasu, myślenia i wysiłku poświęcał na to, aby ścigać się z Bogiem nie własnym penisem. Chrystus jest moim mistrzem, jest moim Bogiem, wierzę w Chrystusa i nigdy nie przestanę, postać Chrystusa powinna być archetypem każdego macho, tak właśnie należy pojmować męskość.

Mężczyzna jako dostarczyciel wielokrotnego orgazmu jest ziemskim, żałosnym niebytem, ściąganie się na wielkości i sprawności organu służącego do odcedzania toksyn z organizmu, jest sportem dla gówniarzy. Chrystus zapanował na męskością i uczynił to w stylu, który zawstydza Boga. Tylko za ten wyczyn Chrystus jest nieśmiertelny, a przecież dokonał wielu rzeczy, których nie da się wytłumaczyć inaczej niż Bogiem. Przeprowadzenie bezkrwawej rewolucji społecznej, przewartościowanie skostniałego starotestamentowego zamordyzmu, braku tolerancji i zacofania. Chrystus był pierwszym Żydem, który dotykał kobiety pozbawioną seksualności czułością i nie pytał, czy białogłowa miesiączkuje, co dla ciemnego, konserwatywnego Żyda było grzechem. Zacofany starotestamentowy Żyd wierzył, że dotykając kobiety, która ma okres nie pójdzie do nieba, a jeśli już dotknął musiał uczynić wiele pogańskich obrzędów, by zmyć z siebie nieczystość. Z takim zacofaniem zmierzył się Chrystus i poszły za nim miliony. Chrystus skupił wokół siebie wszelkie pogardzane mniejszości, ladacznica była dla niego materiałem na świętą, złodziej i przestępca na kapłana, biedak na przyjaciela Boga, celnik na uczciwego, bezinteresownego filantropa. Chrystus wyprzedzał swoją epokę o więcej niż 2000 lat, zburzył stare i zbudował nowe, trwałe i nieśmiertelne. Sprzeciwił się własnemu narodowi, własnej kulturze, własnej tradycji, został znienawidzonym banitą, ale wygrał. Jego rodacy, jego bracia i siostry sprzedali go rzymskiemu okupantowi, wydali na tortury i na okrutną śmierć, bo nie rozumieli w swojej głupocie, że mają do czynienia z Bogiem”.

      A zatem, mamy tekst o tym, by braci Kaczyńskich, gdy już zdechną, grzebać jak najdalej od miejsca, gdzie żeruje Wielgucki, rok później to niezwykłe wyznanie wiary, a niespełna cztery miesiące później przychodzi owa straszna sobota i Wielgucki pisze tak:

Na Lecha Kaczyńskiego miałem głosować, nie była to żadna prowokacja, nie był to zabieg pod klikalność, to była moja głęboko przemyślana decyzja. Nie zagłosuję i wiem za co ta kara. Ta kara jest za wieloletnie patrzenie tylko i wyłącznie na ludzkie wady. Mam taką cechę, Lechowi Kaczyńskiemu zebrało się najbardziej, może tylko jego brat dostał więcej. Nie jestem wierzący, nie jestem przesądny, ale do czasu do czasu do mojej cynicznej, racjonalnej głowy docierają znaki, które nie mówią, ale krzyczą.

Dzisiejsza tragedia wykrzyczała mi, że człowiek nie brzmi prosto, że życie ludzkie zostało opisane na milion sposobów, ale samo życie ciągle dodaje nowe wersy, na które nie wpadłby żaden śmiertelnik. Marnie wygląda wszystko, tysiące tekstów, setki interpretacji, tony emocji, spory żałosne, noty nędzne i wybitne.

Zapala się prawy silnik, albo przejeżdża TiR, rośnie guz na nerce, za rogiem nóż w plecy, albo spektakularnie na grobami 20 tysięcy ginie 88. Za kilka dni góra tygodni będą padać takie zdania: ‘No i co z tego, trzeba żyć dalej, a Kaczyński był taki jaki był, nie obchodzi mnie, że zginął, żadnego PiS, żadnych Kaczyńskich’. Nie wiemy jaki był, pisałem o Kaczyńskim wiele lat i nie wiem jaki był, trzeba żyć dalej, ale dla mnie życie ma znów inny smak, znów mi się przestawiły tory, choć jeszcze wczoraj byłem pewien dokąd jadę i jakie kolejne odwiedzę stacje. Jest mi nie tak, jest mi bardzo nie tak, nie muszę robić niczego na siłę, samo mi się z całego mnie wyrywa: ‘Moje kondolencje, moje współczucie, moje przygnębienie, moja bezsilność’".

      A więc mamy kolejny krok, tyle że gdyby ktoś myślał, że oto nastąpiło Nawrócenie, niech rzuci okiem na tekst kolejny, z tego samego miesiąca, zaledwie kilka dni po Tragedii:

W jednym radzieckim samolocie nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz poleciało 88 oficjeli, chociaż nie na miejscu lądowania, ale na miejscu startu komunikaty meteorologiczne pukały się w czoło. Polski prezydent według protokołu dyplomatycznego wrócił w trumnie, towarowym wojskowym samolotem, takim samym jaki się rozbił niedawna z 30 polskimi dowódcami. Następnie zapakowano trumnę do karawanu, trzeba wyjaśnić kwestię przetargu i przewieziono zwłoki w takim tempie i po tych samych dziurach, jakimi każdego dnia jeżdżą niemieckie samochody pozbawione TUV. Płaczemy 4 dzień, wiemy już ponad wszelką wątpliwość, że to Kaczyński kazał zabić wszystkich i nawet się nie zająknął, bo takie miał chore ambicje. Jeden ksiądz z Przemyśla powiedział, że Tusk też się mógł zabić i skład na tym samym radzieckim pokładzie miał wcale nie gorszy. Kto inny mówi o bandycie Kaczyńskim, kto inny chce zabić księdza z Przemyśla, to się u nas nazywa debata miedzy opcjami. I teraz jest najważniejsze, abyśmy zapomnieli o tych wszystkich drobnostkach, co tu dużo mówić, o tej demagogii, kto ile zarabia i na co jak długo czeka. Teraz najważniejsze są wnioski, a wnioski są takie. Jak nie pogonimy tego Niemca Tuska i nie wykończymy tego gnoma Kaczyńskiego, jak nie zajebiemy Niesiołowskiego z Bartoszewskim, jak nie dopierdolimy Kurskiemu z Bielanem, jak nie obesramy Wałęsy, jak nie zglanujemy bufetowej Gronkiewicz, jak nie wyrwiemy jaj agentowi Sikorskiemu, jak nie obetniemy cycków agentce Gilowskiej, jak nie zakopiemy żywcem Balcerowicza i nie pozwolimy na katolickim cmentarzu pochować Skrzypka, jak nie damy całej władzy rudym, jak w końcu nie pozwolimy rządzić Polakom, to się w tej jebanej Polsce z tymi skurwysynami Polakami nic i za chuja nie zmieni. Najpierw musimy się zajebać na śmierć kurwa nasza mać i dopiero, żeby Polska będzie Wolska 3 razy po 15 w IV popisowej rewolucji wypalanej żelazem miłości do polityki korupcji. Amen kurwa”.

      No i mam dzień dzisiejszy. Spójrzmy dokąd Piotr Wielgucki doszedł po latach tułaczki:

Bronek chwali się na lewo i prawo, że jest człowiekiem WSI, z jednej strony to efekt paniki, z drugiej pewności siebie. Takie egzotyczne i na pozór nierealne połączenie występuje w fazie schyłkowej lalki. Nastąpiło zmęczenie materiału i za nim opór materii. Bronek nie chce się stawiać, on trzeszczy i sztywnieje sam z siebie, przez zmusza sterujących do wychylania się za kurtyny. Coś mu tam poprawią, coś naoliwią i dalej próbują grać […]

W największym skrócie hasło wyborcze Bronka brzmi: ‘Możecie mi skoczyć, za mną stoi WSI’. Za ostro, nieefektywnie, bezsensownie i przede wszystkim z narażaniem poważnych interesów działa marionetka z Budy Ruskiej. Z tej przyczyny mistrzowie z WSI zamiast realizować cele i zadania, tłumaczą się widowni. Cała akcja ze Skokami i próba wciągnięcia śp. Lecha Kaczyńskiego do afery, jest niczym innym jak odwracaniem uwagi od kolejnych nieudanych fikołków laleczki”.

      Ja nie mam ochoty komentować tego co wyżej zdanie po zdaniu. Chciałem jedynie jeszcze raz zwrócić uwagę na to, o czym w swoim komentarzu napisał Tomek Gajek: w każdym z wyżej przedstawionych przykładów mamy do czynienia z czystym, niczym nieskażonym hejtem, który w dodatku na tym poziomie emocji – zwróćmy uwagę na to, że poziomie wyjątkowo stałym i niewzruszonym – musi świadczyć o tym, że nie mamy do czynienia z prowokację, ale wyłącznie z tak zwanym „przypadkiem”. I uważam, że to wszystko, co należy powiedzieć w tym temacie. 



 

sobota, 10 października 2020

O grzesznikach i aktorach

 Tak wyszło, że udało się nam wyjechać na te trzy - mówią że deszczowe - dni do Zakopanego. W związku z tym, nie wiem jak będzie jutro, pojutrze, ale i też pewnie we wtorek, dziś jednak bardzo polecam poniższy tekst o pewnej niezwykłej świętej. On tu już raz był, jednak na tyle dawno, że z pewnością dobrze nam zrobi go przypomnieć. 


 Nie wiem, czy czegoś tu nie pomyliłem, ale, jak się zdaje, na Facebooku istnieje grupa, która organizuje się w ten sposób, że w Wigilię Bożego Narodzenia kupują alkohol, idą wspólnie pod kościół, w którym pobożni ludzie biorą udział w Pasterce, i tam przez całą Mszę, a później już do rana, piją i drą mordy. Dowiedziałem się o tym wczoraj i, choć mnie to za bardzo nie zdziwiło, to wciąż nie mogę przestać myśleć o tych ludziach z flaszkami pod kościołem.. Nie zdziwiło mnie to specjalnie, choćby dlatego, że jeszcze sprzed wielu lat, pamiętam historię o – skądinąd moim koledze – nieżyjącym już dziś Tomku Beksińskim, jak to on zawsze w Wielki Piątek, ze swoją koleżanką o artystycznej ksywie Anja Ortodox, uroczyście i ceremonialnie udawał się do jakiejś knajpy i tam oboje opychali się mięsem. Ale nie tylko to. Pamiętam jak tuż po wyborze Karola Wojtyły znalazłem się w schronisku w górach i była niedziela i siedzieliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy z napięciem i wzruszeniem tę mszę pontyfikalną, a w sali obok od samego rana banda turystów chlała wódę i hałasowała. Myślę tu też o całkiem niedawnym zdarzeniu, kiedy to we Wrocławiu grupa dzieci wzięła się za krzyże w swojej szkole i w ten sposób stali się sławni na te warholowskie 15 minut. I pamiętam wiele innych sytuacji, kiedy tuż koło mnie przetaczał się grzech, a ja mogłem tylko zdziwiony patrzeć i zastanawiać się, jak to się dzieje, dlaczego i czym się to wszystko może skończyć.

A więc, jak mówię, nie bardzo się dziwię, a jednocześnie nie umiem przestać myśleć o każdym z tych niezwykłych przypadków, kiedy to stajemy wobec grzechu szczególnego, bo ani nie wyrastającego z naszych słabości, ani z drobnych pokus, ani ze zwykłej głupoty, lecz grzechu obnoszącego swoją grzeszność z dumą i satysfakcją. Grzechu eksplodującego bezkarnym szyderstwem. Grzechu, który – można by było sądzić – nie podlega ani przebaczeniu, ani nawet współczuciu. Grzechu, który już tylko woła o karę.

I przychodzi mi w tym momencie do głowy wspomnienie pewnej kobiety, która żyła bardzo dawno temu, jeszcze w IV wieku po Chrystusie, a którą dziś Chrześcijanie czczą jako Marię Egipcjankę – świętą patronkę pokutujących grzeszników i aktorów (swoją drogą, jakież to ciekawe – grzeszników i aktorów!). Ja zdaję sobie sprawę, że czytelnicy tego bloga, to w większości osoby znacznie lepiej ode mnie wykształcone i oczytane, a więc pewnie nie potrzebują dodatkowych objaśnień, ale na wszelki wypadek, opowiem tutaj tę historię.

Na początku V wieku, w klasztorze położonym w pustynnych rejonach nad rzeką Jordan żył kapłan o imieniu Zosima. Mnisi klasztorni słynęli z surowego życia i wprowadzili niezwykły zwyczaj przygotowań do Wielkanocy. Każdego roku, na początku Wielkiego Postu, opuszczali swój klasztor, rozpraszając się po pustyni, by żyć w odosobnieniu. Wspólnota łączyła się z powrotem w Niedzielą Palmową, kiedy to wszyscy mnisi wracali do klasztoru, by celebrować wspólnie Wielki Tydzień.

Pewnego roku, na początku Wielkiego Postu, ojciec Zosima szedł przez pustynię, gdy nagle zobaczył kogoś w pobliżu niskiego pagórka. Był zbyt daleko, by rozróżnić, czy jest to mężczyzna czy kobieta, ale widział, że człowiek ten był nagi, jego skóra ściemniała od słońca, a włosy wyblakły. Kiedy podszedł, człowiek ten zawołał:

— Nie patrz na mnie! Jestem kobietą, nagą, jak widzisz. Rzuć mi swój płaszcz, abym się okryła.

Ojciec Zosima odwrócił głowę, zdjął płaszcz i rzucił go za siebie w kierunku kobiety. Kiedy się okryła, zaczęli długą rozmowę. Rozmowa ta zapisana jest w dokumencie z VI wieku, zatytułowanym "Życie naszej matki św. Marii Egipcjanki". Małą książeczkę przypisuje się św. Sofroniuszowi (zmarłemu około roku 639), patriarsze Jerozolimy, ale prawie na pewno jest to atrybucja fałszywa. Skrybowie i kopiści w pierwszych wiekach chrześcijaństwa powszechnie przypisywali dokumenty słynnym świętym lub biskupom — dzięki temu praca robiła większe wrażenie, gdyż stał za nią autorytet. Według wszelkiego prawdopodobieństwa życie św. Marii Egipcjanki zostało opisane przez mnichów z klasztoru ojca Zosimy. Książka nie jest skrupulatną biografią, lecz zapisem tradycji ustnej, z kilkoma nieprawdopodobnymi, nadnaturalnymi ozdobnikami, które miały robić wrażenie na słuchaczach.

Wróćmy do spotkania Zosimy i nieznajomej kobiety. Kobieta ta powiedziała, że ma na imię Maria i urodziła się w Egipcie. Kiedy miała zaledwie dwanaście lat, uciekła z domu, by żyć w Aleksandrii. W tych czasach jedynie Rzym mógł równać się ze wspaniałością i bogactwem tego miasta. Wszystkie towary z całego ówczesnego świata wpływały do jej portu i na jej rynki. Z Afryki, z Azji i z Europy przybywali uczeni, by studiować w aleksandryjskich szkołach i w słynnej na cały świat bibliotece. Jednak Marię interesowało co innego: przygody seksualne. Straciła dziewictwo wkrótce po przybyciu i rozpoczęła siedemnastoletnią karierę nieskrępowanej rozwiązłości.

W przeciwieństwie do tego, co piszą o św. Marii Egipcjance niektórzy biografowie, nigdy nie została ona prostytutką. Jak powiedziała ojcu Zosimie: „To nie ze względu na zysk [zapraszała tak wielu mężczyzn do swojego łoża]. Kiedy chcieli mi płacić, odmawiałam pieniędzy”. Nie interesowało jej bogactwo, interesowały ją podboje. Chętnie robiła „za darmo to, co sprawiało przyjemność”. Szczególnie pociągało ją uwodzenie młodych mężczyzn i uczenie ich sztuki miłości. Jak wyznała ojcu Zosimie: „Nie ma wypowiedzianej ani niewypowiedzianej nieprawości, której bym ich nie nauczyła”.

Maria zaczęła uważać się za utalentowaną uwodzicielkę, mogącą zdobyć każdego mężczyznę. Pewnego dnia zobaczyła tłum mężczyzn czekających na statek w porcie. Ktoś stojący obok powiedział jej, że są to pielgrzymi wyruszający do Ziemi Świętej, zamierzający w Jerozolimie obchodzić święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Myśl o uwiedzeniu każdego uczestnika wyprawy wydała się Marii pociągająca, więc przyłączyła się do grupy. Do czasu przybicia statku do Ziemi Świętej Maria zdążyła się przespać z każdym z pielgrzymów.

Statek pojawił się w Jerozolimie na kilka dni przed świętem, więc Maria zajęła się polowaniem na mężczyzn. W dniu święta przyłączyła się do tłumu zmierzającego do kościoła Świętego Grobu. Nie miała żadnej motywacji religijnej — wiedziona ciekawością chciała po prostu zobaczyć relikwię Prawdziwego Krzyża. Kiedy tłum wchodził do kościoła, Maria poczuła niewidzialną siłę, która jej nie wpuszczała do środka. Zdenerwowało ją to wykluczenie. Próbowała podejść do drzwi z różnych stron, ale stale coś powstrzymywało ją przed przekroczeniem progu.

Wtedy zaczęło docierać do Marii, że to same moce niebieskie trzymały ją z dala od Świętego Grobu. Nagle w pełni zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Stojąc poza kościołem, pełna wstydu i wstrętu do siebie samej, płakała i lamentowała, jakby miało jej pęknąć serce. Przez łzy zobaczyła wizerunek Błogosławionej Dziewicy Maryi nad wejściem do kaplicy. „Pomóż mi — modliła się do Matki Bożej — bo nie mam innej pomocy”. Następnie ślubowała porzucić grzeszne życie i pokutować.

Jej modlitwa została wysłuchana. Siła, która zagradzała jej drogę, ustąpiła. W kaplicy Maria uczestniczyła we mszy i adorowała relikwie Krzyża Świętego. Kiedy wyszła, usłyszała głos: „Jeśli przejdziesz przez Jordan, znajdziesz wspaniały odpoczynek”.

W dniu, kiedy Maria spotkała ojca Zosimę, już od czterdziestu siedmiu lat żyła w odosobnieniu na pustyni. Najgorsze było — jak powiedziała — pierwszych siedemnaście lat. Tęskniła za urozmaiconymi daniami, które jadała w Aleksandrii. Uwielbiała smak wina, a na pustyni często trudno jej było nawet znaleźć wodę. Czasami nie mogła uwolnić się od lubieżnych pieśni, które kiedyś śpiewała. Czuła też silne pożądanie seksualne. W swoich pokusach wzywała pomocy Błogosławionej Dziewicy i pomoc ta zawsze nadchodziła. „Po gwałtownej burzy — powiedziała Maria — przyszedł trwały pokój”. Z biegiem lat jej ubranie zamieniło się w łachmany, aż wreszcie opadło z jej ciała, lecz ponieważ nigdy nie spotkała nikogo na pustyni, jej nagość nie była dla niej kłopotliwa.

Kiedy Maria skończyła swoją opowieść, ojciec Zosima skłonił się jej nisko, gdyż zrozumiał, że przebywa w obecności świętej.

Wtedy Maria poprosiła kapłana, by coś dla niej zrobił. Podczas czterdziestu siedmiu lat samotnego życia na pustyni była pozbawiona komunii świętej. Czy w następnym roku, w Wielki Czwartek, ojciec Zosima mógłby przyjść i przynieść jej komunię? Stary mnich złożył taką obietnicę.

Następnego roku, w Wielki Czwartek, ojciec Zosima wziął Najświętszy Sakrament, trochę żywności dla Marii i wyruszył na pustynię. Nad brzegiem Jordanu znalazł ją czekającą na niego i udzielił jej komunii.

Kolejnego roku kapłan znów wyruszył nad Jordan w Wielki Czwartek. Znalazł Marię nad brzegiem, ale była już martwa. Życiorys Marii podaje, że Zosima próbował wykopać grób dla świętej za pomocą swojej laski, ale był już stary i słaby, a ziemia była zbyt twarda. Kiedy stary mnich zastanawiał się, co robić, z pustyni nadszedł lew i wykopał dla Marii grób swoimi pazurami. Ojciec Zosima pogrzebał świętą i odmówił modlitwy za zmarłych, lew odszedł na pustynię, a stary mnich powrócił do swego klasztoru, by opowiedzieć współbraciom historię Marii Egipcjanki.

Czemu przyszła mi do głowy historia akurat tej świętej, jest pewnie wystarczająco oczywiste. Dlaczego zdecydowałem się ją tu opowiedzieć w jej całości? Przede wszystkim dlatego, że uważam ją za niezwykle piękną i pouczającą, a jednocześnie nie umiałem jej w żaden sposób uczciwie przeedytować w stosunku do oryginalnego - co, swoją drogą też nie jest aż tak pewne - z portalu Opoka. I myślę sobie, gdy czytam ją po raz kolejny, jakież to piękne były owe czasy, kiedy człowiek mieszkał 47 lat na pustyni, pokutując za grzechy, a jeśli ktokolwiek się o jego losie dowiedział, mógł sobie pomyśleć najróżniejsze rzeczy, ale z całą pewnością nie przyszło by mu do głowy, by uznać go za wariata, czy inne dziwadło. A zatem, czasy były prawdziwie boskie, nie skażone jeszcze tym wszystkim co później się skutecznie rozpychając, tworzyło jednocześnie iluzję prawdy i naturalności, a jednocześnie jakże trudniejsze i wymagające nieporównanie większej odpowiedzialności.





piątek, 9 października 2020

Czy Rolf przeprosi za swojego pana?

 

Ktoś powie, że to o czym piszę dziś to nic nowego i owszem, to rzeczywiście nic nowego, niemniej i czasy takie i takie też napięcia, że każde słowo, choćby powtórzone, wielokrotnie, ma swoją moc. A zatem dziś mój najnowszy felieton do „Warszawskiej Gazety”. Bardzo proszę.   

 

 

      Nie wiem czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” znają kultowy w niektórych środowiskach komediowy program brytyjskiej telewizji „Latający Cyrk Monty Pythona”, a jeśli nawet, to czy pamiętają odcinek kiedy to przed sądem staje człowiek oskarżony o wielokrotne i nadzwyczaj okrutne morderstwo i zwracając się do bardzo surowego sądu wygłasza mowę, w której z najwyższą elokwencją, z jednej strony przeprasza za haniebny czyn, którego się dopuścił, a z drugiej, prosi o najbardziej surowy wymiar kary. Wystąpienie owego zabójcy jest bardzo długie i niezwykle emocjonalne, na tyle jednak poruszające, że pod sam koniec wszyscy obecni, nie wyłączając samego prokuratora, wręcz błagają o to by owego mordercę uwolnić od wszelkiej odpowiedzialności. Dlaczego? Bo przeprosił i zrobił to w naprawdę wzruszający sposób.

        Przypomina mi się ów żart, ile razy, obserwując bieżące wydarzenia polityczne, słyszę, że ktoś powinien za coś przeprosić. Ktoś zachowuje się w sposób skandalicznie chamski, w dodatku nacechowany wyjątkową bezczelnością, a uczyniwszy co uczynił, odchodzi z szyderczym uśmiechem na twarzy, a cała widownia krzyczy: „Przeproś!” Tak jakby to jedno głupie i w pewnych okolicznościach w gruncie rzeczy kompletnie bezwartościowe słówko, miało cokolwiek zmienić.  Powiem szczerze, że osobiście do owego „przepraszam” mam stosunek na tyle pogardliwy, że nie rozumiem czemu tak wielu z nich tak bardzo się przed nim broni. W końcu to tylko słowo. A wspominając ów skecz z Monty Pythona, możemy mieć naprawdę mocne podejrzenie, że jego wypowiedzenie może się naprawdę opłacić.

         Myślę więc o owym „przepraszam” często i oto słyszę, jak ono ponownie wraca w treści apelu kierowanego do pewnej Niemki, która uznała za stosowne publicznie wezwać do „finansowego zagłodzenia Polski i Węgier”. I oto dosłownie wszyscy komentatorzy współczesnej sceny politycznej wręcz błagają tę dziwną kobietę, by wypowiedziała to jedno maleńkie słowo „przepraszam”, tak by oni mogli spokojnie jej wybaczyć całą jej podłość.

         Póki co, ów apel pozostaje nierozpatrzony. Wręcz przeciwnie, Niemka zachowuje się jakby przeżywała najpiękniejszy czas swojego życia. Co dalej będzie, nie wiem, natomiast ze swojej strony chciałbym powiedzieć, że nawet gdyby ona odstawiła dokładnie ten sam cyrk, jaki oglądaliśmy w skeczu Monty Pythona ja bym pozostał niewzruszony. Natomiast chętnie przypomniałbym jej – i całemu światu – pewną historię sprzed lat.

        Otóż jeszcze w latach 40-tych ubiegłego wieku, w jednej z polskich wiosek przebywał pewien Niemiec ze swoim psem imieniem Rolf. Raz na rok, podczas wakacji, do Niemca przyjeżdżał w odwiedziny jego małoletni syn. Każdego dnia owo dziecko wychodziło z Rolfem na spacer, patrolowało całą wieś, i ile razy w zasięgu wzroku pojawił się jakiś Polak, dziecko spuszczało Rolfa ze smyczy i Rolf Polaka zagryzał. Oczywiście, ponieważ miejscowi znali dobrze ów zwyczaj, podczas owych spacerów drogi były wyludnione, jednak kilka razy nieszczęście się zdarzyło.

        I ja mam teraz prosić by ktoś nas przepraszał. Prosić kogo? Rolfa?



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...