sobota, 8 czerwca 2019

Gdzie się podziały tamte prywatki?


Powiem uczciwie, że nie wiem dlaczego nagle w przestrzeni publicznej odżyła kwestia relacji między płciowością, a językiem ją opisującym. I wcale nie chodzi mi o to, że nie ma w naszym języku odpowiednich słów, które by nadały znaczenie przedmiotom, czy zjawiskom, związanym z seksem, a które nie brzmiałyby ani zbyt wulgarnie, ani też zbyt nienaturalnie. Dziś mam na myśli wyłącznie coś tak prostego i codziennego jak definiowanie przy pomocy języka dziewczynki i chłopczyka takimi jacy oni są.
Oglądałem niedawno w TVPInfo rozmowę prof. Legutki z jakąś nieznaną mi panią o terrorze politycznej poprawności, który każe językowi ewoluować w taki sposób, by ostatecznie wszelka różnica między kobietą, a mężczyzną została zlikwidowana. Rozmowa była oczywiście zabawna i w swej zabawności ciekawa, to natomiast co mnie zaniepokoiło, to to, że ani wspomniana pani, ani tym bardziej Ryszard Legutko, że już nie wspomnę o prowadzącym spotkanie Bronisławie Wildsteinie, nie zechcieli wyjść poza stare do porzygania żarty na temat tego, jak to gdzieś w Wielkiej Brytanii ktoś zamiast angielskich zaimków „he” i „she” proponuje stosować wspólny dla obu zaimek „they”, a u nas w Polsce proponuje zapisanie w słownikach formy „polityczka” i przedstawić choćby ślad diagnozy. Mało tego: oni nawet nie zechcieli zwrócić uwagi na ową kompletnie niedorzeczną sprzeczność w polityce lewicowych środowisk, które z jednej strony walczą o likwidację podziału między kobietą, a mężczyzną, a z drugiej, z równą determinacją, postulują wprowadzanie do słownika coraz to nowszych form żeńskich.
Jak mówię, nie wiem, skąd się nagle pojawił ten temat, choćby z tego względu, że już ponad sześć lat temu sprawa została ostatecznie załatwiona tu na blogu. Proszę więc bardzo, rzućmy okiem na tamten tekst sprzed lat.  
 
      Jak się dowiadujemy, oto właśnie – a może wcale nie właśnie, tylko dawno temu, ale my akurat dojrzeliśmy na tyle, żeby nam o tym opowiedzieć – w Szwecji ukazała się książeczka dla dzieci, gdzie autor posługuje się wymyślonym zaimkiem osobowym stworzonym ze słów „on” i „ona”, mającym określać coś na kształt trzeciej płci. Autor owej książeczki, jakiś Jesper Lundkvist, twierdzi, że używając wymyślonego przez siebie zaimka, stara się skutecznie walczyć z przesądami, jakie niechybnie wynikają z tradycyjnego przypisywania ludziom określonej płci. Zdaniem tego Lundkvista, ale też, jak się nagle okazuje, przeróżnych intelektualistów z tamtejszych uniwersytetów, dzięki tego typu zabiegowi, dziecko może się skupić na tym, kim jest człowiek, a nie jakaś dziewczynka, czy jakiś chłopiec.
      Niejaka Karin Milles, specjalistka ds. mediów i komunikacji z Uniwersytetu Södertörn skomentowała sprawę następująco: „Obsesyjne zwracanie uwagi na płeć ma negatywne konsekwencje dla jednostki i społeczeństwa. Edukacja najmłodszych powinna zostać wyzwolona z indoktrynacji narzucającej dzieciom role płciowe”.
      Dla nas oczywiście tego typu ekscesy wciąż pozostają egzotyką, i pewnie moglibyśmy na nie machnąć ręką, gdyby nie fakt, że wielokrotnie mogliśmy już zauważyć – a dziś, jeśli tylko się odpowiednio uważnie rozejrzymy, możemy to obserwować wręcz na naszych oczach – że sprawy ostatnio dzieją się naprawdę szybko, i często zupełnie niepostrzeżenie. Kto jeszcze parę lat temu mógł przypuszczać, że jednym z naszych posłów – a przy okazji jednym z największych politycznych celebrytów – będzie jakieś monstrum udające kobietę? Kto jeszcze parę lat temu mógł przypuszczać, że już za rogiem czają się takie słowa jak „ministerka”, czy może „ministra”, czy „polityczka” – nie dla określenia jakiejś byle jakiej polityki, lecz kobiety uprawiającej zawód polityka? A więc ja osobiście byłbym za tym, by mieć oko na wszystko co się wokół nas czai, byśmy nie musieli pewnego dnia obudzić się z krzykiem.
     Tak się stało, i wspominałem tu już o tym nie raz, że przez wiele lat, właściwie tak długo jak sięgnę pamięcią, grupę zawodową, której nie ufałem wręcz obsesyjnie, stanowili przede wszystkim psycholodzy, a wraz z nimi, niejako w pakiecie, seksuolodzy. Dziś widzę, i zaczynam ten obraz coraz wyraźniej rozpoznawać, że o ile psycholodzy radzą sobie wciąż świetnie i nawet mają przed sobą świetlaną przyszłość, seksuolodzy już wkrótce mogą stanowić gatunek wymarły, grupę istniejącą już wyłącznie we wspomnieniach. A kiedy czytam informacje takie jak ta napływająca do nas ze Szwecji, jestem tego nadchodzącego do nas kataklizmu już niemal pewien.
      Wziąłem do ręki któryś z ostatnich numerów tygodnika „Uważam Rze”, znalazłem tam wywiad ze słynnym polskim seksuologiem Lwem Starowiczem – a więc człowiekiem, którego dotychczas wręcz pasjami nie znosiłem, i – przyznać muszę – poczułem najpierw szok, a potem już tylko zachwyt. Opowiem.
      Rozmowa ze Starowiczem, jak najbardziej na temat płci i seksualności, jest tak niezwykła, że właściwie powinienem ją tu w całości przekleić. Od wczoraj zastanawiam się, jak mogę w skrócie opowiedzieć to co on mówi, i wciąż czuję, że nie ma takiego sposobu, by to wszystko przekazać odpowiednio krótko i dobitnie. No ale muszę spróbować, bo dzieją się rzeczy ważne. Dla czystości narracji, będę się starał unikać zbyt wielu cytatów, jednak proszę traktować znaczną część tego co poniżej jako jak najbardziej cytat. W czym rzecz? Kobieta, która rozmawia ze Starowiczem zaczyna ostro, a mianowicie od pytania: „Kiedyś ideałem był mężczyzna, który polował, rąbał drzewo i potrafił się bić. Dziś panowie używają kosmetyków, noszą spodnie w kwiatki i różowe japonki. Co jest tego przyczyną?” I od tego momentu Starowicz zaczyna snuć swoją opowieść o nowej cywilizacji, a każdy choćby minimalnie wrażliwy czytelnik nie ma innego wyjścia, jak tę opowieść chłonąć z coraz większym przerażeniem.
      A więc tak. To prawda. Duża część mężczyzn niewieścieje. Są tacy, co łączą w sobie cechy męskie i kobiece, podczas gdy inni zupełnie upodabniają się do kobiet. W znacznym stopniu jest to wynikiem bezstresowego wychowania, bardzo często realizowanego wyłącznie przez matki. Ojciec coraz rzadziej stanowi wzór do naśladowania dla synów. Nowy mężczyzna skupia się nie na świecie zewnętrznym, który zawsze przecież stanowił jakieś wyzwanie, ale na sobie, na swoim wyglądzie, na każdej kolejnej zmarszczce na twarzy, na każdej nowej fałdce na ciele. A więc problemem jest współczesna rodzina. Ale są też inne przyczyny. Dzisiejsi chłopcy wychowują się w szkołach koedukacyjnych, co oznacza, że przez cały okres burzliwego dojrzewania przebywają z dziewczynkami. A dziewczynki, jak wiadomo, dojrzewają szybciej od chłopców. W rezultacie męskość jest temperowana, łagodzona. Nie ma wyrazistych wzorców męskich także wśród nauczycieli, który to zawód obecnie niezwykle sfeminizowany. Również harcerstwo – które pobudza rozwój klasycznych męskich cech – nie jest obecnie tak popularne jak niegdyś. Nie ma wreszcie już obowiązkowej służby wojskowej. Tradycyjny świat mężczyzn powoli zanika.
      Tak mówi Lew Starowicz. I znów wraca do rodziny. Kiedyś ojciec był niekwestionowaną głową rodziny, która oczywiście była znacznie większa niż obecnie. Miało się wielu braci, wujów i stryjów, a więc było dużo mężczyzn i męskich wzorców. Teraz bardzo często rodziny są zatomizowane. Małżeństwa mają tylko jedno dziecko, relacje z dalszą rodziną nie są utrzymywane. Kolejna rzecz – współczesne kobiety oczekują od mężczyzny partnerstwa. Mówią: „bądź także moją przyjaciółką, staraj się myśleć tak jak ja". Bardzo często wysyłają tego typu komunikaty, żeby znaleźć partnera o podobnych co one cechach. Chcą, żeby płakał, kiedy one płaczą, razem z nimi wzruszał się, oglądając romantyczne komedie.
      Dziennikarka pyta: „Zniewieścienie to także kwestia wyglądu. Tacy mężczyźni fizycznie upodabniają się do kobiet. Nie jest tajemnicą, że większość kreatorów mody to homoseksualiści. Może to oni kreują takie trendy?” A Starowicz i tu nie pozostawia złudzeń: „Tak, występuje tu pewna prawidłowość. Zarówno kolorystyka modnych obecnie strojów męskich, jak i ich krój są coraz bardziej kobiece. Klasyczny strój męski zaczyna być w zasadzie marginesem w dzisiejszej modzie. Taki strój, czyli koszula i krawat, tak jak kiedyś mundur wojskowy, narzucał mężczyźnie pewien sposób poruszania się, określony chód. Dzisiejszy męski strój – miękkie, kolorowe tkaniny, spodnie opadające do kolan – jest zaś trochę bezpłciowy”. Czy to się dziewczynom podoba? Ależ skąd! Mężczyźni się tak noszą nie po to, by się podobać dziewczynom, ale dlatego, że taka jest moda. Moda jest zaś zjawiskiem niewiarygodnie silnym. Zarówno dziewczyny, jak i chłopcy chcą wyglądać modnie, i kompletnie ich nie interesuje to, że określony strój czy styl nie pasuje ani do osobowości, ani do figury. Moda unisex właściwie została mężczyznom narzucona. Dobrze się w tym czują, bo chcą być modni. A to, jak w tym wyglądają, to już nieważne. Tyle że kobiety traktują ich w sposób pobłażliwy, choćby dlatego, że one również przecież ulegają trendom lansowanym przez środki masowego przekazu. Pewnie nawet czasami kupują swoim partnerom fioletowe spodnie czy inne fikuśne pantalony, bo chcą, żeby ich partner wyglądał trendy. To się dla nich liczy, są z tego dumne. Ale czy kobieta, patrząc na swojego mężczyznę i widząc go ubranego w kolorowe, pstre ubranie, w którym wygląda jak inna kobieta, jest w głębi duszy naprawdę zachwycona? Czy naprawdę czuje do niego pociąg seksualny? Kobiety, które przychodzą do gabinetu Starowicza, często skarżą się, że ich partnerzy przestali już być dla nich atrakcyjni. Są niemęscy, za bardzo delikatni i uczuciowi, podczas gdy one tak bardzo by chciały, by oni jednak byli mężczyznami. A więc kobiety znalazły się w pułapce. Z jednej strony chcą ciepłego i wzruszającego się na każde zawołanie mężczyzny, który będzie uczestniczył przy porodzie i przejmował dużo obowiązków domowych, a z drugiej strony instynkt podpowiada im, że potrzebują partnera z prawdziwego zdarzenia, który nie będzie stanowił emanacji ich własnych cech, ale kogoś, kto się nimi zaopiekuje i będzie wzbudzał w nich pożądanie.
      I wreszcie dochodzi do momentu, który moim zdaniem stanowi najważniejszy i najbardziej szokujący moment całej rozmowy, a może raczej wykładu, i który tworzy znakomity punkt wyjścia do refleksji bardziej ogólnych. Pyta dziennikarka: „A co by było, gdyby nagle wybuchła wojna? Czy mężczyźni, o których mówimy – dbający o paznokcie i wklepujący kremy przeciwzmarszczkowe – potrafiliby walczyć za ojczyznę?” I odpowiedź:
      Dobre pytanie. Na pewno bitni są kibice piłkarscy – ci na pewno by sobie poradzili na wojnie. Natomiast czy zniewieściali mężczyźni, o których mówimy, wytrzymaliby w okopach? Obawiam się, że byłoby z nimi krucho. Byłoby im niezwykle trudno odnaleźć się w wojennej rzeczywistości. Chyba że byłaby to wojna supernowoczesna. Wtedy można siedzieć przed komputerem z maseczką na twarzy i bawić się w wojnę, naciskając guziki. Ale, jak wiemy, wojna nadal wiąże się ze strzelaniem i walką. Wymaga olbrzymiej wytrzymałości, odwagi i twardości charakteru. W jej brutalnych realiach taki zniewieściały mężczyzna z warszawskiego Nowego Światu raczej by się nie odnalazł.
      I nie ma co liczyć na to, że im więcej łagodnych mężczyzn, tym większy na świecie pokój: „Zagrożenia mogą przecież przyjść spoza Unii Europejskiej. Z krajów, w których trendy cywilizacyjne, o jakich mowa, nie występują. Tam mężczyźni są nadal mężczyznami. Nie byłbym więc tak optymistycznie nastawiony. Zresztą przyczyną wybuchu I i II wojny światowej nie była wcale nadmiernie rozbudowana męskość, tylko szaleństwo. A szaleństwo może pojawić się w każdym mężczyźnie”. Czy też w tych zniewieściałych? Owszem. Tyle że zniewieściały szaleniec raczej nikomu nic złego nie zrobi. Tak opowiada Lew Starowicz.
      Oczywiście uwaga zrobiona przez Starowicza odnośnie potencjalnej wojny i kibiców piłkarskich jako być może ostatnich już żołnierzy nowoczesnego świata, budzi pewien dreszcz. I to dreszcz wcale nie tak dla nas obojętny. Jednak ja wpadłem w naprawdę minorowy nastrój nie przez to, że Starowicz wskazał tak bardzo wyraźnie swym palcem seksuologa na to w właśnie zagrożenie. Ja akurat pomyślałem sobie o tym, co się dzieje pod naszymi nosami, a mianowicie o Polsce – właśnie o Polsce – dzisiejszej. Otóż jest tak, że mam troje dzieci, w tym dwie córki i o ile o niego jestem dość spokojny, to jak idzie o nie, wydaje mi się, że mam powody do zmartwień. Czytam to co opowiada Starowicz, przy okazji oczywiście mam w głowie to wszystko co stanowi wynik moich już osobistych obserwacji i doświadczeń, chodzą mi po wspomnianej głowie rozmowy z ludźmi, których znam, i trochę żałuję, że dziennikarka „Uważam Rze” nie spytała Starowicza o to, jak wyglądają statystyki jak idzie o liczbę zawieranych małżeństw i liczbę małżeństw rozpadających się po roku, czy po dwóch. Ja wiem, że w takiej Anglii na przykład, tak zwane stałe małżeństwa praktycznie już przestały istnieć. Natomiast chciałbym wiedzieć, jak to wygląda w Polsce. I znów, czy młodzi ludzie się jeszcze żenią, czy zakładają rodziny, i czy jeśli już te rodziny zakładają, czy są w stanie je utrzymać dłużej niż przez chwilę? I obawiam się, że możemy tu mieć do czynienia z nie byle jakim kryzysem. Jeśli nawet nie realnym, to na poziomie tak zwanej tendencji, jak najbardziej jednoznacznym.
      Bo o co chodzi? Mianowicie o rodzinę. Jeśli jest tak jak opowiada Lew Starowicz – a nikt kto żyje na tym świecie i ma oczy otwarte, nie ma najmniejszego powodu, by jego słowa kwestionować – to znaczy, że jesteśmy na prostej drodze, by coś takiego jak rodzina przestało w końcu istnieć. A stanie się tak z tego prostego powodu, że te wszystkie ciamajdy w japonkach i „miękkich, kolorowych tkaninach i opadających do kolan spodniach” do tego stopnia będą się skupiały na sobie i na tym by spędzać miło czas w towarzystwie podobnych do siebie znajomych, że kiedy nagle pojawi się propozycja założenia rodziny i jakiejś stabilizacji, to one się zwyczajnie pobeczą ze strachu. Już tak jest. Ja co chwilę słyszę opowieści o dziewczynach, które mają tych swoich chłopaków, których udało im się jakimś cudem poderwać pięć czy więcej lat temu, i które płaczą po nocach, bo wiedzą, że z tego prawdopodobnie już nic nie będzie, a czas na szukanie kogoś innego albo już dawno minął, albo robienie jakichkolwiek ruchów jest już zwyczajnie za duże.
      Więc trochę mi brakuje w tej rozmowie tego elementu. Ale jest jeszcze coś. Starowicz praktycznie w ogóle nie porusza spraw związanych z tym co go kiedyś wydawało się interesować przede wszystkim. A więc z seksem. A ja bym był ciekawy się dowiedzieć, jaką rolę w życiu współczesnego młodego mężczyzny, kandydata na to by stworzyć rodzinę i utrzymać przy okazji gatunek, odgrywa seks jako taki? Pamiętam, czytałem kiedyś amerykański tekst o dzieciach z galerii handlowych, snujących się przez cały tydzień wśród tych świateł, by weekendy spędzać na tak zwanych „imprezach”. Bob Greene, autor tego reportażu, przeprowadził wśród amerykańskich imprezowiczów sondę na temat tego, co oni robią, kiedy balują I okazało się, że tak – owszem – jest alkohol, czasem narkotyki, wszelkie możliwe ekscesy, natomiast seksu jako takiego raczej nie ma. Wygląda na to, że współczesna młodzież seksem się nie interesuje. Czy tak jest? Nie wiem. I dlatego chętnie bym coś na ten temat usłyszał od niewątpliwego specjalisty. Bo jeśli to prawda, to trzeba się tu też zastanowić, dlaczego? Czy za tym stoją przyczyny psychologiczne, czy może już fizyczne? Czy jest może tak, że choćby przez tę powszechną dostępność pornografii, wielu z nich stało się impotentami. Bezpłciowymi, pozbawionymi rozumu i serca impotentami. Na przykład. Nie wiem. I tego mi w tej rozmowie brakowało. Ale, jak wiemy, nasze problemy zaczynają się tam, gdzie dla nich się już dawno skończyły. I może dobrze. Najgorsza byłaby panika.





Wyjątkowo długi ten tekst, no ale przed nami cały weekend, więc można go sobie nawet podzielić na kawałki. Kto tego nie zrobił, niech się cieszy, lub żałuje do wyboru. A ja tymczasem, jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. One są tuż obok, wystarczy kliknąć.


piątek, 7 czerwca 2019

O tym jak Polska została odcięta od popu


Dziś właśnie, w najprzeróżniejszych punktach Kraju można kupować najnowszą „Warszawską Gazetę”, a w niej mój najnowszy felieton. Gdyby ktoś jednak miał w okolicy wyłącznie kioski „Ruchu”, który został przez Piotra Bachurskiego ostatecznie wyłączony z biznesu, i naszej gazety kupić nie jest w stanie, przedstawiam swój tekst tu. No i zachęcam.

      Jak pewnie część z nas wie, miasto Gdańsk, a bardziej konkretnie tak zwana Fundacja Gdańska, Europejskie Centrum Solidarności, oraz coś o nazwie Demokracja Ilustrowana, zorganizowały konkurs na plakat pod nazwą „Trzy Dekady Wolności”, w którym druga nagroda została przyznana niejakiej Jagnie Wróblewskiej. Plakat przedstawia mamę, tatę oraz córeczkę, stojących nad brzegiem morza w pozycjach układających się w trzy rzymskie dziesiątki i eksponujących swoje genitalia. Jeden z jurorów konkursu, Luka Rayski, autor słynnego już plakatu „KonsTYtucJA” określił pracę Wróblewskiej jako „fantastyczną rzecz z pogranicza malarstwa i sztuki plakatu – coś, co udaje się niezwykle rzadko”, a mnie chodzi po głowie parę myśli, którymi chciałbym się dziś podzielić.
      Wbrew oczekiwaniom, nie mam najmniejszego zamiaru analizować wspomnianego obrazu pod względem artystycznym, intelektualnym, czy tym bardziej moralnym, bo biorąc pod uwagę jego rzucającą się w oczy jakość, może to równie dobrze zrobić każdy z nas. Ja akurat chciałbym zwrócić uwagę na pewną, moim zdaniem, bardzo wyraźną i wyjątkowo podłą tendencję. Otóż jeśli przyjrzymy się temu, co się dzieje w przestrzeni wyznaczanej przez kulturę popularną, oraz będącą jej nieodłączną częścią sztukę, musimy dojść do wniosku, że to co przedstawiła na swoim plakacie Jagna Wróblewska i co postanowił nagrodzić Rayski, to sama esencja. Jeśli przyjrzymy się współczesnej produkcji – i nie mam tu na myśli tylko produkcji polskiej – filmowej, teatralnej, plastycznej, czy literackiej, jej estetyczny oraz intelektualny wymiar jest wyznaczany właśnie przez to, co możemy zobaczyć na tym plakacie, a więc, mówiąc brutalnie, penisa i waginę. Oto współczesna sztuka i nie sądzę, by to się miało kiedykolwiek zmienić.
      I nie łudźmy się. Nie ma co liczyć na to, że gdy wreszcie Prawo i Sprawiedliwość – bo jest chyba dla wszystkich jasne, że w najbliższej perspektywie wszystkie inne opcje są niedostępne – zdobędzie w państwie taką popularność, że cała ta antypolska banda zostanie drastycznie zmarginalizowana, razem z nimi naturalną śmiercią zginą te wszystkie waginy, a tak zwani „ludzie kultury” się opamiętają i poczują nagle związek z naszą narodową tradycją oraz wartościami. To się nie stanie z tego względu, że oni już od dawna znajdują się w strefie wpływów, do którego zewnętrzny świat nie ma żadnego dostępu.
      Ktoś powie, że to wcale nie jest takie trudne. Wystarczy że my tutaj przedstawimy własną ofertę, która jako bardziej wartościowa ideowo, oraz estetycznie bardziej interesująca wyprze z rynku ten cały chłam. Otóż problem polega na tym, że własnie przez to, że wspomniana kultura popularna, stanowi świat całkowicie autonomiczny i nie ma żadnego sposobu, by się tam przebić. I daję słowo, że nie mówię o prostej jakości. Nawet gdybyśmy potrafili zaproponować coś naprawdę wartościowego, tego muru nie przebijemy. Pozostaje nam wyłącznie polityczna władza i cierpliwe znoszenie wrogiego nam popu, nawet w postaci tego koszmarka ledwo co nagrodzonego przez miasto Gdańsk.



Gdyby ktoś zapragnął kupić sobie którąś z moich książek, wystarczy że kliknie w wybrany obrazek z prawej strony i będzie na miejscu. Serdecznie zachęcam.
       

czwartek, 6 czerwca 2019

Wizyta w fabryce autorytetów


     Pamiętam jak dość już dawno temu opublikowałem tu tekst o tak zwanych autorytetach, ze szczególnym naciskiem na sposób w jakim owe autorytety są wynoszone na sztandary, a potem nagle upadają, względnie odwrotnie, po wielu latach kompletnego upadku, ni stąd ni zowąd pojawiają się na sztandarach. Mówiąc bardzo krótko, myśl moja była taka, że decyzja o tym, kto zostanie autorytetem, a kto nim być przestanie, podejmowana jest czysto arbitralnie, głównie przez rządzących popularną kulturą właścicieli mediów, a wszechwładza nad społeczeństwami jaką oni dysponują jest tak jednoznaczna, że nie ma praktycznie takiej mocy, która mogłaby owe decyzję w jakikolwiek zakwestionować, a co dopiero sabotować. Wystarczy niemal chwila, by wszystko co zostało ustalone w owych gremiach zostało bez żadnej dyskusji wprowadzone w życie i zaakceptowane przez odpowiednią część społeczeństwa – podkreślić tu należy, że społeczeństwa każdego.
     Przypomniały mi się tamte refleksje w sytuacji może nie do końca powtarzającej tamten schemat, ale, owszem, dość analogicznej. Otóż, jak może wiemy, najpierw któreś z mediów – dziś jest mi trudno ustalić, które dokładnie – podało informację, że jeden z głównych autorytetów w ogólnoświatowej kampanii w walce z pedofilią w Kościele Katolickim, prezes jednej z powołanych na tę okoliczność fundacji, pod nie byle jaką nazwą „Nie lękajcie się”, Marek Lisiński, skutecznie wyłudził od jednej z rzekomych ofiar któregoś z księży, 30 tys. zł.
     Każdy z nas w tym momencie z pewnością wiedział, że samo to, że Lisiński coś wyłudził, kogoś okłamał, czy nawet zwyczajnie wyciągnął mu z kieszeni wiszącego w przedpokoju płaszcza, nie ma żadnego znaczenia, jeśli owo medium, które tę informacje podało jest w swojej demaskacji samotne. Sprawa stanie się własnością publiczną dopiero wtedy, gdy za nią weźmie się medialny mainstream i zrobi z niej temat. A to się stanie dopiero wtedy, gdy ów temat zostanie odpowiednio autoryzowany. Ale nie wystarczy też, że to tu to tam, ktoś o sprawie wspomni, a choćby i kilkakrotnie. Dopiero decyzja podjęta na najwyższym szczeblu otworzy drogę do odpowiednich działań i wtedy już po chwili sprawą wszyscy będziemy się mogli właściwie zainteresować, a kto wie, czy też nie i przejąć.
 Tak też się stało z Lisińskim. Nie umilkły jeszcze echa oryginalnej informacji o tych 30 tysiącach, jak „Gazeta Wyborcza”, dotychczasowy promotor Lisińskiego, napisała duży tekst, w którym nie tylko potwierdziła fakt wspomnianego oszustwa, ale dołożyła kolejną sensacyjną informację, że Lisiński sobie całą historię o molestowaniu przez księdza wymyślił, ponieważ sam go najpierw okradł, a potem postanowił go publicznie zniszczyć, by mieć w przyszłości święty spokój. Dziś z Lisińskiego zostały już tylko strzępy, natomiast mnie zastanawia, co dalej. Czy na tym zezwłoku sprawa się zakończy, czy może oni pójdą za ciosem? Otóż nie. Sprawa się zakończy z tego względu, że prawdopodobnie – Diabeł jeden wie, z jakich przyczyn – Lisiński był tu jedynym celem. Na to by ktokolwiek zaczął grzebać w pozostałych przypadkach "pedofilii w Kościele", jak choćby pokazanym tu przeze mnie szaleństwie Basi z Gdańska, które doprowadziło do zdeptania pamięci księdza Henryka Jankowskiego, nie ma szans z tej prostej przyczyny, że podtrzymywanie tej histerii jest czymś, na czym obu stronom tej bijatyki bardzo zależy. „Gazeta Wyborcza”, telewizja TVN24, „Polityka”, czy „Newsweek” bardzo walczą o to, by utrzymując ten temat na wokandzie walić w pamięć po Janie Pawle II, natomiast Tomaszowi Terlikowskiemu, Grzegorzowi Górnemu, oraz w ogóle środowiskom związanym z tak zwaną „patriotyczna prawicą” chodzi wyłącznie o to, by w ten sposób zakwestionować duchowe przywództwo papieża Franciszka. A zatem mowy nie może być o tym na przykład, by któryś z nich zechciał publicznie wspomnieć naukę Jezusa o Skale, której bramy piekielne nie przemogą. Jak bowiem nie przemogą, skoro wszyscy widzimy, co się dzieje?
  I tak właśnie wygląda cały ten brudny geszeft. Powtarzam – widoczny po obu stronach sceny. Wystarczy jednak jedno hasło, czy to do ataku, czy do odwrotu, by atak lub odwrót nastąpiły. Dopóki jednak System – dziś znów po latach używam tego pojęcia, tyle że w znacznie szerszym kontekście – nie uzna, że w jego interesie jest coś na scenie poprzesuwać, nic się nie stanie. I wcale nie chodzi tylko o ten cały przekręt z kościelną pedofilią. Możemy choćby wrócić do wspomnianych na początku autorytetów. Czy ktokolwiek z nas wątpi w to, że gdyby wspomniany System znalazł w tym swój interes, kwestia pedofilii w Kościele natychmiast zostałaby zastąpiona pedofilią wśród celebrytów, polityków, lekarzy, czy nauczyciel, a taki choćby Lech Wałęsa nie znalazłby się w tym samym miejscu, w którym dziś jest prezes Lisiński? Tak naprawdę z setek innych powodów, z których akurat pedofilia byłaby nic nieznaczącym drobiazgiem. Wystarczyłaby jedna chwila, przy każdej naprawdę okazji, których każdego dnia mamy dużo za dużo, by owa chwila była jednoczesnym jego końcem.
  Widocznie jednak wszystkim im bardzo zależy, by go najwyżej od czasu do czasu prztyknąć w nos. I tyle. I tak to się właśnie kręci.  



Zachęcam do kupowania moich książek, czy to przez księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, czy bezpośrednio tu, przez kontakt mailowy: k.osiejuk@gmail.com.
 

środa, 5 czerwca 2019

30 lat minęło, czyli jatka w fabryce dywanów

Zupełnie nieoczekiwanie i właściwie zupełnie bezwolnie, 30 rocznicę tak zwanego Czerwca uczciłem na koncercie zespołu Slayer. I choć rozumiem wszelkie towarzyszące temu faktowi kontrowersje, myślę, że z pewnego punktu widzenia był to wybór najlepszy. A dlaczego, spróbuję może wyjaśnić przypominając swój stary tekst, napisany jeszcze w 30 rocznicę tego w sumie dość przecież zabawnego wydarzenia. Zapraszam do refleksji. Mogą być pogłębione.


      Kiedy w miniony niedzielny wieczór, nagle – niestety bez głębszego przygotowania – pisałem bardzo emocjonalny tekst na temat Okrągłego Stołu i dziedzictwa, jakie ten projekt pozostawił, znajdowałem się pod bezpośrednim wpływem sposobu, w jaki TVN24 potraktował tę rocznicę. Uznałem, że oto właśnie rozpoczyna się wielodniowy festiwal zdrady i zaprzaństwa, nad którym patronat przejął właśnie Mariusz Walter i jego służby.
      Oglądałem osłupiały stare, dokumentalne zdjęcia sprzed dwudziestu lat, studiowałem te twarze, te głosy, te nazwiska, które w większości – byłem pewien – zginęły z mojej pamięci na zawsze i myślałem sobie, jak to wszystko było dawno. Jak strasznie dużo się od tego czasu zmieniło. Ileż to najróżniejszych zdarzeń – i złych i dobrych – przyszło nam przeżywać. Jak bardzo w końcu, przez te wszystkie lata, to co się wydarzyło w lutym 1989 roku, stało się kompletnie puste, kompletnie pozbawione znaczenia, tak niezwykle obce. Wpatrywałem się w te, kiedyś przecież bardzo bliskie twarze i jedyne emocje, jakie czułem, to głównie zdziwienie, że oni wszyscy cały czas palą papierosy i nieustannie szepczą coś po kątach. Że to było właśnie takie towarzystwo.
      No i, naturalnie, było mi tak bardzo smutno, że te dwadzieścia lat temu, tak wielu z nas, tak bardzo się zaangażowało emocjonalnie – a czasem i fizycznie – w coś, co w głównej swojej części w ogóle było nie dla nas. I że dziś, ten fakt widzimy szczególnie ostro. Właśnie choćby w sposobie, w jaki – ni stąd ni z owąd – TVN24 postanowił zburzyć całą ramówkę tylko po to, żeby mi pokazać, jaki kiedyś byłem głupi i naiwny. Myślałem sobie, że dziś, w tej Polsce Goliszewskiego, Donocika, tych wszystkich funduszy, fundacji, klubów i porozumień, kiedy każde dziecko widzi, że to nie jest to, co miało być, nagle TVN – w tak nieprawdopodobnie bezczelny sposób – wali nas po naszych biednych łbach tą rocznicą i mówi nam: „Widzicie jacy byliście głupi? I co? Myślicie, że dziś macie coś więcej niż wtedy? Nawet tego doświadczenia nie umiecie wykorzystać.”
      Czas jednak biegnie szybko, nudno w żaden sposób nie jest, więc szybko zapomniałem o tym, że coś poza doraźną polityką w ogóle jest na rzeczy. I dziś, znów – podobnie jak w niedzielę – niespodziewanie, przypominałem sobie o tym, że mija 20 lat od Okrągłego Stołu. I znów nie sam z siebie, ale dzięki telewizji i, znów, dzięki telewizji Mariusza Waltera. Tym jednak razem było ostro. Otóż okazało się, że w Sejmie spotkali się wszyscy ci, dla których ten Okrągły Stół został zorganizowany, ci, co ten Stół w gruncie rzeczy przygotowali i ci, dla których ten Okrągły Stół do dziś stanowi powód do dumy i zwykłej, ludzkiej i zawodowej satysfakcji. Tym razem, już nie chodziło o to, żeby w ramach najlepiej pojętej polityki historycznej pokazać parę starych zdjęć i powiedzieć: „Popatrzcie, tak to kiedyś było. Jesteście zadowoleni?” Tym razem, zobaczyliśmy czysty, bezczelny pokaz siły. Do Sejmu przyszli tak zwani ‘architekci historycznego porozumienia’ i urządzili konferencję pod nazwą Dialog, kompromis, porozumienie.
      Patrzyłem na te, głównie komunistyczne, łby jakoś tak późnym przedpołudniem, później telewizor wyłączyłem, włączyłem ponownie przed chwilą, czyli już po 15 – a na ekranie dalej to samo towarzystwo, w tym samym niepodległym Sejmie, z tym samym nieprawdopodobnym przesłaniem – „Jesteśmy wciąż na swoich miejscach i mamy się świetnie”. Tym razem jednak przyszło mi do głowy coś zupełnie nowego, co troszkę mnie z jednej strony pocieszyło, a drugiej pozwoliło przypuszczać, że intencje TVN-u nie są z pewnością tak oczywiste, jak mi się wydawało.
Otóż – zastrzegając się, że ja nie oglądałem tego konwentyklu zbyt dokładnie – mam wrażenie, że tam, ze starej strony solidarnościowej, jest tylko Michnik, Mazowiecki i Frasyniuk. Oczywiście, może się okazać, że, gdyby się przyjrzeć, znajdziemy tam może i Zbigniewa Bujaka, lub jakiegoś Kuczyńskiego. Fakt pozostaje faktem i ogólny obraz jest taki, że widać Urbana, Senyszyn, Cioska, Millera, Olejniczaka, Reykowskiego, Kwaśniewskiego, Jaruzelskiego, Oleksego, Szmajdzińskiego i całą kupę jakiś innych bolszewików, których twarzy już nawet nie rozpoznaję, natomiast z „naszych” widać tylko Michnika, Mazowieckiego i Frasyniuka. Siedzą oni wszyscy od rana i ględzą o tym, jak to im się udało pięknie dogadać.
      I ja się w tej sytuacji zastanawiam, jak to jest, że 20 lat po Okrągłym Stole, jedynym środowiskiem, które cieszy się pełną satysfakcją z tego kontraktu i satysfakcję tę dzieli w 100% solidarnie, to są komuniści. Zastanawiam się, jak to jest, że korzyści płynące z tego projektu sprzed 20 lat cenią sobie zarówno Urban jak i Miller, Kwaśniewski i Jaruzelski, Olejniczak i Senyszyn? A z dawnej Solidarności, został tylko wiecznie młody Michnik, wiecznie stary Mazowiecki i wiecznie stuknięty Frasyniuk? I zastanawiam się, czemu coś tak kompromitującego – bo jest to oczywista kompromitacja – pokazuje dziś cały dzień TVN24? Przecież, jeśli oni chcieli, żebyśmy zobaczyli, jak oni się z nas śmieją, to już nie raz pokazali i dziś nawet szkoda już na to pieniędzy. Jeśli chcą nas przekonać, że ten Stół, to naprawdę było wydarzenie wielkie i cenne, to przecież nie w takim zestawie typów, nazwisk i twarzy! Więc czemu?
      Jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy, to taka, że TVN, w ramach swojej kompletnie niepojętej dla mnie gry o wpływy, prowadzonej ze środowiskiem starej ubecji, postanowił, z okazji tej rocznicy, przywalić starym ubowcom ostro i bezwzględnie. Tylko bowiem tak potrafię wytłumaczyć sobie to, co oni robią od rana. To nieustanne pokazywanie zadowolonego Urbana, śpiącego Mazowieckiego, tych starych aparatczyków z uwielbieniem wpatrujących się w Michnika i samego Michnika, który po raz pierwszy od dwudziestu lat przeżywa dni swojej chwały. To nie może być nic innego, jak ostateczne odwrócenie się przez WSI od UB i pokazanie im, że własność zmienia właściciela.
      Nie wiem. Mogę się mylić. Ale na miejscu Michnika, Frasyniuka, nawet Urbana bym dostał cholery, że TVN, w sposób tak perfidny i tak otwarty, prowadzi akcję kompromitowania dorobku ich całego życia, na oczach społeczeństwa. A na miejscu TVN-u, jeśli moje przypuszczenia są błędne i ktoś przygotował tę transmisję i zrealizował ją tak, a nie inaczej, przez pomyłkę, natychmiast bym to przerwał i dał jakiś ładny materiał wspomnieniowy o Jacku Kuroniu. Najlepiej w sześciu godzinnych odcinkach.
      Natomiast, jeśli rzeczywiście mam rację i TVN się wyzłośliwia w stosunku do konkurencji, to te nasze nowe, niepodległe już służby, postępują perfekcyjnie. Powinni tylko – jak już panowie okrągłostołowy się rozjadą do swoich domów – przygotować z tych obrad jakiś ciekawy, dwugodzinny skrót, i dawać go przez najbliższy miesiąc codziennie, o różnych porach dnia i nocy. Aż pierwsi obywatele zaczną się trząść ze strachu.




wtorek, 4 czerwca 2019

O tym jak ksiądz Isakowicz-Zaleski zrobił się w trąbę


      O księdzu Isakowiczu Zaleskim pisałem tu jak sądzę zaledwie dwa razy, w dawnych jeszcze czasach, najpierw gdy ten zaapelował do wszystkich polskich patriotów, by nigdy przenigdy więcej nie głosowali na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ten chwilę potem został przez złych ludzi zamordowany w Smoleńsku, a drugi raz kiedy zaprotestował przeciwko przyjęciu przez proboszcza kościoła św. Katarzyny w Krakowie międzynarodowego festiwalu piosenki żeglarskiej.  Od tego czasu unikałem tego dziwnego człowieka jak ognia i oto wczoraj trafiłem na wywiad, jakiego ów święty mąż udzielił portalowi onet.pl na temat upadku Kościoła Powszechnego, i na jego następujące wyznanie:

       „Przez 20 lat uważałem, że Kościół sam się oczyści, ale dziś widzę, że to się nie dzieje. To jest grzech zaniechania. Napisałem na ten temat kilka książek i bardzo wiele artykułów. I co? Nic się nie zmieniło. To jest moja osobista porażka”.
       Jak większość czytelników z pewnością widzi i bez mojej pomocy, te kilka prostych zdań można by komentować bardzo długo, ja jednak zwróciłbym uwagę na ostatnie, a mianowicie to w którym ksiądz Isakowicz-Zaleski ogłasza, że dzisiejszy rzekomy kryzys w Kościele to jego osobista porażka. Miał ksiądz Isakowicz zadanie ochronić Kościół przed upadkiem, wydał w związku z tym „kilka książek”, napisał „bardzo wiele artykułów”, niestety „nic się nie zmieniło”. Pedofilia wygrała. No niestety, to wszystko co Ksiądz przedsięwziął nie wystarczyło. Rzekomo obiecaną skałę moce piekielne przemogły i Ksiądz pluje sobie w brodę, że nie chciało mu się wydać jeszcze jednej książki i napisać kilka dodatkowych artykułów.
        W tej sytuacji, ja mam na dziś zaledwie jedno krótkie wspomnienie, oraz jedno równie krótkie oświadczenie. Otóż, nawiązując do wcześniej wspomnianego incydentu z piosenką żeglarską w Krakowie, osobom niezorientowanym chciałbym przypomnieć jeszcze wcześniejszy, ugoszczony przez proboszcza wspomnianej parafii św. Katarzyny, jak najbardziej satanistyczny festiwal Unsound, swego czasu odpowiednio obnażony na tym blogu i skutecznie zdeptany. Kiedy to się stało, ale też i wiele lat wcześniej, kiedy we wspomnianej parafii systematycznie i całkowicie bezkarnie dochodziło do profanacji Najświętszego Sakramentu, ksiądz Zaleski, jak się dziś dowiadujemy, wraz z Tomaszem Terlikowskim zajęty był pisaniem kolejnej książki na temat księży pedofilów. Gdy cały świat od Londynu po Los Angeles pisał o zamachu, jakiego katolicko-pisowska swołocz dokonała na wolność sztuki, ksiądz Zaleski nawet się na ten temat nie zająknął. Dlaczego? Przepraszam bardzo, ale diabli go wiedzą. Z mojego punktu widzenia za tym stała zwykła, pospolita gnuśność. I dopiero ktoś mu musiał nagle podpowiedzieć, że w kościele pod wezwaniem św. Katarzyny śpiewają szanty, by ten się nagle obudził i zaprotestował: „W kościele pod wezwaniem św. Katarzyny w Krakowie organizują jakieś szanty i co na to Kuria?
       Minęły lata i ksiądz Isakowicz-Zaleski informuje nas, czym on był wówczas, poza walką z piosenką żeglarską, zajęty, kiedy w jego Krakowie Szatan bezcześcił Najświętszy Sakrament. On pisał książki i artykuły o pedofilii w Kościele. I oto, jak się okazuje, coś nie wyszło i dziś pozostaje już tylko przepraszać. Biedny ksiądz Zaleski ciężaru owej odpowiedzialności nie uniósł.
        Pora na oświadczenie. Moim zdaniem nie ma nic bardziej groźnego dla Kościoła w Polsce, jak ludzie tacy jak ksiądz Isakowicz-Zaleski i ich medialna aktywność. Na moje oko, już znacznie bezpieczniej wygląda niesławny red. Jażdżewski. Z tego nieszczęśnika przynajmniej cały świat się śmieje. Isakowicz jest wciąż przez wielu traktowany z najwyższą estymą. W tej sytuacji ja bym był za tym, by Kościół, zamiast się uganiać za jakimiś księżmi oskarżanymi przez bandę cwaniaków o pedofilię, wziął się raczej za tych tutaj. Przynajmniej ma ich pod ręką.

     


Jak zawsze polecam moje książki. W ofercie jest już ich dziś zaledwie pięć, ale wcale nie dlatego, że były gorsze od innych. Wystarczy kliknąć w obrazek tuż obok i wejść na stronę księgarni basnjakniedzwiedz.pl.







poniedziałek, 3 czerwca 2019

Konfederacja, czyli o grze w trzy karty


Owszem, przyznaję, że trochę późno, ale nie zaszkodzi nam odrobina końcowych refleksji na temat "prawdziwej prawicy". Zapraszam do czytania mojego najnowszego felietonu z "Warszawskiej Gazety".     

      Kiedy w telewizorze zaprezentowano pierwsze sondażowe wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, polityk Konfederacji, Krzysztof Bosak, zamieścił na Twitterze następujący komentarz:
Właśnie ukształtował się w Polsce system czteropartyjny, w którym Konfederacja jest głównym punktem odniesienia na ideowej prawicy”.
      Kiedy chwilę później okazało się, że jednak nie, Bosak swoją wątpliwą mądrość usunął, myśmy natomiast, owszem, pozostali z całą kupą refleksji. Przede wszystkim, wyjaśnijmy sobie, dlaczego uważam mądrość Bosaka za wątpliwą. Rzecz w tym, że nawet gdyby Konfederacja w ciągu tej jednej nocy nie straciła całego swojego pozornego dobytku, ale nawet przegoniłaby Wiosnę, wprowadzając do Europarlamentu samego Korwina, to i tak refleksja Bosaka byłaby warta ledwo splunięcia. Jak bowiem człowiek przecież inteligentny i pewnie wykształcony mógł pomyśleć, że oto w Polsce powstał system czteropartyjny, jeśli jedną z głównych jego cześci jest twór grupujący 27 przeróżnych organizacji, połączonych jedynie nienawiścią do Polski oraz agresywnym pragnieniem władzy?
        Mało tego. Jak człowiek pewnie dość przytomny mógł pomyśleć, że na scenie kompletnie zdominowanej przez jedną wielką, choćby i uzurpującą sobie prawo do prawicowości partię, grupka działaczy pod przewodnictwem jednego cwaniaka, jednego żula, oraz jednego kompletnie zdemoralizowanego staruszka, może stanowić punkt odniesienia do czegokolwiek poza zwykłą kupką smutku?
        No ale chciałem o czymś nieco bardziej konkretnym, a mianowicie o wspomnianym staruszku. Otóż z tego co do mnie dociera, kiedy obserwuję powyborcze smutki zwolenników Konfederacji, widzę, że oni są naprawdę głęboko przekonani, że oto po raz kolejny w Polsce wygrał niejaki POPiS, a tym samym na polityczną scenę wylano kolejną porcję socjalistycznego betonu. I to jest coś, czego zwyczajnie nie pojmuję. Oto człowiek który w całym swoim życiu nie odniósł najmniejszego politycznego sukcesu, poza stałą obecnością we wszelkich mediach od lewa do prawa, która od ponad 30 lat umożliwia mu trzymanie w garści całego pokolenia ambitnych, prawicowo zorientowanych 20-latków, oraz zatruwanie ich umysłów niekończącą się serią paradoksów, na które mogą się faktycznie nabrać wyłącznie świeżo upieczeni, znudzeni szkolną gnuśnością maturzyści. Proszę zwrócić uwagę, co się dzieje. Zrozpaczeni wyborcy Konfederacji załamują ręce, że oto znów wygrywa stary układ, i żadnemu z nich nawet do głowy nie przyjdzie, że nieodłącznym, a wręcz jednym z podstawowych elementów wspomnianego układu jest ów bezczelny satyr. Jak można się dać tak fatalnie oszukiwać? I to przez tyle lat!
      Już niemal od 30 lat próbujemy wspólnymi siłami dbać o tę naszą Polskę tak, by ona się szczęśliwie rozwijała i żeby źli ludzie jej nie dali rady zepsuć. Ale od tych samych 30 lat pojawia się wciąż ta sama, tyle że różnie skonfigurowana grupa rzekomych przyjaciół, która proponuje, by to co jest rozpieprzyć, a na tym co zostanie, zbudować coś, czego współczesny świat dotychczas nie poznał, ale jak pozna, to się zadławi z wrażenia.
      Przepraszam bardzo, ale zdecydowanie zachęcam do opamiętania.



sobota, 1 czerwca 2019

Piosenka jest dobra na wszystko


      Na tak piękny dzień, nie pozostaje mi nic innego jak zaproponować słuchanie piosenek, ale może najpierw krótki wstęp. Otóż, jak wiemy, słucham popularnej muzyki pasjami od kiedy pamiętam i oczywiście mam swoich ulubionych wykonawców i ulubione piosenki, jest jednak pewna grupa zarówno i piosenek, jak i wykonawców, których na co dzień nie słucham i których nawet płyt nigdy nie kupowałem, ale niekiedy mam wrażenie, że tak naprawdę jedno i drugie zawsze pozostawała poza wszelkim zasięgiem, a widać to wyraźnie wtedy, gdy zdarzy mi się usłyszeć jedną z tych piosenek i doznaję wówczas pełnego olśnienia, kiedy już nagle wiem, że to jest własnie przestrzeń do której nikt nigdy nie sięgnął i już pewnie nie sięgnie. Posłuchajmy może kilku z nich. Najpierw Sam Cooke:



Teraz może Otis Redding:



I pomyśleć tylko, że już na drugi dzień po tym występie prawie wszyscy, włącznie z Reddingiem zginęli w katastrofie lotniczej.  A więc jeszcze jedna piosenka, której Redding nie zdążył nigdy wykonać na żywo:



A teraz Aretha:



A teraz (wyłącznie alfabetycznie) Billie:



A gdyby ktoś myślał, że Biali nie mają nic do gadania, proszę uprzejmie. Janis:



Ewentualnie Gilberto:



Nie trzeba było nawet śpiewać. Charlie Haden:



A teraz Haden plus Mary Margaret O’Hara:


   Przyznaję jednak, że jednak Czarni. Oni zawsze mieli coś o czym myśmy nawet nie kogli marzyć.
Weźmy takiego Ray Charlesa z tymi dziewczynami:



Ewentualnie Niny Simone:



A teraz, uwaga, uwaga,  Aretha Franklin:



       I tak mógłbym jeszcze bardzo długo, gdyby nie to, że w końcu muszę przejść do sedna. Otóż właśnie w związku z ostatnią piosenką próbował czegoś poszukać na youtubie i proszę sobie wyobrazić, że trafiłem na coś takiego:


      
Jeśli ktoś się poczuł dotknięty, to bardzo przepraszam, ale inaczej się nie dało. Otóż wcale nie chodzi o to, że oni są słabi. Nie oni w końcu jedni. Ja na przykład też jest słaby. Powiem więcej, słaby jest też mój sąsiad Heniek. Nie jesteśmy wprawdzie aż tak słabi jak tych dwoje, no ale nie da się ukryć, że wolimy robić coś innego, niż śpiewać. Natomiast ja nie jestem w stanie zrozumieć. Jak mogło dojść do tego wypadku, który przedstawiłem wyżej. Spotkał się ów Piasecki z tym androidem  i któreś z nich powiedziało: „Ty słuchaj, znasz taki numer ‘I Say A Little Prayer’? „No...”. odpowiedział android. Na to Piasecki: „Nie myślisz, że to by było lepsze jako duet? No wiesz, ty i ja? Normalnie, rozwalimy branżę”. Android na to: „Super, dajemy”. No i dali.
      Jeszcze raz. Nie chodzi o to, że oni są słabi. Mój problem polega, że dwoje czołowych polskich piosenkarzy bez najmniejszego poczucia wstydu rzuca się na coś takiego i nikt im nie jest w stanie powiedzieć, że zwyczajnie nie wypada. I wszystko by było okay, gdyby oni to sobie robili gdzieś tam sami dla siebie, tak byśmy nie musieli o tym wiedzieć. Ewentualnie gdyby oni wystąpili z tą piosenką w eliminacjach jakiegoś turnieju talentów. To jest jednak Polska, a koro tak, to ja przepraszam, ale protestuję. Ja sobie nie życzę wstydzić się za Polskę. I bez tych dwojga nie jest łatwo. To co się dzieje na rynku tak zwanej kultury w naszym kraju zdążyło nas niejednokrotnie wprawić w osłupienie, ale są granice. Doprawdy nie wiem, co można w tej sprawie zrobić, ale myślę, że bez zmiany ministra kultury nic się nie zmieni.
      No i proszę, jak lekką ręką przeszedłem do polityki. Nie dało się jednak inaczej. Tak to się zwykle kończy, kiedy próbuję się odtruć.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...