niedziela, 21 lutego 2010

Babilon z gwiazdami



Nie tak dawno temu wspominałem tu, że większość moich znajomych i przyjaciół, to ludzie ode mnie mądrzejsi, zdolniejsi, a przy tym często po prostu osoby wybitne. Dzięki temu układowi, ludzie którzy bliżej mnie nie znają, mogą niekiedy sądzić, że to światło, które niekiedy widzą, to moje własne światło i moje osiągnięcia. Tymczasem fakt jest taki, że to jest wyłącznie odbicie. W pewnym sensie, wszystko co robię, to pasożytowanie na osiągnięciach ludzi ode mnie wybitniejszych, a świetnie widać choćby to tu, na tym blogu, który jest jaki jest, w dużym stopniu nie dzięki temu co ja tu piszę, ale choćby dzięki komentarzom, które są tu uprzejmie umieszczane. A i to nie tylko. Pamiętam jak na urodzinach Salonu24, parę osób powiedziało mi, że ten blog jest dla nich czymś szczególnym przez zdjęcie Grzegorza Przemyka, które go zdobi niemal od początku. Rozumiecie, o co mi chodzi? To jest właśnie owa kwestia zasług, o których piszę. Ale weźmy choćby moją rodzinę. Moją żonę i dzieci. Szkoda że ich nie znacie. Oni są tak niezwykli, że gdybym dziś jeszcze spróbował zrobić karierę, i mógł, zamiast mojego CV, przedstawić ich, z całą pewnością byłbym dziś zupełnie gdzie indziej, niż jestem teraz. I to jest też to właśnie, co chcę powiedzieć, wspominając o sobie, jako o swego rodzaju pasożycie.
Właśnie otrzymałem mail od jednego z moich kolegów, który zarówno zachwycił mnie swoją treścią, jak i zawartością że tak powiem obrazkową, no i – jak to często bywa – zainspirował mnie do tego, by napisać ten tekst. I to jest też bardzo interesujące, jeśli idzie o to co napisałem na początku. Wczoraj wieczorem zobaczyłem powtórkę programu telewizyjnego zatytułowanego Babilon, a raczej jego fragment. Jak to często z tego typu programami u mnie bywa, od razu pomyślałem sobie, że muszę coś na ten temat napisać u siebie na blogu… i nagle zrozumiałem, że nie dam rady. Że wprawdzie materia z którą mam do czynienia, bardzo często wydaje się być tak skomplikowana, że robi wrażenie wręcz nie do ogarnięcia, jednak w ostateczności zawsze udaje się znaleźć jakieś rozwiązanie. Jednak w tym wypadku, to co zobaczyłem i usłyszałem było tak kosmiczne, że choć bardzo chciałem coś na ten temat powiedzieć, to ani nie wiedziałem jak to zacząć, a tym bardziej jak skończyć i co z tego w ogóle wyciągnąć. A więc machnąłem ręką na te panie i to co one zrobiły ze swoim życiem.
I w tym momencie dostałem ten mail. Pozwolę sobie najpierw zacytować, a następnie pokazać ten obrazek:

„…dla obrony przed nastrojami buzie uśmiechnięte na obrazku Ci przesyłam. I jest w tym ukłon mój dla polityki i dla konserwatyzmu specjalnie, bo jak konserwatystą nie być, kiedy na to photo popatrzysz? Oto kampania się nam zaczyna, prezydenta nowego szukamy, kandydaci niby są, nowi i aktualni, ale takiego jak dawniej bywało nawet ze świecą nie znajdziesz! Kto by się dzisiaj tak zbliżyć do ludu i munduru potrafił, kobiety uszanował, ramieniem opiekuńczym ogarnął i tak czule rozpoznał jak biją serca? A była to wiedza z pierwszej ręki, a nie tam jakieś miraże…”
No i teraz to „photo”:
Kiedy przeczytałem ten tekst i obejrzałem zdjęcie, pomyślałem sobie najpierw, że gdybym ja umiał w ten sposób skomentować coś takiego, to ten jeden wpis mógłby mi dać tytuł Blogera Roku równie zasłużenie, jak cała reszta tych wpisów. I poczułem zazdrość. Ale już po chwili, wszystko zaczęło się dziać tak jak to zwykle się tu dzieje i pomyślałem, że jednak napiszę tekst o tych feministkach z programu Babilon. Najpierw o samym programie. Pomysł jest taki, że TVN24 na kanapie sadza pięć ambitnych kobiet o jeszcze bardziej ambitnych publicznych postawach i pozwala im gadać na bieżące tematy. Skąd taki pomysł.? Podejrzewam, że chodziło o to, że ponieważ według pewnych koncepcji mądre kobiety mają w sobie taką niezwykła umiejętność komentowania i oceniania świata w sposób zwykłemu człowiekowi niedostępny, to tego typu panel, z pewnością ubarwi i uwzniośli naszą debatę. Wystarczy tylko tak tę prezentację zorganizować, żeby każda z zaproszonych kobiet miała tytuł profesorski, albo przynajmniej była pracownikiem uniwersytetu, i wszystko zagra jak trzeba. Z jakiś powodów, co do których mam swoje podejrzenia, ale wolę się nimi nie dzielić, przedsięwzięcie to skończyło się tym, że PiS prawdopodobnie w obliczu nieuchronnej kompromitacji swojego wizerunkowego skarbu, jakim są kobiety, wycofał swoją przedstawicielkę z tego towarzystwa, a to co zostało, to cztery wystrojone idiotki prowadzące niby-poważną dyskusję na poziomie znanym z dowcipów o blondynkach. I to jeszcze tych najbardziej dowcipów bezwzględnych.
O co poszło wczoraj? Znam tylko fragment, ale o ten fragment właśnie mi chodzi. Cztery panie gadały o polityce, zapewniając się nawzajem jedna przez drugą, jak to te wszystkie komisje je śmieszą i nudzą, i jak one już nic z tego nie rozumieją, i jak już tego wszystkiego mają dość, i że to chyba trzeba być mężczyzną, żeby zajmować się takimi bzdurami, gdy w pewnym momencie prowadzący program dziennikarz, powiedział, że ponieważ on się naturalnie zgadza, że normalny człowiek nie jest w stanie zajmować się czymś tak żenująco niskim i nudnym, jak polityka, to on by zaproponował rozmowę o prawdziwych aferach, a mianowicie o aferze seksualnej Tigera Woodsa. Pierwsza w panikę wpadła filozofka Środa i profilaktycznie – z pogardą na twarzy i ze szczerą dumą – oświadczyła, że ona w ogóle nie wie kto to ten Woods. Ponieważ prowadzący program nie ustępował, trzeba było zająć stanowisko. I okazało się, że w zgodnej opinii wszystkich zgromadzonych w studio filozofek, prawniczek i literatek, to co zrobił Woods, to żadna afera i one by nawet postulowały, żeby w Polsce było więcej takich właśnie afer, a nie jakichś hazardów, bo przynajmniej byłoby normalnie, a nie tak pruderyjnie. Żadna z nich – podkreślam, żadna – nie wyraziła ani oburzenia, ani zdziwienia, ani nawet większego zainteresowania sprawą Woodsa. Wręcz przeciwnie, wszystkie zgodnie poinformowały, że one nie widzą ani problemu, ani tym bardziej sensacji i że te Woodsowe przeprosiny są kompletnie zbędne i nikomu niepotrzebne. No i że to całe gadanie o seksoholizmie to zwykła propaganda, rozpuszczana przez zainteresowane finansowo branże. Żeby sprawę zamknąć, literatka Kofta, na nieopatrzną uwagę Marciniaka, że panie, w odróżnieniu od mężczyzn, z całą pewnością są wierne, obraziła się i oświadczyła uroczyście, że ona sobie wyprasza i w ogóle nie życzy, żeby mówić na nią, że jest wierna… i dalej już nie patrzyłem.
Kiedy minął pierwszy szok, zacząłem się zastanawiać, dlaczego żadna z tych kobiet nie uznała za stosowne odnieść się do postępowania Woodsa, nie dość że z pogardą, to w ogóle z jakimkolwiek zainteresowaniem? Czy to możliwe, że każda z nich w gruncie rzeczy uważa, że to co zrobił Woods jest całkowicie naturalne, a więc jak najbardziej do przyjęcia? Czy jest prawdopodobne, że one w gruncie rzeczy uważają, że – tak jak to zasugerowała Kofta – wierność to obciach? Czy wreszcie jest możliwe, że gdybym ja podszedł do Magdaleny Środy i najpierw klepnął ją w pupę, a potem złapał za biust, to ona by w najlepszym wypadku poczuła rozczarowanie, że jest atrakcyjna wyłącznie dla katolickiej prawicy?
Patrzę dziś na zdjęcie Kwaśniewskiego wśród tych policjantek i myślę, że znam już odpowiedź na wszelkie pytania dotyczące naszych feministek, które mnie męczą dziś i mogą męczyć w przyszłości. One – co wiem skądinąd – nie mają zaufania ani do PiS-u ani do PO. Dla nich wzorem prezydentury nie jest ani to co oferuje Lech Kaczyński, ani to co reprezentuje Donald Tusk, ani Bronisław Komorowski, ani nawet Andrzej Olechowski. Gdyby to od nich zależało, to one by załatwiły sprawy tak, by dożywotnim prezydentem był Aleksander Kwaśniewski i nikt inny. A więc człowiek, którego znamy wszyscy aż za bardzo i to z każdej możliwej strony. Trochę pijak, trochę intelektualista, trochę brutal; ktoś kto i potrafi zażartować i zakląć i zatańczyć, wyrzygać się, i jak trzeba to może nawet i dać po pysku. Ale też człowiek, którego tak pięknie opisał w mailu, o którym pisałem, mój zdolny kolega. Pozwolę sobie przytoczyć tę refleksję raz jeszcze:

„Kto by się dzisiaj tak zbliżyć do ludu i munduru potrafił, kobiety uszanował, ramieniem opiekuńczym ogarnął i tak czule rozpoznał jak biją serca?”
Po co o tym wszystkim piszę? Po co po raz kolejny narażam się na zarzut, że jak idiota oglądam telewizję i to jeszcze na najniższym możliwym poziomie? Otóż uważam, że to musi zostać powiedziane. Może nie tyle w interesie tego bloga i jego czytelników, ale w obronie wszystkich kobiet, które są dumne ze swojej kobiecości, w tym tych trzech, z którymi mieszkam i z których czerpię ile mogę; i w obronie tych wszystkich dziewczyn i pań, które komentują na tym blogu i tak go pięknie ozdabiają. TVN24, prawdopodobnie w intencji demokratyzowania przestrzeni publicznej i wyrównywania szans, postanowił pokazać światu, że kobiety nie są gorsze od mężczyzn. Że – wręcz przeciwnie – to one mogą stanowić przykład rozsądku, przenikliwości i intelektualnej wrażliwości. I w związku rozejrzał się wokoło, zorganizował grupę najgorszych możliwie idiotek, zakomunikował, że to co przed nami to sól tej ziemi, i z ich udziałem stworzył program, za który kobiety jakie znam i z którymi mam przyjemność się spotykać, rozmawiać i spędzać czas, powinny podać ITI do sądu. Bo uważam, że jest swego rodzaju, jeśli nawet nie przestępstwem, to bardzo poważnym występkiem uruchomić oficjalnie przekaz, który sączy w publiczną przestrzeń jedną informację: baby to kretynki.
Bo równie dobrze TVN24 mógłby uruchomić program rozrywkowy, gdzie główna zabawa polegałaby na tym, że banda wypasionych byczków w garniturach goniłaby po studio bandę pań z tytułami naukowymi, w kozaczkach i mini spódniczkach, one by piszczały, a panowie w krawatach usiłowaliby by im ściągnąć majtki. Program by miał tytuł Babiniec, Babilon, albo Gdzie diabeł nie może, a gdyby ta formuła się przyjęła, to możnaby nawet rozszerzyć tę ofertę i stworzyć coś co by się nazywało na przykład Babilon Intelektualny i wtedy mogłyby tam wystąpić te najbardziej szanowane filozofki, socjolożki, politolożki i prawniczki.
Ja rozumiem, że filozofki Robson i Środa byłyby zachwycone. Ich sprawa. Ja nie. I stąd ten tekst.

sobota, 20 lutego 2010

Gwiazdy na progu nerwowego załamania



Wczoraj wieczorem, kiedy Justyna Kowalczyk po raz kolejny na tej Olimpiadzie nie zdołała udowodnić, że jest najlepszą biegaczką świata, przypomniałem sobie, jak po jej największych sukcesach medalowych któryś z dziennikarzy zapytał ją o pieniądze, jakie ona dzięki swojemu talentowi zarabia. Kowalczyk z takim nerwowym błyskiem w oku powiedziała, że jest ich akurat tyle, żeby miała czym płacić za leczenie, kiedy skończy karierę. Mocne, prawda?
Wczoraj też dowiedziałem się, że Petra Majdic, kiedy biegła po swój brązowy medal w sprincie, miała złamane cztery żebra i uszkodzoną opłucną. Wieczorem Hanka pokazała mi na youtubie dekorację tych medalistek. Majdic była tak obolała, że nie umiała nawet unieść tego swojego pięknego medalu. Ani nie umiała unieść rąk do góry, ani w ogóle się za bardzo cieszyć. Przypuszczam, że wszyscy wiedzą, jak boli złamane – lub choćby tylko stłuczone – żebro. I że domyślają się, co to jest opłucna. Ona, biegnąc z czterema złamanymi żebrami, zdobyła ten brąz, na mecie padła z wymęczenia i może bólu (choć tego nie wiem – w końcu oni mają tam coś z pewnością lepszego niż Apap) i została wyniesiona na rękach przez któregoś z członków słoweńskiej ekipy.
Moja córka emocjonuje się bardzo sportem. Podobnie jak mój teść i jeszcze paru znajomych. Bardzo sportem też podnieca się Salon24. Proszę uprzejmie. Wasza sprawa. Widocznie jest to Wam do czegoś potrzebne. Ja akurat wolę już patrzeć na żrących się polityków. Oni od tego najwyżej zwariują. Ale przecież wiadomo, że zwariować można od wszystkiego. Nawet od muzyki czy seksu. O – seksu! Po biednej Kowalczyk, która najwyraźniej jest już tak roztrzęsiona, że na zmianę tylko płacze z żalu albo krzyczy z radości, oglądałem program w TVN24, jak co wieczór podsumowujący dzień. Zaczęło się oczywiście od „naszej Justyny”, potem była polityka, a na końcu, jako klamrę chyba, pokazano nam Nataszę Urbańską. Kim jest owa Urbańska? Nie bardzo wiem. Ja ją znam wyłącznie dzięki jej mężowi, Januszowi Józefowiczowi – tancerzowi, choreografowi, reżyserowi i znanemu bufonowi, który w młodości obejrzał film All That Jazz i uznał, że w końcu czemu nie, że on właściwie też tak może. A jeśli dziś pamiętam tego Józefowicza to wyłącznie przez wspomniany już tu parę razy jego wywiad (ja tu mam obsesję porównywalną z obsesją niektórych na punkcie „profesury” Bartoszewskiego), w którym on opowiadał jak za komuny kradł w sklepach w Szwecji, bo nie mógł znieść tego upokorzenia, że ci Szwedzi mają tyle pieniędzy, a on musi dziadować.
A więc mamy tę żonę Józefowicza i cały ten seks, czyli Nataszę Urbańską. TVN24, podsumowując miniony dzień, wysłało do Urbańskiej ekipę, żeby opowiedziała nam wszystkim, co u niej słychać. Jeśli ktoś myśli, że ja żartuję, to zapewniam, że nie. Sprawa jest jak najbardziej poważna. Otóż swego czasu Natasza Urbańska wzięła udział w sztandarowym programie TVN-u pod tytułem Taniec z gwiazdami, którego idea polega na tym, że znani ludzie z telewizji tańczą z zawodowymi tancerzami i chodzi o to, żeby zatańczyć jak najlepiej i wygrać trofeum. Otóż ta Urbańska wystartowała w konkursie, ale miała tego pecha, że obok niej wystąpiła aktorka Mucha (M jak miłość) – a więc sam Wojewódzki, a nie jakiś Józefowicz – i jej to trofeum sprzątnęła spod nosa. Okazuje się więc, że po tej porażce Natasza Urbańska wpadła w taką depresję, że zamknęła się w sobie na całe długie miesiące. Dziś TVN24, który chyba czuje, że z tą Muchą jakoś nie bardzo wyszło, próbuje Urbańskiej wynagrodzić ten ból. A więc jedzie do niej, robi z nią ten niezwykły reportaż i pokazuje ją ludziom w takim świetle, jakby to nie była jakaś telewizyjna gwiazdka, ale co najmniej, zdemolowana przez dawne – jeszcze pracujące w butach CBA –żona Czarka Pazury.
Co jest niezwykłego w tym reportażu? Przede wszystkim jest on nadawany nie w osobnym programie o polskich filmach, gwiazdach i serialach, lecz w podstawowym programie informacyjnym i jest przy tym długi jak cholera. Nie liczyłem im czasu, ale tak na moje oko, to trwało pewnie z 15 minut. Możliwe że mniej, ale robiło wrażenie czegoś zdecydowanie za długiego. No i zawartość. Okazuje się, że Natasza Urbańska, po tym ciosie, jaki otrzymała od Muchy, była w takim stanie, że aż musiała wyjechać do Brazylii, żeby się tam uspokoić. Wróciła i powoli zaczęła odbudowywać swoją pozycję artystyczną. Oglądamy więc tę Urbańską jak siedzi, jak chodzi, jak patrzy, jak odgarnia włosy, jak się uśmiecha, no i też jak płacze. Bo ona oczywiście wciąż pamięta tamten dzień, pamięta tamte łzy, więc i pewnie jeszcze dziś sobie czasem popłacze. Tyle że jest już silna i wie, że cele też są już nowe. Zwłaszcza że ona nie jest byle kim. To nie jest już byle jaka gwiazdka, W komentarzu TVN24 sugestia jest jednoznaczna. Urbańska będzie podbijać świat. Ona w Polsce osiągnęła już „wszystko co mogła osiągnąć”. Tu już na nią nie czeka nic ciekawego. Ona się podniosła i teraz jest wolna i silna jak wiatr. Oto wiadomość dnia. Ze Natasza Urbańska w Polsce już osiągnęła wszystko. Przepraszam bardzo za to porównanie, ale to chyba już niemal jak Justyna Kowalczyk. Czyż nie?
Po co o tym piszę? Ot tak. Jest sobota, postanowiłem jak najdłużej nie włączać telewizji, szczególnie że wiem, co tam się w tej chwili dzieje, więc sobie piszę. Poza tym, przypominam, zacząłem od Kowalczyk a nie od żony peerelowskiego gwiazdora kradnącego po sklepach. A wbrew pozorom, problem wcale nie jest taki mały. Mam bowiem wrażenie, że bardzo powoli, ale niezwykle skutecznie, uwaga publiczna – jak za najlepszych komunistycznych lat – zostaje odciągana od tego co ważne na to co kompletnie bez znaczenia. I uważam, że to bardzo dobrze. Pisałem już o tym, że sytuacja jest taka, że nic nie jest za darmo. Jeśli ma wygrać Polska, to ktoś musi zidiocieć. Trudno. Może kiedyś przyjdą czasy, że będziemy mogli się zacząć wygrzebywać z tego nieszczęścia, ale dziś sprawy pozostają w rękach wspomnianych też już tu owych 10%. Cała reszta niech już może faktycznie zajmuje się karierą Nataszy Urbańskiej, względnie zagryza wargi patrząc, jak Justyna Kowalczyk zbiera na przyszłe leczenie.
Bo to jest blog polityczny. I więc też tekst jak najbardziej polityczny. Ostatnio zdarza mi się coraz częściej spotykać ludzi, dotychczas niezwykle zainteresowanych polityką, może nawet – patrząc na ich emocje – bardziej niż nawet ja, i słuchać jak mówią, że to wszystko nie ma sensu i że to wszystko robi się już po prostu nudne. Ż ich polityka przestaje interesować. No więc dobrze. Jest dobrze. Wszystko się układa jak należy. Wiem wprawdzie, że Ksiądz wolałby, żeby to wszystko się odbywało bardziej świadomie, bardziej jak Pan Bóg przykazał. Ale przecież, zgodzi się z mną Ksiądz, że Pan Bóg nie może wszystkiego robić za nas, prawda?

piątek, 19 lutego 2010

O idiotach (bez cenzury)



Syn mój dziś przyszedł do mnie z taką oto sprawą, że gdzieś usłyszał, że zaledwie 10 procent społeczeństw to ludzie skutecznie myślący, a reszta – to mniej lub bardziej tępy tłum. W związku z tą informacją on chciał też wiedzieć, czy zasada tych 10 procent dotyczy również jego znajomych na uczelni. Kiedy dowiedział się, że owszem, tyle że może nawet i bardziej, pokiwał głową ze zrozumieniem i opowiedział nam parę historii, które go w tej kwestii natchnęły. Zwykłe historie, jakich każdy nauczyciel zna dziesiątki.
Trochę się zdziwiłem, ponieważ wydawało mi się, że i mu o tym kiedyś opowiadałem, ale też że nawet jeśli coś przegapiłem, to i tak jest rzeczą zupełnie oczywistą, że kiedy Pan Bóg stwarzał człowieka, to nie dał mu tej przysłowiowej ryby, ale zaledwie wędkę i mózg wystarczająco duży, by ten potrafił sobie z nim poradzić. I że naprawdę nie sposób od Niego oczekiwać, by nam te nasze mózgi nieustannie nakręcał. Zwłaszcza gdy sami notorycznie i jak najbardziej w sposób grzeszny o tym nakręcaniu zapominamy. No ale oczywiście wszystko co miało zostać potwierdzone, zostało potwierdzone, a co wymagało wyjaśnienia uległo wyjaśnieniu. No i jesteśmy gdzie jesteśmy.
Chodzą mi po głowie ci idioci od czasu gdy siedemnastoletni bandyta i jego kolega zamordowali policjanta na warszawskiej Pradze. Dziś jeszcze w dodatku odbył się ten piękny, wzruszający i uroczysty pogrzeb, na którym Prezydent wygłosił podniosłe przemówienie, więc tym bardziej nie mogę się za bardzo skupić na innych rzeczach. Wciąż myślę o tych idiotach. Najprzeróżniejszych. Mało tego. Dziś też otrzymaliśmy wiadomość, że inni idioci, którzy dopiero co zasztyletowali piętnastoletnio dziewczynę gdzieś na wsi pod Warszawą, zostali przez policję ujęci i siedzą pod kluczem. I myślę sobie i o tych dwóch z Pragi i o tych czterech z tego jakiegoś Konika, czy czegoś podobnego, i próbuję sobie wyobrazić ich, jak siedzą na tych więziennych pryczach, drapią się po swoich zakutych łbach i mruczą pod nosem, że co, kurwa, ja to pierdolę, ale mi odjebało, kurwa, nie wiedziałem, kurwa, i co to, kurwa, teraz będzie?
Słucham przemówienia prezydenta Kaczyńskiego nad trumną policjanta, który miał tego pecha, że w ten lutowy poranek trafił na dwóch debili, którzy nawet nie widzą potrzeby, żeby w ferie sobie dłużej pospać, i myślę sobie, że w ostatnich chwilach swojego życia musiał prawdopodobnie się bardzo zdziwić, tak jak by się musiał zdziwić każdy zwykły człowiek na widok aż tak czystej i otwartej głupoty. Słucham tego przemówienia i widzę żonę tego biedaka i jego dzieci, i nie mogę przestać myśleć o tych durnych pałach – i z tego Konika i z tej Pragi, jak siedzą z pewnością teraz, wyłamują sobie swoje poobgryzane brudne paluchy i klną.
Mówią niektórzy, że oni nie są głupi. Że to w ogóle nie jest kwestia głupoty, ale czystego zła. Bardzo bym chciał żeby to oni, ci którzy mi tłumaczą, że to nie głupota, lecz zło, mieli rację. Chciałbym bardzo, żeby wszystkie od dziś napływające do nas informacje potwierdzały tylko fakt, że ci chłopcy byli naturalnie chamscy, niesympatyczni, wredni dla swoich sąsiadów, agresywni na co dzień, i że kiedy kupowali te swoje noże w tej swojej budce Ruchu, to je kupowali w szczerym zamiarze wykorzystania ich przeciwko komuś, a nie tak sobie, bo fajne, kurwa, te noże. Jednak obawiam się, że to ja mam rację. Że oni je właśnie sobie kupili, bo były fajne. A później już tylko z nimi łazili po mieście, wozili się tymi samochodami, i cały czas czuli jak je mają i jak one bardzo się im mogą przydać, kiedy czas pozwoli. Obawiam się, że z jednej strony głaskali te ostrza i te rękojeście, a z drugiej byli – normalnie – tacy jak większość ich kolegów. Raz weseli, raz smutni, raz w dobrym nastroju, bo jest jak w porzo, a innym razem wściekli, bo coś nie pasi.
Obawiam się, że to jednak głupota. Ci kretyni z Konika zasztyletowali tę biedną dziewczynę, bo ich zdenerwowała. Bo coś im powiedziała, co im się nie spodobało, albo właśnie chcieli, żeby im coś powiedziała, a ona milczała, a może zaczęła głupio beczeć i ich to rozstroiło nerwowo. No a mieli ten nóż, który sobie tak starannie wybrali spośród całej tej fantastycznej oferty, więc tak jakoś, kurwa, wyszło. Słyszę, że ten siedemnastoletni bandyta z Pragi, który zamordował interweniującego policjanta miał ładny uśmiech.
W zeszłym tygodniu byłem z moją córką w Warszawie na tej onetowskiej gali. Spaliśmy w hotelu. Kiedy zeszliśmy w piątek rano na śniadanie, obok nas przy stoliku siedziało dwóch gangsterów. Absolutnie niezwykłych, a jednak ewidentnych i prawdziwych gangsterów. Nie wyglądali jak gangsterzy z filmów, a więc jak swoje własne karykatury, lecz raczej jak gangsterzy z sali sądowej. Jak ludzie, których nagle widzimy w telewizji i się nagle dziwimy, że ależ tak, oni wprawdzie są inni niż na obrazku, ale oczywiście, jak najbardziej to oni właśnie. Siedzieli przy tym swoim stoliku, jedli serek – bo to piątek – i się do siebie nie odzywali. W ogóle nie było żadnej rozmowy. Siedzieli w tych klapkach i jeansach do pół łydek, nie bardzo młodzi, ale i nie starzy, jedli i nic nie mówili, a ja wiedziałem, że gdyby coś im się u nas nie spodobało, to mogli by coś nam niedobrego powiedzieć, bo to byli na sto procent zdecydowanie źli ludzie, ale wiedziałem, że nas nie zabiją. Tego byłem pewien. Gdyby zamiast nich siedziało dwóch gimnazjalistów w kapturach, to bym się bał jak cholera. A tak, byłem spokojny. Każde z nas wcinało swoje bułki z serem i było git.
Nie boję się ludzi złych. Boję się ludzi głupich. Boję się idiotów w dresach, gówniarzy w kapturach o rozbieganych oczach i trzęsących się dłoniach. Nie wytatuowanych gangsterów z rewolwerem w szufladzie, lecz idiotów z kolczykami wbitymi koło oka i nożem w kieszeni za 12 złotych i 90 groszy z czerwoną rączką. Nie boję się niesympatycznych i wiecznie nieuśmiechniętych byków w czarnych beemach. Boję się rechoczących idiotów w tanich dresach i koszulkach z napisem CHWDP. Boję się ponurych idiotów. Ale również wesołych i sympatycznych idiotów w normalnych jeansach i marynarkach. Uśmiechniętych, grzecznych nawet niekiedy bardzo idiotów, nawet bez noży w kieszeni. Idiotów. Może i czasem dobrych ludzi bez jakichkolwiek złych intencji na co dzień.
Wczoraj w Szkle Kontaktowym pokazano fragment posiedzenia tzw. komisji naciskowej. Okazało się, że, jak zwykle, najciekawsze było to, jak Andrzej Czuma i ów poseł Platformy Obywatelskiej od tańca na rurze, wspólnymi siłami szydzili z posłanki Marzeny Wróbel, która jak wiemy jest gruba, brzydka i w ogóle wygląda jakby była ze wsi. Nowością okazało się to, że akurat przesłuchiwany Jarosław Kaczyński wstawił się za panią poseł i poprosił posłów Platformy, żeby zachowali szacunek „w stosunku do damy”. Komentując tę zabawną bardzo sytuację, obecny w studio TVN24 Marek Przybylik zapytał: „A to Jarosław Kaczyński uważa posłankę Wróbel za damę?” Redaktor Sianecki właściwie nie zareagował.
Skąd się wziął ten akapit. Nie wiem, powiem szczerze. Tak jakoś mi wpadło do głowy, żeby na koniec dać tu jakąś taką bardziej polityczną klamrę. W końcu to blog polityczny.

Ten kraj



Kiedy pisałem tekst o starszych ludziach, których polskie państwo traktuje z tak okropnym lekceważeniem – tak właśnie, lekceważeniem – nie spodziewałem się, że zrobi się tak smutno. Oczywiście świetnie sobie zdaję sprawę z tego, że sytuacja gdy ludzie, w jakiś tam sposób podsumowujący swoje życie, z jednej strony skazani są na wegetację w kolejkach do przychodni zdrowia, a z drugiej na bezsensowne kręcenie się wśród kolorowych półek w supermarketach, nie jest bardzo zachęcająca do żartów. Mimo to, naprawdę nie było moim zamiarem przedstawiania Polski jako kraju aż tak smutnego. No a tak to jednak wyszło. Bardzo niesprawiedliwie.
Mam wrażenie, że wspominałem już tu na tym blogu o filmach, które dla BBC od wielu lat kręci Michael Palin, i w których przedstawia swoje wędrówki po najdalszych zaułkach naszego pięknego świata. Na wszelki wypadek opowiem kim jest Palin. Otóż przez wiele lat był on podporą słynnej grupy Monty Pythona. Oprócz tego był również znakomitym pisarzem i aktorem. Ostatecznie zajął się tymi swoimi podróżami i od wielu lat wszystkim ciekawym świata dostarcza impresji, w moim odczuciu, absolutnie niemożliwych do przebicia. Stosunkowo niedawno, Michael Palin przyjechał ze swoją ekipą do naszej części Europy i zrealizował serię filmów przedstawiających życie w krajach, które do niedawna były traktowane jako najbardziej dziki wschód. Filmy zostały wydane na trzech płytach DVD i wspólne zatytułowane New Europe. Oglądamy więc obrazki i z dawnej Jugosławii i z Rumuni, Bułgarii, Mołdawii, dawnego NRD, Czech, Słowacji, krajów bałtyckich, także z Turcji, no i oczywiście z Polski.
Dziś po raz któryś już postanowiłem sprawić sobie przyjemność i obejrzałem film, który Palin nakręcił właśnie o Polsce. Kiedy oglądam Palina, jak opowiada o świecie, który on niejednokrotnie ogląda po raz pierwszy w życiu, z prawdziwym zaskoczeniem i z taką naszą typową, polską satysfakcją, którą zawsze czujemy, kiedy mówią o nas dobrze, stwierdzam dwie rzeczy. Przede wszystkim film o Polsce jest w tej kolekcji jednym z najdłuższych i najpełniejszych, a oprócz tego właściwie wyłącznie dla nas sympatyczny. Przez całą tę godzinę, kiedy Michael Palin pokazuje nam miejsca i ludzi, których tu spotkał, nie ma ani jednej chwili, żeby on się na naszą Polskę krzywił, albo z Polski podśmiewywał, czy choćby patrzył na to co tu widzi z przymrużeniem oka. Wędruje Palin od Gdańska, przez Elbląg, Poznań, Warszawę, Jasną Górę, Nową Hutę, aż po Białkę Tatrzańską i w stosunku do tego co widzi, a później nam przedstawia, zachowuje wyłącznie albo pełny szacunek, albo wręcz dziecięcą radość z tego, że zdarzyło mu się spędzić przyjemne chwile w bardzo przyjemnym miejscu i wśród miłych bardzo ludzi.
A nie jest wcale tak, że formuła filmu, który on nakręcił w tej części Europy była taka, by wszystko było sympatyczne i radosne. I wcale nie mam tu koniecznie na myśli tej krótkiej wizyty na Słowacji, gdzie jedyną godną zauważenia rzeczą dla Palina była grupka pijanych i głupkowatych wieśniaków zarzynających świnię, co zresztą doprowadziło do oficjalnego protestu słowackiej ambasady w Londynie. Palin bowiem nie jest prostackim propagandzistą, który dostaje od Unii Europejskiej zlecenie na Europę Wschodnią i pokazuje, jak to nam pięknie się wspólna Europa rozszerza. Ale też nie jest kimś takim, kto – jak typowy Brytyjczyk, czy Niemiec, czy Francuz – przyjeżdża tu, do tego dzikiego kraju, i drapie się po głowie, zdziwiony, że tu mieszkają normalni ludzie. Palin to człowiek niezwykle inteligentny, wrażliwy i przede wszystkim bardzo ciekawy tego co widzi. A więc pokazuje wszystko. I ludzi sympatycznych i mniej sympatycznych, i mądrych i głupich, i miejsca wesołe i kolorowe, ale również smutne i pełne złych wspomnień. Przedstawia sceny wzniosłe i w gruncie rzeczy pełne najgorszego głupstwa. Pokazuje prawdziwy, wielobarwny świat, jaki wszyscy znamy i którego się czasem tylko domyślamy.
No może z wyjątkiem tej nieszczęsnej Słowacji. Choć i tu, nie wydaje mi się, żeby było bardzo niesprawiedliwie. Mnie się osobiście to świniobicie podobało. I ci ludzie byli mili i weseli i okolica była sympatyczna. Tyle że to był tylko jeden krótki epizod i oczywiście Słowacy mieli ambicje większe. Tyle że inne kraje, które przedstawia Palin też mogłyby mieć pretensje. Turcy o te idiotyczne walki wielbłądów, Niemcy z NRD o to, że dużą część filmu Palin poświęca na fabrykę misek klozetowych, Rumuni o Cyganów, Czesi za te kompletnie wykpione Karlove Vary, Bułgarzy za transwestytę, a nawet Serbowie za tę wojnę. Nie Polacy. Przez tę godzinę bowiem, nie ma jednego – jak mówię – nawet przymrużenia oka. Przez całą godzinę widzimy zwykły fajny kraj.
Więc mamy tę Polskę. Przyjeżdża Palin do Częstochowy, udaje się na Jasną Górę i, kiedy moglibyśmy się spodziewać choćby delikatnego mrugnięcia, widzimy obrazy, a z nim komentarz, który równie dobrze mógł powstać na zamówienie samych Ojców Paulinów. Chodzi po Warszawie i nawet kiedy mówi o tym co mu tu przeszkadza – jak choćby Pałac Kultury, czy ta trochę gdzieniegdzie ruska architektura – to i tak pozwala to przykryć komentarzowi Moniki Richardson, która zapewnia go, że Polska to kraj ludzi zdolnych i pracowitych. Po prostu. Jedzie w te Tatry i chleje z góralami, z góralami się bawi i nawet robi sobie piękne zdjęcie z dziewczynami w kolorowych góralskich strojach. I z jakiegoś powodu, w odróżnieniu od tego co zobaczył na tej Słowacji, nie przeszkadza mu ani ta wóda, ani ci wieśniacy, ani te ich wieśniackie zwyczaje. Jeździ Palin po Polsce i w każdej minucie tego co tak widzimy, widzimy też, jak on mógłby tu równie dobrze zostać na zawsze.
Jak idzie o mój stosunek do Polski, zawsze uważałem, że jest w niej coś takiego, czego osobiście nie umiem ani pokazać, zaśpiewać, ani opisać, ani narysować, ani nawet za bardzo sobie pomyśleć, a co sprawia, że w moim pojęciu, nawet jeśli to nie jest najwspanialsze miejsce na Ziemi, to ja nic o tym nie wiem. Ale może właśnie też dlatego, że nie potrafię ani tego nazwać, ani konkretnie pokazać, ile razy ktoś obcy, dla kogo Polska jest czymś egzotycznym, przyjeżdża tu i kręci w zachwycie głową, odczuwam satysfakcję, bo ta reakcja pozwala mi wierzyć, że mam co do Polski rację. Kiedy mój kolega, Michael, piętnaście lat temu sprowadził się tu z całą rodziną z Londynu i postanowił zostać tu na zawsze i dziś mówi mi, że dzień, w którym on podjął tę decyzję, to najlepszy dzień w jego życiu, rozumiem go, a jednocześnie jestem mu wdzięczny, że on podziela mój punkt widzenia. Podobnie kiedy w filmie Palina o Polsce Kevin Aiston obsypuje moją Polskę komplementami, jakich ja bym osobiście sformułować nie potrafił, to i mu się nie dziwię i jestem mu jednocześnie zobowiązany za tę mimowolną solidarność.
Cóż takiego jest w tej Polsce i w tych ludziach, co budzi taką sympatię? Często wręcz sympatię bezkrytyczną. Jak mówię, ja tego nie wiem. Ale czuję to wszystkimi swoimi zmysłami. Patrzę na moją Polskę, słucham jej głosu, i nawet kiedy przede mną rozciągają się wyłącznie te szpitalne korytarze, te wspomniane tyle razy w poprzednim wpisie smutne buteleczki z moczem, kiedy słyszę człapanie starych, biednych ludzi, o których ta sama Polska ma tak bardzo niskie mniemanie, myślę sobie, że to jest miejsce i tak absolutnie wyjątkowe i nie do zastąpienia. Ale też tym bardziej, gdy widzę i tych staruszków i, po drugiej stronie kadru, tych wszystkich napakowanych swoją żenującą, prowincjonalną energią idiotów, którzy się tu nagle rozsiedli i poczuli się jak ryby w wodzie, wiem, że ta sama Polska, którą ja kocham, a którą oni wszyscy tak lubią, będzie musiała prędzej czy później za to wszystko, co tak głupio przegapiła odpowiedzieć. Bo to akurat też się jej należy. Ostatnio jakby nawet bardziej niż kiedykolwiek.

czwartek, 18 lutego 2010

Fińktańki atakują



Kiedy Donald Tusk uznał, że dla ratowania Partii powinien zawiesić swoje marzenia o prezydenturze na kołku, bo w przeciwnym wypadku nie zostanie mu ani jedno ani drugie, wiadomo było, że dla Lecha Kaczyńskiego droga do drugiej kadencji stanęła otworem. Sytuacja Prezydenta przypomina dziś trochę to, co się przydarzyło niedawno w Melbourne Andy Murrayowi, kiedy podszedł do niego Nadal i poinformował, że niestety to już koniec. Nawet nie wiadomo było, jak tu się cieszyć.
A więc, kiedy Donald Tusk wycofał się z kandydowania, i po stronie Platformy na placu boju zostało tylko tych dwóch smutnych polityków-inaczej, można już było tylko czekać aż zjednoczone siły antypisowskiej histerii wezmą się do roboty i spróbują rozhuśtać tę łódkę tak, że za moment wszyscy się od tego porzygają. Kto by się jednak spodziewał, że to oni się pochorują jako pierwsi? Czy błędem było to, że na pierwszą linię frontu skierowano samego Romana Giertycha? Może i tak, choć nie sądzę. Poziom zdenerwowania po stronie III RP jest już tak wielki, że czy to będzie Giertych, Miller, Schetyna, czy Jaruzelski, efekt będziemy mieli jeden i ten sam – uniesione w zdziwieniu brwi i ręce same składające się do oklasków.
Mamy jednak Romana Giertycha, więc siłą rzeczy to on tu musi być chwilowym bohaterem. W gwizdek Giertych dmuchnął wprawdzie już chwilę temu, ale wciąż wszyscy biegają w kółko jak należy, i jak należy oczywiście, debatują nad tym, czy Jarosław Kaczyński rzeczywiście planował wsadzić żonę Schetyny do więzienia, po co, pod jakim pretekstem, i jakież to na to dowody trzyma w swojej złotej skrzynce były minister edukacji. Wczorajszy dzień był pod tym względem wręcz koncertowy. Najpierw Giertych, potem Schetyna, po Schetynie Cimoszewicz, po Cimoszewiczu Kwaśniewski, a w międzyczasie podobno jeszcze Andrzej Lepper i Leszek Miller z Adolfem Hitlerem na swych krasnoarmiejskich ustach. Nam oczywiście pozostaje ani na te idiotyzmy reagować, ani nad nimi debatować, ani nic nie wyjaśniać, ani oczywiście nic nie prostować. Należy tylko czekać i napawać się rozwojem sytuacji. Z tym niezwykłym dreszczykiem, jaki daje świadomość, że najlepsze zawsze przed nami.
Ale można się też pośmiać. Tym którzy są albo zbyt zajęci aby sami kombinować, albo nie dość zorientowani, proponuje taki eksperyment. Proszę sobie wyobrazić taki obraz. Z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego. I takiego jakiego znamy i takiego jakiego nam pokazują media. A więc Kaczyńskiego uważnego, inteligentnego, przewidującego, podejrzliwego, wręcz nieufnego, a drugiej strony Romana Giertycha, który szczególnie w sytuacji, w jakiej znajdował się rząd PiS-u przez te pamiętne dwa lata, jest jedną z ostatnich osób, z jakimi Kaczyński będzie rozmawiał otwarcie i szczerze. I nagle, przychodzi do nas ów właśnie Giertych i opowiada, jak to premier Kaczyński brał go „wielokrotnie” na stronę i opowiadał, jak on będzie wsadzał do więzienia żonę Schetyny. Wyobraźmy więc sobie, jak trzy lata temu – po raz kolejny zaatakowany przez napływ samotności – Jarosław Kaczyński dzwoni po Giertycha, prosi go do siebie, polewa mu jakiegoś soczku, czy wina, stawia na stole tu chrupki, tu orzeszki, i zaczyna się skarżyć, że sam wiesz Romek, jak to jest ciężko, kiedy człowiek wreszcie ma okazję sobie porządzić, a tu mu różni tacy brużdżą. Ale wiesz, stary, mam tu taki plan, żeby ich wszystkich wydusić hakami i będzie git. Czy nie sądzisz Romek, że gdybyśmy tak ty i ja zapuszkowali żonę Schetyny, to on straci głowę i Platforma się rozpadnie? Tylko nie mów nikomu. Ty mi pomożesz – ja ci pomogę. Jak Leszek zostanie na drugą kadencję, to może nawet u Juszczenki Katedrę we Lwowie ci załatwi.
I jak już wylał swoje żale przed Giertychem, Jarosław Kaczyński wsiada w auto i pędzi do Ministerstwa Rolnictwa, prosto do Leppera. Siada za biurkiem i słuchaj Andrzej, daj no jakiej herbaty, bo nie wytrzymam. Ja już z nimi nie umiem. Ty wiesz co oni mi chcą zrobić? I Leszkowi? Mamie? Ale ja ci, stary, powiem w zaufaniu. Ja mam na nich wszystkich takie kwity, że by ci oko zbielało. Na wszystkich. Lisa, nie Lisa, Tuska, nie Tuska. Każdy z nich już jest załatwiony. Mariusz mi dał. Tylko, Andrzejku, proszę cię, nie mów nikomu. A ja ci obiecuję, że jak Leszek wygra drugą kadencję, to pogadam ze Zbyszkiem, żeby ciebie i Staszka nie tykał. No wiesz, wasze laski – wasza sprawa.
Przypominam – mówimy o Jarosławie Kaczyńskim. O tym Jarosławie Kaczyńskim. Oto obraz, który zjednoczone think tanki Platformy Obywatelskiej i ITI, z pomocą Prawdziwych Patriotów znad Jasnej Góry postanowiły przedstawić społeczeństwu z nadzieją, że ludzie złapią się za głowy i krzykną: „Ależ tak! Tylko Bronisław Komorowski!”
A więc to był ten żart. To były te jaja. I to jest właśnie idealny moment, żeby się uśmiechnąć.

środa, 17 lutego 2010

O ludziach z buteleczką w kieszeni



Dochodzą do mnie wieści, że tygodnik Wprost, który, co by o nim nie mówić, jakoś tam znalazł swoje, czasem nawet i dobre, miejsce nie tylko w moich myślach, już niedługo ma dołączyć do całej tej palety post-PRL-owskiego nieszczęścia, obok Polityki, Newsweeka, Przekroju, Gazety Wyborczej, Onetu, telewizji TVN24, czy czego tam jeszcze nie wymyślimy. Tak jak stało się to wcześniej z Newsweekiem i jak to się od czasu do czasu dzieje z różnymi innymi tytułami, czy nazwiskami, które zanim zdążą się na dobre rozgościć w naszych sercach, wpadają w otchłań kłamstwa, lub choćby zwykłego krętactwa. Akurat w tym wypadku zawód mój jest stosunkowo umiarkowany, choćby z tego względu, że cała historia Wprostu i wszystkie te wygibasy, które jego właściciele i redaktorzy wykonywali przez tyle lat, nie pozwalają naprawdę na wiele więcej niż taki bardzo skromniutki żal. A więc wyposażony w ten żal, i czekając na TEN dzień, kupiłem sobie kolejny numer Wprostu i przeczytałem artykuł, może sam w sobie dość bylejaki, ale za to poruszający problem potężny. Bardzo dobrze go już przedstawia sam początek tekstu:

„Dlaczego emeryt brytyjski po zjedzeniu jajek na bekonie idzie łowić pstrągi, emeryt francuski po wypiciu kawy zmierza w stronę placu Pigalle, a emeryt polski robi siusiu do buteleczki i idzie stać w kolejce do przychodni zdrowia?”
Oczywiście, ja wiem, że te banialuki o placu Pigalle i pstrągach to dokładnie takie same ploty, jak dziewięćdziesiąt procent tego, co Wprost oferuje nam co tydzień. Jednak nie da się ukryć że coś na rzeczy jest. Choćby ta buteleczka z moczem. I choćby dla niej właśnie wypadałoby się nad całością pochylić. Bo nie chodzi o to, że emeryt brytyjski, dzień w dzień, po zjedzeniu jajek idzie na ryby, a emeryt francuski pije kawę i pędzi na dziwki, bo to nieprawda. Emeryt francuski z emerytem angielskim siedzą pewnie po całych dniach w domu i oglądają sport w telewizji, albo opalają nogi w ogródku. Chodzi o co innego. A mianowicie o to, że francuski, angielski, a i niemiecki emeryt żyją sobie cały rok jak porządni emeryci, a jak przyjdzie zima, a oni akurat nie lubią marznąć, wykupują wycieczkę do Kenii i lecą z innymi staruszkami oglądać zebry. I chodzi o to też, że to w tym samym właśnie czasie, polski emeryt sika do wspomnianej butelki, albo czeka z tą butelką w kolejce w przychodni, albo wreszcie wydaje swoją emeryturę na lekarstwa, które sobie powinien kupić w związku z zawartością tej butelki. A kiedy przychodzi zima, siedzi w domu i ogląda telewizję, natomiast do Kenii jeżdżą wypasione byczki ze swoimi wypasionymi kochankami lub żonami i swoimi wypasionymi dziećmi. Do Kenii, do Tajlandii, ewentualnie – to już ci mniej biedniejsi – do Egiptu. I to jest właśnie problem. To jest to coś, co niektórzy określają powiedzeniem: „Świat stanął na głowie”.
Dalsza część artykułu we Wproście jest taka sama jak sam początek. Brawurowo zahaczony temat i mniej lub bardziej – najczęściej jednak mniej – udane próby dotarcia do odpowiedzi na pytanie, dlaczego jest tak jak jest. Nie chcę mi się wgłębiać w spekulacje redaktora Wprostu, bo i nie za bardzo rozumiem to, co on tam pisze, a to co rozumiem i tak nie bardzo mi pasuje. Wszystko tam bowiem odbywa się dokładnie tak samo, jak to zmuszony jestem obserwować z coraz większym obrzydzeniem od dwudziestu już lat. Mądrzy analitycy, wyciągając jak króliki z kapelusza kolejne, nic nikomu nie mówiące liczby, wyliczenia i teorie, swoimi fantazjami, powiązanymi zawsze bardzo ściśle z ich politycznymi afiliacjami, wyłącznie przykrywają prawdziwe dramaty. A problem jest taki, że to wcale nieprawda, że, jak pisze mądrala z Wprost,polski emeryt ma emeryturę relatywnie równie wysoką, a może nawet wyższą, niż emeryt na przykład francuski, a mimo to go na podobne przyjemności nie stać. Faktem jest, że wielu polskich emerytów zupełnie spokojnie mogłoby spędzać swoje ostatnie lata na safari w Afryce, tyle że po pierwsze nikomu na tym, by im to po ludzku zaproponować nie zależy, a co gorsza, nawet gdyby im zależało, to ci staruszkowie i tak muszą ewentualne pieniądze na Afrykę, przeznaczyć na lekarstwa i wizyty u kolejnych lekarzy. I, jak już wspomnieliśmy, do Afryki za niego pojedzie choćby ekonomiczny ekspert z Wprostu.
I w ten sposób udało mi się dotrzeć do tego, co przede wszystkim chciałem tu napisać. A mianowicie do tej buteleczki. Mam bardzo silne przekonanie, że społeczna filozofia polskiego państwa ma ludzi starszych niemal w pełnej pogardzie. Jak idzie o ludzi starszych, nasze państwo robi wrażenie, jakby dbało wyłącznie o to, by polski staruszek żył jak najdłużej. Jakie to życie będzie, to już nie ważne. Ma żyć długo i za to długie życie regularnie płacić ze swojej emerytury. Tak jakby ktoś kompletnie obłąkany wyobraził sobie, że nie po to państwo płaci starym ludziom ciężkie pieniądze za nicnierobienie, żeby nic z tego nie mieć. A więc jak ten cel osiąga? Prosto bardzo. Opiera się przede wszystkim na tworzeniu z emerytów klienteli gabinetów lekarskich i firm farmaceutycznych. Czuję to bardzo mocno, że jeśli polskiemu państwu zależy na ludziach starszych , to wyłącznie w taki sposób, żeby im dostarczyć poczucie, że powinni troszczyć się o swoje zdrowie, a mają przy tym wierzyć, że nic oczywiście nie jest za darmo. Bo trudno przecież sobie wyobrazić, żeby zapewnienie im odpowiednich badań, odpowiednio zbalansowanych recept i najbardziej skutecznych lekarstw na wszelki możliwe choroby nic nie kosztowało. To właśnie w przypadku ludzi starszych, państwo działa najskuteczniej. Za ich emeryturę robi im wszelkie badania i za tę emeryturę trzyma ich całymi tygodniami w szpitalach, tylko po to, żeby, kiedy już stamtąd wyjdą, wiedzieli, jak bardzo są chorzy, albo choćby tylko zagrożeni nowymi chorobami, i jak bardzo powinni na siebie uważać. I żeby, broń Boże, nie chodziły im po głowie jakieś dziwne myśli o egzotycznych wyprawach, czy innych przyjemnościach. I to jest prawdziwe polskie nieszczęście. Nie te liczby, o których pisze Wprost, lecz tzw. filozofia człowieka i tego czym on jest.
Ktoś mi powie, że to co tu piszę jest równie płytkie, jak te wszystkie liczby, mające udowodnić, że to właśnie w nich jest odpowiedź na wszelkie problemy. Przypomni mi ktoś, że przecież są starsi ludzie – i to jest ich wcale niemało – którzy dzięki Bogu jakoś nie chorują i że są też starsi ludzie – i też ich jest nie tak znowu niewiele – których i bez comiesięcznych wydatków na zdrowie, nie stać na wyjazd nie tylko do Kenii, ale nawet do Pobierowa. Tyle że ja o nich świetnie wiem i nawet kilku z nich znam. Ale też chcę bardzo mocno podkreślić, że ta symboliczna butelka z moczem nie jest ani przyczyną, ani skutkiem. Ta butelka z moczem jest wyłącznie fragmentem całości, która to całość dotyczy już naprawdę wszystkich. Ona mianowicie stanowi jedyną prawdziwą, autentyczną, namacalną ofertę. Dzisiejsza Polska jest tak skonstruowana, że – przy tej całej swojej biedzie, która dotyka większość społeczeństwa – jeśli są jakieś programy, promocje, przyszłościowe rozwiązania, zachęty, to one są wyłącznie kierowane do młodzieży, studentów, bezrobotnych, przedsiębiorców, a nawet zepsutych i kompletnie bezużytecznych lanserów. Proszę spojrzeć na telewizyjne reklamy. Czy one coś chcą od staruszków? Czy one im oferują szklankę zimnego piwa, a może jogurt na wzmocnienie, telefon z aparatem 3 megapixele, a może choćby pakiet programów sportowych za złotówkę? Mowy nie ma. W najlepszym wypadku – w najlepszym! – pastylkę na zbyt częste sikanie.
Jak idzie o ludzi starszych, to oni naprawdę od polskiego państwa dostają tylko bezpłatne badanie na osteoporozę i bilet na tramwaj, żeby mogli dojechać do właściwego lekarza. A zatem, efekt jest taki, że jeśli któremuś z nich brakuje prawdziwej uwagi, to tak naprawdę, jeśli zachoruje, to może się równie dobrze cieszyć. Bo w końcu, jak długo można łazić po supermarkecie i zaczepiać dziewczyny rozdające śmierdzący ser w kawałkach?

poniedziałek, 15 lutego 2010

O Solidarności bezwstydnej



Zbigniew Romaszewski obraził się i wystąpił z PiS-u. Dlaczego? Wygląda na to, że pierwszą przyczyną było to, że został przez partię, z którą dotychczas się utożsamiał, ukarany. Za co został ukarany? Za to, że w tzw. sprawie senatora Piesiewicza, z punktu widzenia wrażliwości reprezentowanej przez projekt o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, zajął stanowisko tak drastycznie kuriozalne, że osoby nawet najbardziej oddane legendzie Romaszewskiego, wręcz usłyszały, jak im opadają ręce. Dlaczego więc Zbigniew Romaszewski się obraził? Ta kwestia akurat jest najbardziej oczywista i w pewnym sensie nawet zrozumiała. Romaszewski jest osobą zbyt ważną i poważną, i to nie tylko dla PiS-u, by pozwalać sobie na tego typu upokorzenia, jak partyjna nagana. A więc odchodzi. Problem pozostaje jeden. Czemu on – taki człowiek – pozwolił sobie na tak żałosny i tandetny gest jak obrona senatora Piesiewicza? A więc czemu uznał za stosowne osobiście, bez żadnego nacisku i żadnego w gruncie rzeczy powodu, się wykluczyć?
Dziś słucham rozmowy, jaką z Romaszewskim przeprowadza jeden z dziennikarzy telewizji TVN24, którego zasługi dla medialnego kłamstwa są tak znaczące, że odruchowo zapomniałem jego nazwiska. I ten oto dziennikarz pyta Senatora o partyjną dyscyplinę. I na to Zbigniew Romaszewski odpowiada w sposób, który jest szokujący nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że naprawdę, z punktu widzenia kogoś takiego jak Romaszewski innego rozwiązania, jak wystąpienie z klubu, nie było. Otóż Romaszewski odpowiada mniej więcej tak: „Dyscyplina owszem. Tyle że nawet dyscyplina ma swoje granice”. I teraz pozostaje tylko dodać jedno „A granicą jestem ja”. Tego akurat Romaszewski nie powiedział. A szkoda, bo powinien. Przynajmniej byłoby uczciwie. I prawdziwie. Jednak nie mówi. Mówi co innego. Dyscyplina owszem, ale nie w sytuacji kiedy na szali stoi los człowieka uczciwego, moralnie nieskazitelnego, prawdopodobnie dobrego kolegi senatora Romaszewskiego, który najpierw angażuje się w zachowania, według wszelkich znanych cywilizowanemu światu standardów, kompromitujące, a następnie, zamiast wstąpić do klasztoru, bredzi coś o tym, że nigdy nikogo nie skrzywdził, a jedynie popełnił grzech nieroztropności. I to jest to, co mnie i zadziwia i smuci. Dlatego że to jest Romaszewski, a więc dla mnie nie byle kto.
Dlaczego dla Zbigniewa Romaszewskiego kwestia obrony dobrego imienia swojego kolegi, Krzysztofa Piesiewicza była tak istotna, że postanowił – wraz zresztą z innymi dobrymi swoimi kolegami i kolegami Senatora – postawić na szali cały swój autorytet i tym samym, jednym szybkim i krótkim gestem, go zmarnować? Jak to się stało, że Zbigniew Romaszewski przez tyle ciężkich lat potrafił znaleźć w sobie tyle siły moralnej, a przecież i siły fizycznej, że nic go nie złamało, a ugiął się w sytuacji pozornie tak prostej? Nie wiem i powiem szczerze, boję się wiedzieć. Jest mi naturalnie bardzo przykro, że wystąpił z klubu i że tym samym praktycznie otworzył sobie drogę do politycznego niebytu. Oczywiście, może jeszcze wstąpić do Platformy, jak Mężydło, ale to naprawdę nic nie zmieni. Ta przykrość i ten żal i tak pozostanie. Wiem jednak coś jeszcze. To mianowicie, że gdyby PiS – w końcu projekt, z którym i ja czuję się blisko – tolerował coś takiego, taki upadek, naraziłby się na stratę jeszcze większą. Bo po drugiej stronie tego wstydu jest Krzysztof Piesiewicz – zaćpany autorytet w sukience. Czyli coś, co znieść już jest naprawdę trudno.
Tak trudno, że nawet nie chce się znać odpowiedzi.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...