wtorek, 19 stycznia 2010

Czy ktoś się przestraszył?



Zbliża się czas wyborczy, i z każdym dniem, jeśli tylko zechce nam się rozejrzeć, zobaczymy, że może być jeszcze lepiej, niż się nam mogło jeszcze niedawno wydawać. I prezydent Kaczyński, jak wszystko na to wskazuje – wbrew pozorom nawet te sondaże, które dostały małpiego rozumu na to wskazują – zostanie wybrany na drugą kadencję, a i też sam PiS ma wszelkie powody, żeby wrócić do formy sprzed lat. I to, paradoksalnie, dokładnie z tego samego powodu, dla którego dwa lata temu władzę w Polsce objął Donald Tuskk ze swoją ferajną. Czyli nie przez swoje szczególne zasługi, tylko skutkiem zmęczenia rywali. A to że Platforma dziś jest już wyłącznie zmęczona, by nie powiedzieć, wytarta na glanc, jest faktem. Po prostu – faktem. Tam już w tej chwili nie ma zupełnie nic. Z nimi jest tak mniej więcej, jak z tymi biegaczami z Monty Pythona, którzy z powodu chorobliwego braku wyczucia kierunku, zaraz po starcie rozbiegli się we wszystkie strony. Biegli, owszem, szybko, tylko co z tego, skoro bez sensu?
Stało się jeszcze coś, co świadczy prawdopodobnie o tym, że establishment czuje pismo nosem. Otóż Michał Kamiński udzielił dużego wywiadu, w którym w jednym miejscu, naprawdę króciutkim i dla całości w ogóle nieistotnym, przyznał, że w nie dającej się przewidzieć przyszłości, nie ma możliwości wykluczenia koalicji PiS-u z SLD. Zwłaszcza jeśli ta ewentualna koalicja zostanie obwarowana najróżniejszymi warunkami. No i w tym momencie się zaczęło. Histeria rozhulała się tak wielka, że nawet biedny Marek Migalski od niej zgłupiał i zaczął cichutko popłakiwać. Nie mówię już o innych, znacznie od niego mniej rozumnych i rozsądnych osób. A mnie się podoba i to co powiedział Kamiński, i cała ta głupkowata reakcja establishmentu. Dlaczego? Zawsze z tego samego powodu, co wcześniej. Oni nawet jak się schowają w samym środku lasu, to i tak, pierwsze co zrobią, to rozpalą ognisko, żeby wszyscy wkoło zobaczyli ten dym.
A więc co widzimy? Widzimy mianowicie scenariusz, który – czując, że Platforma jednak przy okazji kolejnych wyborów straci władzę – źli ludzie przygotowali dla PiS-u. Otóż PiS wygrywa wybory, najprawdopodobniej jednak nie na tyle mocno, by rządzić samodzielnie. Co jest nowością, i to nowością decydującą, do Sejmu poza PiS-em i Platformą dostaje się jeszcze tylko SLD, bo tym razem już prawdopodobnie nawet członkowie Ochotniczych Straży Pożarnych z rodzinami nie wystarczą. I teraz właśnie zostaje uruchomiony następujący scenariusz. Ponieważ PiS jest głupi jak był, i z komunistami nie chce nawet negocjować, do akcji wkracza Platforma Obywatelska, bez najmniejszych skrupułów dogaduje się z SLD i wspólnie tworzą rząd. Prawo i Sprawiedliwość, wystrychnięte na dudka, mimo zwycięstwa wyborczego przechodzi do opozycji, a na oskarżenia kierowane pod adresem Platformy, że układają się z czerwonymi, słyszy, że od czasu kiedy Lepper został przez Kaczyńskiego autoryzowany jako część mainstreamu, świętości już nie ma, komunistów już nie ma, polityka jest już wyłącznie zlepkiem interesów, a jedyne zło to wyłącznie Gosiewski, Brudziński i sam PiS. Oczywiście w tym pluciu najbardziej aktywny udział mają media i z Jarosława Kaczyńskiego i jego partii nie zostaje mokra plama. Polskę na najbliższe lata przejmuje Tusk z Kwaśniewskim, i można otwierać szampany. I to jest właśnie ten dym, o którym wspomniałem wcześniej.
Niektórzy mają pretensje do Kamińskiego, że nawet jeśli miał dobre intencje, to powinien był siedzieć cicho i nie prowokować. Że takie gadanie, nawet jeśli wyrwane z kontekstu, zostanie wykorzystane, zwolennicy PiS-u uwierzą, że PiS ciągnie do komuny i się zniechęcą. A ja uważam, że nic bardziej błędnego. Przede wszystkim jest bardzo fajnie, że Kamieński powiedział to co powiedział, bo tych, którzy już mieli gotowy plan, porządnie nastraszył. A widzieć tę bandę, jak się boją – to przyjemność nie do przeceniania. Poza tym, o elektorat PiS-u nie ma się co bać. My mamy swój rozum i doskonale wiemy, że P to znaczy Prawo a S - Sprawiedliwość. I że to jest prawo i sprawiedliwość naprawdę, a nie dla fasonu. I że my jesteśmy zawodnikami autentycznie twardymi.
PS - Jeszcze do czwartku można głosować. Bardzo proszę o poparcie. C00026 na numer +487144

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Michalkiewicz



Stanisława Michalkiewicza znam, choć nie czytam. I od razu muszę powiedzieć, że nie czytam nie dlatego, że się nie zgadzam, lecz wyłącznie dlatego, że w ogóle z czytelnictwem u mnie słabo. Kiedyś, owszem, bywało lepiej, ale dziś, w sytuacji gdy nawet przestałem kupować Rzepę, trudno ode mnie oczekiwać, bym czytał Michalkiewicza. Wiem jednak, co u niego słychać. Że prowadzi blog, że walczy, no a przede wszystkim, że szczególnie dla tych, co się urodzili po roku 1990 i nie należą do Młodych Demokratów, stanowi autorytet.
O Michalkiewiczu ponownie usłyszałem dziś od mojego kolegi FYM-a. Otóż okazuje się, że od kilku lat ów dziennikarz, działacz i polityk, aktywizuje się przy okazji kolejnej edycji konkursu na blog roku i korzystając ze swoich wpływów, próbuje ten konkurs rozpieprzyć. Z tego co przeczytałem u FYM-a wynikało, że aktywność Michalkiewicza na tym polu jest na tyle skuteczna, a jednocześnie irytująca, że sam FYM na przykład z uczestnictwa w konkursie w tym roku zrezygnował. Zajrzałem więc na blog Michalkiewicza, by zorientować się, o co chodzi dokładniej. No i się zorientowałem. Zarówno, o co chodzi i jak bardzo o to coś chodzi.
Nie wiem jak poprzednie, ale dzisiejszy wpis Michalkiewicza jest krótki i bardzo do rzeczy. Zaczyna się tak:

„Kochani!
W ubiegłym roku pomogliście głosować na właściwych ludzi - i dzięki Wam otrzymałem nagrodę Bloggera roku 2008 w kategorii POLITYKA. Nie udało się, niestety, zablokować drogi p. Joannie Senyszyn.
Mam nadzieję, że w tym roku zadanie wykonamy w stu procentach. Bardzo proszę by ci z Państwa, których stać na wysłanie SMS za 1 zł + 22 grosze VAT, wysłali go na numer 7144, głosując na jeden z poniższych blogów
”
Ja mam tak, że jeśli ktoś do mnie zwraca się per „kochani”, to natychmiast robię się czujny. Bo wiem, że to gada albo Aleksander Kwaśniewski, albo Donald Tusk, albo ewentualnie pewne bydle, z którym na szczęście nie mam okazji już od kilku lat. A więc wiem też, że to „kochani” ma na celu jedno. Przypieprzyć mi tak, bym się nie podniósł. Michalkiewicz jednak na tym „kochani” nie poprzestaje. Dalej jest, jak widzimy, równie ciekawie. Ciekawie i na tyle jednoznacznie, że nawet nie muszę tego co on pisze analizować. Zwrócę tylko uwagę na fragment o stuprocentowym „wykonaniu zadania”. O jakież to bowiem może chodzić zadanie? O zablokowanie Senyszyn? O załatwienie Michalkiewiczowi ponownie tytułu blogera roku? Czy może jeszcze o coś innego?
Sytuacja rozjaśnia się nieco dalej. Michalkiewicz najpierw pisze tak: „By uniknąć zmarnowania głosów proszę, by na dany blog zagłosowali ci z Państwa, których nazwiska zaczynają się na literę podaną z lewej strony”, a następnie podaje listę 13 blogów, oznaczanych tymi literkami. A więc system jest, jak widzimy, taki, że Michalkiewicz nie zachęca swoich zwolenników, żeby głosowali na jego blog, ani na blog, który on uważa za świetny, ani nawet nie na to, by nie głosować na Senyszyn i powiedzmy Toyaha – czyli nawet nie bierze udziału w konkursie na blog roku – ale podaje listę i każe na nią głosować według klucza, który tworzą pierwsze litery nazwisk głosujących. A więc, apeluje do swoich zwolenników, by głosowali nie dość że na serię nieznanych sobie blogów, ale jeszcze by w sytuacji gdy komuś się podoba blog na przykład jakiegoś Tomka, ten ktoś nie głosował na niego pod żadnym pozorem, jeśli jego nazwisko nie zaczyna się na literę R, lub T.
Dlaczego ja sugeruję, że Michalkiewicz nie bierze udziału w konkursie, a przynajmniej nie w sposób, który można by nazwać standardowym? Dlatego że z instrukcji, którą on podaje wynika, że jemu w żaden sposób nie chodzi o to, by przegrała Senyszyn, czy żeby wygrał Michalkiewicz, lub choćby ten symboliczny już Tomek, czy żeby nawet żeby przegrał któryś z blogerów, których Michalkiewicz nie lubi jeszcze bardziej niż Senyszyn, ale wyłącznie o to, żeby ten konkurs właśnie rozpieprzyć. On organizuje system głosowania na blog roku, który przy dość i tak już niszowym charakterze konkursu, musi pełnić funkcję wyłącznie destrukcyjną. On się zachowuje jak ubek, który włazi w tłum i pierwszą z brzegu osobę kopie w kostkę w nadziei, że to uruchomi lawinę. W dodatku jeszcze do swojej chamskiej prowokacji wykorzystuje kupę durniów, którzy nie wiedzą na co głosują, ale za to myślą, że skoro ktoś taki jak „TEN Michalkiewicz” powie im coś w stylu „z góry pięknie dziękuję”, to oni w ten sposób staną się lepsi i ważniejsi.
Czemu Michalkiewicz tak się zachowuje? Z tego co podaje wikipedia, wynika że on wprawdzie nie jest człowiekiem bardzo starym, ale ma już wystarczająco dużo lat, by zająć się bardziej sobą niż innymi, szczególnie gdy widać wyraźnie, że zajmowanie się innymi szło mu dotychczas nie najlepiej. Można by było sądzić, że ktoś taki jak Stanisław Michalkiewicz, jeśli przyjąć, że jest zwykłym, porządnym człowiekiem, który co miał do zrobienia, to zrobił, jeśli ma jeszcze jakieś ambicje, to powinien je realizować przynajmniej z umiarem i z godnością. No a już z całą pewnością nie powinien robić z siebie durnia.
Moje dzieci z upodobaniem każdego lata jeżdżą na festiwal Heinekena o nazwie Open’er do Gdyni. W związku z tym, że obecnie trwa pełne napięcia ogłaszanie składu uczestników festiwalu, one często siedzą w Internecie i uczestniczą w jakichś forach dyskusyjnych na temat tego festiwalu i muzyki w ogóle. Osoby, które się tam spotykają, to najczęściej dzieci takie jak one. Ale wczoraj dowiedziałem się, że w tym całym tłumie, rej wodzi jakiś starszy typ, podpisujący się Bright, który zamiast spędzać czas z rodziną, chodzić do kina z kolegami, lub zabijać czas pisząc bloga, lansuje się przed tymi dziećmi jako wielki autorytet, jednym się podlizuje, innych obraża, wbija się w każdą sensowną rozmowę, nie dając spokojnie podyskutować, i w efekcie na tym forum panuje nieustanny chaos i zdenerwowanie. Czemu robi to co robi ów Bright? Czy on prowadzi jakąś zaplanowaną dywersję, czy on ma w ogóle jakiś poważniejszy cel? Nie sądzę. To tylko w końcu piosenki. Myślę, że to jakiś pedofil, lub po prostu wariat, który z tej swojej samotności świruje, a ponieważ posiada pewną wiedzę i spryt, grupa dzieci daje się na jego akcje nabierać i go traktuje poważnie.
Czy to co napisałem przed chwilą ma sugerować, że Michalkiewicz to też wariat? O nie! Absolutnie! W żaden sposób! Michalkiewicz to nie wariat. To ktoś, kto ma w głowie bardzo starannie poukładane. Inna sprawa, że nie wiemy do końca, jak starannie, no i przede wszystkim, kto mu ten porządek w głowie zrobił. Jakiś czas temu, przy okazji tzw. ‘sprawy Brody’ dowiedziałem się, że u Michalkiewicza na blogu toczy się dyskusja na temat tego, kim jest Toyah. Z tej dyskusji wynikło, że Polska jest zagrożona i każdy porządny patriota powinien przede wszystkim użyć wszelkich swoich sił, by nie pozwolić na szerzenie się blogowej zarazy. A ja sobie myślę, że chociaż te nasze blogi to wciąż zaledwie nisza, to akcja trwa. Widzieliśmy ją w pewnym momencie na łamach ogólnokrajowej prasy, obecnie można ją obserwować nawet tu w Salonie, a tymczasem okazuje się, że ona się zaczęła już parę lat temu. I że to już nie jest tylko grupka aspirujących szpicli, lecz prawdziwa koalicja. Bardzo groźna. I bardzo niesympatyczna. Pisałem tu wielokrotnie, że ja oczywiście takiej Senyszyn, czy nawet red. Żakowskiego nie lubię i nie szanuję, ale – przy całym szacunku dla ich ambicji i możliwości – nie mam wątpliwości co do tego, że tak wysoko jak Michalkiewicz ani ona ani on, choćby się napięli, nie podskoczą.

ITI pikuje



Wprawdzie nigdy nie zdarzyło mi się wykrzyknąć hasła „ITI Rulez!”, ale każdy kto tu bywa wystarczająco często (niezmiennie proszę o wysyłanie C00026 na numer +487144), wie że to właśnie ITI od lat dostarcza mi codziennych informacji i skutecznie kształtuje mój światopogląd. To właśnie telewizja TVN24, już od dnia, kiedy to arabscy terroryści jednym krótkim aktem szaleństwa, zmienili już na zawsze krajobraz Nowego Jorku, jest moją codzienną gazetą i rozrywką. TVN24 zawsze szczerze uważałem za, jak na nasze warunki, profesjonalne i stosunkowo przyjazne medium. Wygląda na to jednak, że nawet dla takich fachowców jak Wojskowe Służby Informacyjne, czas płynie zbyt szybko.
Wprawdzie sam tego nie widziałem, ale przeczytałem w Salonie, że niedawno właśnie TVN24 poinformowało swoich widzów, że skutkiem awarii energetycznej Warszawa znalazła się w kompletnych ciemnościach. Po chwili jednak okazało się, że to pomyłka, i że jedyna awaria jaka się zdarzyła, to awaria kamery umieszczonej gdzieś nad Warszawą i to co widziała dziennikarka, to nie była ciemność, lecz pusty ekran.
Dla prawdziwego fana na przykład muzyki, wiadomość tego typu byłaby bardzo przykra, bo świadcząca o tym, że nowa płyta ulubionego wykonawcy jest jeszcze gorsza niż poprzednia, a i tak lepiej ją słuchać z otwartym sercem, póki nie pojawi się kolejna. W odniesieniu do telewizji TVN24 jest nie lepiej. Zwłaszcza że tu też pewien upadek możemy obserwować już od pewnego czasu. Dziś nie pamiętam co było najpierw, czy zezowaty dziennikarz, czy wyglądająca jak android dziennikarka. Faktem jest, że pojawienie się obu tych gwiazd już stanowiło pewien szok. Pamiętam, że w czasach kiedy mnie przyjmowano na studia, każdy z nas – zakładając że w przyszłości będzie nauczycielem – musiał dostarczyć zaświadczenie, że nie ma odrażającego wyglądu i cuchnącego oddechu. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem redaktora Warasińskiego byłem porażony. Bo nie mogłem uwierzyć, że w firmie tak zawodowej jak ITI, pojawia się człowiek z karykaturalnym zezem, informuje że chciałby zostać pracującym na wizji dziennikarzem, a oni mu mówią: „Super! Właśnie kogoś takiego szukaliśmy”. A tak właśnie przecież musiało się stać.
I to nie raz. Pamiętam na przykład, jak poczułem pewien niepokój gdy usłyszałem, gdy pierwszy specjalista owej telewizji od przeglądu prasy zagranicznej, z mądrą miną gada coś na temat Ojca Świętego i tytułuje go frazą „późny Jan Paweł II”. Wreszcie ledwo co wczoraj, przecierałem oczy ze zdumienia, widząc jak ITI przed swoją kamerą ustawiło kobietę napakowaną jak Frank Gifford, na dodatek w spódniczce ewidentnie przekręconej pupą do przodu, i kazało jej prowadzić program. Już nie chcę się znęcać nad czytającą pogodę Dorotą Gardas, z której nawet jej – kulturalni oczywiście jak cholera – redakcyjni koledzy już tylko potrafią się nabijać. Czy nad – przepraszam najmocniej – Małgorzatą Domagalik…
Co się dzieje z tymi służbami? Jakaś, cholera, dywersja? A może skończyły się pieniądze? Czy to tylko zwykły, znany z historii, proces, polegający na tym, że każda nowość stanowi karykaturę tego co było poprzednio? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie, z mojego punktu widzenia, sytuacja jest nie najlepsza. Bo przy tym tempie rozkładu, zanim przyjdą wybory, z tego TVN-u zostanie tylko ta nędzna, brudna propaganda. Dobra jednak wiadomość to taka, że jeśli ją mają uprawiać zezowaci dziennikarze ze źle dopasowaną szczęką, na dodatek przy spieprzonych kamerach, to PiS nawet nie będzie musiał zawiązywać koalicji z SLD, na co się już tak cieszą wilki prawicy spod znaku sierpa i młota.

niedziela, 17 stycznia 2010

O miłości jak sprężyna



Życie nasze jest tak zbudowane, że przez większą jego część, w domu zaledwie śpimy i spędzamy późne popołudnia i wieczory. Główna część dnia schodzi nam na albo siedzeniu z bandą obcych osób w szkole, lub w pracy. Jeśli się nad tym zastanowić, jest to właściwie wiadomość wstrząsająca. Szczególnie dla kogoś, kto ceni sobie towarzystwo rodziny i przyjaciół, i jeśli uważa swoje życie za szczęśliwe, to właśnie przez to, że jest ta rodzina i są ci przyjaciele. Oczywiście jest możliwe, że wspomniany system, choć na pierwszy rzut oka, wręcz dewastujący, w ostatecznym rozrachunku stanowi idealną równowagę. Istnieje taka ewentualność, że gdyby nie ta praca i nie ta szkoła, człowiek zwyczajnie by od tego światła oślepnął. Kto wie? Może więc tak jak jest – zresztą nie tylko w tej dziedzinie – jest dobrze. Może i nawet bardzo dobrze. A zatem, może dopiero przez ten tak znacznie przedłużony kontakt z ludźmi, którzy nam są w ogóle do szczęścia niepotrzebni, w pełni czujemy to szczęście, kiedy wreszcie nadchodzi?
Może. A mimo to jednak, kiedy się zastanowimy nad tą naszą życiową sytuacją, musimy poczuć co najmniej niepokój. A niepokój ów musi stać się jeszcze większy, kiedy z naszych wyliczeń wyjdzie nam, że większą część czasu, który już pozornie mamy tylko dla siebie, również poświęcamy tej pracy, czy tej szkole, a ściślej przeżywaniu tego, co nas tam spotkało. Tym wszystkim przykrościom, upokorzeniom i niesprawiedliwościom, na które zostaliśmy narażeni przez konieczność przebywania z ludźmi złymi, głupimi i podłymi. Na ile się orientuję, w wielu domach w ten sposób opisana sytuacja jest smutnym standardem. Sam, tak się składa, mam na ten temat wiele do powiedzenia. I ze względu na swoje kilkunastoletnie szkolne doświadczenia, i choćby ze względu na obecne doświadczenia na przykład pani Toyahowej. I z opowieści osób mi bliskich, ale i z własnych przeżyć, doskonale wiem, jak człowiek i jego życie prywatne może zostać zniszczone przez z pozoru tak drobny fakt, że przez pewną część dnia jest narażony na kontakt z idiotą, lub zwykłą szują.
Myślę o tym od tygodnia, i pewnie już kilka dni temu bym się tym zajął, gdyby nie to, że zawsze działo się coś, co trzeba było powiedzieć akurat dziś i teraz. W ubiegłym magazynie Wprost tak zwany cover story został poświęcony osobie zmarłego niedawno generalnego dyrektora kancelarii Donalda Tuska, Grzegorza Michniewicza. Oczywiście Wprost, jako z trudem ukrywający się tabloid, nie byłby sobą, gdyby samobójstwa Michniewicza nie umieścił w kontekście czegoś co sam nazywa „niewyjaśnionymi śmierciami w polskiej polityce” i nie zbił kolejnych groszy na ciekawym temacie. Kiedy jednak zajrzy się już do samego tekstu, okazuje się, że mamy do czynienia z najbardziej prozaiczną prozą życia. I że ta śmierć, podobnie jak dziesiątki innych, jest zwykłą częścią owej prozy. Że za nią stoi dokładania taka sama tajemnica, jak za każdym dniem, który każdy z nas albo przeżywa, albo już przeżyć nie zdoła. A więc może to być tajemnica choroby, tajemnica załamania nerwowego, tajemnica samotności, tajemnica zdrady, albo tajemnica jakiegokolwiek innego bólu, na temat którego nie mamy absolutnie nic do gadania.
Mimo to, zwróciłem uwagę i na ten temat i na właściwy już tekst o Grzegorzu Michniewiczu, ze względu na dwie rzeczy. Przede wszystkim uderzyło mnie zdjęcie na okładce. Tak to już jest – a już na pewno ze mną – że człowieka trzeba widzieć. To znaczy, dopóki go nie zobaczymy, jakoś oczywiście musimy sobie radzić, niemniej w większości sytuacji, dopiero ten obraz zamyka całą sprawę. Widzę więc tego Michniewicza na okładce Wprost i czuję, że wiem już znacznie więcej niż kiedykolwiek. No i jest ta druga rzecz. W samym tekście, parokrotnie jest zasugerowane, że Grzegorz Michniewicz, mimo tego wielce poważnego tytułu dyrektora generalnego który nosił, był w gruncie rzeczy urzędnikiem niższego szczebla, a w kontekście struktury tak wielkiej jak rząd, każdy właściwie, z kim miał do czynienia, był jego przełożonym. To jest sugestia. Natomiast już bardzo jednoznacznie jest powiedziane, że bezpośredni przełożony Michniewicza, minister Tomasz Arabski traktował go w sposób metodyczny i systematyczny, jak szmatę i że Michniewicz to traktowanie bardzo źle znosił.
Wspomniałem już, że Wprost nie byłby zwykłym szmatławcem, gdyby nie uczynił ze śmierci Grzegorza Michniewicza zagadki na miarę tragicznej historii III RP. Muszę więc konsekwentnie dodać, że nie byłby też ten tygodnik typowym symbolem tego, co się dzieje z polskimi mediami, gdyby potrafił się skupić wyłącznie na temacie i nie próbował, wbrew podstawowej logice, zamazywać problem przez wymachiwanie oskarżeniami niby ‘po sprawiedliwości’, a tak naprawdę zupełnie na oślep. Ale jest Wprost tym czym jest, więc oczywiście dowiadujemy się, że Michniewicz był zaszczuty nie tylko przez swoich bezpośrednich przełożonych, którzy się nad nim notorycznie znęcali, ale również przez swoich dawnych kolegów z PiS-u, którzy mu dokuczali za to, że nie jest już PiS-owcem jak należy, lecz platformerskim kolaborantem. Nie byłby Wprost tym czym jest, gdyby opisując z odpowiednimi detalami mobbing, jakiemu Michniewicz był poddawany ze strony Arabskiego, nie wspomniał, że ta sytuacja była dokładnym powtórzeniem tego, co go spotykało za PiS-u ze strony niejakiego Skiby. Wprawdzie w innym miejscu jest jak byk napisane, że ów Skiba i Michniewicz byli przyjaciółmi i że Skiba Michniewicza nieustannie promował, ale równowaga zostaje zachowana.
Nieważne. Redaktorzy robią swoje, zawsze zgodnie ze standardami, natomiast konkretnie opisany fakt i bardzo dokładnie zrelacjonowane przygody Michniewicza, pokazują jedno. Michniewicza najprawdopodobniej w gabinecie Donalda Tuska spotykało to co spotyka wielu z nas w pracy, w szkole i w ogóle w relacjach z ludźmi obcymi, a o czym nie potrafimy zapomnieć po powrocie do domu, czym zatruwamy wieczory naszym bliskim i co nam często również nie pozwala spokojnie spać. I że on to bardzo przeżywał. Wprost, jak mówię, podaje szczegóły. A więc pisze, że Michniewicz nieustannie tłumaczył znajomym, że Arabski to jednak porządny człowiek, bo ile razy zachowa się jak bydle, zawsze potrafi za to przeprosić. Że ostatnio coraz częściej wypytywał znajomych, czy nie mogliby mu załatwić posady u Prezydenta, czy może gdzieś w PiS-ie. Wreszcie opisuje tę jedną historię, kiedy to wściekły Arabski wezwał Michniewicza na codzienne bluzgi, najpierw kazał mu kilka godzin warować pod swoim gabinetem, a później wyskoczył na niego z mordą, że zamiast pracować jak wszyscy, bez sensu się szlaja po korytarzach. I oczywiście, wyciąga wniosek, że Grzegorz Michniewicz pewnie z tego powodu popadł w depresję i się powiesił.
Jeśli idzie o moje zdanie na ten temat, to od razu powiem, że ani go nie mam, ani mieć nie chcę. Samobójstwo samo w sobie jest dla mnie taką zagadką, że odmawiam tu sobie jakichkolwiek kompetencji. Ale nawet gdybym odnalazł w sobie tę dziwną chęć do szperania w zdarzeniach tego typu, i tak nie potrafiłbym sobie wyobrazić, jak wieczny urzędnik, człowiek dla którego całe życie było wyłącznie pracą na poziomie władzy państwowej, nagle popełnia samobójstwo, bo jego szef jest, jak na jego wrażliwość, zbyt dużą kanalią. No, ewentualnie musiałbym uznać, że Partia Miłości kryje w sobie pokłady serdeczności, o których świat dotychczas nie słyszał. No ale aż taki złośliwy, to ja nie jestem, żeby twierdzić oni swoją miłością potrafią zabijać. Zresztą wcale nie chodzi mi o to, żeby dociekać przyczyn. Mnie zainteresowały tu – jak już pisałem – wyłącznie dwie rzeczy. To zdjęcie i ta historia o Arabskim wyskakującym na Michniewicza z pyskiem. I w ten sposób przechodzę do konkluzji, na którą jednak muszę przeznaczyć osobny akapit.
Nie wiem, ile lat miał Grzegorz Michniewicz, kiedy zmarł. Szukałem odpowiednich informacji w Internecie, ale bez efektu. Ze zdjęcia jednak wynika, że był znacznie starszy od Tomasza Arabskiego. Jeśli więc dziś usiłuję sobie wyobrazić sytuację, gdy ten Michniewicz siedzi na krzesełku przed gabinetem Arabskiego, który, jak pisze Wprost, „ma opinie człowieka gwałtownego i szorstkiego dla podwładnych”, i czeka aż ten go wezwie i zwyzywa, i po godzinie czekania Arabski wyskakuje na niego ze swojego gabinetu – taki jak go znam, wypasiony byczek pod czterdziestkę – i wydziera się na niego, że zamiast pracować, zbija bąki, to, powiem zupełnie szczerze, jestem poruszony. Bo świetnie wiem, o co chodzi. I wiem jeszcze jedno. Że ja – nie dlatego, że jestem szczególnie nerwowy, lub jakoś specjalnie przywiązany do swojej godności – ale wyłącznie po to, by nie dostać zawału serca z nerwów, strzeliłbym tego Arabskiego w pysk i zrezygnował z takiej pracy. Nawet gdybym miał jeszcze bardziej tłuc nędzę, niż to robię teraz. A gdyby ten Arabski – bo jak się dowiadujemy, umiał przepraszać – przyszedł do mnie i zaczął coś tłumaczyć, to bym mu powiedział, żeby… nie powiem co, bo się Administracja na mnie pogniewa.
I wiem jeszcze coś. Że to by absolutnie nic nie dało. Że to dokładnie nic by nie zmieniło w tym, do czego doprowadziły nasze nowe czasy w naszym nowym wspaniałym świecie. Że to chamstwo, które wynika i z charakteru ludzi, dla których ten świat został stworzony i którzy tylko tu się mogli poczuć naprawdę dobrze, i z charakteru tego właśnie świata i wymagań, jakie on stawia przed ludźmi, będzie się tylko rozrastać. Że ono będzie coraz większe i coraz bardziej intensywne. I że każdy kto zgodzi się w nim uczestniczyć i je tolerować, oczywiście będzie na co dzień traktowany jak robactwo, ale za to w niedzielę będzie mógł pójść do sklepu i sobie coś kupić. Natomiast cała reszta, albo będzie powiększać klientelę coraz szerszej oferty kredytowej, albo będzie zdychała w nędzy, albo… No ale o tym mieliśmy nie mówić.
PS - Przypominam o konkursie i proszę o esemesy: C00026 na numer +487144

sobota, 16 stycznia 2010

Jak zostałem chamem - tayfalowi z miłością i nędzą



Prowadzenie bloga (przy okazji, niezmiennie proszę o wysyłanie C00026 na numer +487144) jest zajęciem bardzo miłym, choć niezmiernie ryzykownym. Przyjemność związana z wylewaniem swoich żali i radości pod stopy najczęściej obcych kompletnie osob i świadomość, że niektóre z tych osob ze szczerą chęcią, czy to te żale, czy te radości, przyjmują jako swoje, jest nie do przecenienia. I to jest jak najbardziej oczywiste. Bardziej skomplikowana sytuacja związana jest ze wspomnianym ryzykiem. Ryzyko to bierze się przede wszystkim stąd, że absolutna większość osób do których dany blog jest w efekcie kierowany, to byt całkowicie wirtualny. A to sprawia, że autor bloga musi nieustannie czuwać, by to wspólne dobro, jakie stara się stworzyć nie zostało zaatakowane i zniszczone przez zwykłych oszustów. I to jest trudne jak cholera. Jak bowiem można rozpoznać zło, gdy nie znamy ani jego twarzy, ani jego głosu, ani nawet najbardziej mglistego kształtu, lecz to co dostajemy, to wyłącznie literki wystukiwane na klawiaturze komputera? W dodatku komputera kompletnie niezidentyfikowanego. A jednak jakoś się udaje. Jakoś ten system działa. I dzięki Bogu. W przeciwnym razie, można by było cały ten interes natychmiast zamknąć.
Niektórzy mówią, że ten blog jest blogiem elitarnym. Nie do końca wiem, na czym ta elitarność miałaby polegać, szczególnie gdy, według danych statystycznych, każdy z pojawiających się tu wpisów czytają grube tysiące osób. Ale powiedzmy, że jest w tej ocenie pewna prawda. Wystarczy spojrzeć na całą grupę stałych czytelników i komentatorów, którzy przez te niemal już dwa lata uznali ten blog za swój. To oni stopniowo przejęli to miejsce. To oni nadają mu podstawowy charakter i jeśli są tacy, którzy uważają, że warto tu przychodzić i czytać te teksty, to w dużym stopniu ze względu na nich, na pisane przez nich komentarze i poziom tych komentarzy. Wszyscy mam nadzieję wiedzą, o kim mówię. I być może tu zawierałby się ów elitaryzm. A mimo to, a może właśnie przez to, trzeba uważać. Czasem bardzo. Bo proszę pomyśleć, jakie mamy możliwości obrony przed kimś, kto z jakiegoś powodu uważa to miejsce za coś co należy zniszczyć, i to zniszczyć jak najszybciej i jak najskuteczniej? Jeśli ten ktoś przyjdzie i zacznie tu rozrabiać, można go zwyczajnie stąd usunąć. Co jednak robić, jeśli ten atak będzie prowadzony pod przykryciem? I co robić, jeśli tych napastników będzie więcej? Jeśli oni tu przyjdą w całej gromadzie i, udając przyjaciół, zaczną powoli, lecz z pełną konsekwencją zmieniać ten blog i tych którzy go współtworzą w pośmiewisko? I jakie mają możliwości ci, którzy ten blog traktują jako wartość, by go skutecznie obronić?
Tu właśnie pojawia się kłopot, a jednocześnie ryzyko. Przeżyliśmy taki atak zupełnie niedawno, kiedy to bloger Matka Kurka przylazł tu któregoś dnia i udając niewinną, naiwną studentkę, wrażliwą przyjaciółkę wolnej, uczciwej i sprawiedliwej Polski, miał jeden jedyny cel – pokazać, że autor tego bloga i ludzie, którzy tu piszą to banda idiotów, których można jednym prostym gestem wyprowadzić w pole i zostawić ich tam na zawsze. Jaki zatem miałem z tym nieszczęsnym Kurką kłopot? Taki mianowicie, że trzeba go było rozpoznać i to rozpoznać jak najwcześniej, mając do dyspozycji wyłącznie kupę pisanych dzień w dzień tekstów, z jednej strony bardzo życzliwie traktowanych prze Administrację, a z drugiej stwarzających wszelkie pozory uczciwej, choć bardzo skromnej publicystyki. A jakie ryzyko? Dwojakie. Z tego powodu, że każda reakcja była dla tego blogu szkodliwa. Gdybyśmy podjęli z tą „studentką” uczciwą debatę i jeszcze – co nie daj Boże – zaprosili ją tu do grona przyjaciół, to naturalnie skończyłoby się to dla nas wszystkich kompromitacją. Z kolei, gdybym ja, jako autor tego bloga sklął ją i wyprowadził stąd za uszy, jako kłamczuchę, zostałbym oskarżony o chamstwo i dyktatorskie zapędy. Co tam – sklął! Gdybym choćby wszczął jakąś skromną polemikę, albo wyraził najlżejsze podejrzenia, też znalazłyby się powody, żeby w ten blog uderzyć. I tak się zresztą stało. W momencie gdy uznałem, że cały ten cyrk pod tytułem PiS wróci należy jednym ruchem rozwiązać, najpierw zaczęło płakać to „skrzywdzone dziecko”, a za nim inni, oburzeni takim traktowaniem salonowicze.
Jak można rozpoznać prowokację? Nie ma sposobu, żeby to opisać. Sprawa jest wyjątkowo złożona i zresztą nie ma tu na nią miejsca. Jedyne co mogę teraz powiedzieć, to to, że trzeba po prostu uważać. Trzeba być ostrożnym i tyle. No i się nie bać, że kogoś się skrzywdzi, a samemu zostanie się oskarżonym o chamstwo. Każdy normalny i uczciwy człowiek wie, czym jest Internet i jaką stanowi siłę. Każdy normalny i uczciwy człowiek wie, że nie należy się obrażać, bo wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji i wszyscy mamy te same mniej więcej zmartwienia. I że przede wszystkim to, kto jest chamem, a kto nie, będziemy mogli stwierdzić dopiero wówczas, gdy zobaczymy twarz, usłyszymy głos i wypijemy wspólnie to choć jedno piwo. Wiedział to na przykład świetnie nasz wspólny kumpel tayfal, który przy pierwszej tu swojej wizycie został potraktowany głupio i niesprawiedliwie przez samego autora tego blogu. Więc nie trzeba się bać. I trzeba uważać.
Pokażę to co mam na myśli, na najnowszym przykładzie. Jakieś dwa miesiące temu, w mojej poczcie wewnętrznej pojawiła się wiadomość następującej treści:

„Witam serdecznie!
Chciałem zacząć od słów Tyma z Rejsu – ‘znamy się mało’, ale są one nieadekwatne, gdyż nie znamy się w ogóle.
Jestem absolutnym nowicjuszem w tzw. blogosferze. Choć piszę ‘od zawsze’, mojego macierzystego bloga uruchomiłem dwa miesiące temu, a od paru tygodni publikuję moje teksty na Niepoprawnych i S24.
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ któregoś razu jeden z komentatorów na moim blogu (dokładnie była to ‘malwina’) w jednym zdaniu podziękowała Bogu za mnie, za FYM-a, Ściosa, Toyaha i Michalkiewicza!
Do niedawna nie miałem pojęcia kim są ci ludzie(z wyjątkiem Michalkiewicza). Dziś już wiem, a malwinowski komentarz uważam jeden z najpiękniejszych komplementów. Poczytałem FYM-a, Toyaha i Ściosa i ucieszyłem się, że ktoś napisał o nich i o mnie w jednym zdaniu. Dlatego pragnę się przywitać!
Nurni
”
Jak można zareagować na tego typu wiadomość? Można oczywiście oszaleć z dumy i satysfakcji (niektórzy mi tu zarzucają, że jestem zarozumiały i łasy na pochlebstwa). W końcu, nie lada to gratka znaleźć się w grupie czterech blogerów, stanowiących niewątpliwy „dar od Boga”. Ale można też zadumać się nad tak dziwaczną wiadomością, nad jej formą, treścią i całym kontekstem, w jakim ona się pojawia i dojść do przekonania, że się ma do czynienia albo z prowokatorem, albo z idiotą. A następnie można ja już tylko zapomnieć. I to właśnie uczyniłem.
Ów Nurni pojawił się znów, tym razem jako nurniflowenola, chcąc koniecznie wiedzieć, dlaczego zgłosiłem ten blog do konkursu. Ponieważ, siłą rzeczy, nie pamiętałem z kim mam do czynienia, a pytanie uznałem za prowokacyjne, odpisałem mu, że go nie znam i żeby w związku z tym się ode mnie odpieprzył. W tym momencie, nie dość że ów nurniflowenola się obraził, to w dodatku jeszcze zostałem przez parę innych osób oskarżony o to, że jestem chamski i głupio podejrzliwy. No i zostałem na polu bitwy, jako cham. A jaka jest sytuacja? Mamy kogoś, kto przyłazi na ten blog i pisze tekst, który wyżej zacytowałem. Tekst, jak mówię, napisany albo przez prowokatora, albo idiotę. Jednocześnie na innych blogach zostawia komentarze, w których zwraca się do gospodyni zwrotem „ekskluzywna hard-kurewna” i informuje wszystkich, że lubi gdy „kobiety pierdolą”. A przede wszystkim, mamy sytuację, gdzie ja to wszystko wiem, bo takie rzeczy, jeśli chcę być odpowiedzialny za to co tu robię, powinienem wiedzieć, a inni tego nie wiedzą, bo ani nie chcą, ani chcieć nie muszą. Trudno. Niech już więc będzie.
No i zostaje to chamstwo. Trochę już na ten temat napisałem. Ale powiem coś jeszcze. Niedawno, jak się dowiaduję, grupa blogerów zawiązała inicjatywę na rzecz walki z internetowym chamstwem. Co ciekawe jednak, zarówno sami organizatorzy tego przedsięwzięcia, jak i najbardziej aktywni uczestnicy, to osoby, które – z mojego punktu widzenia – mogliby równie dobrze prowadzić kursy, na których mogliby uczyć, jak najskuteczniej zrealatywizować chamstwo w taki sposób, by można było zawsze i wszędzie być z siebie zadowolonym. Co jeszcze ciekawsze, znaczna część z nich to ci, dla których cały sens przebywania tu, stanowią bardziej lub mniej udane próby psucia debaty. Dla których jedyna realna satysfakcja to skuteczne doprowadzenie do kolejnego konfliktu i awantury. I to oni właśnie podejmują tę „piękną inicjatywę”. A kiedy Administracja, zupełnie zresztą niezależnie od tych bezczelnych wygłupów, w ramach zwykłej procedury, jednego z nich wyrzuca za trollowanie, podnosi się wielki wrzask w obronie kultury dyskusji i przeciwko cenzurze.
Ale takie zachowanie nie powinno dziwić. To jest stara szkoła stworzona zresztą przez Trzecią RP w jej wczesnych latach. To właśnie wtedy, cała polityczna agresja prowadzona przez ściśle związany z ówczesną Unią Demokratyczną establishment, a skierowana przeciwko aspirującemu społeczeństwu, opierała się na bezprzykładnym chamstwie i oszczerstwie. To w tamtych latach, osłupiały naród zobaczył, jak wygląda kulturalny, wykształcony i inteligentny człowiek, często z profesorskim tytułem, gdy zaczyna pluć nienawiścią. To wtedy, każdy a miarę wrażliwy obywatel zobaczył, jak to może wyglądać, kiedy się idzie po trupach. I dlatego też, kiedy się to wszystko wie i pamięta, człowiek staje się cudownie nieprzemakalny, gdy tylko usłyszy kolejny apel o kulturę dyskusji i kolejny protest przeciwko tak zwanemu chamstwu. Bo każdy, choć w podstawowym stopniu myślący człowiek wie, że chamstwa, od czasu gdy stało się słowem-kluczem, najczęściej należy szukać zupełnie gdzie indziej, niż to kulturalny świat by sugerował.
A my tu, już i tak zostaniemy tymi chamami. A ja osobiście nawet nie mam nic przeciwko temu. Jeśli tamto jest kulturą, to ja z prawdziwą radością mogę być chamem. Być chamem w świecie ukrytej, bezwzględnej agresji? Czemu nie? Pamiętam, dawno jeszcze, pojechałem z moją jeszcze wtedy nie-żoną na festiwal w Jarocinie. Szliśmy tym pasażem, a obok tej ścieżki siedzieli na ziemi chłopcy i dziewczęta i wyglądali jak najbardziej groźnie. To był pierwszy jeszcze rzut czegoś co się nazywało punk-rockiem i oni wszyscy wyglądali strasznie i pięknie jednocześnie. To w żaden sposób nie był ten zaćpany brud i to nieszczęście, które możemy oglądać dziś. To był prawdziwy, szczery punk. Siedzieli więc wzdłuż tego pasażu, robili groźne miny, a moja wówczas jeszcze nie-żona bała się jak cholera. A oni, kolejno, to ten to tamten, wstawali, grzecznie się kłaniali i mówili: „Cześć”. Bo mnie znali, ale ponieważ wiedzieli, że jestem od nich starszy, byli po prostu grzeczni. W ogóle byli grzeczni. To były grzeczne dzieci. Oni chamami nie byli. Chamstwo dopiero miało nadejść. I to i tamto.

piątek, 15 stycznia 2010

O krwi, o współczuciu i o uciekającym życiu



Jak niektórzy z nas być może zauważyli, telewizja ostatnio przestała pokazywać zbliżenia zakrwawionej twarzy premiera Berlusconiego, a zamiast tego dostarcza nam zbliżenia zakrwawionych twarzy zmarłych lub umierających wśród gruzów mieszkańców Haiti. Patrzyliśmy więc wczoraj wieczorem i my na to miasto i tych ludzi, i wtedy najmłodsza Toyahówna spytała mnie, jak to się dzieje, że te wielkie tragedie zdarzają się najczęściej w takich miejscach jak Haiti, a nie we Francji, Australii, w Polsce, w Norwegii, w Stanach Zjednoczonych, czy w Kanadzie? A więc jak to się dzieje, że to właśnie te najbiedniejsze kraje spotyka tak smutny los? No i sobie trochę porozmawialiśmy na temat tego świata, który – jak wiemy – jest najlepszy z możliwych, choćby z tego powodu, że „wszystko co uczynił było bardzo dobre”.
Blog, który prowadzę (proszę o wysyłanie C00026 na numer +487144) jest blogiem politycznym, a więc takim, w którym przedstawiam swoje polityczne poglądy, i – jak twierdzą niektórzy – prawicowym. Niektórzy mówią wprawdzie, że nic podobnego, że wręcz przeciwnie – lewicowym, a nawet bolszewickim. No ale niech już będzie, że prawicowym. W związku z tym, zastanawiam się, czy reagując na zaufanie mojej córki co do tego, że ja wiem wszystko, nie powinienem był, odpowiadając na jej pytanie, wydąć mądrze warg, unieść w zadumie brwi i skierować ją do ewangelicznej przypowieści o człowieku, który budował na piasku. Czy, nie jest tak może, że gdybym to zrobił, nie dość, że bym pokazał swoją prawicowość najwyższej próby, to jeszcze moja wypowiedź miałaby walor edukacyjny, a córka moja w przyszłości, dzięki tej nauce, zostałaby jakąś bardzo skuteczną businesswoman i mogłaby mnie na starość utrzymywać? Nie powiedziałem jej jednak o tym piasku, ani tez o skale, ale normalnie – tak jak zawsze – porozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, wylaliśmy swoje żale i rozeszliśmy się do wieczornych zajęć.
Ponieważ niniejszy blog jest blogiem podobno prawicowym, pojawia się tu niekiedy osoba Zbigniewa Herberta, który, co powszechnie wiadomo, dla nas prawicowców, jest i sztandarem i pałką. Ledwo wczoraj mieliśmy okazję przyjrzeć się, jak to działa. Ale i ja sam, o ile dobrze pamiętam, wyciągnąłem Herberta raz, już wiele miesięcy temu, przy okazji jego wiersza o współczuciu. Piękny to wiersz. Bardzo mądry i bardzo poruszający. No i, jak wiele tych wierszy – dziś już klasyczny. I wraca więc dziś do mnie ta „arytmetyka współczucia”, kiedy siedzimy z moją córką, oglądamy telewizyjne obrazki z Haiti i zastanawiamy się nad tym światem, który z cała pewnością jest „bardzo dobry”. Ale wraca ona do mnie nie tylko teraz. A może nawet nie najbardziej teraz. Są bowiem obrazy jeszcze inne, na swój sposób podobne, czasem o bardziej uniwersalnym przekazie, czasem bardziej prowincjonalne, gdzie z tą herbertowską arytmetyką dzieją się rzeczy dość dziwne.
Proszę mi pozwolić jeszcze przez moment pozostać na Haiti. Parę dni temu, kilka razy pojawiła się postać kobiety w sukience, stojącej w samym centrum kadru, na zawalonej oczywiście gruzami ulicy. To co było w tej postaci szczególne, to to, że ona nie była zakrwawiona, ani w ogóle nie wyglądała na ofiarę tej katastrofy. Napisałem że ona stała. To nie do końca prawda. Ona nie stała. Ona była skręcona w największej rozpaczy. Ona wykonywała najbardziej poruszający taniec rozpaczy. Jeśli umiemy sobie wyobrazić kobietę, którą dotknęła strata niemiłosierna i nieopisana, strata na którą ona umie już wyłącznie reagować takim histerycznym pląsem, od którego następny krok to już tylko wewnętrzna eksplozja, to właśnie zobaczymy tę kobietę w sukience na tle zniszczonego miasta. Widziałem parokrotnie tę postać na ekranie mojego telewizora i chciało mi się wyć.
Wcześniej jednak, jeszcze zanim Haiti zniknęło pod ziemią i zanim ta dziewczyna we wzorzystej sukience tak okrutnie przeżyła swoją stratę, ta sama telewizja pokazała szpitalną salę gdzieś w Polsce, na tej sali szpitalne łóżko, a na tym łóżku człowieka – jak nas poinformowano – z rakiem nerki, z przerzutami do kręgosłupa. Biedny ów człowiek, mówiąc bardzo zachrypniętym z choroby głosem, opowiadał mniej więcej tak, że on bardzo by chciał żyć, że nawet nie wiecie jak chciałbym żyć, że mam, w sobie tyle pragnienia, by zwalczyć tę chorobę, odnajduję w sobie wszystkie możliwe pokłady wiary i woli życia, ale niestety z powodu jakichś urzędowych zawirowań, lekarze przestali podawać mi lekarstwo. Chwilę później wyjaśniono nam, że rząd Donalda Tuska we wrześniu zeszłego roku wydał jakieś rozporządzenie, jednak – z sobie tylko znanych powodów – z terminem wyłącznie trzymiesięcznym. I kiedy owe trzy miesiące minęły, zapomniał rozporządzenie przedłużyć, no i stąd właśnie ten szpital, to łóżko, ten człowiek i te jego straszne słowa.
A ja tonę we współczuciu. I dla tej być może umierającej z rozpaczy czarnej dziewczyny. I dla tego człowieka, tak bardzo czepiającego się życia. Mówią mi, że na Haiti zginęło być może aż 100 tys ludzi. Sto tysięcy. Mocna rzecz. To jest dopiero arytmetyka! Ciekawy jestem, co by na to powiedział Zbigniew Herbert. Ciekawy jestem, co by Herbert powiedział na widok tego cierpiącego w polskim szpitalu mężczyzny i tej sukienki uświnionej rozpadającym się światem. Herbert był wielkim poetą, cudownym prorokiem, jednak mimo to, podejrzewam, że gdyby był tu z nami i spytalibyśmy go, co mamy o tym wszystkim myśleć, powiedziałby po prostu, że nic i że chodźmy już lepiej się napić. Ale też nie wiem, co bym powiedział mojej córce, gdyby ona spytała mnie nie o to trzęsienie ziemi, ale o Polskę. To bym dopiero miał dylemat. Co można odpowiedzieć dziecku, gdy pyta nas o Polskę, a nam w głowie tylko ten Herbert i to współczucie?
Dziwny mi ten tekst wyszedł. Niby prawicowy, a właściwie bolszewicki. By nie powiedzieć, że płonący rewolucją. No i jeszcze ten Herbert ciągnący nas na wódkę. To już chyba trąci o jakąś zdradę, prawda?

czwartek, 14 stycznia 2010

Moja prostytucja



Wystartował konkurs na blogera roku, kto chciał blog swój zgłosił, kto nie chciał – nie. I wszystko zostałoby w standardzie, a ja słowa bym na ten temat nie pisał, gdyby nie fakt, że ci którzy nie chcieli i jeden z tych którzy chcieli, nie zdecydowali się zabrać głosu. I to głosu niezwykłego. Otóż pojawiła się opinia, że udział w konkursie na blog roku jest obciachem z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na osobę organizatora, a po drugie ze względu na coś, co można by było nazwać powagą sztuki blogerskiej. Przyznaję, że choć ów głos nazywam niezwykłym, gotów jestem go zrozumieć. Ja sam, jeszcze rok temu, zwłaszcza gdy zobaczyłem, że pierwszym jurorem oceniającym poziom blogów politycznych będzie Jacek Żakowski, otrzymawszy maila z Onetu zachęcającego mnie do udziału, wzruszyłem wyniośle ramionami. Powiem więcej, jeszcze wcześniej, kiedy Igor Janke zaprosił piszących na Salonie do Warszawy na urodziny tego portalu, pomyślałem sobie, że nie będę się wygłupiał, bo przecież nie o to chodzi, żeby się lansować, lecz żeby pisać i być niezależnym artystą. A zatem, jak widać, oskarżenie o obciach nie brzmi dla mnie szczególnie egzotycznie, ani w jednym ani w drugim wymiarze. A jednak piszę dziś ten tekst i od razu uprzedzam, że skrupułów dziś mieć nie będę.
Przede wszystkim, pozostając jeszcze przy mojej postawie sprzed roku, muszę stwierdzić, że jakkolwiek się czułem dobrze, nie jadąc do Warszawy, a później nie wystawiając się Żakowskiemu pod ocenę, nawet do głowy mi nie przyszło, żeby komukolwiek z tych, którzy postąpili inaczej, a już z całą pewnością komukolwiek ze swoich przyjaciół wyrzucać, że nie postępują tak jak ja. Nawet mi do głowy nie przyszło, że moja odmowa udziału w urodzinach Salonu, czy niechęć do zgłaszania tego blogu do konkursu jest czymś więcej niż moją własną sprawą. Więcej. Nie dość że nie pisałem nic na ten temat i nie szturchałem innych, pokazując swoją wyższość, w związku z tym, co robią inni, nie miałem nawet jakichkolwiek niedobrych myśli. Sam się czułem dobrze, i reszta mnie bardzo mało obchodziła. Przez ten rok jednak, zauważyłem, że, przede wszystkim, ludzi jednak bardzo interesuje nieustanne porównywanie się z innymi na poziomie etycznym, a – co może jeszcze ważniejsze – podziały, jakie można zaobserwować przy tych porównaniach, mają się nijak do tego, co nam się mogło przez całe lata wydawać. Dziś, kiedy piszę ten tekst, nie mam już najmniejszych wątpliwości, że napięcie, jakie mogłem obserwować prze miniony rok jest co najmniej niezdrowe.
O co mi chodzi? Otóż przy okazji minionego jubileuszu jaki tu obchodziłem., otrzymałem prywatną wiadomość od jednego z moich bliskich kolegów, gdzie on mnie sklął za to, że upadłem tak nisko, że zgłosiłem ten blog – właśnie TEN BLOG – do konkursu. I podobno nie chodziło mojemu koledze nawet o to, że to Onet i Sekielski, i że to co ja robię to najgorsza kolaboracja, ale że włączając to mojego pisanie w system, równie dobrze mógłbym wystąpić w Tańcu z gwiazdami. Kolega był na mnie tak wściekły, że nawet nie pogratulował mi pięciuset tekstów, które pisałem również dla niego. Jego zdaniem, to z czym mamy tu do czynienia, to sztuka i to sztuka elitarna, więc ja, współtworząc ją z innymi przedstawicielami tej elity, zamiast szukać taniego poklasku, mam się skupić na wewnętrznej solidarności idei. A więc, znów, widać tu wyraźnie dwa wymiary krytyki, z jaką spotyka się uczestnictwo w konkursie Onetu. Jedni krzyczą o niezależności, a drudzy o kolaboracji. To drugie, to na przykład mój kumpel Consolamentum, który wczoraj u Rybitzkiego, kpił z tych, którzy z jednej strony plują na ITI, a z drugiej temu ITI włażą w tyłek.
Piszę ten blog już niemal dwa lata. Od samego początku udało się wokół tych tekstów zebrać grupę osób, z których wielu już odeszło, ale wielu też zostało – no i też pojawili się nowi – dla których to co tu mogą przeczytać stanowi jakąś wartość. Czasem bardzo dużą. Widząc to i przyjmując to z autentyczną satysfakcją, nie mogłem jednak nie zauważyć, że wiele z tych osób od samego początku uznało, że to że oni się utożsamiają z poglądami, jakie są tu głoszone, mogą w pewnym sensie potraktować mnie, z moimi poglądami i moim talentem, jako część swojej ‘stajni’. A tym samym, żądać ode mnie posłuszeństwa, lojalności, a przede wszystkim uczestnictwa w regularnie przeprowadzanych testach. W efekcie tego szczególnego układu przez wiele miesięcy byłem przyjacielem wielu i to przyjacielem, którym oni mogli się chwalić na co dzień, tyle że oczywiście do czasu. W momencie, gdy się okazywało, że – nawet nie same teksty, bo one były wciąż mniej więcej takie same – ale ja sam odważyłem się zrobić coś, co mogło świadczyć, że jednak nie jestem „swój”, i kiedy powtórzyło się to kilka razy, całe zaufanie natychmiast trafił szlag. Najpierw okazało się, że nie jestem jednak polskim patriotą, później że nie jestem aż taki bezkompromisowy, później że jestem zwykłym zdrajcą, a dziś się okazuje, że jednak jest zwyczajnie mainstreamowy i kleję się do establishmentu. Co ciekawe, za każdym razem, okazywało się nagle coś jeszcze. To mianowicie, że te teksty są w gruncie rzeczy do niczego. Źle napisane i fałszywe.
Trudno jest mi się zajmować wszystkim. A więc i ten patriotyzm i tę bezkompromisowość, a nawet tę zdradę odłożę być może na później. Dziś zająć bym się chciał establishmentem. Tylko nim i nawet nie tylko ze względu na brak miejsca, ale być może przede wszystkim dlatego, że ten akurat zarzut jest mi najbardziej przykry. Porozmawiajmy więc o establishmencie. Przyjrzyjmy się, czym jest establishment, ale też jak się przedstawia scena alternatywna. Co słychać w tak zwanym punk-rocku. Najbardziej zawzięci głosiciele wolnego słowa i wolnego sumienia przede wszystkim odmawiają mi prawa publikowania w Salonie24. Raz, dlatego że Salon to zwykła agentura, a dwa że wróg. Fakt że ja tu piszę, a nie wyłącznie w Blogmediach, czy w jakimś innym „niezależnym” portalu dyskwalifikuje zarówno mnie jak i te teksty. Są też tacy, którym wprawdzie aż tak nie przeszkadza, że te teksty ukazują się w Salonie, ale że są wciąż na górze głównej strony i że ja o to „zabiegam”. A zatem zamiast przyłączyć się do tzw. „zapiwniczonych”, jestem liże tyłek Igorowi i jestem jednym z „onych”. No i są wreszcie ci, którzy uznali, że każdy mój gest w stronę wyjścia z tym blogiem poza jego elitarny charakter to dowód słabości. Co ich wszystkich łączy? Moim zdaniem to mianowicie, że oni naprawdę wierzą, że establishment ma swoją opozycję w anty-establishmencie, no i naturalnie też to, że tylko oni ten anty-establishment reprezentują.
Porozmawiajmy więc może o tzw. anty-establishmencie. A więc o tym, na co może liczyć każdy zdolny, ambitny i uczciwy głosiciel wolnego słowa. Zachęcany przez wielu, swego czasu postanowiłem zorientować się, czy tych tekstów nie dałoby się gdzieś wydrukować. Przez kolegę z Salonu, Sowińca zgłosiłem się do człowieka z wydawnictwa Arcana. Dowiedziałem się, że o publikacji mowy nie ma, chociaż być może któryś z tych tekstów wydrukują w magazynie. Więcej nie rozmawialiśmy. Przez innego znajomego, nawiązałem kontakt z Gazetą Polską i z jej naczelnym Sakiewiczem. Próby choćby zachęcenia Sakiewicza do wstępnej rozmowy skończyły się kompletna porażką. Osobiście napisałem mail do Dominika Zdorta z Rzeczpospolitej z pytaniem, czy nie wydrukowaliby mojego tekstu na temat wyrzucenia Mariusza Kamińskiego z CBA, tłumacząc, że być może byłoby dobrze, gdyby Rzeczpospolita zainteresowała się głosem z blogów. Zdort odpisał mi, że oni mają mnóstwo fajnych swoich tekstów i żebym wpadł innym razem. Kiedyś, widząc że Wprost uruchomiło własną stronę z blogami, pomyślałem, że wyślę im swój adres. Odrzucili mnie, pisząc, że jestem zbyt kiepski. Miałem okazję rozmawiać z rzecznikiem PiS-u, posłem Błaszczakiem i namawiałem go, by PiS zainteresował się tym, co się dzieje tu w Salonie i, ze względu na potencjał, jaku tu się znajduje, spróbował jakoś to wykorzystać. Pomijając kilka uprzejmych słów – zero. Przez te dwa lata, jedyną osobą – spoza stałych czytelników tego bloga – jedyną osobą, która zainteresowała się tym, co się tu dzieje, był Ojciec Rachmajda ze swoimi pięknymi Zeszytami. Tylko on. Przeczytał któryś z tych tekstów, poprosił mnie o kontakt i zaproponował współpracę. Ale przecież nie tylko mi. Przeczytał wiele innych tekstów i autorowi każdego z nich też zaproponował współpracę. A zatem, pokazał, że go obchodzi coś więcej.
Wspomniałem wcześniej o moim koledze Krzysiu Wołodźce, który dziś żartuje sobie z nas, uczestników konkursu na blog roku, że jesteśmy tacy zakłamani. Miałem kiedyś okazję z nim spędzić miłe parę godzin przy piwie. Zapowiedział mi wtedy, że Magazyn Obywatel, z którym współpracuje będzie mnie – jako ukrytego lewicowca – prosił o pisanie dla nich stałego felietonu. Powiedziałem, że bardzo mi miło i że chętnie będę dla nich pisał. Więcej ten temat się nie pojawił. A dziś Wołodźko się ze mnie śmieje, że ja kolaboruję z Walterem! Ze wszystkich znanych mi osób i instytucji, które można by było podejrzewać, że zainteresują się blogami, jako czymś nowym, świeżym, a jeśli znajdą tam coś robionego z sercem i talentem, przedstawią jakąkolwiek propozycję, zaledwie jeden skromny ksiądz z Poznania zechciał ruszyć w tej sprawie palcem.
Po co to wszystko piszę? Wbrew pozorom, wcale nie po to, żeby się skarżyć na swój blogerski los. On jest akurat zupełnie satysfakcjonujący. Może nawet z bardzo. Chodzi mi o to, żeby pokazać, że ze wszystkich znanych mi osób i instytucji, które zrobiły cokolwiek dla tego bloga, poza czytaniem go i chwaleniem talentu autora, jedynie Ojciec Rachmajda, Igor Janke i teraz Onet wykazali jakiekolwiek zainteresowanie. Piszę to po to, żeby wszystkich tych, którzy kpią, że zdradzam swoją sztukę i niezależność i kolaboruję z wywiadem wojskowym spytać, dlaczego nawet Gazeta Polska, nawet Arcananie zorganizowały konkursu na blog roku? Dlaczego nawet Gazeta Polska nie zainteresowała się tym, co się tu dzieje? Dlaczego żaden z wybitnych prawicowych publicystów – z wyjątkiem Warzechy, którzy raz tu wpadł, żeby mi powiedzieć, że on pilotuje boeinga, podczas gdy ja się wożę traktorem – którzy się tu produkują od czasu do czasu, nie zechciał tu przyjść na dłużej i trochę wspólnie z nami pokomentować?
Kiedyś umieściłem tu bardzo emocjonalny tekst przeciwko aborcji, zatytułowany Viva la Muerte, czyli powrót do przyszłości http://toyah.salon24.pl/88074,viva-la-muerte-czyli-powrot-do-przyszlosci. Po jakimś czasie wybitny publicysta katolicki red. Terlikowski zamieścił u siebie na blogu tekst Teraz oni – rok 2025 http://terlikowski.salon24.pl/50177,teraz-oni-rok-2025, który moim zdaniem został zwyczajnie z mojego wpisu zerżnięty. Biorąc jednak pod uwagę, że przypadki się zdarzają, no i że każdy głos prawdy jest cenny, nie robiłem awantury, tylko napisałem Terlikowskiemu komentarz, w którym pogratulowałem mu wpisu i zaznaczyłem, że ja wcześniej dałem u siebie coś bardzo podobnego. Terlikowski nie odezwał się słowem. On nigdy zresztą nie odezwał się słowem. Kilka razy komentowałem u niego wcześniej. Nigdy nie odpowiedział w jakikolwiek sposób. Wiele razy pisałem teksty w duchu, który jest mu bliski. Terlikowski ani razu nie zostawił tu jednego komentarza. Nic. Zero. Tu niekiedy – jak wiemy – dzieją się rzeczy dla spraw Kościoła, ochrony życia, wiary, niezwykłe. Terlikowski – ale przecież nie tylko on – pozostaje niezainteresowany. Czy mam teraz może pisać o Pawle Milcarku? Bez żartów.
Teraz, kiedy zgłosiłem ten blog do konkursu organizowanego przez Grupę ITI, spotykają mnie cierpkie uwagi na temat mojego upadku. Chciałem więc tym wszystkim bojownikom o czystość wolnego słowa i o godność sceny alternatywnej., powiedzieć co następuje. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Onet, ITI całe to towarzystwo z redaktorem Sekielskim na czele, które będzie oceniało ten blog, to ferajna co najmniej podejrzana. Jednak jestem przy tym pewien, że gdyby ten konkurs, jakimś cudem, zechcieli zorganizować red. Terlikowski, z red. Ziemkiewiczem i z red. Sakiewiczem, a wszystko to pod patronatem magazynu Christianitas, ten blog przede wszystkim zostałby do konkursu pod byle pretekstem niezakwalifikowany, albo by zwyczajnie gdzieś w tym bałaganie zginął. Ale gdyby nawet jednak tak się zdarzyło że jakimś cudem by mu się udało, to i tak by pies z kulawą nogą by na niego nie zwrócił uwagi, bo i tak wygrałby któryś z nich. Nawet gdyby w jury znajdowali się sami polscy patrioci, antykomuniści, gorliwi katolicy i wybitni niezależni publicyści. I jestem przekonany, że to co tu, na tym blogu powstaje, prędzej zostanie zauważone i docenione przez red. Sekielskiego, a autor tych słów – jako utalentowany bloger – zaproszony do współpracy przez TVN24, z gwarancją pełnej niezależności, niż red. Sakiewicz zapyta mnie, czy mógłby któryś z moich tekstów wydrukować w Gazecie Polskiej.. Dlaczego? Dlatego, że w jakiś tajemniczy sposób Walterowi zależy, a Sakiewiczowi nie.
No i na koniec jeszcze jedno do tych, którzy – spodziewam się – już pędza, by mi powiedzieć, że nie jest obciachem pchać się w objęcia Onetu, ale w ogóle wystawianie tej sztuki do jakichkolwiek konkursów. Że nisza jest piękna, a popularność do dupy. Że moje pragnienie bycia uznanym i powszechnie czytanym przynosi mi wstyd i jest hańbiące dla mnie, dla tego bloga i dla wszystkich, którzy wkładają tu tyle serca, by ten blog współtworzyć. Proszę mi wybaczyć, ale nie wierzę w czystość Waszych intencji. Jednak nie mam możliwości, by tu swoją rację udowodnić. Przynajmniej do czasu, aż Rafał Ziemkiewicz czy Waldemar Łysiak nie zarobią na swoich książkach tyle pieniędzy, by ufundować nagrodę dla najlepszego blogera, ja uniosę się dumą, pofrunę na skrzydłach prawdziwej twórczej wolności i wyślę obu na przysłowiowe drzewo, a Wy wtedy rzucicie się na mnie, że wypuszczam z rąk taką okazję, taki honor i takie wyróżnienie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...