czwartek, 9 stycznia 2014

Na co komu ksiądz? Na co księżom my?

Kościół, który mamy tuż za naszym oknem, i przez którego, bijące nam z precyzyjną regularnością, dzwony, nie jestem w stanie ani w spokoju pogadać, ani posłuchać muzyki, ani nawet się jak należy pouczyć z Sebastianem angielskiego, bo z jakiegoś powodu Skype tego dźwięku nie toleruje i zniekształca nasze słowa, jest kościołem garnizonowym, a więc służy nam za miejsce modlitwy niejako obok naszej parafii.
Bardzo dziwny jest jego status. Z jednej strony, przez to, że w Katowicach wojska już nie ma, jego dalsze funkcjonowanie jest z formalnego punktu widzenia bez sensu, a z drugiej, podczas każdej niedzielnej mszy, on jest ściśle wypełniony wiernymi, na dodatek jeszcze, wiernymi w podwójnym rozumieniu tego słowa – a więc ludźmi pobożnymi, ale też ludźmi, którzy są bardzo wierni właśnie temu, a nie żadnemu innemu, miejscu.
I owa wierność jest dla mnie czymś całkowicie zadziwiającym. Tuż obok znajduje się kościół parafialny, nieco dalej, w drugą stronę – też jak najbardziej nasza – katedra, a mimo to jest całe mnóstwo ludzi, którzy nie chcą bywać nigdzie indziej, jak tylko tu właśnie. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak jest? Co przyciąga tych ludzi, ale przecież też i mnie, do tego właśnie miejsca? Dlaczego my od tylu już lat nie chcemy chodzić na msze nigdzie indziej?
Najprościej by oczywiście na to pytanie można odpowiedzieć, gdyby tak się akurat złożyło, że wojsko przysyła nam tu tak wybitnych księży, najlepiej jakichś wybranych dominikanów, że oni zwyczajnie porywają nasze serca i umysły – tyle że nasi księża nie są w żaden sposób wybitni.
Łatwo by było odpowiedzieć na to pytanie, gdyby się miało okazać, że te nabożeństwa, czy to niedzielne, czy powszednie, przez jakiś nieodgadniony w swojej tajemniczości nastrój tego miejsca, sprawiają, że wszyscy nagle czujemy taką bliskość Boga, że już nie chcemy szukać dalej – co jednak z tego, skoro tu, jeśli w ogóle już czymś wieje, to raczej kompletną przeciętnością, by nie powiedzieć nudą?
Łatwo by wreszcie było wytłumaczyć tę popularność, gdyby chodziło o to, że nasz kościół to i te bardzo patriotyczne tablice poświęcone polskim bohaterom, te białoczerwone flagi, ten nastrój dumnej państwowości, czy wreszcie fakt, że to tu właśnie wisi przepięknie poruszający obraz Matki Boskiej Katyńskiej i to tu są te wszystkie tabliczki z zamordowanymi tam właśnie „na nieludzkiej ziemi”. Tyle że to też nie może być powodem. Ja mniej więcej znam polityczno-społeczny przekrój tej naszej grupy, i bardzo bym się zdziwił, gdyby się miało nagle wydać, że większość z nich tym Katyniem się szczególnie mocno przejmuje. Ja tam choćby każdej niedzieli widzę pewną swoją sąsiadkę, która wygląda jak wręcz karykatura bardzo pobożnej katechetki, a przy okazji babci o gołębim sercu, a do dziś pamiętam, jak kiedyś, w swojej nieszczęsnej nieświadomości, tłumaczyła mi, co by, gdyby tylko mogła, zrobiła tej „kaczystowskiej mordzie”. A więc tu też nie może chodzić o ten najbardziej tradycyjny patriotyzm. Jakiś tam może i tak, ale z całą pewnością nie ten, symbolizowany przez obraz Matki Boskiej Katyńskiej.
Bardziej już może o najbardziej tradycyjny grzech… ale nie przyspieszajmy wypadków.
Ten patriotyzm zresztą nigdy nie mógł być powodem popularności Kościoła Garnizonowego w Katowicach. Ja pamiętam jeszcze z czarnego PRL-u atmosferę, jaką to właśnie miejsce budziło w ludziach takich jak ja. Powszechna bowiem opinia, jaka panowała na jego temat, była taka, że tam nie mam mowy o jakiejkolwiek pobożności. Tam w środku są jacyś wyznaczeni przez władze żołnierze, udający księży, a wśród wiernych połowa to zwyczajni esbecy, mający uważać, czy przypadkiem tam się nagle nie zacznie dziać coś nieprzewidzianego. A więc, jeśli już miałbym się decydować na którąś z tych opcji, to raczej na to, że Kościół Garnizonowy to kościół dla byłych komuchów, którzy kiedyś nie potrafili się jasno określić, a dziś jest im już łatwiej. Tyle że to też nieprawda. Gdyby tak było, to tam już dawno by coś zrobiono z tymi smoleńskimi miesięcznicami. Tymczasem wygląda na to, że większość z nich te comiesięczne uroczystości ma w nosie.
I pewnie bym tam już do końca życia błąkał się wśród tych zagadek, gdyby nie pewna sekwencja wymiany księży w naszym kościele, jaką mogliśmy zaobserwować w ostatnich latach. Zanim jednak przejdę do sedna, jeszcze jedno małe wyjaśnienie. Otóż tu jest tak, że ksiądz jest z reguły jeden, wikary i proboszcz, w jednej osobie. Jest więc ten jeden biedny ksiądz, jedna gospodyni, jeden kościelny… tu nawet, od czasu, jak mój syn wydoroślał, nie ma normalnego ministranta. Do mszy służy, zbiera na ofiarę, zamyka i otwiera drzwi, kościelny. Tu w pewnym momencie doszło do tego, że należało zmniejszyć liczbę niedzielnych mszy z sześciu do pięciu, bo zgodnie z przepisami jeden ksiądz nie może odprawić więcej, niż pięć. Dopiero niedawno nowemu proboszczowi dali do pomocy jakiegoś emeryta, no i nagle jest ich dwóch.
A zatem, ma ten nasz Kościół Garnizonowy najczęściej tego jednego księdza, który, samotny tu jak kołek, nie mając ani z kim pogadać, ani gdzie pójść, ani choćby posiedzieć latem w ogródku, jest tu, jak na klasycznym zesłaniu. Właśnie – zesłaniu. Otóż akurat nie ja, tylko moja wybitnie przenikliwa żona, któregoś dnia, obserwując kolejnych proboszczów, powiedziała, że ona nie ma najmniejszych wątpliwości, że księża, którzy tu do nas są przysyłani, są przysyłani za karę. Albo więc przez swoje pijaństwo, albo tak zwaną „babę”, hazard, czy jakieś inne, tak bardzo pospolite, grzechy. Tak twierdzi moja żona. Ona widzi kolejnego proboszcza, i od razu mówi: „Popatrz na tego. Ten musiał dopiero narozrabiać, że go tu wysłali. Ale to dobrze. Przynajmniej nikt nie będzie człowieka rozpraszał tanimi popisami”.
No i ja na nich patrzę i nagle widzę kolejnych księży, którzy w swojej zdecydowanej większości – bardzo to prawdopodobne – nie zdobyliby najmniejszej popularności wśród ludzi, którzy w Kościele szukają zachęty i inspiracji do wiary. Nagle sobie uświadamiam, że ludziom, którzy przychodzą do naszego kościoła, ci księża potrzebni są wyłącznie do tego, by odprawiać mszę, udzielać komunii, spowiadać i błogosławić, a więc robić dokładnie to wszystko, czego żaden z nas zrobić nie może.
Ludzie, którzy tak bardzo lubią przychodzić do Kościoła Garnizonowego mają w sobie wystarczająco dużo wiary koniecznej do tego, by jakiś, choćby nie wiadomo jak, nieudany, ksiądz ich tu był w stanie czegokolwiek pozbawić, ale też są wystarczająco grzeszni, i tej swojej grzeszności świadomi, by się tym, że ich proboszcz to pijak i dziwkarz, w ogóle przejmować. No i jeszcze coś: wygląda jakby oni w swojej większości woleli, żeby akurat podczas mszy żaden z tych mądrali ich nie rozpraszał.
I to, moim zdaniem, z punktu widzenia nas, ludzi Kościoła, stanowi sytuację wręcz fantastyczną. Nigdzie tak jak tu nie możemy bowiem poczuć, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy równie samotni, a jednocześnie tak niezwykle solidarni, wobec Boga Najwyższego i tego, co On nam obiecał.
Kilka lat temu stało się tak, że ówczesny proboszcz pojawił się za ołtarzem bardzo pijany. Trzymał się więc z trudem tego świętego porządku, kościelny-ministrant zwijał się jak w ukropie, żeby jakoś zapanować nad sytuacją, a ludzie ani się nie śmiali, ani nie szeptali między sobą, ani tym bardziej nie łapali się za głowy w panice, tylko robili to co do nich należy każdej niedzieli – a więc brali, pobożnie, jak tylko potrafią, udział we mszy. A co jeszcze ciekawsze, kiedy już po kilku dniach, ów nieszczęsny ksiądz został stąd zabrany, nawet nie zauważyłem, żeby sprawa była jakkolwiek komentowana. Zapytałem nawet o to pewną znajomą panią, a ona wzruszyła ramionami i powiedziała, że ona tu nie przychodzi dla księży.
W tych dniach, słynny – by nie powiedzieć, że wzorowo kultowy – wśród ambitnej i wykształconej młodzieży, dominikanin ojciec Szustak wygłosił fantastyczne, niemal powalające na kolana, kazanie o Święcie Trzech Króli. Jeśli ktoś nie wie, kim jest ów Szustak, to powiem tylko, że jest to taki ksiądz, który, mając w swoim życiorysie jakieś bardzo ciemne momenty, których być może jedynym już dziś widocznym śladem są tatuaże, jeździ po Polsce i głosi swoje kazania. Młodzież go uwielbia, pewnie w dużym stopniu przez to, że on wciąż używa słów takich, jako „kurde”, czy „koleś” i zawsze dba o to, by powiedzieć coś takiego, by kościół się zaśmiał. To jest pewnie jakiś powód, ale też musi mieć znaczenie i ta jego „dziarana” przeszłość, no i fakt, że on podobno nie ma nic: ani mieszkania, ani pieniędzy, ani nawet rzeczy innych poza ubraniem. No a to musi robić wrażenie.
A zatem wygłosił Szustak to swoje świąteczne kazanie, i wygląda na to, że znaczna część tych, do których on je adresował, kompletnie go nie zrozumiała. Oto na jednym z chrześcijańskich portali ukazała się informacja o słowie ojca Szustaka, utrzymana jednak w formie oskarżającej go faktycznie o bluźnierstwo. Jak słyszę, również już na Facebooku rozpętała się dyskusja na temat rzekomo skandalicznego kazania jednego z księży.
Jak mówię, wspomnianego kazania wysłuchałem i uważam, że to jest jedno z najbardziej pobożnych i interesująco napisanych kazań, jakie słyszałem. Tylko co z tego, jeśli podane w takiej formie, że prawdopodobnie większość go nie pojęła, a jego faktyczny efekt będzie taki, że ci, którzy Szustaka bezkrytycznie kochają, postarają się o tej akurat „wpadce” jak najszybciej zapomnieć, a ci, którzy się właśnie o nim dowiedzieli, i których on zapewne pragnął ewangelizować, uznają go za jakiegoś dziwaka. I tyle wszystkiego.
Nie wiem, czy to co się dzieje wokół niego dziś będzie miało dla niego jakieś konsekwencje – mam nadzieję, że nie – ale jeśli jednak tak, on zawsze może przyjechać tu do nas. Prawdopodobnie, część z nas tego, co on nam powie, nie zrozumie, część nawet nie będzie słuchała, a tych kilku wróci do domu i powie, że ksiądz powiedział ładne kazanie, tyle że trochę trudne. Z całą jednak pewnością, nikt nie będzie z tego powodu, że ten Szustak jakiś nie bardzo, robił sensacji. W końcu myśmy tu nie takie cuda widzieli.

Proszę serdecznie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, a jak ktoś jeszcze nie ma, to polecam którąś z wystawionych też obok książek. Można je zamawiać u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, albo w księgarni u Gabriela coryllus.pl, gdzie można też trafić przy okazji na całą masę innych wartych uwagi rzeczy. Zachęcam i dziękuję.

9 komentarzy:

  1. Właśnie oglądałem w teleekspresie jak jakiś facet podał księdza do sądu za to, że gdy ten był nieprzytomny po zawale serca dostał "ostatnie namaszczenie" i wyzdrowiał. Ten sakrament obraził tego kogoś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sędzia powinien go wysłać na badania psychiatryczne i ukarać grzywną za obrazę sądu.

      Usuń
  2. Dziś w Gazecie Wrocławskiej napisali, że Agnieszka Chylińska nawróciła się po rozmowach z Szymonem Hołownią. Spotykali podczas realizacji programu Mam Talent.

    Po '89 roku niektórzy ze znanych mi oficerów politycznych (mieszkam wśród byłych i obecnych wojskowych)zaczęli uczęszczać do kościoła. Do dziś zastanawiam się ilu z nich naprawdę się nawróciło a ilu dostało taki rozkaz.

    OdpowiedzUsuń
  3. @birofil
    No widzisz? Nawet Hołownia potrafi nawrócić, a co dopiero jakiś upadły ksiądz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Chodzi o homilię z 5 stycznia w której pada "feminizm"? Tego się przyczepili krytycy o. Szustaka? Rzeczywiście nic nie zrozumieli.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Przemko
    Nie. Chodziło o tę ironię ze Świętem Trzech Króli. Kiedy Szustak mówi, że niby Kościół w ten sposób strzela sobie w stopę.

    OdpowiedzUsuń
  6. To mają refleks, on w ten sam deseń mówił już ze 3 razy w minionych latach. W rzeczy samej Kościół nie do końca wykorzystuje możliwości jakie niesie ta historia, o. Szustak zresztą też. On podkreśla że ci królowie byli tak pewni że narodził się król że wszyscy łącznie z Herodem im uwierzyli. Dlaczego, przenosząc to na dzisiejsze czasy, nie dodać że owi królowie-mędrcy-magowie zajmowali się astronomią czyli byli ludźmi wykształconymi. Nauka złożyła pokłon Panu Bogu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Też słuchałem i on jeszcze coś niepotrzebnie kontrowersyjnego powiedział o Matce Boskiej, chyba. Polecam jednak Panu Toyahowi kazania księdza Piotra Pawlukiewicza, duszpasterza akademickiego. Moim zdaniem bezkonkurencyjny geniusz kazań. Dosadnie, z sensem i prosto w serce. On na ten temat też się wypowiadał i kazanie o. Szustaka jest tego słabszą kalką. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń