sobota, 24 sierpnia 2013

Żeby Krzysiek...

Przez tę przerwę, nagromadziło się tyle rzeczy, o których wypadałoby opowiedzieć, i choć najprościej byłoby skorzystać ze sprawdzonej przecież powszechnie zasady „wszystko po kolei”, wciąż pojawiają się nowe wydarzenia, i jest bardzo trudno się od nich odpędzić.
Weźmy takiego Marka Bolana i jego wstrząsająco piękny grób na cmentarzu w Golders Green w Londynie. Byłem tam, przywiozłem ze sobą wspomnnienie i oczywiście fotografię, i chciałem podzielić się tu odpowiednią refleksją, ale cóż ja mogę zrobić, skoro dziś spotkałem mojego kumpla menela i jestem znów kompletnie porażony?
Problem menelstwa przez całe niemal życie odsuwałem od siebie z histeryczna wręcz determinacją, a powód miałem jeden. Otóż ja zawsze starałem się unikać rozwiązań najprostszych, również – a może przede wszystkim – na poziomie emocjonalnym, a nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że z punktu woidzenia tak zwanego popu, nie ma nic bardziej fascynującego, jak autentyczny menel z autentyczna historią.
Miałem kiedyś bardzo bliskiego kolegę, o którym zresztą napisałem wspomnienie w swoim „Biustonoszu”, który kiedyś był z nami niemal na co dzień, ale jego życie niestety tak się potoczyło, że stracił dom, a jakiś czas później, pewnego niedzielnego poranka, skończył na pewnym przystanku, zabity przez samochód, którego kierowca nieszczęśliwie zasnął za kierownicą. Ach! Jak się te losy plotą, czyż nie?
Otóż mój kumpel Harmyto, kiedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że mu życie się ułoży tak jak się ułożyło, pracował w kiosku Ruchu, opowiadał z błyskiem w oku o pewnym lokalnym pijaczku, który regularnie przychodził do kiosku w celu nabycia kolejnej porcji wody brzozowej na potrzeby konsumpcyjne. Harmyto był swoimi kontaktami z tym człowiekiem tak bardzo poruszony, bo, z tego co mówił, wynikało, że mieliśmy do czynienia z człowiekiem bardzo szeroko wykształconym, znającym szereg obcych języków (w tym chiński), będącym w stanie rozmawiać na wszelkie możliwe tematy… tyle że śmierdział i wyglądał nieładnie. Kolega mój – trochę pewnie pod wpływem naszej fascynacji kulturą pop – strasznie przeżywał każde z tym człowiekiem spotkanie, a ja – no, cóż ja – wzruszałem ramionami i odsuwałem od siebie wszelkie emocje, bojąc się popaść w tani sentymentalizm. No, a poza tym mi nigdy nie imponowała ani wyższa wiedza, ani znajomość języków, no a już tym bardziej proste – czy nie proste – menelstwo.
Napisałem niedawno o człowieku, z którym się zapoznałem wyłącznie ze względu na jego cudowny uśmiech i tak niezwykle radosne spojrzenie, i który mi zaproponował, bym się modlił do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, bo tylko ona zna ten moment, kiedy to trzeba wystawić rękę, by złapać spadający ze stopy bucik. Obiecałem – sobie i jednemu z zaprzyjaźnionych komentatorów – że się dowiem, jak on ma na imię, no i się dowiedziałem. Otóż, proszę sobie wyobrazić, jemu na chrzcie dali Krzysztof. Wiadomość ta była dla mnie tak porażająca, że w pierwszej chwili mu powiedziałem, że moim zdaniem on sobie ze mnie stroi żarty, jednak na tyle na ile potrafię oceniać ludzi, musiałem przyjąć, że on mnie nie oszukuje, a więc najpierw on mi obiecał, że, jak się spotkamy w poniedziałek – w sumie ciekawe, czemu on wykluczył niedzielę – pokaże mi dowód osobisty, a potem zaproponował, że się napijemy za rok, 25 lipca.
Ale opowiedział mi coś jeszcze. Otóż – o czym wcześniej nie wspominałem – kiedy go poznałem, on miał dwie nowiusieńkie niebieskie kule. Dziś miał tylko jedną z nich i strasznie się, martwił, ze, kiedy on leżał gdzieś nieprzytomny, ktoś mu jedną z nich ukradł. Po co? Nie wiem. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że może ot tak, dla – jak to pięknie określił Norwid – ludzkiej zabawy?
Mój kumpel Krzysiek ma 50 lat i jest bezdomny od dwudziestu lat. Wcześniej był cukiernikiem, no a potem przyszła III RP, no i go wypchała na ulicę. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że gdyby on był troszkę starszy, pewnie by trafił tam gdzie jest, jeszcze za Jaruzelskiego i Kiszczaka, no ale my dziś rozmawiamy o Krzyśku, który wkroczył w nową Polskę jako cukiernik, i mu jakoś tam nie wyszło. Zapytałem go, gdzie śpi – czy może w tej opuszczonej kamienicy tuż obok? A on mi na to odpowiedział, że nigdzie. Że jak jest noc, to on w ogóle nigdzie nie śpi. „Trzeba czuwać” – tak mi powiedział. Natomiast w dzień, tak jak to w życiu, to tu to tam.
Na koniec naszej rozmowy Krzysiek mnie poprosił, żebym mu dał jakiś grosz. Nie miałem nic poza dziesięciozłotowym banknotem, więc mu dałem tę dychę. On się bardzo przejął i obiecał mi, że w poniedziałek odda mi resztę, na co ja zaproponowałem, że w tej sytuacji, zrobimy tak, że on w poniedziałek ode mnie nie dostanie nawet tradycyjnej puszki Żywca, i będzie gites. Zgodził się z radością.
Moja starsza córka twierdzi, ze tu w okolicy żyje człowiek, który kiedyś na wydziale socjologii Uniwersytetu Śląskiego doktoryzował się w zakresie bezdomności, i tak go ten temat wciągnął, że już tam został. Moje dziecko mówi mi, żebym uważał, bo tam musi być coś takiego, co wsysa tych bardziej wrażliwych z nas, jak czarna dziura. A ja jej mówię, żeby się nie martwiła. To wszystko się zaczyna znacznie wcześniej. Mniej więcej tuż po studiach, ewentualnie gdzieś w czasie pracy nad różyczkami z lukru na kolejny tort dla szczęśliwych nowożeńców. Większość z nas jest w miarę bezpieczna.

I tym optymistycznym akcentem chciałbym prosić o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. W blogerze wprawdzie nastąpiła jakaś awaria i wszystkie dodatkowe informacje znalazły się na samym dole strony, jednak, jeśli tylko poszukać, wszystko jest jak było. Dziękuję.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.