wtorek, 6 sierpnia 2013

Marvin Heemeyer, czyli o zrównywaniu z ziemią

Jeśli przyjmiemy, że 5 lat to szmat czasu, mogę chyba powiedzieć, że dość niedawno, dzieląc się na tym blogu refleksjami na temat jednego z moich ulubionych filmów, a mianowicie „Trzech dni Kondora”, wspomniałem jego finałową scenę, kiedy to biedny Robert Redford wygraża się, jak to on o wszystkim poinformuje „New York Timesa”, „New York Times” wszystko opisze, świat się dowie, i źli ludzie zostaną ukarani, na co jego rozmówca odpowiada mu: „A co, jeśli nie napiszą?” I, jak mówię, biedny, Robert Redford kamienieje, i tak film ów się kończy.
O co chodzi? Otóż chodzi o to, co zawsze. Że w obliczu potęgi Systemu, jego ukrytej natury i nieznanego nam choćby kształtu, musimy zawsze zakładać, że w pewnych szczególnych sytuacjach nie mamy zwyczajnie szans. I tego stanu nie zmieni ani twarde prawo, ani wolne media, ani nawet tak zwana pięść ludu. Gdy stawka jest naprawdę wysoka, System robi, co chce.
Jeszcze bardziej niedawno mieliśmy okazję zaobserwować, w jaki sposób owa kontrola Systemu działa w wersji turbo, na przykładzie wielkiej katastrofy budowlanej, jaka miała miejsce w Bangladeszu, i w wyniku której śmierć poniosło ponad 1000 osób. Niektórzy z nas pewnie jeszcze wszystko dobrze pamiętają, część z całą pewnością – zgodnie zresztą z oryginalnym planem – o niczym zwyczajnie nie słyszała, część, nawet jeśli coś tam kiedyś usłyszała, nie zwróciła na to uwagi i dziś nawet nie pamięta, że cokolwiek się wydarzyło, ale to się naprawdę zdarzyło. W Bangladeszu runął ośmiopiętrowy budynek, w którym na zamówienie największych światowych sieci odzieżowych szyto ubrania dla mnie i dal Ciebie, i, jak mówię, w wyniku owego nieszczęścia zginęło ponad tysiąc osób. Rzecz jednak nie tyle w samej tragedii i w żniwie, jakie zebrała, ale w tym, że przez kilkanaście następnych dni, światowe media zastosowały wobec tego, co się stało, niemal pełną blokadę informacyjną. O ile się nie mylę, u nas w Polsce, zaczęto o tym pisać dopiero po tym, jak na tym blogu ukazał się odpowiedni tekst, i w ślad po nim o sprawie poinformowała „Gazeta Polska Codziennie”. Mniej więcej tydzień po zdarzeniu.
Dlaczego w sytuacji, gdy światowe media potrafią zrobić sensację z najbardziej trywialnych wypadków, polegających na tym, że gdzieś ktoś został zasypany kupą piasku, wpadł do studni, czy został zastrzelony przez jakiegoś wariata, o tym, że ponad 1000 osób zginęło podczas niewolniczej pracy na rzecz wielkiego międzynarodowego przemysłu, myśmy mieli się nie dowiedzieć nigdy, lub dowiedzieć się maksymalnie bezrefleksyjnie? Otóż poszło o to, że wspomniana katastrofa była czymś tak strasznym, tak głęboko porażającym, tak wreszcie pełnym znaczeń, że gdyby w tej sprawie została sprowokowana powszechna debata, System poniósłby bardzo poważne szkody. Pisałem o tym w odpowiednim momencie, dziś powtarzać się już nie mam nawet siły, ale tak to właśnie wygląda. Gdyby sposób, w jaki doszło do śmierci tych ludzi, został poddany gruntownej debacie, System by się mógł z tego zwyczajnie nie pozbierać.
Bangladesz jest trzecim, największym eksporterem taniej odzieży dla światowego przemysłu. Nie wiem, kto jest pierwszym i drugim. Może Indie, może Chiny, może jeszcze ktoś, ale Bangladesz jest trzeci. Dzięki praktycznie niewolniczej pracy tamtejszych kobiet i mężczyzn, cały świat chodzi odziany i wystrojony wedle uznania, wedle potrzeby i wedle swoich finansowych możliwości. I to jest podstawa Systemu. I jej zmieniać nie wolno. Tak ma być i tak będzie. A jeśli kiedyś przyjdzie nam o tym porozmawiać, to z całą pewnością powodem do tej rozmowy nie będzie to, że gdzieś zginęło 1000 osób. Uważam, że katastrofa w Bangladeszu pokazała nam tę prawdę w sposób wręcz modelowy.
I oto wczoraj otrzymałem wiadomość od mojego kumpla LEMMINGA, który zawsze bardzo dba o to, by mi nie zabrakło odpowiedniej porcji inspiracji do prowadzenia tego bloga, a ja mu się – jak wierzę – odwdzięczam lepiej, niż on by się mógł tego spodziewać, że w roku 2004, a więc ledwie co, 11 lat temu, w miejscowości Granby w stanie Colorado pewien drobny przedsiębiorca nazwiskiem Marvin Heemeyer, właściciel zakładu produkującego i instalującego tłumiki do samochodów, w reakcji na plany władz swojego miasta wybudowania cementowni, której lokalizacja odcięłaby jego zakład od świata, a tym samym doprowadziła go do ruiny, a przede wszystkim ze względu na odmowę jakichkolwiek negocjacji, połączoną z systemową wręcz agresją, przy pomocy specjalnie zaprojektowanego i odpowiednio wyposażonego, buldożera, zrównał z ziemią pół miasta, a następnie popełnił samobójstwo.
Kto chce, może oczywiście sobie zajrzeć do Wikipedii i tam o wszystkim poczytać, ale trochę na wszelki wypadek, gdyby się komuś może nie chciało szukać, a trochę z potrzeby serca – właśnie tak! – przytaczam istotne fragmenty:
Kiedy kolejne petycje do władz, mediów i lokalnej społeczności nie dały żadnych skutków, Heemeyer poddał się, dzierżawiąc grunt firmie wywożącej śmieci. Umowa zakładała, że miałby on sześć miesięcy na wyprowadzenie się z posesji. Jak się później okazało, okres ten wykorzystał na ulepszenie swojego buldożera, osłaniając go miejscami ponad 30 centymetrami stali i betonu, instalując kamery zapewniające widoczność otoczenia w każdym kierunku, a w końcu konstruując klimatyzację i inne systemy pozwalające na komfortowe przebywanie wewnątrz przez wiele godzin.
4 czerwca 2004, konstruktor zasiadł za sterami buldożera, wyjeżdżając przez ścianę swego dawnego warsztatu, a następnie zrównując z ziemią fabrykę cementu i wyruszając w miasto. W ciągu kilkugodzinnej wyprawy Heemeyer zniszczył doszczętnie budynek ratusza, siedzibę lokalnej gazety, dom burmistrza, i wiele innych budynków publicznych powiązanych z osobami, które były zaangażowane w spór. Łącznie w gruzach legło 13 budynków. To, że nikt nie został ranny, niektórzy świadkowie przypisywali precyzyjnej kalkulacji działań Heemeyera.
Podczas powolnego i nieubłaganego pochodu pojazdu, policja i oddziały SWAT próbowały powstrzymać maszynę, ale zarówno ogień z broni długiej, jak i granaty nie miały żadnego wpływu na pojazd, i ostatecznie, po oddaniu ponad 200 strzałów (w tym amunicji przeciwpancernej), siły porządkowe musiały po prostu bezsilnie obserwować wydarzenia.
Buldożer był uzbrojony w karabin Barrett M82, karabin Ruger AC556, pistolet Kel-Tec P11 i rewolwer magnum, ale Heemeyer użył ich tylko do celów obronnych. Gdy policjanci zorientowali się, że strzela ponad ich głowami, na początku sądzili, że po prostu słabo strzela, kiedy jednak później weszli do buldożera i zobaczyli uzbrojenie i kamery, uświadomili sobie, że gdyby Heemeyer chciał, mógłby pozabijać wszystkich z łatwością. Wszystko wskazuje więc na to, że jedynym celem Heemeyera była destrukcja budynków, a nie krzywdzenie ludzi.
Heemeyer dwukrotnie zmierzył się z innymi maszynami. Gdy zaatakował cementownię, Code Docheff – właściciel zakładu – wsiadł do ładowarki i próbował trafić w silnik buldożera, a następnie zerwać gąsienicę. Marvin oddał najpierw kilka strzałów ostrzegawczych w powietrze, potem w łyżkę ładowarki, a potem zepchnął ją na bok. Docheff uciekł, słysząc strzały. Później, gdy buldożer znajdował się na terenie Independent Gas Co., władze wysłały w jego kierunku dwie zgarniarki. Jedna z nich zablokowała mu wyjazd, tak aby policja mogła oddać strzał z ciężkiej broni. Heemeyer zawrócił i próbował wyjechać z zakładu inną drogą, a potem po stoku znajdującym się wzdłuż drogi. Kiedy mu się to nie udało, ruszył w stronę zgarniarki. Pomimo, że kierowca z całych sił próbował go zatrzymać, Marvin zepchnął go na bok i odjechał. Kilka minut później zgarniarka zablokowała Heemeyerowi drogę wstecz podczas burzenia sklepu Gambles. Heemeyer ruszył przed siebie, niszcząc kompletnie ścianę budynku. Ostatecznie do akcji wkroczył inny buldożer, Caterpillar D9, ale wówczas było już po wszystkim.
Gdy po pewnym czasie w pojeździe zawiodła chłodnica, a jedna z gąsienic zapadła się w piwnicy sklepu Gambles, pilot buldożera sięgnął po pistolet i popełnił samobójstwo. Zarówno pozostawione przez niego nagrania, jak i sposób budowy włazu, wskazują, że nigdy nie zamierzał opuścić buldożera – właz został skonstruowany tak, by jego ponowne otwarcie graniczyło z niemożliwością. Według niektórych źródeł Heemeyer zaspawał się w środku, choć wcale nie musiał tego robić – sama pokrywa ważyła 910 kilogramów i była dobrze wpasowana w pancerz, poza tym Heemeyer zalał ją olejem, by trudniej było ją chwycić, co odkryli policjanci próbujący dostać się do kabiny.
Ponieważ obawiano się (bezpodstawnie, jak się okazało), że buldożer może być zaminowany, przewieziono go z dala od miasta i dopiero tam przystąpiono do prób otwarcia kabiny. Dopiero około 2 w nocy policjanci z pomocą palnika wycięli dziurę w miejscu, gdzie zainstalowana była kamera i weszli do środka. Wówczas z pomocą dźwigu wydobyto ciało Heemeyera.
[…]
Straty spowodowane przez Heemeyera oszacowano na ponad 7 milionów dolarów. Mimo potępienia ze strony lokalnych władz i mediów, dla wielu osób, stał się ludowym bohaterem i symbolem sprzeciwu wobec władzy. Powstało wiele witryn gloryfikujących jego działania.[…]
Urzędnicy miejscy ogłosili 19 kwietnia 2005, że[buldożer] zostanie rozebrany i zezłomowany. Części zostaną rozwiezione po wielu złomowiskach by zniechęcić zwolenników Heemeyera do zbierania pamiątek”.
Oczywiście ja biorę pod uwagę taką możliwość, że ktoś w tym momencie zakrzyknie: „To ty o tym Heemeyerze nie słyszałeś??? Nie słyszałeś o jego wypasionym Killdozerze?” Biorę to pod uwagę, ale jeszcze bardziej jestem pewien, że nic się takiego nie stanie. Gdyby bowiem ta sprawa była w owym 2004 roku choć minimalnie nagłośniona, ja akurat bym o tym usłyszał, i raczej bym tak łatwo tego nie zapomniał. Ale jest jeszcze coś. Gdyby bowiem o tym, co się stało w miejscowości Granby w Stanach Zjednoczonych w roku 2004 wolno nam było wiedzieć i szeroko dyskutować, autor notki w Wikipedii zamiast pisać o „witrynach” upamiętniających ów akt szaleństwa człowieka zaatakowanego przez System, z całą pewnością podałby nam całą listę tytułów książek i filmów opowiadających o tamtym i strasznym i tak fantastycznie pięknym piątku, a nazwisko Heemeyer byłoby znane na całym świecie, tak jak jakiś nie przymierzając, Rambo, czy choćby i Guy Fawkes, a więc postaci, które nie przestraszą nawet lokalnego chuligana, a co dopiero jakiegoś urzędnika.
No ale my o Heemeyerze nie wiemy nic, a ja chętnie – jeśli wciąż komuś trzeba to wyjaśniać – opowiem dlaczego. Otóż o nim nam wiedzieć nie wolno. O nim nam nie wolno wiedzieć, nie wolno nam o nim dyskutować, a co najważniejsze, nie wolno nam próbować czynić z niego wzoru do jakichkolwiek rozmyślań. O Heemeyerze nam nie wolno mieć jakiejkolwiek głębszej wiedzy, która mogłaby być dla nas źródłem jakichkolwiek refleksji i nastrojów, podobnie jak nie wolno nam było usłyszeć o wspomnianym wcześniej nieszczęściu w Bangladeszu. To jest coś tak oczywistego, że aż głupio o tym mówić.
Wspomniałem Guya Fawkesa. Dziś już mało kto wie, kim był Guy Fawkes, jednak my, ludzie jeszcze z tamtych lat, to wiemy, bo nas o nim uczono w liceum, więc opowiem. Guy Fawkes był katolikiem, a jednocześnie człowiekiem tradycyjnie uważanym za przywódcę grupy spiskowców, którzy wymyślili sobie, że w noc z 4 na 5 listopada 1605 roku wysadzą w powietrze budynek londyńskiego parlamentu, kiedy król i wszyscy ministrowie będą obradować. Do ostatecznego rozwiązania jednak nie doszło. Guy Fawkes i jego przyjaciele zostali pojmani, natomiast sam Fawkes uniknął najbardziej okrutnej śmierci tylko dlatego, że wcześniej sprytnie zeskoczył z szafotu i skręcił sobie kark, natomiast to co nas dziś interesuje, to to, co z tego dla nas zostało? Otóż rok w rok, każdego 5 listopada, cała Anglia świętuje tak zwany „Guy Fawkes Day”, gdzie Anglicy się bawią, śpiewają piosenki i strzelają petardami. Co ciekawe, doroczne obchody nie mają upamiętnić momentu, gdy to biedny Fawkes rzucił się z szafotu na łeb na szyję, ale tę właśnie noc, kiedy to ów brytyjski parlament miał wylecieć w powietrze, a nie wyleciał. Tak to właśnie System pokazał, jak można sobie poradzić z kłopotliwą historią. Można ją albo zlekceważyć, albo zamienić w zabawę.
I ja sobie myślę, że jednak ci Anglicy mają w sobie coś wyjątkowego, czego nie mamy ani my, ani nawet tacy Amerykanie. Gdyby ci Amerykanie byli tak sprytni, to by dzień 4 czerwca uczynili świętem narodowym, a my, ich śladem, organizowalibyśmy festyny dajmy na to każdego 10 kwietnia.
No i jeszcze jedna, już na sam koniec, refleksja. Podczas niedawnych dyskusji tu na blogach, pojawiła się nagle wielki, klasyczny dziś już zespół Sex Pistols i cały kontekst jego debiutu i kariery. Otóż jest tak, że dziś wciąż bardzo aktywnie działa wokalista zespołu John Lydon, i to działa tak, że w pewnym sensie nie ma konkurencji. Proszę sobie wyobrazić, że ile razy zespół gra swój utwór „Warrior”, John Lydon wygłasza odpowiednią laudację na cześć Guya Fawkesa właśnie. I o to właśnie chodzi. O Fawkesie on może gadać, co mu ślina na język przyniesie. Niechby jednak tylko zaczął coś pleść o Marvinie Heemeyerze, to by zobaczył, jak to wszystko działa.

Serdecznie wszystkim dziękuję za pamięć i wszystkie gesty solidarności, szczególnie te, które nadeszły do mnie w tym czarnym dla nas miesiącu. Bez nich byśmy nie przeżyli. Proszę nie odchodzić.

5 komentarzy:

  1. @Toyah
    O tym facecie nie słyszałem. Zatrważające i imponujące zarazem. Przez 6 miesięcy metodycznie realizował swój plan. Nic mu nie przeszło...
    A co do 10 kwietnia, to spryciarzy u nas nie brakuje, więc nic straconego. Poczekajmy, wszak orzeł może!

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam!
    O Martinie dowiedziałem się kilka lat temu.

    Ma stronę w Polskiej Wikipedii:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Marvin_Heemeyer

    Na dole strony są linki do stron z fotkami jak wyglądał Jego buldożer i zniszczenia w mieście.
    Cześć jego pamięci!

    OdpowiedzUsuń
  3. @zawiśloak
    Jak idzie o 10 kwietnia, osobiście jestem dobrej mysli. Tu pamięć idzie z poza Systemu. Kompletnie obok tego gówna.

    OdpowiedzUsuń
  4. @birofil
    A więc wyprzedziłeś mnie o parę lat.

    OdpowiedzUsuń
  5. Też pierwszy raz o tym słyszę.
    To mocna historia, niech pamięć o tym człowieku trwa na wieki.

    OdpowiedzUsuń