niedziela, 25 sierpnia 2013

Modlitwa za Marca Bolana

Golders Green w popularnej opinii funkcjonuje, jako słynny londyński cmentarz, jednak cmentarzem w znanym nam sensie nie jest. Formalnie, Golders Green to przede wszystkim dzielnica Londynu, a poza tym jedno z pierwszych powstałych w Wielkiej Brytanii krematoriów. Pełna więc nazwa tego miejsca, to nie Golders Green Cemetery, lecz Golders Green Cemetery and Mausoleum.
A mimo to, mimo że nie mamy do czynienia z klasycznym cmentarzem, jeśli tylko sobie zażyczymy, to tam właśnie będą nas po naszej śmierci odwiedzać nasi bliscy. I nigdzie indziej.
Golders Green zatem to jest to krematorium, to mauzoleum z setkami wpuszczonych w gustowne wnęki urn, ta – nie wiadomo skąd nagle wzięta – kaplica z prawdziwym krzyżem i całą typową dla, znanych nam tak dobrze kaplic, oprawą, no i park. Piękny, typowy londyński park, z drzewami, klombami, pięknymi kwiatami, starannie przystrzyżonym krzaczkami, i tysiącem maleńkich tabliczek z nazwiskami ludzi, których już wśród nas nie ma.
To co robi być może wrażenie największe, to fakt, że – pomijając tę przedziwnie tam umieszczoną kaplicę – w Golders Green, wedle wszelkich znaków, nie ma Boga. To jest miejsce, z którego Bóg został bardzo skutecznie wypędzony. Tam jest to krematorium, te urny, i te niezliczone tabliczki umieszczona albo pod jakimś krzaczkiem, albo drzewem, albo kwiatkiem, i z tego, co słyszę, wynika, że tam nawet nie ma śladu choćby tylko prochów tych, których nazwiska widnieją na tabliczkach. Z tego, co się dowiaduję, ich ciała zostały najpierw spalone, a następnie rozrzucone w tym parku. Czy akurat tam, gdzie są te tabliczki? Tego nie wiem, ale wygląda na to, że to już jest bez znaczenia. Tu chodzi tylko o to, by była ta tabliczka i ten krzaczek; i ten kwiatek; i to drzewo. I żeby było ładnie. I żeby świeciło słonce, i żeby wiał łagodny wiatr.
Golders Green to krematorium. Bardzo znane i uznane krematorium. To tam została spalona Amy Winehouse. Tam został spalony Rudyard Kipling. Tam też spopielono ciało T.S. Elliota. To tam wreszcie najpierw spalono ciało Iana Dury, a potem ten pył wrzucono do Tamizy.
To jednak też tam, w tym przepięknym parku, znajdziemy tabliczkę z napisem: „Simeon and Phyllis Feld 19th September 2011 and 11th January 2011 Now Together With Their Beloved Son Mark 16th September 1997 Lovingly Remembered Always Rest In Peace”. Mark to znany nam skądinąd Marc Bolan, wybitny – jeden z najwybitniejszych – muzyk, gitarzysta, autor tekstów, poeta, kompozytor, lider jednego z największych zespołów ery rock’n’rolla – T-Rex.
A zatem tak wygląda grób Marca Bolana. Do tego miejsca nie prowadzą ani specjalne strzałki, nie ma nigdzie specjalnej tabliczki informującej o tym, że to tu można próbować go odnaleźć. W konsekwencji nie ma też bandy zaćpanych fanów śpiących na tej trawie. Nawet nie ma tego nazwiska „Bolan”. Tylko Simeon i Phyllis Feld i ich ukochany syn Mark. Ta skromność jest porażająca. Autentycznie porażająca.
A z drugiej strony, porażająca, i jednocześnie przerażająca, jest owa konsekwencja i determinacja, najpierw jego rodziców, a potem tych, co po nich zostali, by pod żadnym pozorem nie okazać słabości i nie przyznać, że jest coś jeszcze, ponad ten krzaczek i tę tabliczkę.
I tylko to jedno zgrzyta. Co jest z tym „dziś już razem z ich ukochanym synem”? Jakim synem? Jakie razem? Przecież gdy nie ma nic, to nie ma nic. Wszystko inne jest bez sensu. Wszystko inne jest wręcz nienaukowe. Przecież od tego to już tylko krok do Wisławy Szymborskiej na herbatce z Ellą Fitzgerald.
Szczęście, że tam się jednak znalazło miejsce dla tej kaplicy i tego krzyża. Tam można zawsze przyjść i się pomodlić za tych, którzy zostali porozrzucani gdzieś wśród tej zieleni. A jak ktoś ma za daleko, to może się zawsze pomodlić tu, na miejscu. Pomódlmy się więc za Marka Bolana, wielkiego muzyka i poetę. I liczmy na to – również we własnym interesie – że Jego Miłosierdzie jest w istocie nieskończone.

Biedni jesteśmy jak nigdy wcześniej. Bardzo proszę o nas nie zapominać i w miarę możliwości wspierać ten blog pod numerem konta, który ostatnio, z nieznanych powodów, znalazł się na samym dole strony. Dziękuję.


14 komentarzy:

  1. Byłem na urlopie.

    Ale nie w Londynie, a tym mniej w opisywanym miejscu, w którym nie byłem i - daj Boże - nie będę.

    Właśnie, jak to opisywane miejsce nazywać, żeby oddać nie jego adres, lecz jego istotę? Może: "miejsce, gdzie się rozsypuje"? ("Rozsypisko"?)

    Poza tym, co to w sensie transcendentnym oznacza: być tam rozsypanym? Słyszałem, że nieopodal jest cmentarz żydowski. Natomiast na rozsypisku, podobno, istnieje wspólnota (o ile tylko słowo to można wypożyczyć) żadnych wyznań.

    Wspomniałeś, Toyahu, o tamtejszym Krzyżu. O ile dobrze zrozumiałem, to on stoi sobie.

    O ile pamiętam, w swoim czasie tragiczna śmierć Marka Bolana wywołała spore emocje. Także związane z jakimiś zabobonami, ale już dokładnie nie pamiętam. Także ze względu na to, wydaje mi się mało prawdopodobne, aby jego fanom wystarczało samo upamiętnienie Marka przez jego Rodziców.

    Kluczowe jest bowiem ustalenie: Jakie razem? Przecież gdy nie ma nic, to nie ma nic.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię T-Rex i głos Bolana.
    Na resztę i ostatnie twoje wpisy jestem zbyt cienki by komentować.

    Ale zobacz jak kosmaty dokłada do pieca:
    http://wiadomosci.onet.pl/warszawa/kaczynski-namawia-do-zdrady-kontrowersyjna-reklama-w-stolicy/w99h1

    I te hieny mające czelność pytać czy to aby na pewno Lech. To jest czysta bolszewia jak za dawnych lat. W łachmanach i z karabinami na sznurkach, syf i wszy i to znów nam na oczy włazi. To nie są ludzie, to jakieś ścierwa za życia.
    Przepraszam, że tutaj ale tu jest samo mocne.

    OdpowiedzUsuń
  3. @orjan
    A mimo to, to jest naprawdę przepiekne miejsce. Autentycznie przepiękne.

    OdpowiedzUsuń
  4. @crimsonking
    Dziś mi to pokazała moja córka. Tym razem, ja jestem za cienki, żeby to komentować. Może jutro.

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajne melodie Pan Feld pisał. Nierozłączną część mojej młodości. Natomiast poezja?

    "Hey Pope Paul, my toes are clean/
    Whatever happened to the teenage dream?"

    Well may you ask.

    His death was tragically avoidable.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Michał Dembiński
    I'd suggest:
    "Is it wrong to understand
    The fear that dwells inside a man
    What's it like to be a loon
    I liken it to a balloon".
    By the way, you've seen the tomb, haven't you?

    OdpowiedzUsuń
  7. @Michał
    By the way, why do you say it was avoidable? What was so avoidable in it? You've got to die, you die, don't you?

    OdpowiedzUsuń
  8. Jakoś nie mam ochoty włączyć się w ten jazgot komentarzy na S24, a tutejsze miejsce wydaje mi się odpowiednie. Chcę bowiem nawiązać, nie całkiem oftopikowo, do salonowego sporu o wiadomy utwór Kołakowskiego oraz o Gałczyńskiego / Broniewskiego.

    Odcinam tu zakres twórczości naukowej, czy inaczej informacyjnej, których drogowskazem powinien być obiektywizm (ten klasycznie pojmowany). Odcinam też formalno prawne ujęcie twórczości, jeśli abstrahuje od wartości, przeznaczenia i od sposobu wyrażenia utworów.
    Skoro zaś podnoszę walor przeznaczenia twórczości, to ogólnie wolę, gdy utwór kieruje ku dobru, a nie do kloaki, czy w dowolny nihilizm. W szczególności zaś wolę, gdy kieruje ku wychowaniu społecznemu.

    Po tych zastrzeżeniach, jako niewydarzone odrzucam ogólne i szczegółowe blogosferyczne pretensje o, różnymi epitetami określane, „toyahowe rozdęte ego”. Są te pretensje po prostu śmieszne dopóki obcujemy z Toyahem przez same jego wypowiedzi twórcze. Twórczość wymaga bowiem pewnego ładunku szaleństwa, czy pasji. Inaczej jest jałowa. Nie ma wtedy ani racji, ani waloru i co komu z tego, że autor ładny, czy uprzejmy, gdy tylko tym porusza?

    Odpowiedniość tutejszego miejsca, a jednocześnie pointa tego komentarza polega na tym, że podstawową (i niezrozumianą!) sprawą, w której obronie stanął Toyah jest: MAJESTAT !

    W żadnym jednak przypadku nie chodzi o majestat należny urzędowo (tj. pa czinam), ale o ten kierujący ku dobru. W szczególności zaś ku wychowaniu. Zdaje się, niedługo będziemy mieli aż dwie zbiegające się w czasie lekcje praktycznego zastosowania majestatu: wobec Mrożka i wobec tych – Panie Boże przebacz dosłowność artystycznego nawiązania - „czaszek łupaszki”. Wiele się z tego zbiegu dowiemy. Także o sobie.

    OdpowiedzUsuń
  9. @orjan
    Dziękuję Ci za wsparcie. Myślę, że nie byłoby źle, gdybyś to jednak umieścił pod dzisiejszym tekstem Gabriela. Ta ich bezkarność jest porażająca.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawe co z tą śmiercią? Szkoda, że Mr. Dembinski nie rozwinął wątku.

    Mam pytanie. Jaką śmiercią umarł Marc Bolan? Co się stało z jego synem?

    OdpowiedzUsuń
  11. @tpraw
    W wypadku samochodowym. Syn jest tylko synem. Mieszka w Ameryce i próbuje skasować pieniądze za piosenki T-Rex.

    OdpowiedzUsuń
  12. @tpraw
    Ach, i jeszcze jedno. Michał ma w dupie nasze pytania. On wpada, zostawia komentarz i wraca do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  13. @tpraw

    Tam, zdaje się, była taka historia, że Bolan zabobonnie bał się śmierci w wypadku samochodowym. Na wszelki wypadek nie prowadził. Dał się jednak podwieźć dziewczynie, gdy wracali z jakiejś imprezy ...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.