czwartek, 22 listopada 2012

Uważam Rze - pismo o lepkich palcach

Nie wiem kompletnie, czy ci z nas, którzy spotykają się tu na tym blogu, zaglądają w ogóle – a jeśli tak to na ile uważnie – do Salonu24. Nie wykluczam jednak, że z tym może być dość marnie. A tymczasem okazuje się, że również stamtąd można uzyskać moc inspiracji. Weźmy takiego Cezarego Krysztopę. Tym wszystkim, którzy Krysztopy nie znają, opowiem króciutko, kto zacz.
Otóż mam wrażenie, że kiedy ja się w Salonie pojawiłem jeszcze w roku 2008, on już tam działał. A działał w ten sposób, że z jednej strony wciąż rysował bardzo dobre, bardzo oryginalne obrazki, z czasem dowcipnymi komentarzami, a z drugiej obok nich zamieszczał idiotyczne, mocno lemingowate w treści i nastroju polityczne komentarze. Przy tym swoim lemingostwie miał jednak Krysztopa w sobie coś takiego, co go zdecydowanie korzystnie wyróżniało na tle tej pozostałej bandy tuskooszołomionych intelektualistów, takich jak Azrael, Galopujący Major, by nie wspomnieć już o Rudeckiej. Mam tu na myśli pewną taką naiwną grzeczność, czy może tylko nieśmiałość.
No i oczywiście po paru latach okazało się, że wystarczy nie być bezczelnym chamem, by nie wytrzymać zbyt długo po ciemnej stronie mocy, i Krysztopa niepostrzeżenie znalazł się wśród tak zwanych „naszych”. Może jeszcze nie całkiem do końca, w każdym razie gdzieś tak na pozycjach między PJN-em, a Solidarną Polską, z niewątpliwa otwartością na wszelką dyskusję na temat Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. W tym jednak momencie okazało się, że za swoje decyzje trzeba słono płacić. I proszę sobie wyobrazić, że wcale nie chodzi mi o to, że Krysztopa zaczął być prześladowany przez peowskie i palikotowskie chamstwo, bo tego on się musiał spodziewać i na nie sobie jak najbardziej swoim gestem zasłużył. Mam na myśli to co z Krysztopą – uznawszy zapewne, że skoro on jest „nasz”, to się nie będzie stawiał, a skoro się nie będzie stawiał, to można go potraktować z pełną dezynwolturą – zrobili jego nowi kumple.
I tu przechodzimy do sedna, czyli do kwestii związanej z korzyściami płynącymi z zaglądania w miejsca takie jak Salon24. Proszę sobie wyobrazić, że w momencie gdy Krysztopa postanowił ostatecznie odwrócić się plecami do towarzystwa działającego na odcinku wspierania władzy, główny ilustrator słynnego i bardzo wpływowego prawicowo-konserwatywnego tygodnika, redagowanego przez tak zwanych „autorów niepokornych”, czyli „Uważam Rze”, niejaki Zawistowski, zaczął notorycznie kraść Krysztopie pomysły i za ciężkie pieniądze zamieszczać je we wspomnianym magazynie. I trzeba zauważyć, że tu nie chodzi o jakąś bardzo wyszukaną kradzież, gdzie w momencie gdy ktoś go złapie za rękę, oburzony złodziej może stosunkowo bezpiecznie zacząć krzyczeć, że co, że niech się wszyscy od niego odczepią, on nic złego nie miał na myśli, i tylko tak jakoś wyszło. Z Zawistowskim sprawa polega na tym, że on zamiast zacząć się wykręcać i coś tam zmyślać, zwyczajnie podniósł łeb i kazał wszystkim, by się od niego odpieprzyli.
Wydaje mi się, że ja kiedyś tu na blogu wspomniałem o pewnym swoim uczniu, który pewnego dnia szedł sobie zamyślony – a może tylko upalony – szkolnym korytarzem, i nie widząc, że naprzeciwko niego idzie dyrektorka, splunął jej pod same nogi. Kiedy ona krzyknęła: „Karol! Jak możesz pluć na podłogę?”, ten zrobił wielkie oczy i zapytał: „Kto? Ja???” Więc chodzi mi o ten rodzaj reakcji. Zawistowski – ilustrator „naszego” jak najbardziej tygodnika „Uważam Rze” – zapoznawszy się z uwagami Krysztopy odnośnie tego co ten cwaniak robi z jego pomysłami, zachował się dokładnie tak samo jak ten szkolny głupek. A może jeszcze gorzej. Bo, o ile mi wiadomo, tamten nasz uczeń nie kazał dyrektorce siebie przepraszać.
Jest zatem tak. Krysztopa zaobserwował, że Zawistowski systematycznie publikuje w „Uważam Rze” jego pomysły – jasne że bez porównania gorzej narysowane i dodatkowo przez ten fałsz zwyczajnie nieciekawe – i poprosił Zawistowskiego, żeby tego nie robił. Zawistowski jednak – zgodnie z zasadą opisaną nieco wyżej – Krysztopę odpowiednio spuścił, na co Krysztopa, w swojej naiwności, pomyślał, że on przez jakiś sznurek swoich znajomych zwróci się o interwencję do samego bliźniaka Karnowskiego. No a kiedy okazało się, że również Karnowski Krysztopę potraktował z uprzejmą obojętnością, w tej sytuacji Krysztopa po raz kolejny już zwrócił się o wsparcie do opinii publicznej. Żeby opinia publiczna zrobiła… co? No, tego już akurat nie wiem, bo doprawdy trudno sobie wyobrazić, by coś tak śmiesznego jak opinia publiczna było w stanie w tego typu sytuacji zrobić.
Oczywiście wiem, jak bardzo jest łatwo z wygodnej pozycji, jaką ja tu dziś sobie zajmuję, szydzić z Krysztopy i mu mówić, że jest fujarą. Czy bowiem ja, gdybym nagle zauważył, że jakiś Łukasz Warzecha dajmy na to bezczelnie przepisuje fragmenty moich tekstów, poszedł ze sprawa do sądu – co wielu komentujących sytuację Krysztopy mu sugeruje? Nie wydaje mi się. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ja prowadzę zupełnie zwyczajne życie, które na dodatek jest obciążone takim niepotrzebnymi zupełnie emocjami, że jeszcze jedna jest mi jak psu na budę. Myślę, że jak idzie o mnie, to ja bym nawet nie znalazł w sobie siły, by pójść do jakiegoś adwokata. Druga rzecz jest taka, że jestem pewien niemal na sto procent, że ja bym każdą tego typu sprawę przegrał, lub, w najlepszym wypadku, wyszedł z niej z umorzeniem, ze względu na małą społeczną szkodliwość czynu. A więc tu Krysztopa nie ma się co napinać.
A więc czemu ja się z Krysztopy śmieję? No bo moim zdaniem on marnuje fantastyczną okazję ku temu, by nie tylko zrobić przykrość Zawistowskiemu, ale samemu na tej sprawie się bardzo poważnie wywindować – i jako autor rysunków i jako publicysta. Powinien sprawę tak nagłośnić, by cała potencjalnie tego typu sprawami zainteresowana Polska, wiedziała, kim jest Krysztopa, i co to za buc ten Zawistowski. Jak? Zwyczajnie. Krysztopa – skoro ma dojścia do takich Karnowskich – z pewnością wie lepiej, jak to się robi. No ale może oczywiście się okazać, że to jest nie do zrobienia. Że on ze swoimi możliwościami wciąż nie ma do Zawistowskiego startu.
Powiem więc, co ja bym zrobił na jego miejscu. Otóż odszukałbym tego Zawistowskiego, zaczaił się na niego i mu zwyczajnie wpieprzył. A gdybym w związku z tym atakiem został aresztowany, postawiony przed sądem i skazany na jakąś grzywnę, to bym sobie na nią potrącił z tego, co by już wtedy niewątpliwie musiałby mi zapłacić za to że mnie okradł, Zawistowski. A gdyby te pieniądze się nie zbilansowały, z pewnością bym się odkuł na książce, którą bym wydał i z całą pewnością w wielu tysiącach nakładu sprzedał. U Gabriela, bo on przynajmniej płaci.
Wiem jednak, że Krysztopa tego nie zrobi. Będzie dalej próbował się jakoś znaleźć między tym chamstwem, a towarzyską lojalnością. A ja? No cóż, przecież nie pójdę się bić za Krysztopę. Ponieważ jednak na swój sposób go lubię, robię to co potrafię. Przede wszystkim sprawę nagłaśniam. Po drugie, odpowiednio ustawiam człowieka nazwiskiem Zawistowski – nie żeby mu wyrządzić jakąkolwiek przykrość, bo jak znam życie, ten typ zaczyna odczuwać ból dopiero wtedy gdy mu nagle zabraknie na flaszkę, lub na dziwki – ale po to, by dać świadectwo. Jak zawsze.
Ale robię coś jeszcze, i powiem szczerze, że to uważam za swoją tu wręcz misję. Otóż z jednej strony apeluję do Krysztopy, by zrobił wreszcie ten jeden krok dalej. Jemu naprawdę wiele już się udało osiągnąć, jednak bez tego jednego kroku wciąż będzie się szamotał. On ma zrozumieć, że to wszystko to bagno, a jeśli on szuka przyjaciół, to niech się wreszcie puknie w czoło i pojmie, że oni są zupełnie gdzie indziej, niż on by wciąż sobie tego życzył. Niech to wreszcie pojmie. Trochę tak, jak swego czasu, mam nadzieję, zrozumiał to nasz od niedawna kolega Kazimierz Mrówka.
No i jeszcze coś. Ja po raz kolejny apeluję do wszystkich tych, którzy mi tłumaczą, żeby naszych nie tykać, bo liczy się jedność i ostateczne zwycięstwo. Przepraszam bardzo, ale jeśli ja mam zwyciężać z Zawistowskim i jego kumplami bliźniakami Karnowskimi, to ja poproszę uprzejmie się ode mnie od… stawić. Z całą pewnością wolę Krysztopę. Nawet tego sprzed trzech lat.
Na sam już prawie koniec, zgodnie z najświeższą tradycja, przedstawiam tym razem piosenkarkę, którą miałem okazje sfilmować podczas pobytu w Cambridge. Niech każdy zobaczy, jak się realizują prawdziwe pasje:



No i tradycyjnie już, wszystkich przyjaciół tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednią pomoc na podany obok numer konta. Jeszcze raz powtarzam - bez tego nas nie ma. Dziękuję.

3 komentarze:

  1. Dodam tylko tyle, że Krysztopa jest oryginalny, ma talent i SWOJĄ (to b. rzadkie) własną kreskę. Jego się bezbłędnie rozpoznaje widząc jedną ósmą rysunku.

    Pozdrawiam

    GrzechG

    OdpowiedzUsuń
  2. @grzechg
    A to, jak wiemy jest podstawa. Stworzyć styl.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wczesne lata siedemdziesiąte. Był w mojej redakcji rysownik T. Nie wymieniam nazwiska, bo facet już nie żyje, więc nie chcę mu psuć imienia. Rysował tak sobie, ale rysował. Kiedyś przyniósł jakiś rysunek, wydrukowali mu, ale ktoś z redakcji akurat odkrył, że była to niemalże kopia innego rysunku, publikowanego w jakimś zagranicznym pisemku, sprzed kilku lat. Przypadek, że ktoś na to trafił.
    I pan T., mimo, że niby zaprzyjaźniony z naczelnym i wszystkimi co się dało za ten plagiat po pierwsze nie dostał żadnej wierszówki, czyli nic nie zarobił, a po drugie wyleciał z pracy. Bo naczelny, mimo że alkoholik i komuch, to wprost na zebraniu redakcyjnym (odbywały się takie co tydzień) powiedział, że on złodziei w zespole tolerował nie będzie.
    Teraz zdaje się czasy inne i już wszystko jest dozwolone. Zwyczajne złodziejstwo w biały dzień nikogo nie oburza ani nie wzrusza.
    A Krzysztopa i tak wypłynie kiedyś. A Zawistowski i tak całe życie będzie plagiatorem. I tak już zostanie.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.