środa, 14 listopada 2012

Na jego obraz i podobieństwo

W równolegle publikowanym w Salonie24 tekście nie wiem po raz już który ostatnio rozliczam się z naszymi ludźmi z „Uważam Rze”, i osobiście z czołowym „Uważam Rze” publicystą, Krzysztofem Feusette. O co poszło? Mówiąc bardzo krótko, o to, że – w oczywisty sposób dla podniesienia atrakcyjności numeru – Redakcja postanowiła skorzystać z usług swojego specjalisty od tak zwanych prasówek, wspomnianego Feusette, i zachęcić go do tego, by sporządził odpowiednio duży, oraz jak najbardziej odpowiednio zilustrowany tekst o Jerzym Urbanie, które to zadanie Feusette, z charakterystycznym dla siebie zaangażowaniem, wykonał. Czemu zdecydowano się na Urbana? Czy może on ostatnio się jakoś szczególnie zaktywizował? Czy może jego postać w bardziej wyraźny niż dotychczas sposób opanowała nasze życie publiczne? Nie. Jak mówię, w sposób oczywisty chodziło tylko o temat. Temat oczywiście mocny i odpowiednio poruszający.
Efekt jest taki, że najpierw niemal całą jedną stronę tygodnika „Uważam Rze” wypełnia pozowane, charakterystycznie ohydne, kolorowe zdjęcie Jerzego Urbana, a dalej idą już wyłącznie najbardziej drastyczne cytaty z urbanowej publicystyki. Całość zostaje podsumowana przez Feusette nieporadną bardzo – a przede wszystkim od początku skazaną na porażkę – próbą obrażenia Urbana i bezczelnie zakłamanym apelem do mediów, by się nie zajmowały kimś tak podłym jak Urban.
Dokładnie swoje pretensje do Feusette i do sposobu, w jaki on realizuje swoje dziennikarskie powołanie, przedstawiłem w notce w Salonie24, tu natomiast chciałbym dopisać do tamtego tekstu swoisty aneks, dotyczący bardzo precyzyjnie wspominanej wcześniej kwestii braku jakiejkolwiek możliwości zranienia Urbana w sposób inny niż fizyczny. Kwestii sprowadzającej się do tego, że Jerzy Urban jest kimś, na kogo nie jest w stanie zadziałać ani modlitwa, ani przekleństwo. Ani serdeczność, ani wściekły gniew. Bo każde z nich go wyłącznie żywi i bardzo negatywnie napędza. Dlaczego? Bo jest Urban uosobieniem zła niemal doskonałego, a jako taki, powinien być omijany szerokim łukiem, a nie poddawany jakimś pustym eksperymentom.
Jest jednak coś w Urbanie takiego, co owo zło definiuje w sposób bardzo uniwersalny. On jest zwyczajnie słaby. Jak by to powiedział mistrz John Lydon, Urban jest „fucking weak”. On nie jest ani dowcipny, ani – wbrew temu co jeszcze głupsi od niego twierdzą – „piekielnie” inteligentny, ani nawet ciekawy. Proszę zwrócić uwagę na wszystko, czego on dotychczas dokonał. Na poziomie zawodowym, on nie różni się ani odrobinę od kogoś takiego jak Krzysztof T. Toeplitz, Daniel Passsent, czy Ernest Skalski, że wspomnę tylko jego kolegów. On zawsze był tylko jednym z tych reżimowych dziennikarzy – jak idzie o profesjonalizm, naturalnie lepszych od Feusette, ale już nic ponad to – których mieliśmy zatrzęsienie w latach 70. i 80. i z których pisania zupełnie nic nie wynikało. To co go uczyniło kimś specjalnym, to owa dawna decyzja Wojciecha Jaruzelskiego, czy może jego kumpla Górnickiego, by Urban został rzecznikiem rządu stanu wojennego, no i jeszcze coś. Coś z jednej strony bardzo szczególnego, a z drugiej tak ordynarnie prostackiego, że aż wstyd o tym wspominać.
Otóż Jerzy Urban swego czasu wpadł na pomysł, że jeśli stanie się on maksymalnie kontrowersyjny, to ta jego kontrowersyjność i przysporzy mu popularności i zapewni swoistą nietykalność. Warunek jest tylko jeden – nie wolno się bać i trzeba być do końca i bez jakichkolwiek ograniczeń konsekwentnym. Co więc mamy z Urbana? Czy może jakiś nieprzemijalny projekt, czy może jakąś ważną myśl, czy może jakiś choćby pojedynczy obiektywnie istotny sukces? Zero. Nic. Pozostają tylko pojedyncze wypowiedzi, wypowiedzi oczywiście koniecznie drastyczne, takie jak ta, że jego matka była kurwą, jego ojciec zapitym menelem, a on sam śmierdzącym od dziecka skurwysynem. I że jest z tego osobiście nieskończenie dumny. Że to świetnie, że Lech Kaczyński wreszcie zdechł, i że jeśli jeszcze tylko do niego dołączy jego brat – najlepiej w cierpieniach – to będzie gites. Że kościół to gówno, a ten jego bóg to kupa śmiechu.
Proszę zwrócić uwagę na to, co, jeśli zostanie tylko dopuszczony do głosu, mówi Jerzy Urban. To jest zwykły teatr oparty o jeden pomysł, obrobiony w taki sposób, by widzowie od początku do końca krzyczeli z obrzydzenia. I z oburzenia. Czy to naprawdę jest takie trudne? Zastanówmy się, ileż to jest roboty – zwłaszcza gdy ma się już w tym pewną wprawę – wymyślać takie grepsy, jak te, na które wskazałem w poprzednim akapicie? Do tego naprawdę nie trzeba nic poza pewnym rodzajem desperacji. To samo co Urban, próbuje robić i Palikot i Maria Czubaszek, a ja jestem pewien, że i on i ona by też tak potrafili, tyle że są osobami zbyt publicznymi, no i im nie wypada. No a poza tym nie wiadomo, czy System pozwoliłby Urbanowi na tego typu kooptację.
Teraz może dodam jeszcze parę słów o owej urbanowej nietykalności. O tym, że każda próba obrażenia go jest przeciwskuteczna. Zastanówmy się bowiem, jak możemy obrazić kogoś, kto całkowicie otwarcie głosi, że jest ohydnym gównem, nie zasługującym na nic innego jak tylko zapewnienie wszelkiemu robactwu fantastycznej uczty po śmierci? A to jest przecież coś, co Urban osobiście niejednokrotnie ogłaszał. I to ogłaszał z totalną radością. Co my możemy powiedzieć, by go wyprowadzić z równowagi? Przecież każde nasze słowo on natychmiast zaakceptuje i będzie się z nim obnosił jak z kolekcją najwspanialszych orderów.
W tytule do swojego bezsensownego i głupiego tekstu Krzysztof Feusette sugeruje, że na Urbana już w jego trumnie czekają robaki, i jak rozumiem, ma być to rewanż za to, co Urban w którymś z wywiadów powiedział na temat człowieka poległego w Smoleńsku i jego pogrążonej w bólu żonie. Jak rozumiem, Feusette wymyślił ten tytuł, bo sobie wykombinował, że w ten sposób sprawi Urbanowi przykrość. Tu mu sprawi przykrość, a informując go w dalszej części tekstu, że porządni ludzie na temat zmarłych nie mówią źle, udzieli mu nauki. I to jeszcze używając sformułowań typu: „Uspokoję Urbana…”. Co za absurd! Feusette przyszedł uspokoić Urbana.
No i jest jeszcze kwestia wspomnianego wcześniej zdjęcia. Ponieważ to akurat załatwiłem w tekście na blogu w Salonie, a uważam, że udało mi się tam powiedzieć coś bardzo ważnego na temat znacznie bardziej uniwersalny, niż związany z kimś tak bylejakim jak Urban, pozwolę sobie ów fragment tu wkleić. Na zakończenie. Jako coś zdecydowanie do zapamiętania.
I oto nagle przed mną, duże, zajmujące całą stronę, piękne, kolorowe zdjęcie Jerzego Urbana w pozie, co do której nie można mieć żadnych wątpliwości, że to jest od początku do końca jego robota. Że to jest część owego starego jak on sam planu, by pokazać się Polsce i Polakom, jako szyderstwo z najbardziej podstawowego człowieczeństwa, a następnie przekrzykując nieuniknione przecież i spodziewane głosy oburzenia, zawołać: „No i co powiecie? Oto człowiek. Przyjrzyjcie się mu. Oto coś co wyhodował wasz bóg. To ja. Takie samo gówno jak każdy z was. Na jego obraz i podobieństwo. Razem z nim stoicie przed lustrem”.
Pomyślmy o tym. I nie dajmy się zwieść.

Tradycyjnie już proszę wszystkich o wspieranie tego bloga, albo przez kupowanie książek, albo prze bezpośrednią pomoc pod podanym obok numerem konta. Bez niej, nas nie ma. Zwyczajnie. Nie ma.




6 komentarzy:

  1. No i cisza tutaj - a na salonie ruch. Tak to już jest, najważniejsze jednak, że czytelników jakby coraz więcej.

    "Piekielna" inteligencja, hehe... piekielne zaprzaństwo może. Bezgraniczna obscena.

    Mi się wydaje, że on jest jednak bardzo nieszczęśliwy. To ciekawe, że można być nieszczęśliwym z tak konsekwentnie podtrzymywanego wyboru.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Kozik
    Szczerze powiedziawszy, czytelników kiedyś było znacznie więcej - czasem nawet mieliśmy tu 2 tys. odsłon każdego dnia - ale wydaje mi się że znaczna ich część wchodziła tu dla draki. No wiesz, tak jak niektórzy wciąż słuchają Radia Maryja, idą na spotkanie z Macierewiczem, lub czytają wywiady z Urbanem. Dziś, mam nadzieję, ich już tu praktycznie nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  3. Opętanie...
    Zauważ, że relacje z egzorcyzmow nie opisują jakiś mistycznych przemyśleń wielkich idei, poetyki, tam są zwykle ordynarne bluzgi, taki banalny rynsztok.
    Ostatni akapit - no kolego!
    Teraz rozumiem co miał na myśli Gabriel mówiąc, że piszesz najlepiej.

    Ten Fusse czy jakoś tak, w ogóle nie bierze pod uwagę istnienia osobowego zła. I to też przyczyna że "nasi publicysci" kończą tam gdzie Ty dopiero zaczynasz opowieść.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gazetę Urbana chyba raz w życiu miałem w ręce ale znam sporo osób (komuniści-byli wojskowi), dla których to lektura codzienna i obowiązkowa. Na szczęście pomału wymierają.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytelników było więcej ale widać ludzi ciągnie na salony ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. On (Urban), co tłumaczy jego zachowanie, po prostu sądzi, że jest potępiony

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.