czwartek, 15 listopada 2012

Machorka

Jak wiemy wszyscy – a niektórzy w dodatku, ci bardziej z nas pamiętliwi, wszystko świetnie pamiętają – jakiś czas temu zapowiedziałem, że zanim nadejdą Święta, ukaże się książka, tym razem już zupełnie niepolityczna, w której opowiem nie tylko moim dzieciom, dlaczego warto było żyć w PRL-u. Jest jednak tak, że ponieważ we wspólnej z Gabrielem Maciejewskim, moim kolegą i wydawcą, działalności publicystycznej, podtrzymywanie tego płomienia wciąż się kłóci z dążeniem do sukcesu, a jednocześnie jedno bez drugiego nie jest w stanie żyć, Gabriel zadecydował, że ponieważ jemu tworzenie trzeciej części Baśni zajmuje więcej czasu niż to było początkowo zaplanowane, a ze względów biznesowych lepiej jest, żebyśmy obie książki wydali równocześnie, zmuszony jestem na niego poczekać. A zatem, informuję, że książka pod roboczym jeszcze chyba tytułem „Mój PRL”, nie ukaże się w tym roku.
I to była wiadomość smutna. Również dla mnie. Teraz dobra. Otóż bardzo bym chciał, żeby do jesieni udało się wydać dwie kolejne książki. Pierwsza, to bardzo tajemnicza książka o muzyce, a druga wybrane felietony z okresu po-smoleńskiego. Uważam, że ponieważ – w co trudno naprawdę uwierzyć – książka o siedmiokilogramowym liściu wciąż się jakimś cudem sączy – i kto wie, czy nie szerszym strumieniem niż”Elementarz” – mogę wnioskować, że kolejny zbiór tekstów z tego bloga może wielu z nas dać odpowiednią porcję satysfakcji.
W ramach rekompensaty za stracone złudzenia, chciałby tym wszystkim, którzy tego potrzebują, zaprezentować jeden z gotowych już tekstów, które ostatecznie znajdą się w książce „peerelowskiej”. Jest to rozdział zatytułowany „Machorka”.


Wakacje spędzane przez mnie w Sławatyczach nad Bugiem zawsze miały dla mnie coś z atmosfery, którą poza tym znajdowałem jedynie w książce Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Mam tu oczywiście na myśli i tę beztroskę, i tę nie do opisania zwykłymi słowami przestrzeń, ale może przede wszystkim może ową nieustanną atmosferę święta. Staram się jak mogę, by znaleźć choć jedną rzecz, która kojarzy mi się z tym miejscem źle, nazwać ją i w sobie zatrzymać – i nie potrafię. Właśnie tak. Nie potrafię. Co oczywiście jednak nie oznacza, że jej nie znajduję.
Jest coś, co za każdym razem kiedy tam przyjeżdżałem, a trwało to przez szereg kolejnych lat, budziło we mnie autentyczną rozpacz, i choć dziś reaguje na tamto wspomnienie wzruszeniem ramion, a niewykluczone że i pewnego rodzaju wzruszeniem, nie ma co ukrywać – ja wtedy autentycznie cierpiałem. Mam na myśli machorkę. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, mogę wytłumaczyć. Machorka to roślina, z której liści produkuje się tytoń. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tytoń to tytoń, a machorka to machorka, tak się jednak składa, że tam gdzie ja spędzałem swoje wakacje używało się nazwy machorka i kropka. Żaden tytoń. Machorka.
Co się produkowało z machorki, którą przez kilka kolejnych lat uprawiał mój dziadek, nie mam pojęcia. Czy to były papierosy „Sport”, czy może coś jeszcze gorszego, nie umiałem tego powiedzieć ani wtedy, ani nawet dziś. Na coś to jednak się przydawać musiało, bo były z tego pieniądze, i to chyba wcale niemałe. Rosły więc sobie te łodygi na polu, i kiedy już owe liście robiły się tak duże i tak dojrzałe, że więcej im już nie trzeba było, następowały żniwa, które polegały na tym, że się je odrywało od łodyg, składało na kupę i zawoziło na miejsce do dalszej obróbki. I tu pojawiam się ja.
Każdy plantator machorki miał wybudowane specjalne pomieszczenie, gdzie owe liście miały wisieć na drutach, otoczone z każdej strony bardzo silnymi żarówkami, które sprawiały, że w odpowiedniej temperaturze one mogły się spokojnie suszyć tak długo, aż będzie je można zawieźć do punktu skupu. Nie wiem, czy był to standard, czy nie, ale nasze druty miały długość pięć metrów, a więc, jak się można domyślić, na taki jeden drut przypadać musiała naprawdę potężna liczba liści. No i – co też chyba jasne – maszyna ich tam nie nabijała, tylko ja. Ja, małe dziecko z Bullerbyn spędzające czas na wakacjach.
Oczywiście nie ja sam. To wcale nie było tak, że oni mnie wyrywali z samego rana z łóżka i kijami zaganiali do tej machorki. O nie! Za nabijaniem machorki na druty stał cały zbiorowy, wiejski rytuał, gdzie na środku leżał stos liści, wokół tego stosu siedziało może z dziesięć osób z drutami w rękach, i wszyscy w błyskawicznym tempie, na wyścigi, przebijali tym drutem kolejne zielone liście. Nie było też tak, że oni mi kazali się w tym tytoniu babrać. Rzecz w tym, że dla każdego z nich było czymś oczywistym, że to jest fantastyczne zajęcie, i że taki mały grzeczny chłopczyk jak ja wręcz się pali, by wziąć w tym udział, zwłaszcza że oprócz czynnika sportowego był też tam czynnik finansowy – od każdego bowiem drutu dostawało się jakieś dwa złote, a może dwadzieścia groszy… nie pamiętam.
Nienawidziłem tej machorki. Nienawidziłem jej tak bardzo, że nawet świadomość owego zarobku nie była mnie w stanie poruszyć. Przede wszystkim, będąc otoczony głównie przez jakichś o wiele ode mnie starszych sąsiadów i ich dzieci, które nawet nie były moimi kolegami, ja się podczas tej roboty śmiertelnie nudziłem, a poza tym nawleczenie każdego liścia na ten pięciometrowy drut zabierało mi tyle czasu, że zanim go skończyłem, to inni zabierali się już za piąty, szósty, czy dziesiąty. Ponieważ pracowałem tak wolno, reszta – szczególnie te dzieci – się ze mnie śmiały, a ja siedziałem zrozpaczony i bezradny, patrząc jak moje biedne palce stają się z jednej strony pokłute, a z drugiej oblepione grubą warstwą jakiegoś śmierdzącego świństwa. Oczywiście, mogłem już na samym początku powiedzieć, że dziękuję, ale mam inne zajęcia, a nawet w ogóle nie zapisywać się do tego machorkowego kółka, jednak, jak już wspomniałem, atmosfera była taka, że nikomu do głowy nawet nie przyszło, że komuś to zajęcie może się nie podobać, no a ja byłem zawsze dzieckiem grzecznym, posłusznym i bardzo uległym.
Do dziś wręcz fizycznie pamiętam tamten czas. Pamiętam smród tych moich oblepionych jakąś obcą, śmierdzącą i niezmywalną mazią palców, pamiętam same palce pokłute drutem, pamiętam nawet temperaturę tego pomieszczenia, gdzie ów tytoń się suszył, no i zapach wysuszonych już liści. Pamiętam to wszystko bardzo dobrze. I, jak mówię, nie jest to wspomnienie miłe, ale też nie budzi one dziś we mnie jakichś choćby minimalnie lękowych stanów. Kto wie, czy gdyby mi ktoś zaproponował powtórzenie tego czegoś, nie przyjąłbym tej propozycji z entuzjazmem.
Czytałem sobie niedawno fantastyczny reportaż Boba Greene’a z fabryki prezerwatyw. Jest on już dość stary, bo napisany chyba jeszcze na początku lat 80. minionego stulecia, a dotyczy największej w Ameryce fabryki produkującej ów szczególny towar. Jak się możemy domyślić, produkcja ta pewnie już dawno została przeniesiona do Chin, ale wtedy wszystko się działo w New Jersey, w samym środku cywilizowanego świata. Bob Greene w pewnym momencie przedstawia obraz kobiet, siedzących przy taśmie, po której przesuwają się specjalne formy, i testujących gotowe już prezerwatywy pod kątem ewentualnych pęknięć. Każda z nich ma obok siebie kosz pełen prezerwatyw, przed sobą pędząca taśmę się, i jej zadaniem jest naciągać na podjeżdżającą formę jedną po drugiej gumkę. I tak bez przerwy przez osiem godzin. Bob Greene rozmawia z tymi kobietami, chcąc wiedzieć, jak one znoszą ten rodzaj pracy, a one mu mówią, ze można się przyzwyczaić. Samo naciąganie na formę jest stosunkowo proste. Najgorsze jest nauczyć się szybko wyciągać gumki z kosza. Żeby nie brać kilku na raz, no i żeby robić to szybko. No i znaleźć sobie coś, o czym można przez cały dzień myśleć.
Kiedy czytałem ten tekst, przypomniałem sobie moje lata spędzone z machorką, i pomyślałem sobie, że co by o tym syfie nie powiedzieć, jeśli zestawić go z takim kapitalizmem, trzeba uznać, że ma on swoje uroki. Uroki, których dziś, kiedy widzę ten upadek, nie zamieniłbym na nic.

Tradycyjnie już, wszystkich sympatyków tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednia pomoc na podany obok numer konta. Dziękuję.

18 komentarzy:

  1. Czy na wsi ten suszony tytoń był też używany do palenia? Pamiętam z literatury, że machorkę palono i strasznie śmierdziała.

    Niedawno czytałem, że rośnie rynek internetowej sprzedaży liści i ludzi sami tytoń fermentują, tną i robią sobie papierosy. Wychodzi dużo taniej a sprzedaż nieprzetworzonych liści tytoniu nie jest objęta akcyzą (zapewne niedługo).

    Pamiętam, że widziałem kiedyś w kronice filmowej reportaż z polskiej fabryki Unimil i pokazana była sytuacja podobna do opisanej, co wzbudziło sporą wesołość w kinie.

    OdpowiedzUsuń
  2. @birofil
    No a do czego, jeśli nie do palenia? Ja sądziłem, że to się tylko pali.
    Co do tych prezerwatyw, wiadomo. Coś takiego sądzę albo śmieszy, albo podnieca. Ludzie z którymi rozmawia Greene niezmiennie twierdzą, że nikomu się nie przyznają, gdzie pracują, bo już nie mogą znieść tych głupich komentarzy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chodziło mi o to, czy sami rolnicy produkujący tytoń palili też machorkę własnej roboty czy woleli kupować przemysłowe papierosy?

    Tytoń się nie tylko pali ale i zażywa do nosa. Popularna na Kaszubach tabaka to spreparowany tytoń. Chyba dostali nawet "dyspenzę" od rządu i teraz jest legalna.

    OdpowiedzUsuń
  4. @birofil
    Nie. Nikt tego nie palił. Poza mną. Chciałem zobaczyć, jak to smakuje.

    OdpowiedzUsuń
  5. Okropnie mi się plączą Twoje, Gabriela i moje miejsca.
    Sławatycze, Dęblin, Grodzisk, Błonie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Okropnie czekam na książkę o muzyce. Wolałbym nie być prorokiem, ale to może być Twoja najlepsza rzecz, mam na myśli, że sprzedażowo. Publicystyka już się przebiła do świadomości, a w sytuacji kiedy już zupełnie wiadomo czego poza jakimiś niszami czy innymi piwnicami słuchać - taka książka to powinien być szczał w dziesiontke.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja mam wspomnienie, które jakby łączy historię machorkową i prezerwatywową. Swoją zawodową (egh) karierę zaczynałem w tytoniowym koncernie, w dziale (egh, egh) marketingu. No i kiedyś nasz dział, banda wyluzowanych młodych głupków został zabrany na zwiedzanie naszej fabryki w Poznaniu. I tam zobaczyłem m.in. pracownicę, która przez całe 8 godzin pakowała do kartonu pakiety z papierosami. 50 pakietów - następny, 50 pakietów - następny...
    Miałem ochotę zapytać ją dokładnie o to samo o co pytał Greene dziewczyny z fabryki kondomów. Mój ówczesny niemiecki szef powiedział wtedy do mnie: patrz - jak wszyscy to zobaczą, to może trochę bardziej docenią swoją pracę. Faktycznie, była taka refleksja.

    A że nie będzie w tym roku książki o PRL-u, no to ubolewam - jaki byłby to cudny prezent gwiazdkowy dla mojej córki.
    Ja kiedyś na wsi zbierałem truskawki: zanim zakryłem dno swojej kobiałki, wiejskie kobiety odnosiły na bok już chyba trzecią. Byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem a kości bolały mnie niemiłosiernie.
    W ogóle wtedy nie cierpiałem jeździć do dziadków na wieś. Dziś natomiast, gdy poczuję zapach dojrzewającego zboża, to... no powiedzmy, że dobrze rozumiem to co Gabriel pisze o ziemiaństwie z przełomu XIX i XX w.
    Dziwne to życie.

    -----------

    Słucham mojepolskieradio.pl
    Śpiewa Przemo...

    OdpowiedzUsuń
  8. @Kozik
    No jest jeszcze pewną szansa.

    OdpowiedzUsuń
  9. @don esteban
    Się zobaczy. Póki co, wolałbym, żeby się podobało to co wyżej.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah
    Zawsze mnie przerażała myśl o takiej taśmowej pracy, odkąd w dzieciństwie przeczytałam opowiadanie Londona "Odszczepieniec". Teraz odnalazłam i cytuję: "Pamiętasz, mamo, jak pracowałem w fabryce szkła? Wyrabiałem trzysta tuzinów dziennie. Jak miarkuję, robiłem dziesięć różnych poruszeń przy każdej flaszce. To daje trzydzieści sześć tysięcy ruchów na dzień. Na dziesięć dni wypada trzysta sześćdziesiąt tysięcy ruchów. Miesięcznie - milion osiemdziesiąt tysięcy. Odrzućmy te osiemdziesiąt tysięcy - dodał z łaskawością dobrotliwego filantropa - odrzuć je, mamo; zostanie milion ruchów miesięcznie, a dwanaście milionów ruchów na rok". Zdaje się, że to doświadczenie uczyniło z Londona socjalistę.
    I pomyśleć, że tysiące ludzi ze wsi emigrowało do miasta, żeby zasiąść do taśmy i tkwić tam do śmierci. Za kapitalizmu i za komunizmu.

    OdpowiedzUsuń
  11. Witam,

    Zdecydowanie nie zgodzę się z GM. "Ze względów biznesowych" lepiej byłoby, aby Pana nowa książka ukazała się teraz, tak aby ludzie w grudniu kupowali ją jako prezent na gwiazdkę.

    Chyba, że Gabriel chce ją sprzedawać w super promocji ze swoją, ale to nie przeszkadza, aby Pan wydał książkę wcześniej. Poza tym, jak Pan wyda swoją w tym samym czasie, co GM, to on Pana "przytłoczy" swoją Baśnią, tzn. Pan zostanie w cieniu.

    Wiem, że nie lubicie rad, ale te uwagi podpowiada mi intuicja i doświadczenie.

    Ja za dwa tygodnie będę miał wydrukowaną książkę pt. "Książeczka o podróżowaniu":)

    Pozdrawiam
    KMrówka

    OdpowiedzUsuń
  12. @Marylka
    Ja myślę, że powodów do tego by sie stać socjalistą - lub odwrotnie kapitalistą - zawsze było dużo za dużo.

    OdpowiedzUsuń
  13. @km
    Zobaczymy. Może jednak ten PRL będzie przed Świętami. Cały czas go czyszczę.

    OdpowiedzUsuń
  14. na wsi u mojej babci - zamojszczyzna - Zerniki - tez uprawiali tyton. Pamietam z dziecinstwa - koniec lat 70 i pocz. 80-tych, wiszace girlandy tytoniowych lisci na stodolach. Tak tez bylo i u babci (stryj gospodarowal). Nie stac ich bylo na suszarnie. Ja nie nawlekalam, to robota starszych i glownie mezczyzn. Ja wyprowadzalam o 5 rano krowy na pastwisko, w poludnie je przepinalam a wiecozrem zaganialam do obory. Luzik :)

    OdpowiedzUsuń
  15. nie mam okazji komentowac na bierzaco. Ale chce napiac o Zawiszy, Arturze Zawiszy. Studiowal na KUL w tym samym czasie co ja. Mialam okazje poznac go na kilku spotkaniach w kole filozoficznym. Juz wtedy biegal za Chrzanowskim z tym swoim wasikiem. Niski, wygadany ale o niczym juz wtedy. Studiowal polonistyke, wybitnie damski kierunek :) W kole filozofow dlugo nie wytrzymal (zaczal fiozofie jako drugi kierunek) bo filozofowie na KUL-u z pocz. lat 90-tych logike mieli w malym palcu.....i tym palce haczyli przemadrzalego Artura. Potem znowu krecil sie w mych okolicach, w Zabkach pod Warszawa. Startowal stamtad do sejmu i mieszkal chyba w Zielonce. Ja wtedy zaglosowalam (bo jeszcze byl w PiS) na Rysiowa-Ferenc. Niestety byla ostatnia na liscie :(
    Artur to typowy karierowicz. Pojdzie tam gdzie sa pieniadze. Falszywy maly kurdupel...

    OdpowiedzUsuń
  16. @Ponponka1,
    Moi starsi koledzy z KULu opowiadali różne ciekawe historie o "znanych" absolwentach. Pani o Zawiszy, to ja dla odmiany o Palikocie. Mianowicie tłumaczył on kiedyś mojemu kumplowi, że "podstawą w życiu jest majętny ożenek"...

    Swoją drogą, zastanawia mnie publiczna niechęć do Kościoła okazywana przez niektórych absolwentów KULu, np. Hartmana, czy Krysztofiaka.

    OdpowiedzUsuń
  17. Kapitalizm się nieco zmienił od czasów Greena. Poznałem polskiego inżyniera, automatyka, który znalazł pracę właśnie w fabryce prezerwatyw. Też się nie przyznawał gdzie pracuje, bo ciągle nadziewał się na różne głupie dowcipy. Otóż teraz nie ma pań, które nadziewają te prezerwatywy na odpowiednie formy. Robią to szybko i bezboleśnie i znacznie taniej komputerowo sterowane automaty.

    OdpowiedzUsuń
  18. @toyah

    W żniwa nosiłem snopki. Mowy nie było, bym ukręcił słomiany sznur do związania snopka, to wyższa filozofia była. Choć się starałem, to nic z tego nie wychodziło. Zostało mi tylko noszenie.

    Poprzedni (tzn. następny) artykuł o drimlajnerze trafiony. Odpryski wiadomości docierają do mnie tutaj gdy chodzi o to, co media publiczne w Polsce wyczyniają - prawie jak do beztelewizyjnego Kazimierza "km", którego niniejszym pozdrawiam.

    Zdarzenie takie jak wzięcie kredytu (leasing) na lokomotywę, czy autobus, czy samolot, czy na inny banalny, pospolity środek transportu propaganda przedstawia jakby to było jakieś wyróżnienie czy zwycięstwo dla przynajmniej połowy narodu. A to jest klęska... inżynierska, finansowa, być może nawet techniczna - jeśli się ta niesprawdzona konstrukcja miałaby rzeczywiście nie sprawdzić.

    O tej technicznej napisałem że grozi. Dwie poprzednie nie grożą, lecz są smutnym faktem. To znaczy, że LOT siedzieć będzie głębiej w kieszeni obcych banków, będzie przynosić tym większe zyski obcym ubezpieczalniom, będzie napędzać biznes serwisantom niewiadomo gdzie zarejestrowanym.

    Oraz testować dla producenta "w realistycznych warunkach eksploatycyjnych" niesprawdzony sprzęt. Za to ostatnie Boeing płacić powinien. Płacić powinien producent, a nie pierwszy, testowy użytkownik. Widocznie Amerykanie mają Etiopię i Polskę za skorumpowane podmioty, którym można szybko sprzedać nieprzetestowany sprzęt.

    I jeszcze kazać robić sobie reklamę.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.