wtorek, 17 marca 2020

O trudach i radościach życia w roku 2020


      Przyznam szczerze, że mimo iż siłą rzeczy jestem od stóp do głów zanurzony w nieszczęściu, które nam wszystkim spadło na nasze biedne Bogu ducha winne głowy, nie jestem w stanie zaangażować się w to co się tu dzieje całym sercem. Chodzi mi o to, że, owszem, staram się nie chodzić po mieście bez potrzeby, myję ręce często i starannie, a nawet staram się nie dłubać w nosie i w zębach, no a przede wszystkim bezwarunkowo popieram starania władz o to, by tę zarazę stąd raz na zawszę wyplenić, no ale na przykład nie jestem w stanie uwierzyć, że nie dość, że gdzieś na swojej drodze ja, czy ktokolwiek z moich bliskich trafi na tego wirusa, to on jeszcze zdąży na nas przeskoczyć i zalęgnąć się, zanim się po raz kolejny umyjemy. No i oczywiście nie śledzę związanych z owym atakiem zdarzeń choćby w 10 procentach tak jak moja żona na przykład, czy moje dzieci.
      Stało się jednak wczoraj tak, że trafiłem w Internecie na bardzo interesującą stronę, relacjonującą stan rzeczy na świecie całkowicie na żywo i to w dodatku z podziałem na wszystkie kraje osobno. I powiem szczerze, że jestem i zaskoczony i przejęty, tyle że znów, nie wielkością tej plagi, ale samym podziałem jaki tu nastąpił między poszczególnymi regionami. Proszę sobie oto wyobrazić, że podczas gdy tu u nas w Polsce wedle danych na wczorajszy wieczór było 156 osób zarażonych – dziś jest ich z pewnością znacznie więcej – cztery osoby zmarły, stan trzech jest określany jako poważny lub krytyczny, a w relacji do miliona mieszkańców rejestrujemy wynik na poziomie ciut powyżej czterech przypadków, sytuacja w innych krajach europejskich jest znacznie, znacznie poważniejsza. I wcale nie mam tu na myśli Włoch, Francji, Hiszpanii, czy nawet Niemiec, gdzie, jak wiemy, mamy do czynienia z prawdziwą katastrofą, ale kraje o których raczej w tych dniach nie słyszymy. Oto spójrzmy na taką Szwajcarię i wynik ułożony w kolejności jak wyżej: 2353 osoby zarażone, 19 osób zmarłych, oraz 272 osoby chore na milion mieszkańców. A oto Belgia: 1058 zachorowań, 10 osób zmarło, 33 w stanie krytycznym, oraz 93 przypadki na milion mieszkańców. A teraz Holandia, czyli jak od niedawna trzeba mówić, Niderlandy: 1413 osoby chore, z czego 45 bardzo poważnie, 24 osoby zmarły, a w stosunku do miliona mieszkańców, chorują aż 82 osoby. W pięciomilionowej Norwegii natomiast choruje co piąty mieszkaniec, z czego  zmarło ich troje, przy czym 27 jest w stanie krytycznym. No a w takich Stanach Zjednoczonych, gdzie do dziś na każdy milion mieszkańców zachorowało 13 osób, z czego 12 choruje bardzo ciężko, zmarło już 77 osób.
       No i osobno zupełnie Wielka Brytania, gdzie wedle doniesień osób poinformowanych, zdecydowano, że najtaniej i przy tym najbardziej efektywnie, będzie doprowadzić do zarażenia całego społeczeństwa, tych co umrą potraktować tak, jak traktowano słabych w czasach kandydatów do tak zwanych workhousów, i kiedy opadnie kurz, dalej budować Imperium, z udziałem tych, którzy nabrali dodatkowej odporności na trudy tego świata.
        Oczywiście wszystkie te dane, choć, moim zdaniem bardzo interesujące i warte poznania, wciąż nam mówią bardzo mało o faktycznym stanie tego ataku, a świadczyć może o tym choćby fakt, że wedle tego samego opisu, w takiej Rosji zachorowały zaledwie 93 osoby, z czego żadna poważnie, no i oczywiście Generalissimus żadnej z nich nie pozwolił umrzeć.
       Ja jednak, widząc jak to wszystko się rozwija, tym bardziej myślę sobie, że chyba jednak tu w Polsce radzimy sobie wcale nie najgorzej i bardzo wierzę w to, że jeszcze trochę i to wszystko się skończy. Powiedzmy jeszcze trzy niedziele przed telewizorem, czy komputerem, a potem już nasze kościoły wypełnią się tłumami, które przyjdą podziękować Matce Boskiej za opiekę i będą one większe niż kiedykolwiek w ostatnich latach.
        A ja do tego czasu będę tak jak dotychczas czytał mojej wnuczce wierszyki tego komucha Tuwima, żeby żaden koronawirus nie zakłócał jej codziennej radości życia.



niedziela, 15 marca 2020

Aborcja Bez Granic, czyli jak się obronić przed koronawirusem


         Byliśmy dziś na rodzinnej wizycie i w pewnym momencie nasz gospodarz powiedział, że prawdopodobnie w niedługim czasie w Polsce będziemy mieli 60 tys. osób zakażonych koronawirusem. Zdziwiłem się bardzo na tę prognozę, ponieważ przede wszystkim, by dotrzeć na miejsce naszego spotkania, przeszliśmy dość znaczną część kompletnie opustoszałego miasta, mijaliśmy nielicznych wieczornych spacerowiczów i nawet przez chwilę nie zauważyłem, by coś fruwało w powietrzu. No ale ponieważ znam sytuację, jaka właśnie zapanowała w kraju, wiem też, że ów lęk jest często głęboko skrywany, a wraz z nim skrywany jest ów rzekomo fakt, że przed nami prawdziwe nieszczęście, którego wymiaru owa mniej przytomna część z nas nie jest nawet w stanie sobie wyobrazić.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, w pewnym momencie, dzierżąc w dłoni swój skażony jak najbardziej telefon komórkowy, trafiłem na dzisiejsze zdjęcie z Brukseli, na którym zobaczyłem restaurację wraz z wystawionymi na zewnątrz stolikami, a przy nich tłum wieczornych gości i pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, to czemu Donald Tusk, który jest tam jak najbardziej na miejscu, i robi wrażenie tak bardzo zatroskanego o epidemiologiczne zagrożenie w Polsce, nie podnosi alarmu, że oto wszystkie instytucje Unii Europejskiej już lada chwila zostaną opanowane przez ową globalną zarazę, no i już w następnym momencie na miejsce wpadnie miejscowa policja i tych wszystkich wesołków nie zapędzi do jakiejś kwarantanny.
       No ale tu mamy do czynienia z polityką, więc zajrzyjmy na poziom odrobinę niższy. Oto na Twitterze, pewną popularnością cieszy się komentator – co warto zauważyć, nie pierwszy lepszy idiota, ale człowiek, który choćby bez najmniejszego problemu potrafi sformułować opinię, nie robiąc podstawowych błędów gramatycznych, ortograficznych oraz interpunkcyjnych – nazwiskiem Tomasz Urbaś, prowadząc dzień w dzień następującą narrację:

Modus operandi J.Kaczyńskiego.
1. Psychopatyczna żądza władzy-cel uświęca środki.
2. Matoły z zaburzeniami rdzeniem PiS.
3. Zasadami polityki PiS kłamstwo i manipulacja.
4. Oblężona twierdza PiSowskich psycho i socjopatów.
5. Zniszczenie podstaw postępu cywilizacyjnego w PL”.

To straszne, co widzę w centrum Gdańska. Na skutek zwłoki PiS w walce z epidemią gospodarka stanęła. Usługi i konsumpcja tąpnęły i to na dłużej niż na 14 dni. Aby ratować majątek przedsiębiorcy będą zwalniać. Optymistyczna prognoza: recesja rzędu 10 % przy inflacji rzędu 10 %”.

Rząd PiS gra na wydrenowanie przedsiębiorców z majątku na pensje niepracujących pracowników. Nie ma pomocy, nie ma zasiłków, nie ma odszkodowań. Są kłamstwa o 14 dniach. Byle budżetu nie obciążyć i zapewnić kasę PiSowskim matołom na stanowiskach państwowych”.

PiS doprowadził do epidemii w Polsce celowo ograniczając testy na koronowirusa Na wykresach porównanie dwóch strategii walki z zakażeniem w Korei Pd. i Włoszech (podobna liczba ludności). W Korei testy były powszechne. Śmierć w Polsce zbierze obfite żniwo...”.

Wprowadzenie przez PiS de facto stanu wyjątkowego na czas nieokreślony (!) pod pozorem stanu zagrożenia epidemią, to obostrzenia regulacyjne, które wywołają kryzys i zniszczą przedsiębiorców, aby przejąć ich majątki w drodze gospodarczego zamachu stanu”.




PiSowcy mogą zdominować gospodarkę przez wrogi wykup firm i nieruchomości nawet za 200 mld zł podczas wywołanego przez Kaczyńskiego kryzysu gospodarczego. Nie mają kasy? Inżyniera finansowa i wykorzystanie instytucji państwowych już im dają taką możliwość...”.

Czy Andrzej Duda jest zarażony koronawirusem? Czy jeżdżąc po Polsce rozsiewa zarazę w przenośni i dosłownie. Gdzie jest Kaczyński? Pod pierzyną, czy pod respiratorem? Przypominam, że zgodnie z zasadami selekcji chorych w płn. Włoszech, osoba w wieku i z obciążeniami Kaczyńskiego ma złe rokowania i nie jest leczona, aby nie zajmować miejsca w szpitalu dla osób z większą szansą przeżycia”.

1. Większość Polaków wcześniej, czy później będzie zakażona.
2. Śmiertelność u 70+ rzędu 10-20 % (ciężki przebieg).
3. Kumulacja napływu ad. 2 do szpitali-selekcja i leczenie tylko rokujących.
4. Środki przeciwepidemiczne rozłożą zachorowania w czasie, ograniczą ad.3”.
      Ktoś powie, że to jest chore, że tu mamy do czynienia z jakimś szaleńcem, który się zafiksował na punkcie polityki i zwyczajnie stracił kontrolę. No i dobrze. Dajmy owemu nieszczęśnikowi żyć. Problem polega jednak na tym, że on tu jest zaledwie odpryskiem czegoś znacznie większego, a ja o tym próbowałem nieco powiedzieć we wczorajszym tekście. Otóż nie wiem, jak sytuacja wygląda globalnie, choć taki Rush Limbaugh, którego szanuję, twierdzi, że tu chodzi głównie o pieniądze, a tym samym więc i o władzę, natomiast gdy idzie o nas, nasz podstawowy problem moim zdaniem sprowadza się wyłącznie do tego, kto wygra majowe wybory prezydenckie. Problem koronawirusa to zaledwie pretekst. Nikt z nas, czytających ten tekst, nie dość że nie ma najmniejszych szans, by zostać zainfekowanym, to nie jest nawet w najmniejszym stopniu zagrożony tym, że na swej drodze trafi na któregoś z nosicieli i sam zostanie odpowiednio na dwa tygodnie odizolowany od społeczeństwa.
        A zatem, moje faktyczne zmartwienie polega na tym, że ktoś tu postanowił sobie na nas nieco poeksperymentować i przez to również i ja choćby jestem w stanie nieustannej awantury z moją żoną, no i że ów wirus wywołał demony, o jakich nam się nawet nie śniło. I niech ktoś nie myśli, że chodzi mi o posła Szczerbę, kandydatkę Kidawę-Błońską, czy któregokolwiek z tych pozostałych nieszczęśników. Ja tu mam w tym momencie na myśli pewien profil na Facebooku, udzielający się pod nazwą „Aborcyjny Dream Team”, oraz następujący komunikat:
       Polska na 10 dni zamyka granice, a loty i kolej międzynarodowa zostają zawieszone. To oznacza, że wyjazdy do zagranicznych klinik aborcyjnych przez następne 10 dni będą możliwe wyłącznie samochodem i wyłącznie dla osób posiadających polskie dokumenty. Po powrocie obowiązuje przymusowa 14-dniowa kwarantanna
      Przez 7 dni w tygodniu, od 8.00 do 20.00 możecie dzwonić na #AborcjaBezGranic – tam uzyskacie praktyczne informacje na temat aborcji (również domowej i wyjazdu). Będziemy monitorować sytuacje na bieżąco, ale musimy liczyć się z tym, że przez najbliższe 10 dni wyjazdy lotnicze przy wsparciu inicjatywy #AborcjaBezGranic będą zawieszone. O każdej zmianie będziemy informować.
       Jeśli poszukujesz możliwości przerwania ciąży rozważ aborcje farmakologiczną, zwłaszcza jeśli jesteś w pierwszym trymestrze (do 12 tygodnia). Więcej informacji znajdziesz tutaj.
       Możemy wesprzeć Cię na każdym kroku aborcji farmakologicznej – od konkretnych informacji skąd zamówić bezpieczne leki, po sam proces aż do czasu, kiedy uznasz, że nie potrzebujesz naszego wsparcia. Pisz, dzwoń, możesz tez zarejestrować się na forum ‘Kobiety W Sieci – aborcja po polsku’. Tam uzyskasz wsparcie od osób z doświadczeniem aborcji.
      Poczta działa normalnie – leki przychodzą.
Trzymajmy kciuki za to, by wirus jak najszybciej został opanowany i żeby granice zostały ponownie otwarte – to ma duży wpływ na wiele osób potrzebujących aborcji za granicą.
      Możesz też pisać do nas- jesteśmy dla Ciebie”.
      Przepraszam bardzo jeśli ktoś pomyśli, że jestem zbyt bezpośredni, jednak w tym momencie uważam, że nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć starą, znaną nam wszystkim regułę, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to znaczy, że chodzi o pieniądze. No i jeszcze coś. Szkoda, że jutro kościoły będą zamknięte. Co by nie powiedzieć, to tam jednak można było przynajmniej próbować coś załatwić.
      Zwłaszcza gdy mamy wojnę i jej być może ostatnie starcie.






sobota, 14 marca 2020

Dlaczego koronawirus nie jest zarazą bogactwa i wszelkiej szczęśliwości?


        Daję słowo, że bardzo chętnie temat koronawirusa wyekspediowałbym w kosmos, ze względu na to jednak, że on wraca do mnie już nie tylko na tak zwanej ulicy, ale przede wszystkim w domu, chciałbym również i dziś dodać do tego, co napisałem już wcześniej, jeszcze parę kolejnych groszy. Tym razem jednak muszę z pewną zazdrością się zastrzec, że pomysł na dzisiejszą notkę w najmniejszym stopniu nie jest mój, lecz został mi zaproponowany przez moją młodszą córkę, o której można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że nie jest osobą, gdy chodzi o to, co Anglicy określają nazwą „wit”, absolutnie wybitną. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że parę dni temu przedstawiła mi ona sytuację nie dość że kompletnie fikcyjną, to w dodatku zupełnie absurdalną, gdzie – wyobraź to sobie, tatusiu – zostajemy zaatakowani przez wirusa o podobnej co ten nasz dzisiejszy, jak najbardziej realny, koronawirus, sile i agresji, tyle że skutkiem owego ataku nie są duszności, ogólne osłabienie, bóle mięśni, kaszel, a w ostateczności również i śmierć, lecz wieczne szczęście, radość życia oraz przede wszystkim bardzo duże pieniądze. Przedstawiło mi moje dziecko ową perspektywę, a wraz z nią jeszcze bardziej absurdalną wizję ludzi biegających w kółko po ulicach i zlizujących ze sklepowych wózków, przycisków w autobusach i wszystkich napotkanych klamek to, co w ich wyobraźni mogłoby się w ostateczności okazać owym szczęśliwym wirusem.
       Tak mi się spodobał ten pomysł, że najpierw napisałem tekst o grze liczbowej „Karolinka” oraz naszej panice kochanej, a potem zacząłem sobie wyobrażać, w jaki sposób by się mogło realizować owo szaleństwo, gdy chodzi o ów wirus szczęścia. I mogę oczyma wyobraźni ujrzeć tych wszystkich z nas, którzy dziś zakładają swoje maski, myją ręce po kilkanaście razy dziennie, na powitanie przekazują sobie zamiast dłoni łokieć, no i wreszcie wychodzą z domu tylko wtedy, kiedy bezwzględnie muszą, a na argument, że nawet jeśli liczba zarażonych w Polsce skoczy z 60 do 60 tysięcy, to będziemy mieli do czynienia zaledwie z grupą stanowiącą 0,15% społeczeństwa, a więc nasza pojedyncza szansa na to, że ów wirus i nas dopadnie, jest bliska zeru, odpowiadają, że może i tak, ale ona jednak jest i należy ją brać pod uwagę, rozglądają się z utęsknieniem po okolicy i powtarzają w kółko: „No ale skoro właśnie ktoś zachorował niedaleko, bo w samym Sosnowcu, to jak niewiele brakowało, by i mnie się udało?”, lub: „A szwagra znajomy z pracy przez cały tydzień jeździł autobusami po mieście, i mimo że ludzie śmiali się z jego naiwności, lizał wszystkie fotele i właśnie wygrał w totolotka 5 milionów”.
        Bo tak dokładnie się rzeczy mają, gdy chodzi o koronawirusa. Jeśli się zastanowimy nad tym wszystkim na spokojnie, musimy dojść do wniosku, że nie ma praktycznej możliwości, byśmy podając komuś rękę na przywitanie się zarazili, jednak przez jakiś przedziwny emocjonalny zawijas, odbierając kolejne informacje na temat owej epidemii, wchłaniając je niemal od rana do wieczora, przestajemy traktować to co się dzieje jako coś jako swoisty medialny eksperyment, ale jako nieszczęście, które może w każdej chwili wychylić się zza rogu i na nas spaść.
       Czy chcę przez to powiedzieć, że powinniśmy żyć tak jak żyliśmy dotychczas, mając ową epidemię w kompletnym lekceważeniu? Oczywiście że nie. Dziś, przynajmniej u nas w Polsce, gra się toczy o to, by do czasu aż on w sposób naturalny zdechnie, rozprzestrzenianie się wirusa możliwie ograniczyć i ja owej grze kibicuję. I to z kilku względów. Przede wszystkim chodzi o to, by ludzie jednak nie chorowali, no i oczywiście nie umierali, ale w obecnej sytuacji Polska walczy o to, by pokazać zarówno światu, jak i tu nam na miejscu, że sobie świetnie, lepiej niż inni, z tego typu sytuacją radzimy. A jest to tym ważniejsze, że jak już pisałem wczoraj, są wśród nas i tacy, którzy mają cele całkowicie odmienne i oni się uspokoją dopiero wtedy, gdy owa ponura liczba 60 chorych zwiększy się do prawdziwie radosnych 600, albo może nawet przekroczy 1000, no a gdyby jeszcze poumierało trochę więcej osób, niż ta marna dwójka wyborców PiS-u, to szczęście byłoby już naprawdę pełne. A już zwłaszcza, gdyby za tymi liczbami poszła porażka Andrzeja Dudy w majowych wyborach.
       Dlatego ja sam, jak mówię, bardzo kibicuję temu wszystkiemu co robi dziś nasz rząd i nie zamierzam się do tych wszystkich regulacji ustawiać odwrócony plecami, natomiast w żaden sposób nie zgadzam się na to, by się zacząć bać o siebie, czy o swoich najbliższych, a już zwłaszcza w taki sposób, że w najbliższą niedziele nie pójść do kościoła na Mszę i nie przekazać znaku pokoju każdemu, kto tylko zechce go ode mnie przyjąć. Czego też wszystkim czytelnikom tego bloga życzę.



piątek, 13 marca 2020

Czy koronawirus zaatakuje Demokratyczny Ruch Na Rzecz Obrony Demokracji?


Dzisiejsza notka będzie się składała z dwóch osobnych, choć mocno powiązanych ze sobą części. Najpierw bowiem przedstawię swój ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”, a po nim pewną szerszą, dodatkową refleksję, która przed chwilą spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Bardzo zatem proszę o uwagę.           

      Na fali histerii związanej z koronawirusem, pomyślałem sobie, że poza wszystkim tym, o czym wiemy, sytuacja z jaką mamy do czynienia stworzyła doskonałą okazję dla wszelkich publicznie działających durniów, by sobie mogli swobodnie poużywać, nie ryzykując równie publicznej kompromitacji. Ponieważ bowiem ogólnopolskie, ale również i lokalne media nie znają innego tematu niż ów koronawirus, istnieje nadzwyczaj duże prawdopodobieństwo, że nie ma takiego idiotyzmu, który potrafiłby się przebić przez te wszystkie informacje na temat kolejnych zaatakowanych ośrodków i zrobić na kimkolwiek wrażenie. Mało tego. Nawet ta część wspomnianego gorszego sortu, który zabiera głos w sprawie epidemii, pozostaje całkowicie bezkarna wobec potęgi agresji jaka dotknęła Bogu ducha winnych mieszkańców Ziemi.
       Przyznaję, że nie miałem okazji obejrzeć całości wypowiedzi prof. Radosława Markowskiego, której ów mędrzec udzielił stacji TVN24, a więc mogę się tylko domyślać, że został on tam poproszony o ocenę szans wyborczych prezydenta Dudy wobec szalejącego koronawirusa, a interesujący nas fragment wypowiedzi brzmi następująco:
       Chcę powiedzieć, i proszę mnie dobrze zrozumieć, ja opisuję, kim jest elektorat Andrzeja Dudy. To są w 70 niemal procentach ludzie starsi, to są... znaczy odwrotnie – 70 procent ludzi starszych popiera Andrzeja Dudę. To są...” [w tym momencie dziennikarka TVN24 uzupełnia myśl Profesora: „ludzie bezpośrednio zagrożeni”, a Markowski kontynuuje] „Ale optymistyczne jest to, że są poza rynkiem pracy, z podstawowym wykształceniem i tak dalej, więc są może bardziej odizolowani od innych, ale jeśli coś się przykrego będzie działo – i to z przykrością stwierdzam – być może ta niewydolność służby zdrowia ma prawo pierwsza w nich uderzyć”.
       Mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, o czym mowa. Otóż w ramach rozpędzającej się kampanii wyborczej stacja TVN24 zaprasza do studia zaprzyjaźnionego socjologa, profesora nauk społecznych w  Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, człowieka w roku 2011 odznaczonego przez prezydenta Komorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i prosi go o naukową analizę szans wyborczych prezydenta Dudy w obliczu epidemii koronawirusa. Ów uczony profesor, zastrzegając oczywiście, że on akurat nikomu niczego złego nie życzy, przedstawia odpowiednią socjologiczną prognozę, w której przepowiada, że znaczna część wyborców Andrzeja Dudy, głównie ludzie starsi, a więc bardziej zagrożeni atakiem wirusa, mogą przed 10 maja wykitować i to by otwierało pewne możliwości dla kandydatów opozycji.
      Oczywiście, co już zostało tu wspomniane, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że zarówno słowa wypowiedziane przez Markowskiego, jak i sam fakt zwrócenia się do niego o tego rodzaju wypowiedź przez było nie było poważny ogólnopolski medialny koncern, ale też to, że owa wypowiedź nie została natychmiast przerwana przez napis „Przepraszamy za usterki”, zostanie przez opinię publiczna potraktowane wzruszeniem ramion. Nie widzę jednak powodu, bym i ja tu pozostał na tym poziomie ogłupienia i nie powiedział głośno i dobitnie, że mam nadzieję, że ten chiński wirus jednak zacznie w końcu wybierać.
                                                                                ***
        I oto, proszę sobie wyobrazić, zanim jeszcze odpowiednio wystygła wypowiedź prof. Markowskiego, w której wyraził nadzieję, że zanim dojdzie do majowego głosowania, w wyniku epidemii koronawirusa umrze wystarczająco dużo starszych ludzi, którzy, jak powszechnie wiadomo, w środowisku przez niego reprezentowanym traktowani są jako podstawowy elektorat Prawa i Sprawiedliwości, by Andrzej Duda wybory skutecznie przerżnął, jak pojawiło się coś równie szczególnego, tyle że w sposób jeszcze bardziej podły. Oto w wywiadzie dla Polskiego Radia, poproszony o komentarz w sprawie wspomnianego kryzysu, prof. Zdzisław Krasnodębski powiedział:
      Rządy mają obowiązki głównie wobec swoich obywateli, ale tam, gdzie mogą, to się dzielą. Jak w każdej takiej sytuacji, występują również zjawiska, które realistycznie oceniając zawsze występują np. ochrona własnego interesu. (…) W klinikach niemieckich w Berlinie pokradziono maski, odzież ochronną. W Niemczech, tych moralnych Niemczech. Wychodzą pewne cechy społeczne. To jest weryfikacja naszych mitów i zderzenie ich z rzeczywistością. Jest jeszcze jeden taki aspekt, który ktoś cynicznie mógłby powiedzieć: no cóż, ten wirus jest niebezpieczny dla osób powyżej lat 60, więc gdyby rzeczywiście nastąpił ten czarny scenariusz, to nasze społeczeństwa się trochę odmłodzą, prawda?
       I oto, proszę sobie wyobrazić, na Twitterze pojawił się wpis jakiegoś Grzegorza Kota, w którym autor zacytował następujący fragment z powyższej wypowiedzi: „No cóż, ten wirus jest niebezpieczny dla osób powyżej lat 60, więc gdyby rzeczywiście nastąpił ten czarny scenariusz, to nasze społeczeństwa się trochę odmłodzą, prawda?”, a tym samym sprowokował tak nieprawdopodobny hejt w stosunku do Krasnodębskiego, że nie ma tu miejsca, by przytoczyć z niego choćby i najbardziej tłuste obelgi. Mało tego. Mimo że w międzyczasie, parokrotnie pojawiło się sprostowanie, wraz z odpowiednim zapisem wspomnianego fragmentu rozmowy z Krasnodębskim, ani autor swojego tweeta nie usunął, ani też nie zakończyło się obrzucanie bogu ducha winnego profesora najbardziej ordynarnymi wyzwiskami. Ale i tego mało. Do w perfidny sposób zmanipulowanej wypowiedzi Krasnodębskiego odnieśli się główni przedstawiciele obrońców Demokracji oraz Konstytucji, tacy jak Leszek Miller, Wojciech Sadurski, czy Tomasz Grodzki i go zwyczajnie wdeptali w błoto. Za co? No za to, że on rzekomo wyraża nadzieję, że koronawirus odmłodzi nasze  społeczeństwo stetryczałe społeczeństwo. I żaden z nich nie dość że nawet się nie zastanowi, że przepisywanie Krasnodębskiemu tych słów jest kompletnym absurdem nie tylko dlatego, że jak stwierdził sam prof. Markowski, Krasnodębskiemu staruszkowie są potrzebni jak suchej ziemi kropla deszczu, i on ich powinien raczej chronić, ale przez to, że on sam jest już starszym człowiekiem, więc powiedzieć tak zwyczajnie nie mógł. Wystarczy, że pojawiła się szansa na uderzenie w PiS, a oni się na tę szansę rzucili z nieprzytomną wręcz energią.
      No ale nie w tym nawet rzecz. Co oni potrafią, to my już od pewnego czasu wiemy aż za dobrze. Mnie natomiast przejmuje taka oto myśl, że oni właśnie demonstrują swoje święte oburzenie wypowiedzią, której nie było, natomiast w obliczu wyrażonej przez Radosława Markowskiego w sposób jak najbardziej poważny i bezpośredni życzenia, by koronawirus wytłukł znaczącą część elektoratu Andrzeja Dudy, milczą jak zaklęci. Można by było wręcz powiedzieć, że oni, całkiem prawdopodobnie, po wysłuchaniu Markowskiego poczuli na plecach przyjemny dreszcz podniecenia. A to by świadczyło o tym, że zdanie, którym przyszło mi zakończyć swój felieton do „Warszawskiej Gazety” zyskuje dodatkowy walor.


   

czwartek, 12 marca 2020

Czy w Gogolinie mają już koronawirusa?


       Kiedy byłem jeszcze dzieckiem i mieszkałem z rodzicami, mój tato lubił grać w lokalną grę liczbową o nazwie „Karolinka”. Był też oczywiście ogólnopolski „Totolotek”, ale o ile pamiętam, u nas grało się głównie w „Karolinkę”. „Karolinkę” zainicjował, jak głosi fama, wojewoda Ziętek, a ja dziś w związku z nią pamiętam jedno tylko zdarzenie. Otóż byłem małym bardzo dzieckiem i Tato, skreślając liczby poprosił mnie, żebym podał swoje propozycje, a ja, nie zastanawiając się długo, policzyłem do pięciu. Fakt że on uznał, że ów układ 1, 2, 3, 4 ,5 będzie wyglądał za głupio, wyrzucał sobie niemal do samej śmierci, do tego stopnia, że ja również dziś wspominam tamto zdarzenie, tak jakbym je wówczas wspólnie z nim przeżywał. A przecież byłem naprawdę bardzo mały.
      Nie umiem sobie przypomnieć, czy ojciec mój grał w „Karolinkę” do końca swojego życia, natomiast wiem na pewno, że od tamtego czasu już nigdy nie dość, że nic nie wygrał, to jeszcze nawet nie mógł tak jak wtedy powiedzieć: „Ale ja byłem głupi!”. Spotkałem za to w kolejnych już latach kilka osób, które grały, najpierw w ową „Karolinkę”, a potem już tylko w „Totolotka” z wszystkimi jego odmianami, no a przy tym wiem, że liczba tych, których nie znam, albo nie wiem, że znam, sięga blisko 70% wszystkich Polaków.
      Poznałem kiedyś na przykład pewnego mocno starszego już pana, który przyznał, że gra od samego początku, nie opuszczając jednego tygodnia i nigdy nie wygrał nic. Ile przez ten czas stracił, oczywiście ani mi nie powiedział, ani też ja z grzeczności nie pytałem. Faktem jednak było to, że grał bez przerwy od samego początku, licząc, że przecież w końcu musi przyjść ten dzień, kiedy trafi szóstkę, czy co tam było do trafienia.
        Ja w totolotka zagrałem w życiu może dwa, czy trzy razy, nie trafiając choćby jednej liczby, natomiast już bardzo dawno temu dowiedziałem się, że moje szanse na ów milion są mniej więcej takie same, a może nawet mniejsze od tego, że zginę od uderzenia pioruna. No i również w związku z tym zastanawiałem, się jaki psychologiczny mechanizm stoi za tymi wszystkimi ludźmi – przypominam, że mówimy o 67% społeczeństwa – którzy przynajmniej od czasu do czasu dochodzą do wniosku, że może jednak warto spróbować, lub – jeszcze gorzej – że nie wygrywa tylko ten kto nie gra. I powiem szczerze, że choć przychodzą mi do głowy różne odpowiedzi, żadna z nich mnie tak zupełnie do końca nie przekonuje.
       I tu, proszę sobie wyobrazić, zacząłem o tym „Totolotku” myśleć jeszcze raz wczoraj, gdy zaszedłem do miejscowego marketu, żeby kupić ziemię do kwiatków i okazało się, że nie dość, że kolejki do kas są takie, jakich dawno nie widziałem, to na dodatek ludzie na wózki pakują towar w takich ilościach, jakby przez najbliższy miesiąc nie planowali w ogóle wychodzić z domu. No i oczywiście niemal natychmiast pomyślałem sobie, że chyba oni faktycznie mają taki własnie plan. Dlaczego? No wiadomo – przez koronawirusa, który jest coraz bliżej i już tylko czyha na któregoś z nich.
       Ja oczywiście nie lekceważę owej dziwnej choroby. Biorę oczywiście pod uwagę, że tu – zwłaszcza od czasu jak Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła oficjalnie pandemię – bardziej niż z realnym problemem, mamy do czynie z jakimś nieznanym nam społecznym eksperymentem, jednak wszystko to, o czym każdego dnia słyszę, mam w głowie i w żaden sposób mnie to nie bawi. Bardzo chciałbym, żeby ten atak choroby się już skończył i żebyśmy wszyscy w spokoju wrócili do codziennych zajęć, natomiast nie zapominam, że dziś na świecie żyje blisko 8 miliardów ludzi, z czego zachorowało lekko powyżej 100 tysięcy osób, z czego z kolei zmarło niespełna 4 tysiące. I niech nikt nie myśli, że w tym momencie zacznę coś pisać o grypie i śmiertelności, jaką ona powoduje, ani tym bardziej o raku, który, jak donoszą statystyki atakuje na świecie rocznie 18 milionów ludzie, z czego umiera ponad połowa. Nie będę nawet odwoływał się do tak zwanego glejaka i sprawdzał, ile dziś w Polsce ludzi umiera z jego powodu i jaki to jest procent z wszystkich zachorowań, bo to by było zbyt okrutne, a przede wszystkim proste jak sam ów glejak. Chodzi mi natomiast o to, że ci wszyscy ludzie, którzy wczoraj zaszli do mojego lokalnego sklepu na zakupy i przynieśli do domu tyle towaru, że ledwo dali radę go unieść, mają szanse, że to wszystko skutecznie zużyją, mniej więcej taką samą jak tę, że trafią w „Totolotka” okrągły milion, no i znacznie, znacznie, znacznie niestety mniejszą od tej, że zanim wrócą do domu, w ich mózgu zagnieździ się ów straszny guz.
        I znów wraca do mnie sprawa tego „Totolotka” i tych niemal 5 miliardów, jakie rocznie do budżetu wpłacają ludzie, w nadziei, że będą bogaci. Myślę sobie bowiem, że za jednym i drugim szaleństwem stoi dokładnie ten sam rodzaj z jednej strony nadziei, a z drugiej lęku. Jedno i drugie mianowicie jest reprezentowane przez jeden jedyny argument: A czemu tym razem nie wypadnie na mnie? W końcu wszyscy mamy taką samą szansę? Przecież ta kobieta z Poznania, czy ten ktoś z Raciborza też byli przekonani, że nie istnieje choćby statystyczna możliwość, by to im akurat miało się przydarzyć. No a przydarzyło. No a ten człowiek gdzieś w Polsce, który trafił setki milionów w tej zagranicznej loterii i teraz stać go na wszystko.
        Ktoś powie, że niepotrzebnie trzymam się Polski, bo o wiele uczciwiej byłoby spojrzeć na Włochy, gdzie dziś 60 milionów ludzi poddanych jest kwarantannie i własnie zamyka się sklepy. Proszę więc bardzo, niech będą Włochy. We Włoszech mieszka niemal 70 milionów ludzi, z czego koronawirusa stwierdzono u 12 tysięcy osób, a zmarło z nich kilka procent. 12 tysięcy osób na 70 milionów to zaledwie mały ułamek procenta i choć przyznaję, że nawet 5% śmiertelności to bardzo poważny odsetek, jednak znacznie mniej niż choćby w przypadku wspomnianego wcześniej glejaka.
       A zatem, jeśli ktoś mnie zapyta, jak się czuję w obliczu owej rzekomej pandemii, to odpowiadam, że fatalnie, ale tylko dlatego, że boje się jak cholera, że ktoś mnie sfotografował wczoraj, gdy kupowałem ziemię w naszym lokalnym Auchanie, a przy okazji okazało się, że mąż kasjerki tydzień temu wracał TIR-em z Włoch i okazało się, że u człowieka, którego podwoził w czasie swojej podróży przez Słowację, stwierdzono koronawirusa i już za chwilę mój pies będzie miał problem z tym, że nie ma nikogo, kto by mógł trzy razy dziennie wyjść z nim na spacer.



wtorek, 10 marca 2020

O Świętej Hostii w czasach zarazy


 Jeszcze w roku 2012, na prośbę ojca Antoniego Rachmajdy, dla redagowanego przez niego kwartalnika „Zeszyty Karmelitańskie” napisałem tekst o pewnym dramatycznie zapomnianym świętym jezuicie, księdzu Karolu Antoniewiczu, by w następnej kolejności, korzystając ze zbliżającej się Wigilii Bożego Narodzenia, opublikować go tu na blogu, no i ostatecznie, jako odpowiedni epilog dla moich 39 wypraw na dziewiąty krąg. Dziś natomiast myślę sobie, że histeria, jaką od pewnego czasu przeżywamy w związku z tak zwaną pandemią koronawirusa, stanowi wręcz znakomity powód, by tamten tekst tu wspomnieć. Owo obsesyjne wykupywanie masek ochronnych, zamykanie szkół, izolowanie coraz większej liczby ludzi oraz coraz szerszych grup społecznych od siebie, odwoływanie kolejnych masowych imprez, apele ministra zdrowia, by nie podchodzić bliżej niż na metr do kaszlących osób, oraz unoszący się nad tym wszystkim ów upiorny obraz z jednej strony służb medycznych w kosmicznych kombinezonach, a z drugiej przemykających ulicami ludzi, zasłaniających sobie twarze szalikami, kołnierzami, czy choćby dłońmi, w obawie przed zakażeniem, nie może nie przywołać postaci tamtego księdza. A zatem przywołujmy i życzmy sobie opamiętania.   

      7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.
      Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.
      Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.
      Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.
      Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.
      Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.
      Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.
      W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:
Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.
      Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.
      Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji
klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.
      Ojciec Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu, Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Karola Antoniewicza.
      Władze nakazały natychmiast przerwać misje, i choć w istocie rzeczy zostały one przerwane, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:
We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.
      A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:
Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
      I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:
Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.
      Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.
      Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.
      A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.



poniedziałek, 9 marca 2020

Wałęsa, dawaj moje pięć milionów!


      No a zatem na naszym blogu wyświetliła się wczoraj odsłona nr 5 000 000, i gdyby ktoś sądził że się pomyliłem, mam na myśli liczbę pięć milionów, w związku z czym mam tu kilka bardzo poważnych refleksji. Pierwsza z nich dotyczy owych pięciuset baniek. Ktoś powie, że przede wszystkim córka Aleksandra Kwaśniewskiego  czy Donalda Tuska tyle rejestruje każdego dnia, a nie przez 10 lat, a poza tym wcale nie wiadomo, czy te pięć milionów to odsłony unikalne, czy generowane przez wciąż te same 20 osób na krzyż, a ja na to mam odpowiedzi dwie. Pierwsza to taka, że jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że tu niemal nie ma zwykłej internetowej gadki, a zatem zdecydowana większość czytelników wchodzi na ten blog tylko raz, by przeczytać tekst i wracać do codziennych zajęć, mogę podejrzewać, że ten adres zna i z niego regularnie korzysta jakieś dwa tysiące osób. A to jest już moim zdaniem coś. Druga kwestia to ta, że nawet gdybym ja młodej Kwaśniewskiej i Tuskówny i ich projektów nie miał w głębokim poważaniu, to choćby miało się okazać, że przez minione 10 lat z kawałkiem owe pięć milionów razy wszedł tu zaledwie jeden czytelnik, to ja i tak już mogę umierać w spokoju. A więc to mamy załatwione.
       A teraz kwestia może jeszcze ważniejsza. Otóż przez te same 12 lat, kiedy się tu w Sieci udzielam, dzięki wsparciu i odpowiedniemu zaangażowaniu Gabriela Maciejewskiego, znanemu nam wszystkim Coryllusa, wydałem dziewięć książek, z czego sprzedałem sześć. Nie mówię oczywiście, że owa Tarantinowska liczba dziewięć była moim celem oraz ambicją, niemniej chciałem dziś ogłosić publicznie, że to już koniec i więcej nie będzie. Mamy oto dziewięć książek, z których większość jest dostępna już tylko w sprzedaży wtórnej i dziękuję za to wszystkim bardzo serdecznie.
      Ktoś zapyta skąd ta decyzja, a ja już spieszę z odpowiedzią. Otóż wszystko się zaczęło od komentarza jaki wspomniany Gabriel Maciejewski, mój kumpel i wydawca, zamieścił na swoim blogu jakiś rok temu, w którym poinformował cały świat, że ja i moje teksty stanowimy z punktu widzenia interesu, który on realizuje, wyłącznie obciążenie, a jeśli on  mnie wciąż toleruje, to jedynie przez naszą osobistą znajomość i związane z nią zaszłości. Mimo że owo oświadczenie zostało opublikowane publicznie i było dla mnie wydarzeniem dość przejmującym, postanowiłem przejść nad nim do porządku dziennego i jak gdyby nigdy nic robić wszystko tak samo jak robiłem dotychczas.
       I oto całkiem niedawno Gabriel Maciejewski, mój kolega i wydawca, znów ogłosił, i znów jak najbardziej publicznie, że jeśli ja nie zacznę pisać na poziomie, który on uzna za poważny, nie powinienem liczyć na jego dalsze uprzejmości. Ponieważ ja jednak swojego poziomu podwyższyć nie potrafię, ale też podwyższać nie mam ochoty, uważam, że również ta część problemu jest rozwiązana.
       Jest jeszcze jedna kwestia. Otóż miałem plan, by gdy idzie o książki, osiągnąć liczbę 10, i żeby to wszystko zamknąć projektem opartym na tekstach o zabójcach, z których część ukazywała się przez pewien czas w magazynie „Bez Cenzury”, a część leży w tak zwanej szufladzie. Chciałem wydać książkę z pewną bardzo jasno określoną tezą, która byłaby w pewnym sensie pogłębionym studium na temat, który stanowił główny motyw zbioru moich posmoleńskich felietonów o Diable, ale też w pewnym sensie był podsumowaniem tego wszystkiego, co tu na tym blogu przez ponad dziesięć lat zostawiałem. Dziś Gabriel bardzo jednoznacznie informuje mnie, że on mi tego nie wyda, ponieważ to jest ordynarny pop, w dodatku na poziomie prasy wydawanej przez Piotra Bachurskiego, a jego na tego typu upadek nie stać. W tej sytuacji, tym bardziej nie widzę sensu w zastanawianiu się nad kolejnymi tytułami.
        Jednak i tego nie traktuję jako wielkiego problemu. Z mojego punktu widzenia, to że mój blog zarejestrował właśnie pięć milionów odsłon, ale też i to, że udało mi się z mniejszym lub większym sukcesem sprzedać dziewięć tytułów, jest wystarczającym powodem, by czuć satysfakcję. Nawet jeśli w dalszej kolejności będą już tylko moje dzieci, moje wnuki oraz moje – Bóg jeden wie, jak długie – życie, to nawet jeśli nie zasadziłem drzewa i nie wybudowałem domu, czuję się spełniony.
       Gdyby komuś brakowało jeszcze czegoś na koniec, zapewniam, że blog pozostaje w dotychczasowym, nienaruszonym kształcie, jednak poza tym, reszta ulega ostatecznemu zamknięciu. A co do tego co pozostało ze wspomnianych książek, nie zgłaszam jakichkolwiek pretensji i wszystko co Klinika Języka na nich zarobi proponuję przeznaczyć na organizację kolejnych LUL-i. I niech nikt mi nie zarzuca, że jestem interesowny.




       
  


Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...