sobota, 9 lipca 2016

Dzieci z zapałkami - reaktywacja

Tak się złożyło, że wbrew wczorajszej obietnicy jestem tu i dziś. Hanka poszła do kosmetyczki i fryzjera, żona podobnie, garnitur, koszula i krawat wiszą bezpiecznie, buty kupione – mogę więc spokojnie sobie siąść, napić się kawy i zająć głupstwami… no może niekoniecznie głupstwami, bo, jak wiemy, ślub ślubem, a żyć trzeba.
Otóż, jak wszyscy wiemy, wczorajszy dzień minął nam na dyskusjach, w jaki sposób „lekcja”, jakiej Polsce udzielił prezydent Obama zmusi do refleksji rząd, prezydenta i tę część społeczeństwa, która twardo i jakże nieroztropnie stoi za tym cholernym PiS-em i ani jej w głowie usiąść i się zastanowić. Słowo „lekcja” zresztą pojawiało się wczoraj niejednokrotnie. „Lekcja” i „wstyd”. „Jak odebrali panowie lekcję, której nam udzieliły Stany Zjednoczone”; „Czy czuł pan wstyd, kiedy prezydent Obama udzielał nam lekcji?”; „Cały świat był świadkiem lekcji, jaką Polsce udzielił prezydent Stanów Zjednoczonych”.
Oczywiście, najprościej byłoby tu wzruszyć ramionami i kpiąco odpowiedzieć, że jeśli prezydent Obama faktycznie chciał udzielić nam lekcji, to może lepiej by było, gdyby się zajął, już nie mówię, że strzelaniną między policją, a czarnymi snajperami w Dallas, ale choćby najnowszym skandalem, którego ponurymi bohaterami są szef FBI i Hillary Clinton. My tu jednak nie jesteśmy od tego, by szukać rozwiązań prostych, a zatem ja bym chciał krótko bardzo zwrócić uwagę na sposób, w jaki stanowiska polskich władz bronili wczoraj ich prominentni przedstawiciele. Oni nie dość, że nie uznali za stosowne zasugerować Obamie, żeby się zajął sobą i oskarżeniami, jakie w samej Ameryce kierowane są pod jego adresem i dotyczą jak najbardziej łamania Konstytucji, to nie potrafili jednym prostym słowem wyjaśnić bardziej naiwnej części publiczności, w czym rzecz. To bowiem ów festiwal bezradnego krętactwa, jaki miałem okazję wczoraj obserwować, a nie tych parę nic nieznaczących słów Obamy, był czymś, przez co musiałem się autentycznie czerwienić. Głupio to mówić, ale wygląda na to, że po raz kolejny się potwierdza nasza obawa, że oni nie dość, że mają to wszystko głęboko w nosie, to – co gorsza – nawet nie za bardzo wiedzą, o co w tym chodzi.
Minione miesiące, od pierwszego dnia, gdy zbliżający się szczyt NATO w Warszawie zaczął się stawać tematem dnia, środowiska związane ze starym reżimem za swój główny cel postawiły doprowadzenie do tego, by albo ów szczyt został przeniesiony do innego kraju, albo żeby prezydent Obama go zbojkotował, albo żeby Polska została z niego wykluczona, albo żeby jego głównym tematem stała się sprawa Trybunału Konstytucyjnego. I kiedy na koniec z tych wszystkich marzeń nie zostaje praktycznie nic, poza owymi 90 sekundami komentarza Obamy, w dodatku tak ułożonymi, żeby broń Boże nikt mu nie zarzucił, że się wtrąca w nie swoje sprawy, ta banda frustratów przybiega do nas z wywieszonymi jęzorami i pyta: „No i co? Nie wstyd wam teraz?” A my, zamiast roześmiać się im w twarz, zachowujemy się, jakbyśmy właśnie zostali przyłapani na kradzieży. Powtórzę raz jeszcze, wygląda na to, że spełniają się nasze najgorsze podejrzenia, oni nie dość, że mają wszystko w nosie, to nawet nie za bardzo wiedzą, co się dzieje.
Pamiętam, jak jeszcze w roku 2008 prezydent Lech Kaczyński zapragnął, by kolejne Święto Niepodległości uczcić wielkim balem, na którym pojawią się najważniejsi politycy z całego świata. Kiedy ci sami ludzie, którzy dziś próbowali doprowadzić do porażki szczytu NATO, dowiedzieli się, co się kroi, przeprowadzili wobec Polski absolutnie wyjątkową akcję defamacyjną, mającą na celu storpedowanie owego balu. Ja to pamiętam do dziś. To codzienne szydzenie z prezydenta, który pojawi się na swoim głupim balu i będzie tańczył ze swoim głupim bratem, bo nikt inny tam nie przyjdzie. Pamiętam tę atmosferę, no i oczywiście i pamiętam radość, jaka wokół wybuchła, kiedy okazało się, że najbardziej utytułowani goście nie przyjechali. Napisałem wówczas tekst zatytułowany „O możnych tego świata i dzieciach z zapałkami”, w którym wyraziłem ból i złość z powodu tego, co się stało. Od tego czasu minęło osiem lat i jak widzimy, ta banda zdrajców radzi sobie znakomicie, a my zamiast im zwyczajnie nakłaść po pysku, chowamy się po kątach i udajemy, że nas nie ma. Bardzo źle. Poczytajmy sobie może tamten tekst.


Jeszcze trochę o rocznicy, dobrze? Zwłaszcza, że rocznica będzie pewnie jedynie pretekstem. Wczoraj - oprócz wspomnianego już jednego fragmentu wystąpienia Premiera i jednego fragmentu wystąpienia jednego dziennikarza - zanotowałem dwie jeszcze wypowiedzi, które, moim zdaniem, zasługują wyłącznie na reakcję, którą Anglicy opisują słowami ‘kick in the eye', a Polacy jeszcze bardziej mięsistym ‘kopem w ryj'. Niestety mamy w tej kwestii bardzo ograniczone możliwości, ponadto wszyscy jesteśmy bardzo kulturalni, a gesty honorowe odeszły już dawno w mroki historii. W tej sytuacji, pozostaje albo cichutko sobie chlipać, albo swoimi żalami dzielić się z tymi, którzy nas zrozumieją.
W telewizji TVN24, redaktor Morozowski, podsumowując rok pracy rządu Donalda Tuska, stwierdził, ze jemu osobiście bardzo zaimponował sposób w jaki premier Tusk „rozprowadza" Prezydenta. Morozowskiemu chodzi o to, że Premierowi najpierw niezwykle skutecznie udało się zorganizować bojkot prezydenckiej gali w Teatrze Narodowym, a kiedy już wszyscy zobaczyli nędzę tej rocznicowej uroczystości, te puste miejsca na publiczności, ten wieśniacki program artystyczny, Tusk pojechał do Paryża i pięknie wszystko pozałatwiał.
To był pierwszy ze wspominanych ekscesów. Gdzieś w okolicach Morozowskiego, pojawiła się kobieta o nazwisku Szumowska - reżyser filmowy - by opowiadać o swojej artystycznej wizji. Ponieważ dzień był świąteczny, spytano tę panią Szumowska, jak on widzi politykę. Usłyszeliśmy, że polityka Szumowskiej nie interesuje zupełnie. Owszem, jakiś czas temu, przez jakieś dwa lata, ona była bardzo polityką poruszona i nawet ją to co się w Polsce dzieje, bardzo denerwowało, ale teraz to ona stoi kompletnie z boku. Redaktor przepytujący panią artystkę, zadawał prowokacyjne pytania, że niby ten rząd jest nudny i w sumie nic nie robi, ale pani Szumowska niezmiennie odpowiadała, że może - owszem - i tak jest, ale ona pozostaje niezainteresowana. Pełny spokój.
Zapamiętałem jakoś te dwie wypowiedzi, ponieważ, w zupełnie przedziwny sposób, udało mi się w nich dostrzec pełną symbiozę między tymi, którzy obecnie kreują intelektualne i patriotyczne ambicje społeczeństwa, a tym właśnie społeczeństwem. Morozowski wygłosił komunikat, który stanowił bezczelnie jednoznaczne poparcie dla działań, które w normalnych warunkach musiałby zostać uznane za zdradę stanu, a przedstawicielka opinii publicznej - prawdopodobnie w pełnej zgodzie z oczekiwaniami Morozowskiego i reprezentowanego przez niego obozu zdrady narodowej - oświadczyła, że ona się sprawami Kraju nie interesuje.
Dlaczego zdecydowałem się na używanie aż tak mocnych słów pod adresem ludzi, którzy nie robią nic innego, jak tylko przedstawiają swoje poglądy? Przede wszystkim ze względu na szczere przekonanie, że zło, jakie nas otacza zasługuje na najmocniejsze słowa pogardy, a jeśli te słowa tak rzadko padają, to tylko dlatego, że do tego zła zostaliśmy w bardzo perfidny sposób przyzwyczajeni. Polska przeżywa 90-tą rocznicę odzyskania, po setkach lat niewoli, niepodległości. Rocznicę tego cudu, który gdyby się nie zdarzył, bylibyśmy dziś, jak pisze Zdzisław Krasnodębski, być może „grupą etniczną podobną do Serbów łużyckich - ledwie tolerowaną mniejszością pokazywaną na festiwalach folklorystycznych". Lech Kaczyński, jako prezydent wszystkich Polaków, pragnąc uczcić tę rocznicę, organizuje uroczystą galę z udziałem reprezentantów całego współczesnego świata. Polityczni przeciwnicy Prezydenta, żeby go poniżyć i wykpić, podejmują wielotygodniowe starania, żeby sukces gali maksymalnie osłabić, a kiedy im się to przedsięwzięcie częściowo udaje, poważny przedstawiciel mediów bije w zachwycie brawo, bo z jego punktu widzenia było bardzo śmiesznie obserwować, jak Polska jest ośmieszana.
A przecież to już nie pierwszy raz. Pamiętamy wszyscy bardzo dobrze, jak prezydent Kaczyński planował urządzić piękne i podniosłe uroczystości mordu katyńskiego i niestety musiał całe przedsięwzięcie odwołać, bo bojkot zorganizowany przez jego politycznych przeciwników sięgnął tak głęboko, że istniała obawa kompromitacji. Pamiętamy, jak z udziału w uroczystościach wycofywali się po kolei czołowi przedstawiciele świata polityki, kultury i sztuki, bo wiedzieli, że jeśli nie wykażą solidarności ze swoimi mocodawcami, utracą zbyt wiele. A wszystko tylko po to, by nielubiany prezydent za dużo sobie nie myślał.
Właśnie na DVD ukazał się film Martina Scorsese o Rolling Stonesach. Jest tam taka scena, gdy na koncercie Stonesów pojawia się prezydent Clinton... z Kwaśniewskim. Clinton przedstawia Kwaśniewskiego Jaggerowi, że oto prezydent Kwaśniewski z Polski. Ja Kwaśniewskiego nie znoszę. Moja nienawiść do Kwaśniewskiego jest, że tak powiem wypita z mlekiem matki. Nie chodzi o to, że on był moim zdaniem złym prezydentem, że dla mnie wygląda jak świnia, nie o to, że wygląda jak czerwona świnia, nawet nie o to chodzi, że jest pijakiem. Ja go nienawidzę, bo jest dla mnie komuchem, oraz przedstawicielem zbrodniczego systemu, osobiście - jak podejrzewam - odpowiedzialnym za wiele bardzo złych rzeczy. Jednak ostatnią rzeczą, na jakiej by mi zależało to to, by podczas tej prezentacji Kwaśniewski na przykład się przewrócił i żeby to zostało zapisane na taśmie filmowej przed całym światem.
A my dziś mamy sytuację taka, że dla swoich najniższych i najbardziej parszywych instynktów, cała grupa niezwykle wpływowych osób ze świata polityki i mediów aż przebiera nogami, by wystawić nasz kraj na pośmiewisko świata. Mało tego. Oni zajmują się zaspokajaniem tych swoich emocji i są przy tym z siebie okropnie dumni. Część z nich wręcz przyznaje, ze tak, to prawda, niech ten kraj spłonie, bo tylko tego rodzaju katharsis może umożliwić prawdziwą odbudowę. A głupi ludzie patrzą na to wszystko i albo biją brawo, albo - w najlepszym wypadku - wzruszają ramionami i oświadczają, ze oni się już polityką nie interesują. Kiedyś, jak im kazano, to - owszem - mieli coś do powiedzenia, ale dziś? Jest fajnie.
A co z tymi, którzy dbają, którym zależy, którzy wiedzą, że to nasza Polska i że jesteśmy tym Narodem? Co z tymi, którzy wychodzą z domu, biorą ze sobą dzieci i udają się albo do kościoła, albo na miejscowe uroczystości? Im z kolei specjaliści od nazywania rzeczy po nowemu wyjaśnią, że oni tak tylko dlatego, że była ładna pogoda. Że gdyby było zimno i padał deszcz, pies z kulawą nogą nie zainteresowałaby się co się tam za oknem dzieje. I ten ‘kartofel' musiałby sam się tam zabawiać ze swoją Polską i z tym swoim babsztylem. Bo ktoś, kto nawet nie zasługuje na to, by jechać z wizytą do Japonii, ale zwyczajnie do Azji - w ogóle nigdy nie zasługuje na nic dobrego.
Więc jeśli mnie ktoś spyta, czemu ja się tak denerwuję, albo czemu się nie zastanowię, jak ta moja miłość do Kaczorów zrujnowała moje umiejętności oceny, czemu nie popatrzę, jak to Kaczyński sam się wprowadza w ten stan, w którym już go tylko wszyscy nienawidzą, to ja mam jedną odpowiedź. Ja się nad moimi umiejętnościami obserwacji i wyciągania wniosków zastanowię, kiedy w tej debacie będę miał naprzeciwko siebie ludzi prawdziwie zatroskanych. Patriotów i Polaków. A nie z jednej strony bezpośrednich - nie tylko ideologicznych i intelektualnych - spadkobierców tych, o których można przeczytać w Piśmie Świętym, jak to nawet setki lat im nie wystarczyły, żeby się najzwyczajniej w świecie zasymilować. A z drugiej, kompletnie ogłupiałych widzów, którzy czując potęgę tych swoich potężnych opiekunów, zrezygnowali z tego, z czego tradycyjnie rezygnować nigdy nie było wolno.

I tyle. Wszyscy ciągle poza domem, ale ja już powiedziałem wszystko co chciałem, więc może tylko zachęcę do kupowania książek pod adresem www.coryllus.pl i pójdę poodkurzać.

piątek, 8 lipca 2016

Gdy Starsza Toyahówna rusza w świat

Z prawdziwą radością pragnę powiadomić czytelników tego bloga, tych zwłaszcza, którzy są tu ze mną od lat, że moje najstarsze dziecko, występujące tu od czasu do czasu, jako starsza Toyahówna, jutro wychodzi za mąż. Ślub odbędzie się w kościele parafialnym pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła w Katowicach o godzinie 14. Jeśli ktoś ma czas, ochotę i możliwości, zapraszam. Pozostałych proszę o dobre myśli i modlitwę za młodą parę.
W związku ze wspomnianą okazją, przez najbliższe dni będę zajęty, więc następna notka ukaże się dopiero w poniedziałek, a kto wie, czy nie we wtorek. Póki co, proszę uczyć się na pamięć wierszyka o rybkach i bułeczce, no i zaglądać do księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

środa, 6 lipca 2016

Polska, czyli światło, które nigdy nie gasnie

Może ktoś jeszcze pamięta, ale przed wieloma laty wspomniałem tu bardzo dogłębną i surową krytykę książki pod wstrząsającym tytułem „Fredzia Phi-Phi”, którą w dawniejszych jeszcze czasach napisałem i wysłałem do różnych redakcji z prośbą o opublikowanie, jednak bez efektu. Owa „Fredzia Phi-Phi” stanowiła wybuch translatorskiego talentu niejakiej Moniki Adamczyk, która uznawszy, że klasyczny już przekład Ireny Tuwim pod równie klasycznym tytułem „Kubuś Puchatek” wymaga radykalnej reakcji, najpierw wychodziła sobie odpowiednią życzliwość tak zwanych czynników, a potem już siadła przy biurku, no i stało się, co się stało. Jak mówię, całość owego przedsięwzięcia omówiłem, jak sądzę bardzo solidnie w swoim czasie i myślę, że przy jakiejś okazji spróbuję to wszystko powtórzyć w rozszerzonej formie, jednak dziś chciałbym zwrócić uwagę na jeden tylko element szaleństwa owej Adamczyk. Otóż proszę sobie wyobrazić, że jej wersja jest całkowicie pozbawiona zdrobnień. We „Fredzi Phi-Phi” zamiast balonika jest balon, zamiast chmurki chmura, zamiast łapki łapa, norki nora i tak konsekwentnie dalej, włącznie z niedźwiedziem o bardzo małym rozumie.
Czemu tak? Adamczyk tłumaczy wszystko w przedmowie do swojego dzieła. Zauważyła ona mianowicie, że w oryginalnej wersji nie ma zdrobnień i uznała to za celowy zabieg autora, który jej zdaniem nie chciał popaść w głupi infantylizm i stąd ów balon zamiast balonika Ireny Tuwim. Rzecz w tym jednak – i tego akurat Adamczyk najwyraźniej się nie nauczyła – że język angielski w ogóle jest pozbawiony zdrobnień. Pomijając te kilka wyjątków z przyrostkiem –let, jak starlet, droplet, czy ringlet, jeśli Anglicy uznają, że przydałoby się im trochę prawdziwego ciepła, to pomagają sobie przymiotnikiem „little”. Inaczej jest w języku polskim, my wręcz stopniujemy zdrobnienia, jak – by już pozostać przy wcześniejszym przykładzie – w gwieździe, gwiazdce i gwiazdeczce. I taka to uroda nasza, naszej mowy, ale też i naszych serc i naszego charakteru.
Nie wiem, czy było to spowodowane nastrojem, w jaki wpadłem przeżywając ten wybuch patriotycznego uniesienia związanego z występem polskiej drużyny narodowej na stadionach Francji, a potem owym niezwykłym wyznaniem Kuby Błaszczykowskiego, czy może przyszło owo wspomnienie do mnie przypadkiem, ale niemal jak grom z jasnego nieba spadły na mnie słowa wierszyka, który ostatni raz słyszałem może pół wieku temu z ust mojej babci, a potem, z biegiem lat, o nim niemal na śmierć zapomniałem. Proszę posłuchać:

Szło dziecię przez rzeczkę
I niosło bułeczkę.
Dla figielków płochych
Rzuca w wodę trochę.
Rybki to spostrzegły,
Do bułki się zbiegły.
Jak teraz myślicie?
Skąd się wzięło dziecię?
Bóg je wiódł przez rzeczkę,
Bóg mu dał bułeczkę,
Bóg rączką kierował,
Rybki poczęstował.


Mieliśmy tu ostatnio różne nastroje, gdy chodzi o Polskę. Wystarczy wspomnieć to wszystko cośmy sobie musieli powiedzieć na temat naszych talentów, jakie są demonstrowane przy okazji programu „Mam talent”. Przyznam uczciwie, że to właśnie ten nastrój towarzyszy mi w tych dniach przede wszystkim. Nie owa biało-czerwona radość niestety, ale to nieszczęście ze świnią, która się zesrała, a myśmy w tym momencie oszaleli ze szczęścia. A jakby tego było mało, parę dni temu pojawił się ów iluzjonista Ząbek, który odstawił już takie widowisko, że należy się naprawdę zastanowić, czy nie lepiej już nam było zostać przy tej świni. A więc wstyd i owa ponura świadomość, że nic z nas już nie będzie.
No i tu nagle wraca do mnie z tą niezwykłą dokładnością i całą swoją głębią tamta rymowanka sprzed lat, a ja czuję, że jest to światło, które nie zgaśnie nigdy. Chodzi tylko o to, byśmy go nigdy nie stracili z oczu. Choćby nawet oni wszyscy naraz zaczęli dmuchać w ten płomień. Bardzo to jest pokrzepiająca myśl.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje – i nie tylko moje – książki. Bardzo polecam.



poniedziałek, 4 lipca 2016

O emocjach, których nawet sport nie poskromi

Dla nas oczywiście mistrzostwa w piłce nożnej się zakończyły, ale kiedy jeszcze czekaliśmy z nadziejami na mecz Polska – Portugalia, napisałem dla „Warszawskiej Gazety” felieton w pewnym szczególnym sensie do sportu nawiązujący. Oto on. Polecam serdecznie.

Kiedy felieton ten się ukaże, wszyscy już będziemy wiedzieli, czy polska drużyna awansowała do półfinału mistrzostw we Francji, czy może Portugalczycy nas jednak zatrzymali. Niezależnie od wyniku jednak, turniej przez jakiś czas jeszcze potrwa, a nam wypada choć raz się na jego temat zająknąć. A choć to, co chciałbym dziś powiedzieć, ze sportem nie ma wspólnego zgoła nic, mam nadzieję, że okaże się odpowiednio ciekawe.
Jak pewnie część z nas pamięta, już sam początek turnieju dostarczył nam emocji szczególnych, w postaci wybitnie ekstrawaganckiego zachowania trenera drużyny Niemiec, Joachima Loewa, który, jak to nam bardzo wyraźnie pokazała włoska telewizja, w śródmeczowym szaleństwie wygrzebał sobie coś z tyłka, a następnie to coś wąchał. Mimo że ów Loew zdążył nas już wcześniej przyzwyczaić do swoich ekstrawagancji, wyjadając choćby kozy z nosa, na widok tego dziwactwa, cały świat najpierw zdębiał, a następnie wybuchnął perlistym śmiechem i tak w tym śmiechu trwa do dziś, natomiast ja chciałbym się podzielić tu pewną dość szczególną refleksją.
Otóż, co wiem ze źródeł dobrze poinformowanych, a co w całej dyskusji na temat owego ekscesu nam umknęło, zarówno trener Loew, jak i jego asystent, to czynni homoseksualiści, a to – z mojego punktu widzenia w sposób oczywisty – nadaje całej sprawie szczególnego wymiaru. I tu przypomnę odpowiednio zapomniany dziś film, nakręcony przez wybitnego reżysera, Williama Friedkina, w którym główną rolę zagrał słynny Al Pacino, pod tytułem „Cruising”, gdzie w sposób absolutnie rewolucyjny pokazano środowisko homoseksualne takie, jakim ono faktycznie jest. Przedstawiony przez Friedkina obraz gejowskich klubów to najniższy krąg piekła, gdzie króluje najbardziej perwersyjne i okrutne wyuzdanie, o intensywności takiej, że osobiście czegoś podobnego sobie nawet nie wyobrażałem. Oto ludzie, którzy tam spędzają wieczory i noce, na co dzień są zwykłymi obywatelami, o których nawet nie bardzo można powiedzieć, że robią w jakikolwiek sposób wrażenie „innych”, chodzący do pracy, spotykający się ze znajomymi, mijający się na ulicy, wieczorami rozpoczynający ów tytułowy „cruising”, którego bohaterami są opętane najdzikszą żądzą zwierzęta, u których propozycja zwykłej kopulacji wywoływać może już tylko ziewanie.
Otóż moim zdaniem, jeśli przyjąć, że trener reprezentacji Niemiec, Joachim Loew, jest faktycznie aktywnym homoseksualistą – a, jak mówię, z tego co wiem, jest to potwierdzony fakt – to, co on wyprawiał podczas meczu i co tak bardzo poruszyło świat, było dla niego zachowaniem jak najbardziej normalnym. Jestem pewien, że, biorąc pod uwagę poziom emocji, jaki możemy zaobserwować na poziomie sportu profesjonalnego, Loew w tych nerwach równie dobrze mógł się rzucić na swojego asystenta i odbyć z nim homoseksualny stosunek płciowy, lub zacząć się publicznie onanizować. To, że do tego nie doszło, należy zawdzięczać jego wybitnej wstrzemięźliwości, W efekcie której mieliśmy wspomniane wąchanie własnych odchodów. Przy całym szacunku dla wrażliwości Czytelnika, namawiam do chwili refleksji. Naprawdę mogło być gorzej.

Jak zawsze polecam stronę www.coryllus.pl, a tam księgarnię, w której są do nabycia wszystkie moje książki. Przy okazji przypominam, że na youtubie systematycznie pojawiają się kolejne filmy z niedawnych targów książki w Bytomiu. Dziś słuchamy rozmowy z naszymi kumplami, Jolą Gancarz i Tomkiem Bereźnickim https://www.youtube.com/watch?v=QJ0w-Ov5PHE. Serdecznie zachęcam.

niedziela, 3 lipca 2016

Dla Kuby Błaszczykowskiego, z miłością i podziękowaniem

Spotkałem się w piątkowy wieczór na piwie z byłym uczniem i w pewnym momencie naturalnie rozmowa zeszła na Euro 2016. Co ciekawe jednak, nie rozpamiętywaliśmy tego, co dzień wcześniej spotkało naszą drużynę, nie dyskutowaliśmy na temat naszych mniej lub bardziej wykorzystanych, czy straconych, szans, ale rozmowa się skupiła na owym niezwykłym wybuchu owego patriotyzmu, którego, jak się zdaje współczesny świat dotychczas nie widział i już nie zobaczy. Kiedy już doszliśmy do porozumienia co do tego, że owo patriotyczne uniesienie, którego widoczną manifestacją było to, że całkowicie niezależnie od tego, jak dobrze nasi piłkarze grali i co osiągnęli, my jesteśmy gotowi oddać za nich życie, stanowi zagadkę nieobjaśnioną, postanowiliśmy podjąć próbę przynajmniej opisania tego niezwykłego zjawiska. I tu stała się rzecz absolutnie przedziwna. Mój uczeń, człowiek, który dotychczas przy okazji naszych kontaktów zajmował pozycję, którą, nawet jeśli określimy, jak irracjonalną, to w sposób dla nas zdecydowanie nieatrakcyjny, powiedział, że jego zdaniem to co się dzieje wokół polskiej reprezentacji ma wymiar ściśle religijny. Co ciekawe, on owej perspektywy nie potraktował z ironią, ani tym bardziej z szyderstwem, ale, wręcz przeciwnie, oświadczył, że dla opisania tego, z czym mamy do czynienia, on nie znajduje innego sposobu, jak odniesienia do „dotknięcia Maryi”. Dokładnie tak. On uznał, że owo uniesienie, któremu on sam uległ, musi mieć źródło w geście, którego my tutaj nie jesteśmy w stanie opisać inaczej, jak przez świętą interwencję, z jakiegoś powodu skierowaną na Polskę właśnie.
Od naszej rozmowy wydarzyły się dwie rzeczy, które dla mnie mają wartość podstawową. Pierwsza z nich związana jest z odbywającym się właśnie w Gdyni muzycznym festiwalem Opener, na którym aktualnie czas spędza moja młodsza córka. Wedle jej relacji, kiedy Polacy grali z Portugalią, a na głównej scenie festiwalu odbywał się koncert dla niektórych głównej gwiazdy festiwalu, amerykańskiego zespołu Red Hot Chili Peppers, w pewnym momencie doszło do sytuacji, kiedy to jedna część publiczności poszła oglądać mecz do specjalnie na tę okazję utworzonej „strefy kibica”, a ci, co zostali, śledzili to, co się dzieje, na swoich telefonach.
Ktoś powie, że to nic takiego. Medialna propaganda, która została nadmuchana wokół występów polskiej drużyny, a o której sam pisałem tu parę dni temu, zrobiła swoje. To jest typowy przykład społecznej manipulacji, o której każdy student socjologii, czy psychologii, uczy się na pierwszym roku. I ja, jako osoba odpowiednio doświadczona, jestem w stanie ten rodzaj objaśnienia przyjąć. Ja zdaje sobie sprawę z siły propagandy i z tego, co ona potrafi zrobić z ludzkimi emocjami. A więc możliwe, że te setki tysięcy ludzi ubranych w białoczerwone barwy i całkowicie jednocześnie śpiewające polski hymn, to zwykły produkt. Możliwe. Jest duża szansa, że się niepotrzebnie podnieciłem. Jednak tu pojawiło się coś jeszcze.
Otóż, jak pokazały – diabli zresztą wiedzą, po co – kontrolowane przez System media, jeden z naszych piłkarzy, Kuba Błaszczykowski, człowiek, który, jak by nie patrzeć, załatwił polskiej drużynie turniejową porażkę, przyjechał do swojej rodzinnej wsi o nazwie Truskolasy i tam już na niego czekali wszyscy, żeby mu pokazać i powiedzieć, jak go kochają i jacy są mu wdzięczni za jego wysiłek. I wówczas on wygłosił tekst, w którym podziękował najpierw zebranym za miły gest, potem swojej babci, za to, że mu poświęciła część swojego życia, potem swojej mamie, która – w co on głęboko wierzy – patrzy na niego z nieba, a na końcu – „mimo wszystko” – swojemu tacie, który „nauczył go zasad”. Powiedział to piłkarz Błaszczykowski i się rozpłakał.
I tu czytelnikom, którzy nie znają sprawy, należy się wyjaśnienie. Otóż jeden z najwybitniejszych piłkarzy kontynentu, Kuba Błaszczykowski, był wychowywany przez swoją babcię dlatego, że któregoś dnia, na jego oczach zresztą, jego tato zamordował mamę. I to nie jest plotka. To jest fakt. Sam Błaszczykowski o tym wielokrotnie opowiadał. Dlaczego, w jakich okolicznościach – tego nie wiem, ale tak on sam to opowiedział. Dziś, po tym, jak nie strzelił karnego, tym samym eliminując polską drużynę z Euro 2016, przyjeżdża do swojej wsi gdzieś w Polsce i dziękuję ojcu – temu ojcu – za to, że mu wpoił zasady, którymi on się do dziś kieruje.
Owego niezwykłego wystąpienia Kuby Błaszczykowskiego wysłuchałem wczoraj. Z moim uczniem spotkałem się przedwczoraj. Gdyby kolejność była odwrotna, uważam, że nie byłoby o czym gadać. To bowiem w tej wypowiedzi znajdujemy odpowiedź na pytanie, co takiego jest w naszej Polsce, że – wbrew wszystkiemu – Matka Boża ma ją w Swojej opiece. Czegoś takiego bowiem dzisiejszy świat nie dość, że nie zna, to nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić. A co dopiero mówić o świecie piłki nożnej?

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie kupujemy moje i nie tylko moje – książki. Polecam.

sobota, 2 lipca 2016

Game changer, który się sfajdał

Ja oczywiście nie przeczę, że wiadomość o tym, że austriacki Trybunał Konstytucyjny uznał za stosowne powtórzyć drugą rundę wyborów prezydenckich, jakąś karierę tu u nas zrobiła, nie zmienia to jednak faktu, że to jest news o takiej sile, że nawet gdybyśmy go musieli wysłuchiwać od rana do wieczora – od czego jesteśmy zdecydowanie zbyt daleko – to wciąż byłoby za mało. Tymczasem wiadomość o tym, że w Austrii doszło do sfałszowania wyborów prezydenckich i owo fałszerstwo było tak ewidentne, że nawet System nie był w stanie nic temu zaradzić, jest moim zdaniem wiadomością, która wywraca do góry nogami cały porządek europejski, jaki znamy. Część z nas wiedziała to od paru już lat, jednak to dopiero dziś dowiadujemy się całkowicie oficjalnie, że współczesna Europa to gniazdo żmij, dla których cała ta gadanina o demokracji to śmiechu warty kabaret. Bardzo proszę, byśmy się przez chwilę przyjrzeli z pewnym skupieniem temu, co się właśnie stało. W Austrii odbyły się wybory prezydenckie i w momencie gdy okazało się, że Austriacy zagłosowali na antyeuropejską prawicę, Europa najzwyczajniej w świecie wybory sfałszowała. A więc zrobiła coś, co starsi z nas pamiętają z najbardziej ciemnych czasów komunizmu, a ci bardziej oczytani z doniesień na temat tego, jak się sprawy mają w dyktaturach w tak zwanym trzecim świecie. I to się właśnie wydało. Współczesna Europa fałszuje wybory dokładnie tak samo jak oni.
Pamiętam, jak w roku 2010, po tym jak Jarosław Kaczyński przegrał wyścig o prezydenturę z Bronisławem Komorowskim, napisałem na tym blogu tekst, w którym pokazałem, jak to owe wybory zostały sfałszowane. Odezwał się na to mój serdeczny przyjaciel, komentator o nicku Lemming, i stwierdził, że ja nie mogę tak mówić, bo w momencie gdy dochodzi do fałszowania wyborów mamy do czynienia z tak zwanym „game changer”, a to jest coś, czego nasza cywilizacja nie jest w sani znieść. W tak zwanych miękkich dyktaturach można sobie pozwolić na wiele, kandydata do prezydentury można nawet zabić, ale wyborów się nie fałszuje. Sprawa zwycięstwa Bronisława Komorowskiego w roku 2010 nigdy nie została wyjaśniona, natomiast dziś dowiadujemy się, że sześć lat później w Austrii sfałszowano wybory prezydenckie i teraz trzeba je będzie powtórzyć. Czy w tej sytuacji pojawi się tu ktoś, kto powie, że moje podejrzenia z roku 2010 to jakiś absurd i co najwyżej dowód moich kompleksów? Czy ktoś mi zacznie tłumaczyć, że żyjemy w cywilizowanej i zjednoczonej Europie, dla której przestrzeganie prawa oraz zasad demokracji stanowi wartość najwyższą, a pomysł, by w tym świecie mogło dojść do sfałszowania aktu wyborczego, to czysty absurd?
Otóż doszliśmy do tego punktu właśnie. W Austrii odbyły się wybory prezydenckie i w obawie, że zwycięzcą może się okazać kandydat prawicowo-konserwatywnej części społeczeństwa, System postanowił wynik owych wyborów sfałszować. Powtórzę to raz jeszcze: w samym sercu nowoczesnej Europy doszło do fałszerstwa wyborczego i tego faktu nic już nie zmieni.
To, z czym bowiem mamy do czynienia, to w rzeczy samej jest ów „game changer”, z tą drobną różnicą, że ci, którzy go opracowali, nie przewidzieli, że element, który oni uznali za nieistotny, czyli naród, nie da się z tej gry tak łatwo wyeliminować. Przyznam szczerze, że jest to wiadomość na tyle wstrząsająca, że ja się im nie dziwię, że najwyraźniej nie mają ochoty w ogóle na ten temat rozmawiać.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować wszystkie moje książki.

piątek, 1 lipca 2016

Dlaczego jesteśmy lepsi od Islandii

Polska reprezentacja przegrała swój ćwierćfinałowy mecz z Portugalią i choć nawet już tuż po meczu nie bardzo byłem w stanie zaobserwować, by miała miejsce jakaś szczególna eksplozji smutku, chciałbym w paru słowach powiedzieć, dlaczego nie jest szczególnie smutno mi. Otóż przede wszystkim – i jest to problem, z którym się zmagam od wielu już lat – ja nie jestem w stanie znieść sposobu, w jaki polskie media relacjonują występy polskich piłkarzy w tych czy innych turniejach. Intensywność owej najbardziej bezczelnej propagandy, a więc automatycznie poziom kłamstwa, jakim jestem zalewany przy każdej kolejnej okazji, doprowadza mnie do takiego stanu, gdzie niekiedy przyłapuję się na myśli, że może lepiej by było, gdyby nasi wreszcie dostali w tyłek tak, żeby ci wszyscy cwaniacy tym swoim wrzaskiem się zwyczajnie udławili.
A więc to jest jedno. Cyrk, jaki nasze media, i to wszystkie media, niezależnie od aktualnie realizowanych politycznych interesów, odstawiły po ostatnich dwóch zwycięstwach polskiej reprezentacji nad Ukrainą i Szwajcarią, stanowił widowisko tak żałosne, że już po paru minutach tego czegoś ja osobiście nie byłem w stanie nie myśleć, że może lepiej byłoby i tym razem zwyczajnie przegrać i przynajmniej w ten sposób uniknąć tej żenady.
Ale, jak mówię, to nie jest nic nowego. Z jakiegoś niezbadanego przeze mnie powodu, od wielu już lat, każdy sportowy sukces polskiej piłki nożnej, zostaje w jednym momencie najbrutalniej na świecie zniszczony występami medialnej bandyterki, która w jakiś przedziwny sposób uznaje, że piłka nożna to jest temat i idea, na których można się skutecznie powozić, i to przez dłuższy czas. No i niestety z tą samą skutecznością ów system uniemożliwia mi, bym się tak do końca cieszył naszymi sportowymi sukcesami.
A zatem, jest tak, że odpadliśmy z mistrzostw, przegrywając z Portugalią w rzutach karnych, a ja sobie myślę, że może takie rozwiązanie nie jest z naszego narodowego punktu widzenia aż tak złe, bo przede wszystkim pomyślmy, co by to było, gdyby to nie Błaszczykowski, tylko Ronaldo nie strzelił karnego i polska drużyna awansowałaby do półfinału? Spróbujmy sobie wyobrazić ten zalew najbardziej bezczelnego kłamstwa, w jakim musielibyśmy się pokornie taplać przez wszystkie te dni, które by na dzieliły od kolejnego meczu, tym razem już z Belgią, i to, jak owo kłamstwo musielibyśmy znosić tylko dlatego, że je autoryzują Robert, Kuba i Grzegorz.
No i tu pojawia się kolejna kwestia, mianowicie wspomniana Belgia. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że trenerowi Nawałce udało się stworzyć fantastyczny zespół, przed którym wiele sukcesów. Ja wiem, że czas, jaki minął od sukcesów drużyny Kazimierza Górskiego był zdecydowanie zbyt długi i wszyscyśmy byli spragnieni czegoś bardziej spektakularnego. Ale nie oszukujmy się. Wiele wskazuje na to, że gdyby to nie Błaszczykowski, ale któryś z Portugalczyków spudłował i polska drużyna awansowała do półfinału, to w owym półfinale dostalibyśmy od Belgów 0:5 i wtedy byśmy dopiero zobaczyli, jak wygląda prawdziwy wstyd.
Bo, powtórzę, nie oszukujmy się. Mecze z Ukrainą i Szwajcarią, wbrew temu, co wczoraj wygadywali telewizyjni komentatorzy, to nie były dobre mecze. Polska drużyna w obu wypadkach zagrała słabo, a to, że myśmy oba pojedynki wygrali, było przede wszystkim kwestią przypadku. No a poza tym, jeśli ma się ambicję zdobycia tytułu mistrza Europy – a takie perspektywy to tu to tam były otwierane – naprawdę jest coś nieeleganckiego w ogłaszaniu sukcesu po z trudem wywalczonych zwycięstwach nad drużynami takimi, jak Szwajcaria, czy Ukraina.
A więc to jest to, co ja czuję dziś, dzień po zakończeniu naszej polskiej przygody na mistrzostwach we Francji. Jest bardzo dobrze, że mamy zespół, jest jeszcze lepiej, że mamy najlepszych kibiców na świecie, natomiast prawdziwy turniej rozpoczyna się dopiero w przyszłym tygodniu, i Polski, podobnie jak tych satanistów z Islandii, tam nie będzie. I powiedzmy to sobie uczciwie – tak jest sprawiedliwie. Polska ma inne zadania.

Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek, dostępnych w ofercie księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...