czwartek, 8 maja 2014

Z ostatniej chwili: System inwestuje w magię

W odpowiedzi najpierw na serię skandali, jakich bohaterem stał się prezydent Clinton, a następnie na pełną społeczną akceptację, czy, w najlepszym razie, obojętność wobec owych rewelacji ze strony opinii publicznej, autor William J.Bennett wydał książkę zatytułowaną „The Death of Outrage”, w której, mówiąc bardzo ogólnie, zwrócił uwagę na to, że przypadek Clintona nie tyle stanowi pojedynczy problem jednego polityka i jego upadku, co dowód na to, że ten akurat upadek stanowi zaledwie pokłosie upadku znacznie bardziej powszechnego, a mianowicie upadku odwiecznych amerykańskich ideałów, a tym samym końca pewnej historii.
Myślę, że nie będzie źle, jeśli dla lepszego wyjaśnienia intencji Bennetta, wyjaśnię pokrótce znaczenie angielskiego słowa „outrage”. Otóż w języku angielskim owo „outrage” oznacza wyjątkowo silne oburzenie czymś, czego w normalnych warunkach tolerować się nie da. Jeśli widzimy coś negatywnie uderzającego, reagujemy – najczęściej z wykrzyknikiem – że to coś jest „outrageous”, a więc oburzające i jednocześnie szokujące. Zdaniem Bennetta, w normalnych warunkach amerykańskie społeczeństwo, widząc to , kim, lub czym, jest faktycznie ich prezydent, wykrzyknęłoby „This is outrageous!”… tymczasem nie stało się nic.
Oczywiście, i jestem tego pewien, część czytelników już w tej chwili spodziewa się, że będę pisał o najnowszym klipie Michała Boniego, billboardzie z Donaldem Tuskiem, lub o żonie prezydenta Komorowskiego, tymczasem nie; dziś akurat mam w głowie coś, co w pewnym sensie wyprzedza wszystko, z czym mieliśmy dotychczas do czynienia, a mianowicie o telewizji TVN i jej najnowszej ofercie.
A zaczęło się wszystko od tego, że przyszło do mnie wczoraj moje dziecko i pokazało mi fragment programu wspomnianej telewizji, ja to uważnie obejrzałem, sprawdziłem, czy sprawa jest bardzo stara, a kiedy okazało się, że mam do czynienia z newsem, w dodatku podanym przez portal wpolityce.pl, pomyślałem sobie, że ja tu nie mam czego szukać, bo już zapewne w tym momencie cała Polska została poderwana na równe nogi. No i wtedy zajrzałem na wpolityce.pl… i ze zdziwieniem stwierdziłem, że owa wiadomość jest gdzieś ukryta na marginesie wydarzeń znacznie ciekawszych, następnie poczekałem do dzisiejszego dnia i upewniwszy się, że sprawy w istocie nie ma, pomyślałem, że dobrze jest; że przynajmniej ja mam temat. Marna jednak jest ta satysfakcja.
O co chodzi? Otóż w porannym programie telewizji TVN, zatytułowanym „Dzień dobry TVN”, czy jakoś tak, prowadzonym przez znaną nam skądinąd dziennikarkę Jolantę Pieńkowską plus jakiegoś lokalnego macho, wystąpił człowiek nazwiskiem Przemek Kossakowski, jak się okazuje, autor programu „Szósty wymiar”, w którym się Bogu ducha winnym ludziom opowiada o różnego rodzaju czarach, których umysł zwykłego katolika objąć nie jest w stanie, i opowiedział – naprawdę! – o swoim spotkaniu z słynnym serbskim magiem, Lwem Gerszmanem. Otóż ów Gerszman, wedle swoich zapewnień, jest jednym z 4 tysięcy tak zwanych „białych magów”, którzy we współczesnym świecie toczą ciężką, acz nierówną walkę z 8 tysiącami „magów czarnych”. Zdaniem Gerszmana, współczesny świat jest opanowany przez wspomniany legion „czarnych magów”, którzy sterują całą światową polityką, a przez to również życiem społeczeństw. A zatem tradycyjne przekonanie, że światem rządzi masoneria, jest nieprawdziwe: światem rządzą czarownicy.
Kossakowski, kiedy już wyjaśnił, w czym rzecz, puścił film ze swojego spotkania z tym jakimś Gerszmanem i wtedy się stało. Oto Gerszman otrzymał trzy zdjęcia trzech polskich polityków, a mianowicie Donalda Tuska, Janusza Palikota i Jarosława Kaczyńskiego z prośbą o to, by zechciał położyć nad nimi swoje dłonie i ocenić, który z nich jest opanowany przez złe duchy. Gerszman najpierw zbadał Donalda Tuska i okazało się, że tam nie ma nic. Tusk jest czysty, jak złoto. Następnie sprawdził Palikota i wyszło na to, że on wprawdzie uprawia jakieś ziołolecznictwo, ale jeśli idzie o czarną magię, nie można mu zarzucić nic. No i wreszcie przyszła kolej na Jarosława Kaczyńskiego, i Gerszmanowi najpierw stanęły włosy na głowie, a następnie odskoczył od tego zdjęcia, jakby ujrzał tysiąc szatanów, i już tylko z trudem łapał powietrze, a myśmy to mogli oglądać dzięki telewizji TVN. Oto bowiem przed nim stanął człowiek, który od stóp do głów jest opanowany przez najczarniejszych magów i to do tego stopnia, że Gerszman czegoś takiego w swoim życiu najzwyczajniej nie widział. Koniec demonstracji.
I teraz pewnie ktoś mnie poprosi, żebym ja przestał żartować i przeszedł do właściwej części tego felietonu. Otóż nic z tego. To jest właśnie to. Tu nie ma ani żartu, ani nawet zwykłej publicystycznej przesady. To wszystko się działo naprawdę i, co ciekawsze, atmosfera w telewizyjnym studio w najmniejszym stopniu nie wskazywała na to, że tu się odbywają jakieś „jaja”. Redaktor Pieńkowska robiła wrażenie autentycznie wstrząśniętej, a zaproszony gość, specjalista od czarnej i białej magii, Przemek Kossakowski, najlepiej, najuczciwiej i najpoważniej, jak tylko potrafił, wyjaśniał, że stoimy wobec spraw najbardziej podstawowych. Przyznaję bez bicia, że programu do końca nie obejrzałem, natomiast moje dzieci, które siłą rzeczy są bardziej odporne na wszelkiego rodzaju ekscesy, zapewniły mnie, że tam do samego końca nikt nie wykrzyknął „prima aprilis!”.
A więc sytuacja jest taka, że jedna z głównych ogólnopolskich stacji telewizyjnych nadaje program, w którym jak najbardziej serio, informuje widzów o tym, że Jarosław Kaczyński znajduje się pod wpływem międzynarodowej siatki autentycznych czarowników, na dowód tego przedstawia się świadectwo czołowego telewizyjnego eksperta od zjawisk nadprzyrodzonych… i nie dzieje się nic. Zero. I tylko jeden prawicowy portal internetowy wykpiwa ten idiotyzm gdzieś na marginesie doniesień o tym, że Ryszard Kalisz to głupek, a co najgorsze, opinia publiczna – w tym tak zwane dziennikarstwo obywatelskie – robi wrażenie, jakby to nie było niczym szczególnie interesującym.
Od 2005 roku przyszliśmy daleką drogę. Wszystko się zaczęło od tego, że Polska została zalana wyprodukowanymi przez stację RMF-FM czarnymi billboardami, namawiającymi ludzi do emigracji z Polski. Potem już było tylko lepiej, z kulminacją w postaci smoleńskiej katastrofy i szyderstw z powodu ludzkiego bólu i cierpienia. Kiedy wszystko to jednak okazało się kompletnie bezsilne wobec zwykłej ludzkiej wiary i miłości, postanowiono uderzyć w nas od strony czarów. I to mi przypomina pewną starą już bardzo historię, kiedy to PRL-owski dziennikarz Grzegorz Woźniak, komentując pierwszą w Ojczyźnie mszę papieską, rytualne okadzanie ołtarza określił, jako wypędzanie złych duchów. Różnica jest taka, że Woźniak wiedział, że kłamie, natomiast ci są głęboko przekonani, że w tym musi coś być. To jest bowiem ta zmiana. Wypada nam już tylko czekać, aż do programu „Dzień dobry TVN” zostanie zaproszony prof. Jan Hartman, tam, oficjalnie i na wizji, uzna, że jak nasikać na zleżałe trociny, to lęgną się robaki, następnie ogłosi swoje rozstanie z ateizmem, w reakcji na to redaktor Pieńkowska zacznie mówić językami, a my wzruszymy ramionami i powiemy, że najciekawiej i tak już było, i udamy się na zakupy. A ja się obawiam, że to prawda: chyba faktycznie najciekawiej już było.

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/to-juz-oficjalne-swiatem-rzadzi-magia,122047.html


Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie oprócz zwykłej porcji fantastycznych nowości, można zamówić obie książki Toyaha w cenie promocyjnej. To jest już koniec nakładu, a wznowień się nie planuję. Zachęcam do pośpiechu. Przy okazji, zgoodnie z ponurą tradycją, bardzo proszę o wspieranie tego bloga. Jeśli ktoś uznał powyższą notkę tego wartą, proszę o zasilenie podanego obok konta dowolna wpłatą. Dziękuję.

środa, 7 maja 2014

Matury? A co to, kurwa, takiego?

Przyszedł maj, z majem, jak co roku, matury, a my – też jak co roku – aż drżymy z trwogi, dokąd to wszystko zmierza. Niedawno spotkałem moją uczennicę sprzed lat, kiedyś bardzo miłe dziecko przygotowujące się do egzaminów do liceum, a dziś dorosłą kobietę z własnym życiem i równie dorosłymi planami. No i zapytała mnie ona, jak tam młodzież, a ja sobie przypomniałem, że kiedy ona była w ósmej klasie podstawówki i szykowała się do tego liceum, ja specjalnie z myślą o niej przygotowałem ów test, który po pewnych modyfikacjach zamieściłem na końcu swojej książki o angielskim listonoszu. To dla niej był ten test, to jej wiedzę miał on sprawdzić tamtej wiosny, i ona go rozwiązała zupełnie nienajgorzej. Miała wtedy 15 lat.
Zapytała mnie o tę dzisiejszą młodzież, a ja jej powiedziałem, że młodzież jest mniej więcej taka sama jak wtedy, a nawet niewiele inna od tej sprzed lat tysięcy, natomiast osobiście nie widzę sposobu, by przeciętny uczeń gimnazjum – a ona wówczas była uczniem wcale nie jakoś szczególnie wybitnym – był w stanie ten test choćby zacząć robić. Powiedziałem to i wcale nie żartowałem. Taka to jest bowiem różnica między tamtymi dziećmi, a dziećmi dzisiejszymi, że od tych świat nie wymaga nawet połowy tego, co od tamtych. Od tych świat nie wymaga już praktycznie nic. Dla świata dzisiejsze dzieci są jak zeszłoroczny śnieg.
No i idą kolejne matury. Nie mogę się za bardzo na ten temat rozpisywać, bo od ponad już dziesięciu lat jestem maturalnym egzaminatorem, a w związku z tym muszę – przynajmniej publicznie – przestrzegać pewnych tajemnic, jednak o pewnych rzeczach powiedzieć muszę. Otóż, jeśli ktoś nie wie, praca egzaminatora polega na tym, że przez trzy kolejne weekendy, a więc i w sobotę i niedzielę maja, człowiek ma siedzieć od rana do wieczora w którejś z miejscowych szkół i sprawdzać jedną po drugiej maturalną pracę. Ponieważ wszystkie prace są kodowane, my nigdy nie wiemy, czyją konkretnie maturę sprawdzamy, nie wiemy nawet matury z jakiejś szkoły nam przypadły do oceniania, natomiast od pierwszej chwili wiemy, czy mamy do czynienia z tym jednym lepszym liceum w mieście, czy może z przedstawicielem pozostałej części systemu oświatowego. Jeśli jest to liceum najlepsze, praca jest łatwa i przyjemna, w pozostałych przypadkach sprawdzanie tych matur, to prawdziwa droga przez mękę. W większości przypadków mamy do czynienia z poziomem, na którego temat, gdyby mi tu wolno było pisać bardziej dokładnie, nikt z nas nawet nie śmie przeżywać koszmarów. I, jak mówię, w tych przypadkach sprawdzanie matur w te trzy kolejne soboty i niedziele maja, to prawdziwa udręka.
Siedzimy jednak tam i próbujemy odczytać te, często praktycznie nie do odczyatnia, bazgroły, pozaznaczać te dziesiątki błędów, policzyć te wszystkie wyrazy, których często, ze względu na stan, w jakich te prace są, policzyć się nie da, i, nie wiem jak to jest z innymi, ale ja za każdym razem w połowie dnia wpadam w prawdziwą depresję. Czytam te smutne wypracowania, a za nimi widzę te dzieci, z których niektóre bardzo się starają, tyle że zwyczajnie nie dają rady, ale większość nawet nie bardzo czuje, o co tu w tym wszystkim chodzi. Wiedzą, że jest wreszcie ta matura, o której tyle słyszeli, no i siedzą tam w tych swoich garniturach i na tych szpilkach i czekają aż to się wszystko skończy i będzie można wreszcie włączyć telefon. No i w pewnym momencie myślę, że chyba zrobię sobie przerwę i pójdę się czegoś napić i zjeść kawałek jakiegoś wafelka.
Kiedy zaczynaliśmy tę pracę przy maturach, Okręgowe Komisje Egzaminacyjne miały jeszcze budżety, które pozwalały nam zapewnić nie tylko ołówki, gumki, czarne długopisy i temperówki, nie tylko kawę, herbatę, cukier i mleczko, ale również nas w połowie dnia odpowiednio nakarmić. Po paru latach jednak obiady się skończyły. Po paru następnych skończyła się kawa i herbata. No i wreszcie, parę lat temu, każdy z nas został poinformowany o tym, że ma przynieść ze sobą swój własny ołówek, długopis, gumkę i temperówkę.
Sprawdzanie matur z języka angielskiego polega na tym, że się siedzi i sprawdza te listy, mniej więcej przez 10 godzin bez przerwy, przez trzy kolejne weekendy. Po pewnym czasie ta praca staje się tak automatyczna, że nie ma czasu już na nic innego. Trzeba najpierw wypełnić te wszystkie tabelki, potem policzyć te słowa, zaznaczyć błędy, policzyć procenty, sprawdzić resztę no i to wszystko wpisać do arkuszy. Następnie trzeba wpisać numer egzaminatora, złożyć odpowiednie parafki, no i na końcu swój osobisty podpis. Na wypadek gdyby ktoś z tego zmęczenia i pewnej nie do uniknięcia wręcz nieuwagi, popełnił gdzieś jakąś omyłkę, OKE zawsze zatrudniało tak zwaną „osobę techniczną”, która nie zajmowała się kwestiami merytorycznymi, ale za jakieś marne pieniądze dbała o to, by tych prac zawsze było tyle co trzeba, żeby one były popakowane do odpowiednich pudełek, no i żeby tam wszystko było odpowiednio policzone, zapisane i podpisane. W tym roku, decyzją władz oświatowych osoby technicznej już nie będzie. Oszczędności. Od tego roku egzaminatorzy zostaną podzieleni w pary, i kiedy już jeden z nich zakończy sprawdzanie tych swoich 70 czy więcej arkuszy, no i wszystko odpowiednio przejrzy i policzy, będzie musiał – tym razem oczywiście już bezpłatnie – sprawdzić czy u kolegi wszystko gra pod względem formalnym. No ale i na to będzie miał czas. O ile w tym roku, pracowało się w soboty i niedzielę, w tym trzeba będzie jeszcze przyjść w poniedziałek i piątek. Oczywiście po zakończeniu lekcji w szkole. A co z tymi, którzy w międzyczasie muszą być na ustnych maturach. Na pewno sobie jakoś poradzą.
Byłbym zapomniał. W tym roku Ministerstwo Edukacji obniżyło egzaminatorom stawki. Za rok rusza nowa matura, według nowych zasad. Na tę okazję trzeba będzie przeszkolić nowych egzaminatorów, a ja już znam szkoły, gdzie nawet dziś nie ma już ani jednego. Uważam za bardzo prawdopodobne, że przyszłą maturę będą przeprowadzać i sprawdzać ludzie znalezieni w klasycznych łapankach. To jest, moim zdaniem, niemal pewne.
Ktoś się spyta, czemu tak? Dlaczego oni to robią? Odpowiedź jest prosta i zawsze taka sama: nie ma pieniędzy. No ale jest jeszcze coś. Od czasu, gdy w Polsce władzę objęła Platoforma Obywatelska, stopniowo zagęszcza się atmosfera obojętności wokół nie tylko narodowej edukacji, ale wszystkiego. Mam na myśli atmosferę, która oparta jest na silnym przekonaniu, że tak naprawdę i tak wszystko jest pozbawione znaczenia, poza jednym: żeby jakoś przeżyć do następnego miesiąca, a potem się zobaczy. Podejście władz do kwestii matur jest wręcz modelowym przykładem tej przedziwnej i strasznej bardzo filozofii. Oni naprawdę się zachowują, jakby już przestali cokolwiek planować. Dla nich od pewnego czasu liczy się już tylko to, co trzeba zrobić na wczoraj. Bardzo ciężko będzie to najpierw zniszczyć, a potem odbudować.

Przypominam, że w księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl, mamy bardzo ciekawe promocje. No a to, co jeszcze całkiem nowe, to prawdziwe rarytasy. Zachęcam. Ponad to z prawdziwym bólem muszę sie poskarżyć, że znów ciągniemy mocno pod górkę. Jest dopiero 10, a my mamy wszystko wciąż niepopłacone. Jeśli więc na kimś powyższy tekst zrobił wrażenie i z tym wrażeniem jest mu naprawdę nieswojo, będę wdzięczny za wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 6 maja 2014

Ile Systemu w Internecie, ile Internetu w Systemie?

Poruszony poprzednią notką, powstałą – co przyznaję z dumą – na zamówienie Solidarnych 2010, pojawił się z paroma komentarzami ktoś, z kim jakiś czas temu byliśmy bardzo mocno pokłóceni, ale dziś trzymamy równie mocną sztamę, mianowicie profesor Broda i wysunął propozycję, by kiedy już prawo i sprawiedliwość odniosą w Polsce ostateczne zwycięstwo, i kiedy już zrobimy porządek z pierwszym szeregiem zdrajców Ojczyzny, zabrać się za niektórych z kolegów blogerów.
Każdy, kto czyta w miarę uważnie ten blog, wie, jaka jest moja opinia na temat tak zwanej blogosfery. Otóż, w moim przekonaniu, zdecydowana większość blogerów, czy tym bardziej osób komentujących na blogach, to ludzie, których pospolicie określa się, jako wariatów. Oczywiście część z nich daje się zdekonspirować w jednej chwili, choćby z tego względu, że to co piszą to oczywisty bełkot wariata, znaczna część jednak staje na głowie, i stójka ta jest wyjątkowo skuteczna, by stworzyć wrażenie, że oto mamy do czynienia z ludźmi takimi jak my. I to nawet jeśli część z nas jest mocno przekonana, że to są osoby wynajęte przez System do zatruwania publicznej debaty i podbijania czarnej propagandy.
Napisałem o tym Brodzie, on jednak zdecydował się pozostać przy swoim stanowisku, a więc w przekonaniu, że tu naprawdę jest wystarczająco dużo takich, na których znajdzie się bat, kiedy czas nadejdzie. Nie mam oczywiście najmniejszej pewności, kogo konkretnie Broda ma na myśli, bo aż na tyle dokładnie nie porozmawialiśmy, niemniej mogę się tego domyślać. Jestem tu bowiem wystarczająco długo, by móc się zorientować w naprawdę najbardziej fikuśnych kreacjach, z których niektóre naprawdę potrafią robić wrażenie, a przy bliższym spojrzeniu wszystko z nich ulatuje, jak z jakiejś ruskiej wydmuszki.
Jak mówię, nie wiem, kogo ma na myśli Broda, kiedy mówi o ludziach w pełni świadomych zła, które czynią, ale weźmy takiego blogera Wywczasa, o którym akurat była tu niedawno mowa. On z pozoru robi wrażenie jednego z nas, a więc kogoś głęboko zaangażowanego w to, co pisze, w dodatku dość elokwentnego, a przede wszystkim na tyle opanowanego, by nie urządzać żenujących popisów, takich jakie znamy z bloga Renaty Rudeckiej, które by go mogły zdekonspirować. Oto w opisie swojego bloga pisze on o sobie, że jest przedsiębiorcą, który „sam nie wiedzieć dlaczego, poczuł potrzebę blogowania”, no i stąd go tu mamy. Tymczasem zwróćmy uwagę na to, jak ów „przedsiębiorca” pracuje. W zeszły wtorek, o czym napisałem w osobnym tekście, jeszcze o 2 w nocy, kompletnie pijany komentował pod swoją notką, tłumacząc się, że jego na chlanie stać, bo, jako przedsiebiorca, jest osobą bardzo zapracowaną i dzięki tej harówce ma weekend dłuższy od zwykłych wyrobników. I choć było to oczywiste kłamstwo, przyjmijmy, że on rzeczywiście ma większe możliwości biznesowe, i tak się z nim sprawy mają. No ale oto w nocy z niedzieli na poniedziałek, o godzinie 2:58, czyli już mocno po upływie owej wydłużonej majówki, bloger Wywczas, zamiast spać i szykować się do swoich biznesów, zamieścił tekst demaskujący oczywiście jego zdaniem kłamstwa tak zwanej „sekty smoleńskiej”, a dalej, wciąż zamiast iść do łóżka, prowadził pogawędki z podobnymi sobie, w tym innym słynnym blogerem Starostą Melsztyńskim do białego rana i dalej, po krótkim odpoczynku, przez cały boży dzień, do poniedziałkowej nocy. Przedsiębiorca? I to tak zarobiony, że stać go na dłuższe weekendy?
Otóż ja znam kilku bardzo poważnych przedsiębiorców – niektórych naprawdę bardzo, ale to bardzo zarobionych – którzy z wielkim trudem znajdują wolną chwilę, żeby czytać ten mój blog, ale już na komentowanie zwyczajnie nie mają czasu. W ogóle. Zero. Czytają ten blog z doskoku i od czasu do czasu coś mi krótko napiszą w mailu, czy poślą esemesem, żebym wiedział, że są, ale to już wszystko. A tu mamy Wywczasa – człowieka, który jest jak najbardziej przedsiębiorcą, i to tak urobionym, że siedzi na blogu dzień i noc, i nic oczywiście mu to nie szkodzi.
Dość już jednak o nim. Oto jakiś czas temu pojawił się tu bloger Pantryjota, który dzień w dzień wstawiał tu bardzo elokwentne notki, mocno popularne wśród pewnej, ściśle określonej publiczności, i on też był kimś, komu w końcu przyszło do głowy ogłosić, że jego nie stać na to, by marnować czas na głupie blogowanie, bo to i wypasiony dom z ogrodem, piękna żona zarabiająca fortunę na gabinecie dentystycznym, fuchy na wielu frontach z niewyobrażalnymi wręcz dochodami, i zniknął z dnia na dzień tylko po to, by – jak najbardziej wciąż równolegle bloga Pantryjoty – pojawić się natychmiast w trzech kolejnych odsłonach.
Ostatni raz jak czytałem oryginalnego Pantryjotę – już oczywiście po oficjalnym pożegnaniu – były to dwa teksty, kolejno opublikowane w Wigilię Bożego Narodzenia i Sylwestra. Oba, tak jak to u niego, mocno antyreligijne, antynarodowe, wręcz bluźniercze, no i – tak jak większość jego tekstów – w znaczniej części skierowane osobiście przeciwko dwóm blogerom: Coryllusowi i autorowi tej notki. Oczywiście i jeden i drugi tekst zgromadził stałe towarzystwo komentatorów, w tym przede wszystkim blogera Sowińca, którzy gawędzili sobie z Pantryjotą najpierw przez cały wigilijny wieczór, a już tydzień później przez cały wieczór sylwestrowy.
Mam nadzieję, że wszyscy wiemy, o co chodzi. Mamy blogera Sowińca, polskiego patriotę, człowieka zapewne bardzo pobożnego, który niemal całą Wigilię Bożego Narodzenia spędza na blogach, w tym na blogu autora wręcz obłąkanego antyreligijnie, i choćby na moment nie jest w stanie się skupić na świętowaniu. Przepraszam bardzo, ale z kim my tu tak naprawdę do czynienia? Z profesorem Uniwersytetu Jagielońskiego, który dzieli swoje życie między pracę, dom i patriotyczne pasje? Kim więc tak naprawdę są nasi koledzy blogerzy?
Ktoś może sobie pomyśleć, że ja tu na tym blogu, który zawsze słynął z tego, że nikt się tu głupstwami nie zajmuje, odstawiam jakieś tandetne plotkarstwo. Otóż nie. To o czym dziś piszę, to, moim zdaniem, sprawa bardzo, ale to bardzo poważna. Sprawa, zresztą, która mnie dręczy już od wielu lat i którą zawsze, właśnie się bojąc tego typu oskarżeń, odkładałem na później. Internet, blogi, tak zwane dziennikarstwo społeczne, to nie są żarty. A przynajmniej nie jeśli idzie o założenia i przypisywaną im społeczną rolę. To tu się ma rzekomo toczyć prawdziwa debata. To blogi i internetowe fora stają się podobno jednym z głównych celów ataku propagandy międzynarodowych grup interesów, w tym na poziomie rządów i państw, a tu się nagle pojawia człowiek, który noc w noc tworzy wielostronicowe teksty, które w sposób oczywisty wymagają od niego dziesięć razy więcej pracy dodatkowej, a później jeszcze pracuje, jako wykładowca na uniwersytecie, i każe się nam traktować, jako jeden z nas? Bo co? Bo nam opowiedział, jak to żona o 3 nad ranem przynosi mu kawę, żeby się nie zajechał na śmierć?
Powtórzę to raz jeszcze. Tu nie chodzi o pojedynczych blogerów. Ten tekst nie dotyczy ani Wywczasa ani Pantryjoty, ani FYM-a, ani żadnego konkretnego blogera. Nie może o nich chodzić choćby z tego względu, że nawet nie wiemy, czy oni istnieją i, jeśli istnieją, kim naprawdę są. Rzecz w tym, że Internet w kształcie, w jakim go znamy stanowi miejsce, gdzie realnie jesteśmy tylko my i System, który nas dzień po dniu i dzień za nocą śledzi. Co do reszty, nie mamy żadnych pewnych informacji.
Wracamy do profesora Brody. Czyta więc Broda te teksty i reaguje na nie, jak każdy normalny człowiek, a więc z jednej strony oburzeniem, a z drugiej nadzieją, że to zło musi zostać kiedyś ukarane. Otóż moim zdaniem, jeśli idzie o to miejsce, tu nie ma w ogóle ani o czym gadać, ani tym bardziej na co liczyć. Ukarany zostanie Sikorski, Tusk, Arabski, ewentualnie Komorowski czy Kopacz. Natomiast ostatnie kim sobie powinniśmy zawracać głowę, to jakaś Renata Rudecka – Kalinowska. Bądźmy pewni, że gdyby jej słowa i czyny miały jakiekolwiek znaczenie, gdyby ona miała jakiekolwiek znaczenie, już dawno by za nie odpowiedziała. Z Kodeksu Karnego. A zatem, jeśli oni się nią nie przejmują, ona tym bardziej nie musi być naszym problemem.
A już na koniec, żeby nikt nie myślał, że ja sugeruję, iż tak naprawdę realnie istnieją tylko profesor Broda, Coryllus i ja. Otóż to jest z całą pewnością nieprawda. Prawdziwy jest Paweł Kowal. Niedawno opublikował on na swoim blogu otwarty list do Pawła Zalewskiego, swojego kumpla od polityki, w którym, w ramach kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego coś mu tam nawrzucał. Rzecz polega na tym, że tekst Kowala był sformatowany w taki sposób, że w czytaniu stał się niemal niezrozumiały. Tekst pełen błędów, sklejonych wyrazów, jakichś dramatycznych nonsensowności – a mimo to Paweł Kowal, poważny polski polityk, uznał za stosowne umieścić go na swoim blogu, nie zawracając sobie nawet głowy choćby pobieżną korektą. W końcu nie chodzi o to, żeby coś powiedzieć, nie jest ważne nawet pokazanie światu, że się jest, jedyne co się liczy to nie opuszczać Sieci. A ja nie mam wątpliwości, że Kowal akurat wie świetnie, że Internet to jest takie miejsce, gdzie on równie dobrze mógłby się najpierw upić, a potem wyrzygać na samym środku swojej notki, a to i tak by niczego nie zmieniło. Bo to co realne, ma miejsce zupełnie gdzie indziej. I, jak mówię, on to wie bardzo dobrze. Na szczęście my też.

I dlatego między innymi, z czystym sumieniem przypominam, że w księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl można kupować nasze książki, w tym oba „Toyahy”, w wyjątkowej wiosennej promocji. Zapraszam serdecznie. Przy okazji, proszę, jak zawsze o wspieranie tego bloga pod numerem konta podanym obok.

niedziela, 4 maja 2014

Czy zapomnieć o Annie Walentynowicz to grzech?

Miał być dziś kolejny tekst, jednak nastąpiła zmiana planów. Otóż otrzymałem od Solidarnych 2010 mail z pewnym linkiem plus prośbę o jego spopularyzowanie, a temat jest taki, który mnie akurat z automatu stawia na baczność. I, proszę wybaczyć, ale zanim się odpowiednio odsunę, muszę się podzielić pewną refleksją, Otóż czasy, jak wiemy, nastały takie, że nawet najbardziej serdeczne emocje utrzymują nas w odpowiednim skupieniu przez maksimum kilka dni. A i tak dni te biegną tak szybko, że zanim się zdążymy skupić na tym, co nam przyniósł nam jeden z nich, to już się okazuje, że mamy za sobą cały tydzień, a niekiedy i miesiąc.
Jestem pewien, że wielu z nas doświadczyło tego szczególnego momentu objawienia, kiedy to nagle usłyszeliśmy któreś z nazwisk osób poległych w Smoleńskiej Katastrofie i, jakby wbrew sobie, zareagowaliśmy na nie okrzykiem: „O cholera! Wypych! Przecież on też tam był. Zapomniałem”.
Nie wiem, jak w tym szczególnym projekcie planowanego zapomnienia mieści się Anna Walentynowicz, ale nie zdziwiłbym się, gdyby i pojawienie się jej nazwiska gdzieniegdzie budziło właśnie tego typu reakcje. Dlatego uważam za coś niezwykle ważnego, by to wciąż przypominać: ona tam była i w pewnym momencie, aktem niewyobrażalnej agresji Wcielonego Zła, jej święte ciało zostało rozdarte na strzępy, których miejsce spoczynku tylko Bóg zna. Bóg Surowy i Sprawiedliwy. Niech o tym nie zapominają ci, którzy dali sobie wmówić, że liczy się tylko ten dzień, który przed nami. A teraz już wspomniany film:

sobota, 3 maja 2014

Czy marszałek Kopacz naprawdę wierzy, że piekło jest puste?

Przyznam, że przez ułamek chwili – w ramach kontynuacji serii o „magicznej ręce wolnego rynku” – miałem ochotę przedstawić tu swoje refleksje na temat czegoś, co w języku polskim, i chyba w większości innych języków, nie ma swojego odpowiednika, natomiast jak najbardziej nosi angielską nazwę „Inland Customs Line”, a stanowi coś co kompromituje Brytyjskie Imperium, a przy okazji ów chory mit o wolnej przedsiębiorczości, od początku do końca. Uznałem jednak, ze sprzedam ów temat Coryllusowi, który zapewne znacznie lepiej ode mnie rozprawi się z tym szataństwem, a ja być może, jeśli zajdzie potrzeba, pomogę mu na poziomie języka. Sam natomiast chciałbym dziś przedstawić swój ostatni felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Jestem pewien, że się spodoba.

Nie potrafię zgadnąć, na co oni liczyli, ale wbrew wysiłkom naszych miejscowych satanistów, Jan Paweł II został ostatecznie kanonizowany, jest już wreszcie naszym wielkim świętym, i można by pewnie z satysfakcją ogłosić, że zło zostało zduszone, gdyby nie fakt, że to jest niestety nieprawda. Jan Paweł II wprawdzie oficjalnie oręduje za nami u Najwyższego, natomiast Zły ani myśli ustąpić, a wybezczelnił się przy tym tak, że nie cofnął się nawet przed tym, by się zjawić na miejscu, a więc w samym Watykanie, i tam zrobić wszystko, by swoją obecnością próbować obniżyć rangę całego wydarzenia.
Z tego co zdążyłem zauważyć, na czoło pochodu utworzonego przez to opętane towarzystwo wyszli prezydenci Komorowski i Kwaśniewski, którzy w watykańskich wnętrzach kazali sobie zrobić tak zwaną słitfocię, i pozwolili, by scena ta została obfotografowana z wszystkich stron przez reporterów z dziennika „Daily Mail”, i wypuszczona w świat na pośmiewisko gawiedzi. Na mnie jednak największe wrażenie nie zrobił ani Komorowski, ani Kwaśniewski, ani nawet pani Komorowska, której ci dwaj kazali pstryknąć z komórki to żenujące zdjęcie, ale ktoś zupełnie inny, mianowicie marszałek Ewa Kopacz, która nic sobie nie robiąc z faktu, że już kilka lat temu sama ustawiła poza Kościołem, pojechała tam z nimi wszystkimi i postanowiła się tam poudzielać, jako pobożna katoliczka.
Gdybyśmy już zapomnieli, w czym rzecz, przypomnę pewne zdarzenie sprzed niemal już 6 lat. Oto zachęceni przez powszechną kulturę seksu, pewna nastoletnia Agata i jej chłopak skorzystali z atmosfery i dziecko zaszło w ciążę. Matka nastolatki, według niektórych relacji, wbrew jej woli, zaordynowała aborcję. Ponieważ sytuacja była na tyle dramatyczna, że miejscowy szpital odmówił przeprowadzenia zabiegu, do akcji wkroczyły środowiska proaborcyjne i wspólnie z matką, ostatecznie Agatę namówiły do tego, by wydała na śmierć swoje dziecko.
Problem pojawił się jednak wówczas taki, że gdziekolwiek oni prowadzili tę biedną dziewczynkę, kolejni lekarze solidarnie odmawiali przeprowadzenia zabiegu. Trwało to tak długo, atmosfera zaczęła tak gęstnieć, a histeria proaborcjonistów tak się podniosła, że do akcji, jako minister zdrowia, wkroczyła Ewa Kopacz i znalazła dziewczynce człowieka, który chętnie się podjął wykonania mokrej roboty.
Agata została zawleczona na miejsce, i tam już, z dala od kamer i mikrofonów, młodsze z dzieci zostało zamordowane. Gdy chodzi o głównego organizatora egzekucji, czyli Ewę Kopacz, zaczepiona przez któregoś z dziennikarzy, oświadczyła, że osobiście czuje się świetnie, bo zachowała się, jak porządny urzędnik.
I oto dziś ta sama Kopacz założyła na łeb elegancką czarną chustę, udała się do Watykanu, i pokazała nam wszystkim, co sobie myśli o tej całej religii, grzechu i jakichś ekskomunikach. A ja przyznam, że nie wiem, czy istniał jakikolwiek sposób, by jej uniemożliwić odprawianie tam tych czarnych rytuałów, natomiast jestem pewien, że przyjdzie czas, że ona spłonie. W towarzystwie, które sama wybrała.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga, czy to przez kupowanie książek, które są do nabycia na stronie www.coryllus.pl, lub w dowolny inny sposób. Gdyby ktoś szukał, numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

piątek, 2 maja 2014

Redakcja ekonomiczna TVN ogłasza nabór na przedsiębiorcę

Nie planowałem już dłużej ciągnąć tematu liberalizmu, zwłaszcza gdy najwyraźniej, zamiast cokolwiek wyjaśniać, coraz bardziej problem zaciemniam, jednak dziś, najwidoczniej odpowiednio zainspirowany tymi tekstami, za sprawę wziął się Coryllus i zwrócił uwagę na kwestię w pewnym sensie dla nas kluczową, a mianowicie rolę, jaką w tym wszystkim pełnią tak zwani dziennikarze ekonomiczni. Na początek może zacytuję sam początek tekstu Coryllusa, który mnie tak poruszył:
Słyszeliście kiedyś o jakimś dziennikarzu ekonomicznym, który głosiłby pochwałę Marksa i wymyślonego przezeń systemu? Ja nie. Wszyscy, którzy tak czynią nie podpadają pod kategorię – dziennikarz ekonomiczny – zajmują się polityką, albo wróżbiarstwem, albo czymś innym od ekonomii bardzo dalekim, na przykład deklarują współczucie dla biednych i poniżonych. Dziennikarze ekonomiczni są wszyscy jak jeden zwolennikami liberalizmu, wolnego rynku i innych takich wynalazków propagandowych. Kiedy jednak spytalibyście jednego czy drugie jakie biznesy prowadzi i ile ostatnio zarobił oni otworzą usta ze zdumienia. Na pewno w coś tam inwestują, jak większość ludzi, ale ich podstawowym marzeniem oraz programem gospodarczym jest etat. Nie ma dziennikarza ekonomicznego bez etatu. Żaden z nich nie wyobraża sobie nawet życia bez takiego zabezpieczenia. Jak ktoś spośród nich jest wyjątkową pierdołą, wtedy da się wpędzić w jakieś faktury i umowy zlecenia, ale większość twardo siedzi na etatach”.
Otóż jest dokładnie tak, jak pisze Coryllus. Oni przede wszystkim, jak jeden mąż, są twardymi zwolennikami liberalnej teologii ekonomicznej, wielkimi przyjaciółmi wszelkiej prywatnej przedsiębiorczości, wybitnymi ekspertami od praw rządzących rzekomo wolnym rynkiem i wolną konkurencją, natomiast żaden z nich nigdy samemu nie zaryzykuje, by wejść na ów rynek. Oni do końca życia będą się udzielać w prasie, radiu, telewizji, na uniwersytetach, a kiedy nawet stracą tę robotę, to i tak żaden z nich nie zabierze się za hodowlę owiec, produkcję butli do dmuchania balonów, ani nawet za prowadzenie prywatnych kursów przedsiębiorczości, tylko zacznie wydzwaniać po zaprzyjaźnionych redakcjach i prywatnych uczelniach, czy nie mają jakiegoś wolnego etatu, bo on akurat ma mały dół finansowy. Żadnemu z tych liberałów nawet do głowy nie przyjdzie, by zaryzykować własnymi pieniędzmi, czasem i umiejętnościami, i wyjść na szerokie wody wolnej gospodarki, bo jego jedyną ambicją jest zadawać szyku jako ekspert, z nadzieją, że może któregoś dnia jakiś premier, prezydent, czy choćby minister zatrudnią go u siebie jako doradcę.
Dlaczego tak jest? Dlaczego oni, tak bardzo wychwalając wolną przedsiębiorczość, jak ognia unikają tego, by się owymi wolnymi przedsiębiorcami stać? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę zrobić małą dygresję. Otóż ja sam – nie wspominałem chyba tu jeszcze o tym – jestem wolnym przedsiębiorcą nieprzerwanie od roku 1987. Ukończyłem wreszcie po wielu latach te studia i pierwsze co zrobiłem to zarejestrowałem firmę i rozpocząłem tak zwaną działalność. I powiem uczciwie, że gdzieś do roku 1994, może jakimś rozpędem, do 1995 powodziło się nam bardzo dobrze. Później jednak, z przyczyn, które nie należą do tematu tej notki, wszystko zaczęło gnić, i nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdybym wtedy, po studiach zatrudnił się normalnie, jak człowiek, w szkole, lub został na uniwersytecie, w ogóle nie miałbym tu dziś o czym pisać. Moja dzisiejsza nędza jest spowodowana wyłącznie tym, że zaraz po skończeniu studiów postanowiłem zostać przedsiębiorcą. I od razu muszę zrobić zastrzeżenie, że ja tego mojego losu nie traktuję, jako jakiejś reguły – absolutnie! – stwierdzam wyłącznie fakt.
Inna sprawa, że ja i tak zmierzam do czegoś zupełnie innego, niż do narzekania na swój los, który i, jak wiemy, wcale nie jest taki zły. Zmierzam do tego, że ja od niemal 30 już lat jestem przedsiębiorcą i doskonale wiem, co to znaczy, jeśli idzie o tak zwany status społeczny. Kiedyś musiałem to robić co miesiąc, a dziś już tylko raz do roku, ale wciąż mam regularną okazję odwiedzania Urzędu Skarbowego i wystawania w kolejkach obok innych osób, które, tak jak ja, postanowiły zaryzykować. I powiem uczciwie, że to nie jest w żaden sposób budujące doświadczenie. Ludzie, których od tych 30 niemal lat spotykam w Urzędzie Skarbowym to są często biedni, zestresowani, z trudem zadający szyku ludzie, których można by było raczej posądzić o to, że są jakimiś zubożałymi nauczycielami w prowincjonalnych szkołach. W moim Urzędzie Skarbowym w tym roku zorganizowano dwie kolejki, jedną dla tych, którzy prowadzą działalność, drugą dla tych, którzy są normalnie na etatach. Przede wszystkim, ta dla przedsiębiorców była bardzo krótka, a poza tym daję słowo, że „etatowcy” robili wrażenie znacznie lepsze od nas przedsiębiorców.
I na to trochę próbowałem zwrócić uwagę w swoich kilku poprzednich tekstach. Tak zwany kapitalizm w najmniejszym wypadku nie tworzy wolnej przedsiębiorczości, ale stanowi jedynie alibi dla pewnych potężnych grup do tego, by się bezwstydnie bogacić, kosztem całej reszty społeczeństwa, a dziennikarze ekonomiczni, o których dziś pisał Coryllus są zatrudnieni przez owe grupy wyłącznie po to, by utrzymywać ten System w stanie nienaruszonym. Ja już nie jestem w stanie spamiętać nazwisk tych wszystkich ekspertów, ale jestem przekonany, że każdy z nich doskonale wie, że ani nie będzie Kulczykiem, ani Solorzem, ani nawet jakimś Mazgajem, bo tam zwyczajnie miejsc wolnych już nie ma, ale też oni wszyscy wiedzą, że sami są do tego stopnia pozbawieni i talentów i choćby zwykłych marzeń, by spróbować osiągnąć jakiś sukces na własny rachunek. A więc biorą to co dają.
A zatem, to jest jeden powód, dla którego oni trzymają się tych swoich nędznych fuch, istniejących tylko po to, by ów liberalizm mógł dalej bez przeszkód funkcjonować. Drugi jest taki, że nikt tak dobrze jak oni nie wie, że dla każdego z nich, nawet gdyby mu się udało otworzyć jakiś biznes, który by mu dał poczucie wartości, jego społeczna pozycja nigdy nie będzie tak wysoka, jaka jest obecnie. Oni za żadne skarby świata nie zgodzą się, by stanąć w kolejce w Urzędzie Skarbowym obok tych wszystkich smutnych niby-biznesmenów i się wycierać łokciami o łokcie ludzi, którymi oni tak naprawdę gardzą.
Ktoś mi teraz z pewnością powie, że to właśnie o to chodzi, że system, który dziś mamy w Polsce nie jest żadnym liberalizmem, ale zwykłym socjalizmem, albo jakimś kapitalizmem państwowym, i że naszym obowiązkiem jest w najbliższych wyborach głosować na prawdziwych liberałów, którzy tę patologię chcą zlikwidować i na jej miejsce wprowadzić autentyczny rynek. A ja już tylko mam nadzieję, że owym komentatorem nie będzie jakiś Jan Niedziałek, czy inny Tejchman. Chociaż właściwie, to byłby niezły figiel, zwłaszcza gdyby któryś z nich się tu pojawił ukryty za jakimś zabawnym nickiem.

Przypominam wszystkim, że w księgarni Coryllusa mamy promocję na kilka naprawdę fantastycznych książek, w tym obu Toyahów. Polecam: www.coryllus.pl No i jak zawsze proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.



czwartek, 1 maja 2014

1 maja - Przedsiębiorcy grillują flaszkę

O ile o czymś nie zapomniałem, z blogerem Wywczasem nie mam żadnych kontaktów, a to że w ogóle rozpoznaję to imię, zawdzięczam temu, że należy Wywczas do grupy najbardziej agresywnych i aktywnych antypisowskich blogerów, i przez sam fakt, że spędzam znaczną część swojego dnia na blogach, nie mogę nie wiedzieć, że ktoś taki jak on w ogóle istnieje. Jak mówię jednak, nie mam z Wywczasem kontaktów, chyba nigdy u niego nie komentowałem, a jeśli jemu się zdarzyło zawitać na mój blog – czego i tak nie pamiętam – to z całą pewnością go w jednej chwili wywaliłem, z tego powodu, że dla mnie miejsce to jest na tyle ważne, że mnie nie stać na to, by je dzielić z ludźmi, którzy wchodzą do Internetu tylko po to, by się pokłócić z tymi, których ani nie znają, ani co do których realnego istnienia nie mogą mieć nawet pewności.
A zatem, bloger Wywczas to dla mnie ktoś kompletnie obcy, i jeśli w miniony wtorek postanowiłem zajrzeć na jego blog i w dodatku wymienić z nim kilka zdań, to tylko z powodu zarzutu jaki on postawił już w samym tytule swojej notki tak zwanym „wyznawcom sekty smoleńskiej”, że oni ostatnio położyli uszy po sobie, i że to musi świadczyć o ostatecznym upadku owej wielkiej smoleńskiej wiary. Ponieważ sam się uważam, za szczerego członka owej „sekty” i wcale nie czuję bym kiedykolwiek miał kłaść uszy po sobie, napisałem Wywczasowi komentarz o następującej mniej więcej treści:
Jak widzę, obraz tej zanurzonej w krwi męczenników bieli i czerwieni, Cię nie opuszcza. Umrzesz z tym obrazem w głowie. Będziesz nim walczył, ale on z Tobą zostanie do śmierci. A potem już tylko ogień”.
Wywczas na to mi odpisał, że ja podobno obiecałem na blogu, że jeśli okaże się, że Cieszewski nie ma racji w sporze z Czachorem, to ja popełnię samobójstwo, a poza tym jestem zrujnowanym dziadem i żebrakiem, na co ja powtórzyłem swój komentarz o krwi męczenników, na co z kolei Wywczas znów coś wspomniał na temat pogardy, jaką czuje do ludzi ubogich, a ja mu jeszcze raz wkleiłem ten komentarz o męczennikach, i wtedy, proszę sobie wyobrazić, Wywczas tak się zdenerwował, że najwyraźniej wlał w siebie całą flaszkę czegoś mocnego i zwyczajnie się uchlał. Ponieważ była już bardzo późna pora, a w środę rano trzeba był wstawać do pracy, poprosiłem Wywczasa, żeby więcej nie pił, bo zaśpi i mu firma zbankrutuje, na co on napisał coś takiego:
niektorzy zaczynają dlugi weekend -ci ktorzy naprawde pracują”.
I to mnie prowadzi od tego pewnie i tak zbyt już długiego wstępu, do sedna dzisiejszej notki. Oto mamy człowieka, który proszony o to, by powiedzieć coś o sobie, mówi „jestem przedsiębiorcą, który sam nie wiedząc dlaczego, poczuł potrzebę blogowania”, a tym samym, przedstawia się tak, że w pełniejszy sposób, jak się może wydawać, by już nie mógł. Ja parę dni temu w darmowym magazynie sieci sklepów drogeryjnych „Rossmann” przeczytałem felieton niejakiej Bakuły, która mówi o sobie tak: „Znana malarka, pisarka i publicystka. Absolwentka Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP. Osoba kontrowersyjna” i to jest naprawdę coś, jednak uważam, że ona i tak nie ma szans z tym wywczasowym „przedsiębiorcą-blogerem”.
W czym rzecz? Jest sobie oto ów Wywczas, prowadzi jakąś firmę – może to być skup jajek, wywóz śmieci, czy produkcja wózków widłowych – i nie dość, że jest z tego tak dumny, że musi się tym chwalić, to jeszcze kiedy mu się mówi, żeby nie chlał publicznie, to on wyjaśnia, że jego na to stać, bo jest przedsiębiorcą i jego długie weekendy są dłuższe o jeden dzień, niż weekendy zwykłej hołoty. Że on jest przedsiębiorcą i jeśli przed nim długi weekend, to on się normalnie może nawalić i nikomu nic do tego, a już na pewno nie jakimś „wyznawcom smoleńskiej sekty”.
W moim ulubionym serialu komediowym „Hotel Zacisze” jest scena, kiedy jeden z hotelowych gości, tak się składa, że lekarz, ma wielką ochotę na kiełbaski na śniadanie, ale przez splot różnych zabawnych przeszkód, nie może się tych swoich kiełbasek doczekać. W pewnym momencie wybucha i krzyczy: „Jestem lekarzem i oczekuję kiełbasek”. A ja nie mogę przestać myśleć, że gdyby autor tamtego scenariusza John Cleese miał więcej absurdalnego poczucia humoru, wstawiłby tam coś w rodzaju: „Jestem przedsiębiorcą i stać mnie na długi weekend na bani”.
I słowo daję, że kiedy ja się tak wyzłośliwiam nad tym biednym Wywczasem, wcale nie o niego najbardziej mi chodzi, choćby z tego powodu, że on wcale nie musi być żadnym przedsiębiorcą, ale jakimś skromnym wariatem, który spędza czas na blogach i szuka akceptacji dla swojej nędzy. Natomiast problem polega na tym, że w niektórych umysłach bycie „przedsiębiorcą” staje się nagle jakimś szczególnym społecznym awansem. Dla wielu z nas przedsiębiorca, to przede wszystkim człowiek sukcesu, a przy okazji, niemal z automatu, ktoś, kto zasługuje na więcej. On bowiem płaci podatki, zatrudnia ludzi, opłaca ich ZUS, no i w ogóle jest od rana do nocy zarobiony po pachy, w odróżnieniu od choćby zatrudnianych przez siebie ludzi, którzy nie dość, że wciąż narzekają na zbyt małe pieniądze, to jeszcze śmierdzą, jak jasna cholera.
Mamy dziś to nieszczęsne święto. Jak już nieraz pisałem, z 1 maja mam kłopot od lat, bo z jednej strony ja swoje dzieciństwo, młodość i znaczną część dorosłości przeżyłem w komunie, której owo święto było bardzo ponurym symbolem, a z drugiej strony, w ciągu roku mało było tak dobrych okazji jak ów majowy dzień, by poczuć, że życie może być radosne i kolorowe. Pisałem o tym i więcej nie będę, choćby po to, by mnie blogerka Rudecka znów nie pochwaliła. Dziś 1 maja jest dla mnie zaledwie kolejnym w ciągu roku dniem świątecznym, i niekiedy okazją do dłuższego weekendu, którego i tak nie wykorzystam. Dziś na przykład mam po południu lekcję, jutro dwie, a w sobotę i niedzielę też jest bardzo możliwe, ze coś mi wpadnie, a ja to wezmę bez mrugnięcia okiem. Natomiast wiem, że mamy dni świąteczne i większość Polaków w tych dniach sobie wypoczywa i cieszy się piękną wiosną. Proszę sobie jednak wyobrazić, że dziś od samego rana na budowie, która my tu, w sąsiedztwie, tuż za kuchennym oknem, mamy już od lat, praca wre. Od rana dwóch robotników siedzi na dachu i zakłada jakieś rynny. Ja wiem, że oni przyszli dziś do pracy z prawdziwą radością, bo jest duża szansa, że za ten dzień dostaną pieniądze, które przyniosą do domu, a ich żony, lub mamy, będą mogły za nie kupić jakiś lepszy niedzielny obiad. Jednak mimo to, jest jakoś głupio. Chodzi mi o to, że ja chyba dotychczas w swoim życiu nie miałem okazji widzieć, by 1 maja pracowano gdzieś na jakiś budowach. I nie mówię, że to źle lub dobrze. Stwierdzam tylko fakt, że dziś, 1 maja na dachu za moim oknem dwóch robotników kładzie te rynny.
I pewnie mógłbym zakończyć ten tekst złośliwą refleksją, że bloger Wywczas pewnie teraz leży nawalony nad grillem w swoim ogródku, albo siedzi w domu i załatwia kolejną imprezę w restauracji hotelu, którego jest właścicielem, gdyby nie to, że jak już wspominałem, co do istnienia tego Wywczasa nawet nie możemy mieć pewności, no a poza tym – jak też już wspominałem – nie o niego tu chodzi. W końcu liberalizm to nie ludzie, to System.

Jak wiemy, Księgarnia Coryllusa wprowadziła w tych dniach kilka bardzo ciekawych promocji, w związku z czym również obie książki Toyaha są do nabycia po atrakcyjnych, niższych cenach. Szczerze polecam: www.coryllus.pl. Przy okazji, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, i przy okazji informuję, że jako nowy adres na paypalu wpisujemy toyah@toyah.pl

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...