niedziela, 2 marca 2014

Janusz Palikot - człowiek na czasy ostateczne

Wszystko zaczęło się od tego, że wczoraj poszliśmy do naszego kościoła na mszę za Żołnierzy Wyklętych, no i przez to dziś rano, mimo że to niedziela, przeważnie zbijaliśmy bąki. Żona moja poszła ze swoimi kolegami i z psem na spacer, a ja do tego stopnia nie wiedziałem, co z sobą zrobić, że włączyłem telewizor, a tam akurat szykowało się zorganizowane przez Donalda Tuska spotkanie w sprawie Ukrainy. Najpierw pojawił się Michał Kamiński, usiadł nalał sobie czegoś do filiżanki i siedział. Po chwili przyszli Miller z Cimoszewiczem i Sawickim, stanęli z boku i zaczęli gadać, po nich przylazł Palikot, i natychmiast podszedł do tych trzech, ładnie się z nimi przywitał i nawiązał pogawędkę z Cimoszewiczem. W międzyczasie przyszli Dorn, Ziobro i jeszcze ktoś, ale wszyscy zajmowali się sobą, natomiast grupa Palikot, Miller, Cimoszewicz i Sawicki stała i gadała.
No i wreszcie zjawił się Jarosław Kaczyński, a ponieważ okazało się, że dla niego przygotowano miejsce dokładnie tam, gdzie się akurat spotykała ta banda komuchów, oni wszyscy ruszyli do niego, by się przywitać. No i, jak już pewnie dzięki naszym mediom wszyscy wiemy, Millerowi, Cimoszewiczowi, i Sawickiemu Kaczyński podał rękę, natomiast Palikotowi pokazał, że nic z tego nie będzie.
Myślę, że również wszyscy wiemy, o co poszło. Otóż ponieważ przez wiele, wiele ostatnich lat Palikot stał na czele kampanii zniesławiającej pamięć po zmarłym w Smoleńsku Lechu Kaczyńskim, i robił to w sposób obrażający zasady, których przestrzega się nawet w środowisku sępów, robaków i pająków, został przez środowiska pamięć po Lechu Kaczyńskim kultywujące poddany bezwzględnemu ostracyzmowi, a sam Jarosław Kaczyński nie mógł też potraktować go w inny sposób, niż właśnie taki. Mógł Kaczyński, biorąc pod uwagę pewną szczególną perspektywę polityczną, przyjąć pewien kompromis w stosunku do Millera, Cimoszewicza, a nawet Sawickiego; jeśli idzie o Palikota, sprawa była poza dyskusją. Oczywiście natychmiast pojawiły się głosy, że ten Kaczyński to jednak chamiszcze, no ale to nic nie szkodzi. My wiemy, że tak jak było, było dobrze; bardzo dobrze.
Mnie jednak nie tyle zastanawia reakcja Jarosława Kaczyńskiego, co zachowanie Janusza Palikota. Wiemy wszyscy, co przez te wszystkie lata zdarzyło mu się powiedzieć na temat zmarłego Prezydenta. Otóż był tam zarzut, że Lech Kaczyński był durniem, pijakiem i osobą umysłowo chorą; że wspólnie ze swoim bratem, który był od niego psychicznie, ale i biznesowo, uzależniony, obaj wspólnie i w porozumieniu niszczyli Polskę i Europę; że wreszcie to tak naprawdę Jarosław Kaczyński zorganizował smoleńską katastrofę. Myśl powstała taka, że Jarosław Kaczyński, wiedząc że śmierć brata pozostawi go na scenie politycznej niezagrożonego, bez jakiejkolwiek konkurencji, a w dodatku wyposażonego w mit smoleńskiej zbrodni, który go będzie uwiarygadniał i nieustannie wzmacniał, kazał Lechowi lądować w tej mgle, licząc na to, że samolot się rozbije, wszyscy zginą, a wtedy on sam, niesiony ową smoleńska legendą, zostanie prezydentem, premierem i szefem aparatu przemocy.
To było coś, co Palikot niejednokrotnie nie tylko sugerował, ale formułował wręcz dosłownie. Ja to wszystko pamiętam i więcej na temat tego człowieka pamiętać nie potrzebuję. I teraz zastanówmy się, co sobie myślał Janusz Palikot, kiedy te informacje puszczał w przestrzeń publiczną. Pierwsza możliwość jest taka, że on wiedział, że to wszystko nieprawda, ale uznał, że prawidła walki politycznej takie zachowanie dopuszczają. Druga natomiast to ta, że on był w tym wszystkim bardzo szczery, i faktycznie wierzył w to, że Jarosław Kaczyński tak właśnie swoją polityczną karierę uznał za stosowne zorganizować. Trzeciej możliwości nie ma. No ale skoro tak, to ja kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć, skąd mu przyszło do głowy dziś do Kaczyńskiego wyruszać z tą ręką? Jeśli on wiedział, że Jarosław Kaczyński jest niewinny, to powinien też był wiedzieć, że on tego typu oszczerstwa mu nie wybaczy. Jeśli natomiast jego przekonanie o winie Kaczyńskiego było autentyczne, jak on w ogóle mógł chcieć komuś tak podłemu podawać rękę? Moim zdaniem, przy zachowaniu podstawowej ludzkiej wrażliwości, i jedno i drugie zwyczajnie nie mieści się w głowie.
Ale jest jeszcze inna możliwość. Otóż niezależnie od tego, czy Janusz Palikot wierzy w to, że to Jarosław Kaczyński cynicznie wysłał swojego brata na śmierć, czy nie, on jednocześnie musi uważać, że tego typu postępek może funkcjonować jako grzech tylko w wymiarze objętym przez polityczny pijar. Dla Palikota – nie polityka, ale człowieka – zabójstwo, nawet nie innego człowieka, ale własnego brata, dokonane w dodatku dla politycznej kariery, jest czymś tak realnym, naturalnym i w istocie rzeczy stojącym poza światem ocen moralnych, że on w opisywanym przez nas wypadku był szczerze przekonany, że Jarosław Kaczyński potraktuje go dziś, jak politycznego partnera. A już na pewno nie będzie się gniewał. On by się nie gniewał.
I to jest właśnie odkrycie, jakiego dokonałem dziś, kiedy zobaczyłem Janusza Palikota, jak na spotkaniu poświęconemu kryzysowi ukraińskiemu wyciąga do Jarosława Kaczyńskiego. Janusz Palikot to człowiek, który sam może swojego brata dla politycznej kariery nie kazałby otruć, udusić czy zastrzelić, ale już patrząc na całą sprawę chłodnym okiem z boku, nie widzi w takim postępowaniu niczego szczególnie drastycznego. I to jest coś, co uważam za warte tego, by o tym wspomnieć w kolejnej już notce na tym blogu. No i co jest warte tego, by to zanotować i zapisać w pamięci. Powtórzę jeszcze raz: Janusz Palikot, to człowiek, który uważa, że nawet jeśli nie wypada zamordować własnego brata, w czynie tym nie ma co szukać elementów szczególnie szokujących. Wkroczmy z tą wiedzą w nowy tydzień.

Jutro kierujemy do druku książkę o uczeniu języka angielskiego. Zbieramy na jej wydanie, no i, jak zawsze też, na życie. Będę wdzięczny za każdy gest. Dziękuję.

sobota, 1 marca 2014

Gdy dragi przestały działać

Ktoś powie, że zbyt częste zajmowanie się osobą Radka Sikorskiego może być przyczyna wielu groźnych chorób, ja jednak lubię ryzyko, zwłaszcza gdy za nim idzie prawdziwe przekonanie, że każde złe słowo rzucone w kierunku tego człowieka, może okazać się warte nawet dużych zagrożeń, jeśli tylko przyczyni się do dalszego niszczenia jego reputacji. Oto więc mój najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety". Zapraszam:

Plan był prosty – realizacja szybka. Kiedy tak zwana „Ukraińska Rewolucja” stanęła na progu zwycięstwa, Unia Europejska wysłała do Kijowa emisariuszy z Radkiem Sikorskim na czele, by namówili obie strony, czyli z jednej strony reżim, a z drugiej Ukrainę, do podania sobie rąk i zakończenia walk. Oczywiście nam tu jest bardzo trudno zgadywać, jak to wszystko dokładnie przebiegało, można jednak przypuszczać, że prezydent Janukowycz, widząc co się kroi, zgodził się – po to choćby, żeby zyskać na czasie – na wszystko, co mu zaproponowano, przedstawiciele narodu, uznając że zwyciężyli, również przyjęli europejskie warunki, no i wtedy to właśnie nasz minister Sikorski spojrzał kłębiącemu się na zewnątrz ludowi w oczy i przybierając pozę bohaterów starych westernów wysączył coś w rodzaju: „Yer all gonna fuckin’ die”.
I tu, podobnie jak wcześniej, trudno jest nam wejść w umysł tego dziwnego człowieka, i zgadnąć, co mu się w tym momencie kotłowało we łbie, z tego jednak co on nam na swój temat przez te wszystkie lata zdążył powiedzieć, zgaduję, że Radek Sikorski w tym momencie nie myślał o niczym innym, jak tylko właśnie o owym „gonna fuckin’ die”. Moim zdaniem, on, z jednej strony widząc to wszystko, co się wokół dzieje, a z drugiej rozrywany na wszystkie strony przez swoje nieustannie puchnące ego, chciał się najzwyczajniej w świecie popisać. On najprawdopodobniej uznał, że skoro w tym momencie wszystko się skończyło, to on tym swoim „lengłydżem” postawi na Ukrainie historyczną pieczęć, a kto wie, czy nie zapiszę się w historii obu państw jako taki właśnie Dirty Harry, Rambo, Rocky i Chuck Norris w jednym.
No i nagle okazało się, że ci na których on wychodząc z tego pałacu wpadł nie mają nic przeciwko temu by umrzeć, bo dla nich strach przed śmiercią – czego umysł takiego Sikorskiego nie ogarnia – nie ma żadnej wagi, o ile wybór pozostaje jeden: umrzeć, albo się na zawsze skompromitować. No więc wszystko skończyło się tak, że Sikorski powiedział co powiedzieć potrzebował, szybko popędził do pokoju hotelowego, żeby się już tylko lansować na Twitterze, a Ukraińcy wrócili na Majdan i dokończyli roboty. Po prostu.
Co nam zostało? Otóż Ukraina żyje swoim życiem, jeśli w ogóle myśli o Polsce, to prawdopodobnie tylko o tych z nas, którzy w tych szczególnych dniach o niej dobrze myśleli, dobrze jej życzyli, a co oni z całą pewnością zobaczyli i właściwie ocenili, natomiast minister Sikorski, czując że z tych chorych marzeń o wielkości został mu już tylko wstyd i ludzka nienawiść, ogłasza nagle, że to że Ukraina znajduje się tu gdzie ją dziś możemy z satysfakcją oglądać, to wyłącznie jego zasługa. No bo czyż nie jest faktem, że gdyby on wtedy nie wezwał do kapitualcji, to dziś mielibyśmy tam piekło.
Czyżby kokaina się skiepściła?

Serdecznie prosze o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Dziś zbieramy juz nie tylko na życie, ale również na sfinansowanie druku ksiązki o uczeniu. Dziękuje za każdy gest.

piątek, 28 lutego 2014

Z ostatniej chwili: Atak prawicowej lemingozy

Prawo i Sprawiedliwość ani, jak wiemy, nie odzyskało jeszcze władzy, ani nie wiadomo nawet, czy System pozwoli mu ją odzyskać, jednak arogancja, z jaką ci, którzy jeśli do tego dojdzie, zaczną po Platformie odzyskiwać kolejne przyczółki, zaczynają się ostatnio zachowywać, już nawet nie poraża, ale wręcz przeraża. Oczywiście nie jest do końca łatwo przewidzieć, jaki będzie rozkład sił po prawej stronie sceny, jednak pewne prognozy można snuć, a tym samym zakładać, że środowiska tworzące dziś ofertę symbolizowaną przede wszystkim przez tygodnik „W Sieci” mogą mieć tu naprawdę dużo do powiedzenia.
Kto czyta ten blog i mniej więcej orientuje się w panujących tu nastrojach, wie, że ja już od wielu miesięcy, by nie powiedzieć lat, przestrzegam przed rodzajem nieuczciwości, jaki cechuje środowiska jak najbardziej prawicowe. Kiedyś nie (nomen omen) raz zwracałem uwagę na występki, w swoim czasie wręcz wieszcza polskiej prawicy, Rafała Ziemkiewicza, za co regularnie zbierałem cięgi od tych, którzy apelowali, by naszych nie ruszać, dziś jednak, kiedy po Ziemkiewiczu już nawet nie pozostało wspomnienie, nadal serdecznie namawiam, żeby uważać na przyjaciół. Zgodnie choćby ze starą zasadą, że z wrogami zawsze można sobie jakoś tam poradzić.
Oto ledwo co wczoraj, czy przedwczoraj, europoseł Platformy Obywatelskiej Jacek Protasiewcz narozrabiał po pijanemu na lotnisku we Frankfurcie, przez co stał się przedmiotem, nacierających ze wszystkich stron, zarówno szyderstw, jak i zwykłych pretensji. I kiedy wydawałoby się, że prawicowi publicyści nie mogą sobie wyobrazić bardziej prostego zadania, niż wyszukiwanie kolejnych powodów by Protasiewiczowi, a z nim całej Platformie, dokuczyć, na portalu wpolityce.pl ukazał się artykuł, w którym autor wykpiwa Protasiewicza z powodu jego rzekomej nieznajomości języka angielskiego.
Ja już parokrotnie na tym blogu apelowałem do osób przekonanych o swoich językowych kompetencjach, by może darowali sobie wyśmiewanie innych za to, że są słabi z języka angielskiego, z tego choćby prostego powodu, że oni sami mają wystarczająco dużo argumentów, by się wziąć za solidną naukę. Na nic. Nie ma bowiem praktycznie dnia, by nie pojawił się tu tu to tam kolejny specjalista od języka angielskiego, i nie zaczął się popisywać, jaki to z niego ekspert, zwłaszcza gdy chodzi o cudze umiejętności. No i tu, kiedy już nawet dziennikarze TVN24 uznali, że chyba jednak nie ma większego sensu „nabijać się” z Jarosława Kaczyńskiego, lub innych polityków Prawa i Sprawiedliwości, za to jacy oni są słabi z angielskiego, pałeczkę przejęli tak zwani „nasi” – w tym wypadku ludzie z portalu wpolityce.pl.
O co poszło? Otóż, wedle relacji samego zainteresowanego, kiedy niemiecki urzędnik celny powiedział do Protasiewicza „raus”, ten się oburzył i zwrócił się do Niemca złośliwie słowami: „Were you ever in Auschwitz”. Publicysta wpolityce.pl szydzi z Protasiewicza – zupełnie jakby nie miał żadnych innych argumentów, by się nad nim skutecznie poznęcać – że on językowo stoi poniżej poziomu elementary, gdzie każde dziecko wie, że się nie mówi Were you ever, ale Have you ever. Cały tekst, śmieszny od początku do końca, jak jasna cholera, i pełen wrzucanych jedna po drugiej językowych złośliwości – swoją drogą, nawet nie wymyślonych przez autora, ale znanych każdemu od lat – poświęcony jest tylko temu jednemu zagadnieniu: że oto idiota Protasiewicz nie zna języka, bo zamiast Have you ever, powiedział Were you ever.
Otóż rzecz polega na tym, że choć w istocie rzeczy bardziej poprawna gramatycznie jest forma Have you ever, nie zmienia to jednak faktu, że owo Were you ever akceptowalne jest jak najbardziej, a już zwłaszcza w sytuacjach ściśle praktycznych. Powiem więcej. Moim zdaniem, Protasiewicz, decydując się na rzadziej spotykane Were you ever, akurat tutaj wykazał pewną szczególną językową swobodę, którą ja osobiście byłbym skłonny nawet cenić. Bo to by akurat mogło świadczyć o tym, że on nie używa języka na zasadzie prezentowanej przez takiego Sikorskiego, który to co zapamiętał, to powie, a to czego nie zapamiętał, to ewentualnie spróbuje pokazać za pomocą miny.
Ale i to nie jest tu najgorsze. No bo przyjmijmy nawet wersję z punktu widzenia wymagań akademickich dla Protasiewicza niekorzystną, a więc tę, żę on za to Were you ever powinien być oceniony na dwóję. Otóż nawet jeśli tak, to wciąż to co zrobił Protasiewicz na lotnisku we Frankfurcie, a przecież i nie tylko, zasługuje na dziesiątki różnych szyderstw innych, niż czepianie się jakichś językowych lapsusów. A mimo to redakcja wpolityce.pl uznała za konieczne zająć się akurat tym językiem. Czemu?
Otóż ja mam tu pewne, moim zdaniem, bardzo solidne wytłumaczenie. Rzecz nie polega na tym, że ci durnie tak naprawdę nie są w stanie sformułować wobec Protasiewicza sensownych zarzutów, i w głębi duszy uważają, że z niego jest może nawet w porządku gość. To nie jest tak, że oni do Protasiewicza mają stosunek co najmniej obojętny, ale ponieważ nie lubią Tuska i wszystkiego co go otacza, muszą Protasiewiczowi dokuczyć. Nie jest też tak, że oni sami nie są nawet w stanie wyobrazić siebie w sytuacji, gdzie przez bezmyślne pijaństwo narażają się na kompromitację. Oni, moim zdaniem, każdy z nich tu akurat świetnie wie, jak to bywa, i wie, że Protasiewicz, tak się fatalnie odsłaniając, to bałwan. Dla nich jednak czymś znacznie ważniejszym jest to, że on, jak im się zdaje, nie zna języka angielskiego. To jest dokładnie to samo zjawisko, z jakim mieliśmy swego czasu do czynienia, kiedy to Janusz Palikot został, po raz pierwszy i tak naprawdę ostatni w życiu, szczerze i autentycznie wyszydzony przez reżimowe media, kiedy zamiast Greek, powiedział Greece, lub może odwrotnie.
Za tym ich zachowaniem bowiem stoi ów stary, nieznośny wręcz inteligencki kompleks na punkcie języka angielskiego. Oni świetnie zdają sobie sprawę z własnych tu ograniczeń, sami są przepełnieni nieustanną zazdrością w stosunku do tych, co ten język – choćby w ich pojęciu – znają, szczerze wierzą, że języki obce, podobnie jak owa mityczna „europejskość”, czy po prostu „inteligenckość”, to coś godnego najwyższego szacunku, i wciąż się potrzebują, na ile to tylko możliwe, pokazywać jako ci, którzy przynajmniej wiedzą, co jest naprawdę w cenie.
Oni tu się zachowują dokładnie tak samo, jak owe tyle razy wyszydzane przez nich samych „lemingi”, a więc ci z nas, którzy wszystko co sobie pomyślą i wszystko co zrobią muszą najpierw skonfrontować z jakimś autorytetem. Oni są dokładnie tacy sami, jak ci rzekomo wyjątkowo wrażliwi artystycznie recenzenci, którzy wiedzą, że film Krauzego o Smoleńsku jest niedobry, natomiast kolejne filmy Smarzowskiego, czy Pasikowskiego – jak najbardziej. Albo odwrotnie. Nie ma żadnej różnicy między nimi, a tymi z nas, którzy w życiu nie przyznają się do tego, że w piątki nie jedzą mięsa, bo to jest takie nieeuropejskie. Banda zakompleksionych durniów, czekających aż ktoś na nich łaskawie skinie palcem! Wielkomiejska inteligencja ze słomą wplątaną w zęby.
I to oni już niedługo, kiedy być może uda się odsunąć od władzy to zepsute do szpiku kości towarzystwo z Trójmiasta i okolic, będą tworzyć nasze nowe elity – polityczne, medialne i kulturalne. A wtedy Polska zobaczy, że jeśli oni czymś się różnią od całej tej nędznej reszty, to tylko tym, że gdy tamci się śmiali z Kaczyńskiego, to wiedzieli że kłamią; wiedzieli że ich problem polega na tym, że poza tymi jego rozczłapanymi butami i niezapiętym guzikiem, oni nie mają nic z czego można się pośmiać – „nasi” natomiast o tym że kłamią nie wiedzą. A wtedy, kiedy Polska to wszystko zobaczy, będziemy mieli koniec tak spektakularny, że się spod niego nie wygrzebiemy. I wtedy dopiero zobaczymy, jak wyglądają prawdziwe buce z Ruskiej Budy.

Już w przyszłym tygodniu oddajemy do druku nową książkę, tym razem o języku angielskim właśnie. I tam nie będzie ani szyderstw, ani tanich żartów. Oprócz ciułania na codzienne życie, zbieramy też fundusze na jej druk. Zachęcam więc do kupowania albo bezpośrednio u mnie, albo w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl tego co już udało mi się wydać. Jeśli ktoś już jednak co mieć chciał, ma i więcej nie potrzebuję, proszę wspierać nas pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 27 lutego 2014

Czy Jacek Protasiewicz to kret?

Jako wybitny bloger i dziennikarz obywatelski, laureat konkursu Onetu na Blog Roku, nie mogłem przegapić wydarzenia, jakie miało miejsce w tych dniach na lotnisku we Frankfurcie. Nie mogłem owego wydarzenia nie zauważyć, ale też nie mogę go nie skomentować: w końcu na tym polega moja misja i mój obowiązek – na informowaniu Czytelnika o tym, co ważne. Wprawdzie demokratyczne media w naszym kraju przedstawiły już zdarzenie bardzo szeroko, prezentując różne punkty widzenia, na wypadek gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, o co chodzi, krótko opowiem. Otóż, jak donoszą niemieckie media w Niemczech i w Polsce, europoseł Platformy Obywatelskiej Jacek Protasiewicz, rzekomo w stanie alkoholowego upojenia wszczął awanturę na lotnisku we Frankfurcie właśnie, zwyzywał niemieckich urzędników od nazistów, za co został zatrzymany, zakuty w kajdanki i usunięty z lotniska.
Taka jest wersja strony niemieckiej. Sam Jacek Protasiewicz twierdzi, że było inaczej. Wedle jego relacji, on ani nie był pijany, ani agresywny, natomiast agresywny był urzędnik celny, i to do tego stopnia, że powiedział do posła Protasiewicza „raus!”, co posła oburzyło, no i w efekcie doprowadziło do awantury, sytuacji z kajdankami, no i tego, że dziś wszyscy tą sprawą żyjemy.
Wprawdzie ja nie mam powodu, by Jackowi Protasiewiczowi nie wierzyć, a wręcz przeciwnie uważam go za wybitnego polityka i porządnego działacza, natomiast w tej akurat sytuacji jest coś, co budzi mój niepokój. Otóż ja nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by niemiecki urzędnik mógł postąpić tak niegodziwie w stosunku do polskiego obywatela, tym bardziej jeśli owym obywatelem jest przedstawiciel Platformy Obywatelskiej, a więc politycznego ugrupowania, które po wielu latach obrzydliwego wręcz demonstrowania antyniemieckich kompleksów i fobii w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego i innych polityków PiS-u zrobiło wiele, by stosunki między Polską a Niemcami nabrały prawdziwie partnerskiego charakteru. Rozumiem naturalnie, że ów Niemiec mógł sobie pomyśleć, że ma do czynienia z jakimś polskim antysemitą, czy po prostu chamem, ale przecież wystarczyło, by poseł Protasiewicz się przedstawił i powołał na przyjacielskie stosunki między Donaldem Tuskiem a Angelą Merkel, żeby nieporozumienie wyjaśnić, a wszelkie konflikty załagodzić. A jednak doszło do zdarzenia przykrego.
Jest oczywiście możliwe, że to ów urzędnik, który zaatakował posła Protasiewicza był ukrytym zwolennikiem PiS-u, i jego zachowanie stanowiło wyłącznie demonstrację pisowskiej nienawiści do wszystkiego, co europejskie i cywilizowane, jednak w tej sytuacji jest mi trudno zrozumieć, dlaczego jego stronę wzięli też inni niemieccy urzędnicy, w tym policjanci. Oni akurat powinni się umieć znakomicie zorientować, że mają do czynienia z przedstawicielem Polski nowej, cywilizowanej, niehomofobicznej i otwartej na Europę. A mimo to, potraktowali Jacka Protasiewicza jak jakiegoś PiS-owca, a tym samym Polskę, jakby ona wciąż była w rękach tej bandy dzikich żoliborskich szowinistów i eurofobów.
Przykro mi to mówić, bo wiem, że Jacek Protasiewicz to człowiek kulturalny, wykształcony, a co najważniejsze cieszący się zaufaniem w najwyższych kręgach władzy Platformy Obywatelskiej, ale trudno mi uwierzyć, by w incydencie do jakiego doszło na lotnisku we Frankfurcie, wina leżała po stronie niemieckiej. Stosunki między Niemcami a Polską są dziś wręcz wzorowe, rząd Donalda Tuska wielokrotnie udowodnił naszą determinację na rzecz podtrzymywania jakości tych stosunków, Niemcy nie mają żadnego powodu, by traktować nas jak kogoś gorszego, a zatem to co spotkało europosła Protasiewicza stanowi dla mnie prawdziwą zagadkę.
W tej sytuacji chciałbym się z Czytelnikami podzielić pewną refleksją, która, obawiam się, może być dla nas wszystkich wręcz boleśnie prawdziwa. Zastanówmy się proszę, czy nie jest tak, że europoseł Jacek Protasiewicz jest tak naprawdę ukrytym pisowcem, a niemieckie służby – jak wiemy o wiele sprawniejsze i bardziej doświadczone od naszych – nabyły tę wiedzę jeszcze przed nami. Weźmy łaskawie pod uwagę, że zdrajcy mogą być we wszystkich szeregach, i Platforma Obywatelska nie jest od tych zagrożeń wolna. Bo jeśli miałoby się okazać, że Jacek Protasiewicz tak naprawdę jest ukrytym pisowcem, to wszystko to do czego doszło na niemieckim lotniku zaczyna nabierać logicznego kształtu. On i mógł być pijany, jak zmarły parę lat temu w wypadku samolotowym Przemysław Gosiewski, mógł wykrzykiwać jakieś bzdurne hasła na temat Auschwitz i niemieckiej za Auschwitz odpowiedzialności, no i wreszcie mogło się wtedy też zdarzyć, że Niemcy potraktowali go z całą surowością, na jaką zasłużył. Osobiście mam nadzieję, że strona niemiecka, oczywiście dyplomatycznymi kanałami, poinformuje o wszystkim władze Platformy i sprawa zostanie ostatecznie wyjaśniona, a europoseł Protasiewicz zostanie odpowiednio ukarany za swoją zdradę.
Kończę już tę krótką notkę, życzę wszystkim miłego Tłustego Czwartku, i proszę uważać na pączki pochodzące z nieznanych źródeł. Jak zwykle kupujmy u Bliklego.

Skorośmy sobie już pożartowali, pozwolę sobie na parę bardzo poważnyh słów. Bez Waszej pomocy ten blog - ale przecież nie tylko on - nie ma żadnych szans. A zatem proszę nas wspierać pod podanym tuż obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 26 lutego 2014

Trzy historie na koniec czasów

Niedawno wpadłem na informację, że znany krakowski publicysta i intelektualista Marcin Król dokonał swoistego coming-outu i przyznał, że on i jego koledzy zrobili błąd wybierając na początku lat 90-tych liberalizm, jako swoją religię. Z perspektywy czasu on bowiem zauważa, że liberalizm jednak ma swoje wady, i że te wady są tak liczne i tak decydujące, że jemu sumienie być dłużej liberałem nie pozwala. Jednak on tym bardziej jest dziś przekonany, że jego i każdego patriotycznie myślącego Polaka pierwszym zadaniem jest walczyć z Jarosławem Kaczyńskim i tym, co on szykuje dla Polski. W tej sytuacji chciałem opowiedzieć parę, moim zdaniem, bardzo ciekawych historii.
Otóż ponieważ z tego pisania udało się w ostatnich dniach nieco nazbierać, w drodze na zakupy, postanowiłem wstąpić do banku, w którym mam kredyt, aby zapłacić resztę aktualnej raty. Kiedy wszedłem do środka, podeszło do mnie jakieś dziewczę na szpilkach i zapytało, czym może służyć, ja powiedziałem, że przyszedłem z pieniędzmi, ona na to mnie poprosiła, żebym chwilę poczekał, no więc ja odpaliłem telefon i zacząłem czytać tekst Gabriela.
Z dwóch dostępnych dla klientów banku stanowisk, jedno było, jak to się ładnie mówi, nieobsadzone, przy drugim ładna blondynka podpisywała z pewną starszą panią umowę kredytową, a ponieważ ona wciąż ową straszą panią namawiała na dodatkowe produkty, cała procedura się przedłużała. Przez te pół godziny, kiedy tam stałem, przyszły do banku dwie inne osoby: samotna pani i pewien pan ze staruszką, do której zwracał się „babciu”. Do nich też owa maitre d’desk zwróciła się z zapytaniem, czego sobie życzą, a po tym, jak jedno po drugim poprosiło o kredyt, oboje plus babcia zostali poproszeni na zaplecze. Ja tam jeszcze bez sensu postałem paręnaście minut, i ostatecznie poszedłem zrealizować zamówienie, które pani Toyahowa z samego rana przedstawiła mi na specjalnej kartce.
Historia jak historia. Z mojego punktu widzenia mocno inspirująca, ale biorę pod uwagę, że ktoś może potrzebować wrażeń na wyższym poziomie. Proszę więc bardzo. Otóż jakiś czas temu zdarzyło mi się poznać pewną panią. Zwykła pani w wieku nieomal średnim – mąż, córka, samochód, telewizor, jeśli czas pozwoli, parę kolejnych stron „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Z powodów, w które tu nie musimy wnikać, owej pani, która prawdę powiedziawszy zupełnie spokojnie mogłaby być urzędniczką w Urzędzie Miejskim, lub przedszkolanką, trafiło się pracować jako osoba obsługująca różnego rodzaju imprezy pod względem tak zwanej „wyżerki”, a więc przygotowująca jedzenie dla owych bali uczestników, no i oczywiście podająca to jedzenie do stołu. Zatrudniona jest moja znajoma przez, jak mi sama mówi, przez jakiegoś starego esbeka, który dziś jest właścicielem całej sieci ekskluzywnych hoteli, no i w tych hotelach praktycznie codziennie urządzane są jakieś uroczystości, które ona, wraz z innymi paniami, przygotowuje.
Otóż opowiada mi moja znajoma, że to jest praca pod wieloma względami straszna. Przede wszystkim trzeba być cały czas, a więc od samego przygotowania imprezy do jej zakończenia i posprzątania po niej, na nogach, w dodatku szef to jest taki typ, który uważa, że te panie, które dla niego pracują może traktować jak szmaty, no i wreszcie sami uczestnicy zabaw – oni bardzo często są absolutnie najgorsi. No i sprawa być może tu podstawowa. Za tę robotę ona dostaje 7 złotych za godzinę, a jeśli jest tak zwana właśnie „impreza”, a więc okazja do bardziej intensywnego zarobkowania, nieco mniej. Dlaczego mniej? No bo per saldo to są większe pieniądze.
Jak to wygląda w praktyce? Ona musi się stawić na miejscu o godzinie 13.00, żeby zacząć przygotowywać salę, stoły no i jedzenie. Goście przychodzą późnym popołudniem, no i bawią się do późnej nocy. Kiedy już wszyscy sobie pójdą, ona zaczyna sprzątać stoły, no i robić ogólny porządek. Tak do 6 rano.
Właśnie tak. Niczego nie pomyliłem. Po 17 godzinach ona może iść do domu, zarobiwszy… tak, tak – 80 złotych. To jest stała stawka za coś, co ona nazywa „imprezą”. Tyle „prezes” płaci swoim pracownicom.
A nie zawsze tak było. Jeszcze parę miesięcy temu ona za „imprezę” dostawała 120 złotych, jednak ostatnio „prezes” oświadczył, że one za dużo, kurwa, zarabiają, więc muszą się trochę posunąć.
I to jest już chyba wszystko. No może prawie wszystko. Brakuje nam jakiegoś zabawnego zakończenia, a ja powiem, że myślę, myślę, myślę, i nic mi nie przychodzi do głowy. W pierwszej chwili chciałem opowiedzieć, jak to, po tych wszystkich godzinach, kiedy one zaczynają sprzątać te stoły, są tak strasznie głodne, że zaczynają to wszystko to, co i tak trzeba wyrzucić, podjadać, przez co ona czuje, że ta praca ją zwyczajnie wykańcza, no ale co będę pisał o trzymaniu diety? Ja?
Wciąż za to mam w głowie tę informacje podaną dziś przez Gabriela, że Radek Sikorski przebrał się za kask lotniczy, przyczepił do klapy białoczerwoną szachownicę i coś tam powiedział. Co to ma do rzeczy? Jaki jest związek tej jego błazenady z tymi hotelami, by już nie wspomnieć o bankach? Osobiście mam wrażenie, że jakiś jednak ma, ale nie bardzo umiem te swoje podejrzenia odpowiednio sformułować. No ale w końcu od czegoś Was mam, czyż nie?

Proszę bardzo wspierać ten blog. Bez Was nie damy rady. Dziękuję.

niedziela, 23 lutego 2014

Gdy rzucają grudę i piszą życiorys

W czwartek pochowaliśmy Zbigniewa Romaszewskiego i z tej okazji w ostatnim numerze „Warszawskiej Gazety” zamieściłem felieton poświęcony właśnie Jemu i Polsce, która od minionego piątku weszła w ów szczególny okres: okres po Romaszewskim. Proszę się skupić:

Kiedy ten tekst ukaże się w „Warszawskiej Gazecie”, będziemy przeżywali pierwszy dzień nowej ery, ery wyznaczonej przez odejście Zbigniewa Romaszewskiego. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że powodów, by zaczynać wszystko od nowa mieliśmy przez ostatnie lata znacznie więcej, i wystarczy tu choćby wspomnieć odejście prezydenta Kaczyńskiego, czy Anny Walentynowicz. Było jednak coś w Zbigniewie Romaszewskim, co go stawiało przed i nad wszystkimi innymi polskimi bohaterami, mianowicie to, że do nikogo tak jak do niego nie wydawało się pasować herbertowskie przykazanie: „A gniew twój bezsilny niech będzie jak morze, ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych”. I nikt inny z taką mocą go nie wypełniał. A jest naprawdę wiele powodów, by to akurat traktować, jako coś decydującego.
A więc z jednej strony ten gniew, a z drugiej owa bezsilność – „jak morze”. No i ten głos „poniżonych i bitych”. Dziś, kiedy Romaszewskiego już nie ma, i tak powoli, tak słodko, i tak skutecznie zaczynamy zapominać tamten dzień, kiedy to w wyborach do Senatu Warszawa powiedziała Romaszewskiemu „nie”, i z tą swoją słynną wielkomiejską beztroską, postawiła go za kimś tak szczególnym, jak Marek Borowski, wraz z nim też zapominamy i tamten gniew i tamtą bezsilność. Dziś już wspominamy wyłącznie „Zbyszka”, człowieka dobrodusznego, łagodnego, pełnego serdecznej tolerancji. Doszło do tego, że sam Stefan Niesiołowski wydaje Romaszewskiemu certyfikat stwierdzający, że on akurat nie był „pisowskim aparatczykiem”.
Otóż za szczególnie ważne uważam właśnie dziś, kiedy przeżywamy pierwszy dzień owej nowej ery, by podkreślić najbardziej wyraźnie, że historycznej wielkości Zbigniewa Romaszewskiego, i tego niesłychanego wręcz, związanego z nią bólu po jego stracie, nie zawdzięczamy jego łagodności, ale wręcz przeciwnie – temu mianowicie, że nikt tak jak on nie potrafił pokazać, co miał na myśli Zbigniew Herbert, kiedy apelował, by nasz gniew był „bezsilny jak morze, ilekroć usłyszymy głos poniżonych i bitych”.
Świetnie pamiętam, jak Zbigniew Romaszewski zaangażował się w obronę Piotra Staruchowicza, zaatakowanego przez System stadionowego chuligana, i wszyscy ci, co dziś tak się wzruszają tą świeżo ubitą ziemią i tym krzyżem, pluli na niego i szydzili, że on – taki niby bojownik o Polskę – staje ramię w ramię z jakimś tępym kibolem. Tłumaczył Romaszewski, że on całe swoje życie spędził, stając ramię w ramię z takimi ludźmi właśnie, jak Staruchowicz, i że robił to zarówno w latach 70-tych, w 80-tych, no i jak najbardziej robi dziś. I ja pamiętam zarówno jego gniew, jak i jego bezsilność, a przede wszystkim może tę twarz, na której odbijało się jedno i drugie… i nic już więcej.
Zaczynamy nowy czas. Czas po Romaszewskim. I czytamy Herberta:

Niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga czy to przez kupowanie książek, czy przez przekazywanie wpłat na podany obok numer konta. Tylko Wasza pomoc trzyma nas w pozycji wyprostowanej.

sobota, 22 lutego 2014

Radek Sikorski - człowiek któremu w ego pękła żyłka

Normalnie, nie jestem zbyt chętny do tego, by pisać tu o języku angielskim, a już na pewno nie w taki sposób, by się kogokolwiek czepiać, ponieważ jednak już w marcu planujemy wydanie mojej piątej już książki, i to właśnie o nauczenia języka, jestem bardziej niż zwykle w odpowiednim nastroju. Ale pewnie i to by nie było wystarczającym powodem, bym się miał tu na tym polu jakoś szczególnie angażować, gdyby nie to, że w miniony piątek tak zwane psy Systemu ogłosiły kandydaturę do tegorocznej pokojowej Nagrody Nobla w osobie ministra Radka Sikorskiego, a on sam – czy to w reakcji na te doniesienia, czy może sam z siebie – wywąchał tę szansę i zaktywizował się, jak chyba nigdy dotąd. Wprawdzie, czerpiąc garściami ze swojego znanego powszechnie bałwaństwa, nie mógł się powstrzymać i wypowiedział w stronę Ukraińców słynne już na cały świat słowa „wszyscy zginiecie”, niemniej ten dzień wciąż należał do niego, a on sam nie omieszkał kilkakrotnie ten fakt podkreślić.
Sikorskiemu poświęciłem dotychczas, o ile czegoś nie przegapiłem, trzy wpisy. Jeden po tym, jak on, jeszcze za życia prezydenta Kaczyńskiego, podczas jednej ze wspólnych konferencji prasowych, ile razy zabierał głos Prezydent, wyciągał Donalda Tuska na bezmyślne paplanie, w do tego stopnia ostentacyjny sposób, że ten nie miał innego wyjścia, jak obu publicznie upomnieć, drugi w odpowiedzi na panoszące się w przestrzeni publicznej plotki o Sikorskiego rzekomym oxfordzkim wykształceniu, a trzeci w reakcji na równie głupie i pełne wręcz nieznośnych kompleksów przekonanie o tym, że on zna język, jak prawdziwy Anglik.
No i kiedy wydawało się, że z tą akurat ofiarą losu mamy święty spokój, on został przez niejaką Ashton wysłany do Kijowa, by odegrać ów żałosny cyrk, i tak się wczuł w rolę, że nie dał mi zwyczajnie wyboru. O tym nieszczęsnym „wszyscy zginiecie” już wspomniałem. Ale mamy coś niemal równie dobrego. Oto on sam, tak bardzo zapewne podekscytowany ledwo co odniesionym „sukcesem”, na tym swoim nieszczęsnym Twitterze opublikował swoje dwa zdjęcia, w tym jedno pod zniszczonym pomnikiem Lenina, a obok następujący wpis: „Na deser, pod cokołem bez Lenina. 3 kolejne dzisiaj padły”, a obok jego bardzo zawodowe tłumaczenie: „For desert, under pediment without Lenin. 3 more gone today”.
I tu muszę poczynić dwie dygresje. Pierwsza, bardziej uniwersalna, to taka, że ja zawsze wyznawałem zasadę, którą zresztą traktuję jako motto nowej książki, że nikt nie jest tak dobry, jak mu się wydaje, ale również nikt nie jest tak kiepski, jak mógłby w swojej skromności sądzić. Druga dotyczy dość już starego felietonu, kiedyś komunistycznego sekretarza, a dziś prawicowego bojownika o polską wolność, Marka Króla, gdzie ten w owym tekście, swoją drogą poświęconym kpieniu z Polaków, którzy nie znają języka angielskiego, zrobił trzy błędy na poziomie gramatyki i idiomu. Dziś mamy coś znacznie ciekawszego. Otóż Radek Sikorski nie zrobił trzech błędów w jednym felietonie, natomiast, owszem, zrobił trzy błędy w jednym zdaniu, a dla mnie radość świadomości, że ów czek korzysta z gogle translatora jest nie do zastąpienia.
Popatrzmy w skupieniu. Oto Radek Sikorski, absolwent Oxfordu i pierwszy intelektualista w rządzie Donalda Tuska, postanowił, że polskie „na deser” dobrze będzie przetłumaczyć dosłownie, czyli „for dessert”, a więc zbliżył się bardzo niebezpiecznie do poziomu, gdzie niektóre, te mniej intelektualnie sprawne dzieci, chcąc zacząć list od „droga Aniu”, piszą „Road Aniu”. Mało tego. On nawet nie wie, że „deser” po angielsku to „dessert”, natomiast „desert” oznacza oczywiście pustynię. No ale bądźmy dla ministra Sikorskiego dobrzy, i przyjmijmy, że to była zwykła literówka i tego błędu mu nie liczmy. Jednak dalej pojawia się coś, czego wytłumaczyć już nie ma sposobu. Oto wymyślił sobie nasz wybitny oxfordczyk, że cokół to „pediment”, podczas gdy faktem jest, iż ów „pediment” to nie cokół, lecz – znany nam pewnie z różnych zdjęć – trójkątny, umieszczany nad wejściem do pewnego typu budowli, fronton, czyli coś co architekci określają dziwną nazwą „dach naczółkowy”.
W efekcie – zakładając, że tacy w ogóle istnieją – anglojęzyczni czytelnicy Twittera, na którym się lansuje minister Sikorski najpierw dostali do podziwiania jego zdjęcie pod czymś, co podobno przedstawia zniszczony pomnik, plus informację: „Na pustynię: pod dachem przyczółkowym bez Lenina. Dziś poszły kolejne trzy”.
A ja już tylko chcę widzieć to zdziwienie: Czyżby nasz pan minister z tej radości na wieść o tym, że dostanie Nobla, zwariował?
Tego samego wieczora rzuciłem okiem na TVN24, a tam oczywiście Sikorski i zakochana w nim po pachy Kolenda-Zaleska. Opowiada nasz dzielny minister, jak to on wynegocjował dla Ukrainy porozumienie, i jak to teraz opozycja powinna natychmiast ustąpić i przyjąć przedstawione przez Sikorskiego z Janukowyczem warunki, a Kolenda – z tym swoim bardzo szczególnym wyrazem twarzy – pyta: „To znaczy, że pan i Unia jesteście gwarantami tego porozumienia?” „Ależ skąd! Gdzie tam! My niczego nie możemy gwarantować. Będzie jak będzie”, odpowiada Sikorski. I to jest coś, co mnie autentycznie zachwyca. To jest właśnie to, co Unii Europejskiej dała Polska pod rządami Donalda Tuska. Radosław Sikorski – oxfordczyk-dyplomata i wybitny językoznawca. Osobiście mam nadzieję, że kiedy on tam następnym razem przyjedzie, to Ukraińcy poszczują go psami. Przynajmniej ci nasi, ze Lwowa.

Proszę o wsparcie dla tego bloga. Bez Waszej pomocy nie byłoby nic. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...