niedziela, 23 lutego 2014

Gdy rzucają grudę i piszą życiorys

W czwartek pochowaliśmy Zbigniewa Romaszewskiego i z tej okazji w ostatnim numerze „Warszawskiej Gazety” zamieściłem felieton poświęcony właśnie Jemu i Polsce, która od minionego piątku weszła w ów szczególny okres: okres po Romaszewskim. Proszę się skupić:

Kiedy ten tekst ukaże się w „Warszawskiej Gazecie”, będziemy przeżywali pierwszy dzień nowej ery, ery wyznaczonej przez odejście Zbigniewa Romaszewskiego. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że powodów, by zaczynać wszystko od nowa mieliśmy przez ostatnie lata znacznie więcej, i wystarczy tu choćby wspomnieć odejście prezydenta Kaczyńskiego, czy Anny Walentynowicz. Było jednak coś w Zbigniewie Romaszewskim, co go stawiało przed i nad wszystkimi innymi polskimi bohaterami, mianowicie to, że do nikogo tak jak do niego nie wydawało się pasować herbertowskie przykazanie: „A gniew twój bezsilny niech będzie jak morze, ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych”. I nikt inny z taką mocą go nie wypełniał. A jest naprawdę wiele powodów, by to akurat traktować, jako coś decydującego.
A więc z jednej strony ten gniew, a z drugiej owa bezsilność – „jak morze”. No i ten głos „poniżonych i bitych”. Dziś, kiedy Romaszewskiego już nie ma, i tak powoli, tak słodko, i tak skutecznie zaczynamy zapominać tamten dzień, kiedy to w wyborach do Senatu Warszawa powiedziała Romaszewskiemu „nie”, i z tą swoją słynną wielkomiejską beztroską, postawiła go za kimś tak szczególnym, jak Marek Borowski, wraz z nim też zapominamy i tamten gniew i tamtą bezsilność. Dziś już wspominamy wyłącznie „Zbyszka”, człowieka dobrodusznego, łagodnego, pełnego serdecznej tolerancji. Doszło do tego, że sam Stefan Niesiołowski wydaje Romaszewskiemu certyfikat stwierdzający, że on akurat nie był „pisowskim aparatczykiem”.
Otóż za szczególnie ważne uważam właśnie dziś, kiedy przeżywamy pierwszy dzień owej nowej ery, by podkreślić najbardziej wyraźnie, że historycznej wielkości Zbigniewa Romaszewskiego, i tego niesłychanego wręcz, związanego z nią bólu po jego stracie, nie zawdzięczamy jego łagodności, ale wręcz przeciwnie – temu mianowicie, że nikt tak jak on nie potrafił pokazać, co miał na myśli Zbigniew Herbert, kiedy apelował, by nasz gniew był „bezsilny jak morze, ilekroć usłyszymy głos poniżonych i bitych”.
Świetnie pamiętam, jak Zbigniew Romaszewski zaangażował się w obronę Piotra Staruchowicza, zaatakowanego przez System stadionowego chuligana, i wszyscy ci, co dziś tak się wzruszają tą świeżo ubitą ziemią i tym krzyżem, pluli na niego i szydzili, że on – taki niby bojownik o Polskę – staje ramię w ramię z jakimś tępym kibolem. Tłumaczył Romaszewski, że on całe swoje życie spędził, stając ramię w ramię z takimi ludźmi właśnie, jak Staruchowicz, i że robił to zarówno w latach 70-tych, w 80-tych, no i jak najbardziej robi dziś. I ja pamiętam zarówno jego gniew, jak i jego bezsilność, a przede wszystkim może tę twarz, na której odbijało się jedno i drugie… i nic już więcej.
Zaczynamy nowy czas. Czas po Romaszewskim. I czytamy Herberta:

Niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga czy to przez kupowanie książek, czy przez przekazywanie wpłat na podany obok numer konta. Tylko Wasza pomoc trzyma nas w pozycji wyprostowanej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz