piątek, 6 grudnia 2013

O lanserach i ekspertach, czyli historia robi pętlę

O Antonim Dudku pisałem w życiu raz, i zawsze byłem pewien, że to w najlepszym razie wystarczy. I oto ów dziwny człowiek pojawił się z potężnym hukiem ponownie, i na oczywiste polityczne zamówienie poinformował publiczność stacji TVP, że dr Cieszewski prawdopodobnie wyjechał za granicę w nagrodę za współpracę z SB.
Dziś, kiedy już opadł pierwszy kurz, a spod niego pojawiły się wątpliwości, ten sam Dudek udzielił reżimowym mediom kolejnej wypowiedzi, wskazując, że z tą współpracą to nie do końca pewna sprawa, i że to z czym mamy do czynienia „w trudnej sytuacji stawia Macierewicza, który wielokrotnie mówił, że ewidencja operacyjna jest wiarygodna”.
I to jest rzecz tak kuriozalna, że ja nie mam wyjścia, by się nad tym nieszczęsnym człowiekiem jeszcze raz pochylić. Reagując na pełne pogardy gwizdnięcie, przychodzi facet do telewizji i, odgrywając wybitnego eksperta, recytuje z kartki przedstawiony mu tekst, a kiedy się okazuje, że to wszystko, co odczytał było stekiem bezczelnych kłamstw, głupkowato się uśmiecha i mówi: „Widzicie, jak się brzydko zachowujecie?”
Od kiedy przeczytałem tę kuriozalną wypowiedź, wciąż się zastanawiam, jakie słowa są w stanie oddać temu dziwadłu sprawiedliwość, i przyznaję z bólem, że nie znajduję nic. Zero. Wygląda na to, że jest pewien typ degeneracji, które pozostaną do końca świata nieopisane. No ale coś powiedzieć wypada. W tej sytuacji, proszę bardzo rzucić okiem na wspomniany wcześniej tekst, jeszcze sprzed Smoleńskiej Katastrofy, kiedy to Antoni Dudek potrafił już wiele, ale zanim jeszcze uzyskał pełną doskonałość. Niech więc to posłuży za mój komentarz do dzisiejszych wydarzeń.
Przy okazji przypominam wszystkim zainteresowanym, że jutro w Księgarni Latarnik w Częstochowie, na ulicy Łódzkiej 8, mam spotkanie autorskie. Początek o godzinie 16.00. Zapraszam serdecznie.



Antoni Dudek porusza się po obrzeżach polskiej polityki właściwie od samego początku nowej Polski. Naturalnie nie jako polityk, bo bycie politykiem jest wbrew pozorom fachem bardzo trudnym i ryzykownym, lecz jako historyk i komentator. Jak to się stało, że zwróciłem uwagę na Dudka właściwie już na samym początku jego aktywności? W końcu po tak zwanej prawicowej strony polskiej sceny politycznej zawsze kręciło się całe mnóstwo publicystów, politologów, socjologów i historyków, którzy mieli ambicje uczestniczenia w tym, co się tu dzieje. Faktem jest też jednak, że niewielu z nich tak jak Antoni Dudek, potrafiło powiedzieć tak niewiele przy użyciu tak wielu słów i zrobić tak mało, przy pomocy tak wielu gestów. Wydaje mi się, że gdyby Dudek był na tyle odważny, by spróbować swoich sił w polityce nie jako komentator, ale jej bezpośredni uczestnik, to, jako przedziwna hybryda Jana Marii Rokity z Kazimierzem M. Ujazdowskim, mógłby nawet odnieść pewien sukces. Owa rokitowa część symbolizowałaby pełną agresji bezużyteczność, natomiast ta druga strona ukazywałby go nam jako takiego ładnego, stonowanego, kulturalnego chłopca o ujmującej bardzo powierzchowności. Zresztą – czyniąc tu zastrzeżenie, że Rokita to istotnie przypadek zupełnie wyjątkowy – zamiast Ujazdowskiego, mógłby tam stać równie dobrze dowolny inny polityczny lanser. Jarosław Gowin, Paweł Zalewski, Rafał Dutkiewicz, czy nawet arcybiskup Życiński. To jest dokładnie to samo powietrze.
Czemu więc Antoni Dudek nie wybrał polityki? Tego nie wiem. Efekt jest taki, że istnieje on dokładnie tak jak by istniał i wtedy, i że nie ma z niego żadnego pożytku, dokładnie tak samo jak by nie było go wtedy. Tyle że dziś bardziej irytuje. Jak wieczny kibic, który jedyne co wie, to to że on by to wszystko zrobił tak samo, tyle że dużo lepiej.
Wróć. Jest jeszcze coś, co by różniło Dudka – polityka od Dudka – komentatora. Prawdopodobnie jako polityk, nie byłby profesorem. Tyle że to też słaba pociecha. W końcu we współczesnej Polsce zostać profesorem może każdy, byleby tylko pokazywał się odpowiednio często w telewizji i wystarczająco wyraźnie swoje ambicje sformułował. Myślę, że gdyby ktoś zechciał opublikować listę świeżo upieczonych profesorów III RP, to mielibyśmy większą kupę śmiechu, niż przy studiowaniu zestawu laureatów literackiej, lub pokojowej nagrody Nobla. I wcale niekoniecznie ze względu na osobę Magdaleny Środy.
Nie został jednak Antoni Dudek politykiem. Nie poszedł śladem innych prawicowych intelektualistów swojego pokolenia i został tam gdzie dziś go możemy spotkać. Ciekawe dlaczego? Człowiek o takim temperamencie, wydawałoby się, poza polityką musi się wyłącznie dusić. Myślę sobie, że może poszło o to, że w czasach kiedy te losy się decydowały, on był na tyle pryncypialny, że nie chciał iść ani do Unii Demokratycznej, ani do Unii Wolności, ani tym bardziej do komuchów. Z kolei gdzie indziej też jakoś nie pasowało. Bo to i straszno jakoś i przede wszystkim niepewnie. A jak już przyszły lata najnowsze, to go już ani w PiS-ie ani w Platformie nie chcieli. A więc pozostały te publikacje, a z publikacjami jak wiemy, to już w ogóle trzeba uważać, bo papier oczywiście wszystko zniesie, ale pamięć ludzka już może nie darować. A skończyć jak Michalkiewicz czy jakiś Miszalski? Kto by chciał?
Ktoś mnie spyta, dlaczego tak się uparłem, żeby wysyłać Dudka do polityki? Dlaczego nie chcę, żeby on był tym, kim jest, a więc komentatorem, historykiem, lub zwyczajnym ekspertem? Otóż Dudek przeszkadza mi w roli, którą sobie upatrzył, na tej samej dokładnie zasadzie, jak przeszkadza mi wspomniana tu niedawno Natasza Urbańska jako piosenkarka bluesowa, lub Cezary Pazura jako stand-up comedian. Czy Antoniemu Dudkowi, i nam wszystkim przy okazji, byłoby lepiej, gdyby on występował w TVN24 i się intelektualnie przepychał z posłem Neumanem, lub przesłuchiwał w którejś z komisji skorumpowanych biznesmenów? Pewnie też nie. W końcu, jak sami mieliśmy okazję zobaczyć, nawet Janowi Rokicie niczego to nie zagwarantowało. Problem jednak jest taki, że ja na punkcie historyków mam pewien kompleks.
Otóż, wbrew pozorom, o których niektórzy świetnie wiedzą, a ja nie będę się tu w nie wgłębiał, do historyków mam stosunek wręcz bałwochwalczy. Nie ma chyba takiej dziedziny życia, poza chirurgią oka i grą na gitarze, która budziłaby we mnie taki szacunek. Sprowadźcie mi dowolnego historyka i każcie mu opowiadać o czymkolwiek, a ja nie ruszę się z pokoju, dopóki nie powie mi on, że to już koniec. I nie musi być to nawet ktoś obeznany ściśle z jakimiś wydarzeniami historycznymi, kto mi będzie podawał przeróżne daty i interpretował wydarzenia, które gdzieś tam kiedyś doprowadziły albo do wojny, albo do pokoju. Może to być nawet ktoś taki jak ów człowiek, który w 1979 roku wygrał Wielką Grę z Chopina, a dziś we Wproście opowiada o nim takie rzeczy, że włosy stają dęba na głowie. Rzeczy, które on wie, których my nie wiemy, a które wszystkie nasze wyobrażenia przewracają do góry nogami. Więc może to być nawet i on.
Ale może to być ktokolwiek, kto tylko zna się na tym, co działo się dawno temu i co w naszej wyobraźni zdążyło przybrać bardzo określony kształt, i kto przychodzi i mówi nam, że owszem, trochę tak, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że ktoś coś gdzieś, to musimy tez wiedzieć, że to nie było wszystko takie oczywiste. Pamiętam, jak kiedyś mieliśmy okazję rozmawiać z pewnym angielskim historykiem o królu Henryku VIII i tych jego żonach, i jak powoli okazywało się, że cały tamten świat, który wydawał się być taki prostu i oczywisty, był w gruncie rzeczy, jeśli nie kompletnie inny, to z pewnością znacznie ciekawszy. Nawet postać wręcz symboliczna, czyli cesarz Kaligula, w ustach kogoś, kto się na tamtych czasach zna, staje się kimś, o kim naprawdę warto posłuchać. Czy wszyscy historycy są tacy wybitni i nieomylni i przede wszystkim zgodni? Oczywiście, że nie. Ale z całą pewnością większość z nich wie, że jeśli w jednym miejscu w roku, dajmy na to 1678, działo się jedno, to w drugim, w tym samych czasie, przy udziale innych osób, miały miejsce wydarzenia równie istotne. I raczej niewielu z nich patrzy na historię, jak dziecko, które zobaczyło paczkę chrupek i nie może się już skupić na niczym innym.
Antoni Dudek, postanowił w Salonie zabrać głos na temat historii powstawania rządu Prawa i Sprawiedliwości. Przeczytałem i ten wpis Dudka, i wcześniej kilka jego komentarzy na blogu Migalskiego, i pomyślałem sobie, że gdyby jakikolwiek historyk w ten sposób opowiadał o jakimkolwiek wydarzeniu z przeszłości, to chyba każdy wolałby sobie kupić gazetę, albo włączyć telewizor. Przynajmniej byłoby na co popatrzeć. W 2005 roku PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński został wybrany prezydentem. Oczywiście, tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach się dzieje, zwycięstwo było zbyt niskie, żeby zagwarantować PiS-owi samodzielne rządzenie, a – co już może trochę ponadstandardowe – wściekłość opozycji i establishmentu tak wielka, że nawet stworzenie sensownej koalicji było niemożliwe. Można wręcz sądzić, że jedynym inteligentnym rozwiązaniem było oddanie przez PiS władzy Platformie, lub komukolwiek i natychmiastowe rozwiązanie się. Jak wiemy, przez dwa lata Jarosław Kaczyński z trudem utrzymywał władzę, którą otrzymał w powszechnych wyborach, i w końcu, kiedy – o czym Dudek może już nie pamiętać – połączone siły opozycji, mafii i mediów, postanowiły odwoływać ministra po ministrze, podał rząd do dymisji. To są fakty historyczne. Co na ten temat do powiedzenia ma historyk Dudek? Jego jedyna refleksja jest taka, że Lepper to obciach, Giertych to nędza, a Kaczyński, zamiast próbować utrzymać władzę, miał rozwiązać parlament. I mówi o tym takim tonem, jakby ta refleksja wyszła mu z matematycznego równania. A więc przychodzi do nas historyk z dorobkiem i naukowymi tytułami, i opowiada nam rzeczy, które wie każda głupia baba na targu, a nawet każdy student politologii, czy dziennikarstwa.
Oto cała refleksja Antoniego Dudka na temat tego, co się działo w Polskiej polityce między końcem roku 2005, a jesienią roku 2007. Dudek ani się nie zastanawia, jaka była sytuacja polityczna, społeczna i medialna w Polsce w tamtym czasie. Jakie były szanse i jakie było ryzyko. Jego nie obchodzi zupełnie, jakie były możliwości rozwoju sytuacji w przypadku rozwiązania parlamentu i nowych wyborów. Jego nie interesują ani ludzie, ani konflikty między nimi, ani społeczny kontekst dla tych konfliktów. On nie bierze pod uwagę na przykład takiej możliwości, że kolejne wybory mogła wygrać Samoobrona i LPR na przykład, i że w efekcie takiego rozwoju zdarzeń, Polska dostałaby po głowie tak, że by się już nie podniosła. Więcej. Jego takie dyrdymały w ogóle nie interesują. Dudka nie interesuje historia. On wie tylko tyle, że Lepper i Giertych to kupa wstydu i trzeba było jakoś inaczej. A jak mu mądrzejsi od niego blogerzy zwracają uwagę, że się głęboko myli, to im odpowiada, że owszem, to ciekawe, ale on jednak pozostanie przy swoim zdaniu. I to jest intelektualista i historyk!
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby Antoni Dudek w ten sam sposób, co o naszej współczesnej polityce, chciał opowiadać o polskiej polityce międzywojennej, o wojnach angielsko-francuskich, o Cesarstwie Rzymskim, o Rewolucji Francuskiej, o Drugiej Wojnie Światowej, o jakiejkolwiek historycznej sytuacji, to by przez ewentualnych słuchaczy został potraktowany wzruszeniem ramion, albo jeszcze gorzej – podejrzeniem, że z niego historyk jak z wiejskiego znachora chirurg ortopeda. Powiem więcej. Gdyby się nagle okazało, że Antoni Dudek jest specjalistą od życia i twórczości wspomnianego już tu Fryderyka Chopina, to zapewne jedyne, co by nam z błyskiem w oku powiedział, że Chopin miał cienkie palce i chorował na gruźlicę. Ale nie ulega też wątpliwości, że gdyby Jarosław Kaczyński był takim politykiem jak Antoni Dudek historykiem, to dziś nie byłby wybitnym przywódcą opozycji i prawdopodobnie przyszłym premierem, ale by występował w Superstacji z Piotrem Semką w jakichś chorych turniejach dla idiotów.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Po co ja w ogóle zajmuję się kimś takim jak Antoni Dudek. Otóż problem jest zawsze ten sam. Polskie życie publiczne zostało z jednej strony opanowane przez bandę wyrachowanych kombinatorów, a z drugiej strony przez inną bandę, tak zwanych niezależnych ekspertów. Kombinatorów mam w nosie. Oni przynajmniej wiedzą, czego chcą i robią to co robią najlepiej jak potrafią. Pies ich drapał. Gorzej jest z tak zwanymi ekspertami. Oni w najlepszym wypadku są dokładnie tak samo mądrzy jak każdy z nas, a jeśli któryś z nich ma jakąś choćby minimalnie ekspercką wiedzę na jakikolwiek temat, to i tak ją natychmiast chowa głęboko pod kocem swoich politycznych histerii. Bez względu na to, czy to jest jakiś socjolog z uniwersytetu, czy historyk z instytutu, czy politolog z jakiejś innej ważnej instytucji, czy ekonomista z najwybitniejszych gospodarczych think-tanków, czy dziennikarz z niezależnej gazety, w momencie kiedy dostanie pytanie na temat polityki, jedyne co jest w stanie z siebie wydusić, to konstatację, że Kaczyński, Lepper i Rydzyk to dno.
To nie jest wiedza. To taniec z gwiazdami. Normalni ludzie czegoś takiego nie tolerują. I stąd te słowa.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, nie damy rady, i proszę mi wierzyć, że w tym nie ma żadnej kokieterii. Dziękuję.

czwartek, 5 grudnia 2013

Jak żyć w prawdzie i nie oszaleć

W paru miejscach w Sieci znalazłem informację, niestety w żaden sposób nie potwierdzoną, że wyniki badań Chrisa Cieszewskiego zostały zakwestionowane, jako „ewidentnie błędne” przez nie byle kogo, jak tylko samego Marka Czachora. Wiadomość ta, powtarzana głównie przez obłąkańców w rodzaju znanego nam wszystkim Wywczasa, przenosi nas do jakichś linków, rzekomo zawierających rewelacje prof. Czachora, jednak ponieważ żaden z nich nie jest aktywny, nie jestem w stanie ani ich zweryfikować u źródła, ani tym bardziej zapoznać się z szczegółami. Ponieważ jednak wiele wskazuje na to, że Czachor faktycznie badania Cieszewskiego podważył, a także z tego względu, że – z tego co czytam – Cieszewski myli się w sposób na tyle „oczywisty”, że on sam zapewne dobrze wie, że to co wyprodukował, to humbug, chodzą mi po głowie pewne myśli, którymi chciałem się tu podzielić.
Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego zajmuję się dziś tą sprawą. Otóż tak się składa, że Marek Czachor jest wieloletnim przyjacielem tego bloga i mogę powiedzieć, że się nieco znamy. Wiem przy tym, że jest on wybitnym fizykiem i człowiekiem porządnym, i jest tak, że jeśli przyjąć, że informacje podawane na blogach są prawdziwe, to mamy kłopot, i to zupełnie niezależnie od tego, że to Cieszewski, a nie Czachor jest specjalistą od drzew i opisywania ich na podstawie zdjęć satelitarnych. W końcu, jak słyszę, Czachor twierdzi, że sprawa jest trywialnie prosta.
Ponieważ zawsze uważałem, że przy badaniu spraw wszelakich, najlepiej jest zakładać rozwiązania z naszego punktu widzenia najgorsze, gotów jestem przyjąć, że Cieszewski kłamie i wszyscy, poza nami – niepoprawnymi optymistami – to wiedzą. A w tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak stwierdzić, że znaleźliśmy się wszyscy w tak zwanej „czarnej dupie”. I to wszyscy w sensie dosłownym, włącznie z Wywczasem i całą tą zgrają. Bo jeśli Polska doszła do tego stanu, to znaczy, że ci, którzy się z tego cieszą, cieszą się wyłącznie dlatego, że są tak zaczadzeni, że nie wiedzą już nic.
Już tłumaczę, o co mi chodzi. Jak słyszałem wielokrotnie z ust najróżniejszych przedstawicieli Zespołu Antoniego Macierewicza, oni są w każdej chwili gotowi na debatę ze stroną reprezentującą reżim. Słyszałem też z ust samego Chrisa Cieszewskiego, że on też bardzo chętnie weźmie udział w dyskusji na temat swoich wyliczeń. Więcej: on wręcz apelował o to, by zjawił się ktoś, kto mu wskaże błąd w jego rozumowaniu, bo dla niego, jako dla naukowca, sprawa własnej wiarygodności jest rzeczą szczególnie istotną. Jak wiemy, nie zgłosił się nikt. No i jeszcze to: ktoś taki jak Czachor ogłasza, że Cieszewski to oszust, i ta wiadomość nie wydostaje się poza blogową niszę? Czyżby komuś ona przeszkadzała?
I oto słyszę od osoby, którą szanuję i której ufam, że Cieszewski się myli, i że się myli w sposób najprostszy na świecie. Ktoś mi powie, że najlepiej bym zrobił, gdybym obejrzał wszystkie te zdjęcia, poczytał wszystkie dostępne analizy, ocenił każdy z dostępnych argumentów i jakoś to wszystko sobie sam uporządkował. Przyznaję ze wstydem, że to jest niemożliwe. Jest to dokładnie tak samo niemożliwe – że pozwolę sobie na pewną trywialność – jak nauczenie się przeze mnie obsługi Facebooka. Rzecz bowiem w tym, że ja intelektualnie nie jestem w stanie się skupić na niczym, czego już kiedyś nie zdołałem poznać, a, jak idzie o wiek, jest jeszcze gorzej. Ja oglądam te wszystkie zdjęcia, czytam te opracowania, wysłuchuje argumentów, z których każdy brzmi dla mnie równie przekonywająco, i widzę wyłącznie jakieś plamy, oraz zdania, które brzmią dla mnie równie obco, jak większość rzeczy, która mnie zupełnie nie dotyczy. Natomiast, przyznaję, że wciąż potrafię korzystać ze zdrowego rozsądku i wiem, że ponieważ tu wszyscy z wszystkimi są wciąż gotów iść na noże, sprawa wcale nie jest taka prosta.
No ale, przekaz jest jasny. Cieszewski kłamie, Zespół Macierewicza owo kłamstwo ukrywa, natomiast reżim to wszystko doskonale wie, znakomicie jest w stanie to całe oszustwo wywrócić na drugą stronę… tyle że z jakiegoś powodu zrobić tego nie ma ochoty. I to jest właśnie problem, o którym wspomniałem wcześniej. Bo, jeśli jest tak jak piszę, to znaczy, że im podgrzewanie tej atmosfery jest bardzo na rękę. Jeśli oni rzeczywiście wiedzą, że w Smoleńsku doszło do zwykłej katastrofy, spowodowanej tym, że we mgle skrzydło samolotu zahaczyło o drzewo, urwało się, a reszta już była zwykłą, naturalną konsekwencją tego nieszczęścia, tyle że z jakiegoś powodu im bardzo pasuje, żebyśmy wszyscy wciąż gadali o tym zamachu, to znaczy, że powinniśmy się mocno zacząć zastanawiać, co to się dzieje.
No więc ja się zastanawiam, i, przepraszam bardzo, ale mi się to wszystko w żaden sposób dodaje. Próbuję szukać absolutnie najbardziej niekorzystnych z mojego punktu widzenia rozwiązań, i w pewnym momencie, choćbym nie wiem, jak się starał, dochodzę do ściany. I to zupełnie niezależnie od tego, że dla mnie w sposób jak najbardziej oczywisty, ani to skrzydło nie mogło się na tej brzozie złamać, ani też w całej organizacji tego lotu nie było jednego punktu, gdzie mógłbym powiedzieć, że wszystko gra, jak należy. Biorę pod uwagę, że się fatalnie mylę, tyle że w tej sytuacji nic więcej się już nie zgadza. No i nagle mam uznać, że stan, w jakim się znalazłem jest dla władzy bardzo korzystny, i że owa władza bardzo dba o to, by on się jeszcze bardziej pogłębiał? Mam może dojść do przekonania, że tak naprawdę ten Cieszewski to ich człowiek, działający zgodnie z jakąś nieznaną mi instrukcją?
Otóż, przepraszam bardzo, ale nie jestem w żaden sposób gotowy, by uznać, że zwariowałem. Nawet jeśli stanąłem wobec prawdy, tyle że robiącej pod każdym względem wrażenie obłędu, wolę żyć złudzeniami. Wolę wierzyć w to, że Cieszewski ma sprawę znakomicie przeanalizowaną, i że, kiedy zwraca się do nich o debatę, ma naprawdę nadzieję, że oni tę rękawicę podejmą. Wolę też wierzyć, że mój przyjaciel Marek Czachor w dobrej wierze czegoś nie dopatrzył, i że przyjdzie taki czas, że on, podobnie jak jakiś czas temu sam Cieszewski, przyzna, że te wszystkie wątpliwości, jakie on miał na początku, okazały się złudzeniem. Bo to naprawdę jest klasyka – człowiek się budzi któregoś dnia, i zdaje sobie sprawę z tego, że zgubił coś bardzo ważnego, coś absolutnie rozstrzygającego, i od tego momentu już jest zupełnie spokojny.
Bo, powtórzę raz jeszcze, jeśli tu się mylę, to równie dobrze możemy się zapić na śmierć.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Na moje oko, mamy przed sobą jeszcze tylko rok. Dziękuję.

środa, 4 grudnia 2013

Gdy kłamstwo zatruwa krew

Na portalu wpolityce.pl, który niekiedy czytam, znalazłem wiadomość, że dziennikarka TVN24 Agata Adamek, relacjonując posiedzenie Sejmu, na którym umawiano się do jakiejś deklaracji w sprawie Ukrainy, powiedziała, że podczas głosowania nieobecny był Jarosław Kaczyński. To, co zwróciło uwagę redaktorów WPolityce, to fakt, że akurat, jak idzie o Kaczyńskiego, on był na miejscu, natomiast, faktycznie, o czym Adamek już nie wspomniała, nie było ani Donalda Tuska, ani ministra Sikorskiego.
Ja znam telewizję TVN24, wiem też bardzo dobrze, na co stać tak zwanych „dziennikarzy”, mogę też na temat najróżniejszego rodzaju kłamstw i manipulacji opowiadać godzinami, to jednak, co pokazała ta Adamek zrobiło wrażenie nawet na mnie. Proszę zwrócić uwagę: sytuacja nie jest taka, że Kaczyński na sali jest, a ona się zagapiła, albo jej tam w ogóle nie było, więc uznała, że Kaczyńskiego też tam musiało nie być. Jest znacznie lepiej, bo nie dość, że Kaczyński jak najbardziej w tym głosowaniu udział wziął, to tam nie ma śladu ani Tuska, ani Sikorskiego, o czym Adamek poinformować by mogła, ale nie poinformowała. A zatem, w pewnym sensie, ona dopuściła się dwóch kłamstw na raz, i to w dodatku kompletnie bez potrzeby. W końcu nie przesadzajmy – jakież może mieć znaczenie dla politycznych nastrojów to, czy Kaczyński tam był, czy go nie było? A skoro bez sensu i bez potrzeby, to znaczy, że ona skłamała całkowicie odruchowo, względnie ktoś całkowicie odruchowo wydał jej polecenie, by powiedziała to, co powiedziała.
Zatrzymajmy się zresztą na tej kwestii nieco dłużej. Czemu Adamek skłamała? No i czemu tak głupio? W końcu wiadomo było, że z tego będzie jakaś mniejsza, czy większa afera, trzeba się będzie tłumaczyć, prostować, a po co to komu? No, po co? Wszyscy widzą, jak Kaczyński stoi, bije brawo, a jednocześnie ci sami wszyscy nie mogą nie zauważyć, że w tym towarzystwie brakuje Tuska i Sikorskiego – nie wspominając już o większości rządu – a TVN24 podaje, że na sali nie było Kaczora. Przecież to jest chore. To ma być propaganda?
Czytam trochę komentarze dotyczące tego zdarzenia i wśród nich pojawiają się dwie myśli: pierwsza to taka, że wiadomo, co to takiego TVN, a druga, że wiadomo, kto to taki ta Adamek. Otóż nie. To znaczy, wiadomo, kto to TVN i Adamek, natomiast tu mamy do czynienia z czymś znacznie większym. No i ciekawszym. Tu nie ma mowy o jakiejkolwiek propagandzie. To akurat już dano mamy za sobą. To, co zaprezentowała Agata Adamek, no a wraz z nią, siłą rzeczy, cała stacja, to jest czysta histeria. Tam nie ma jednej zorganizowanej myśli. To już jest zwykłe rozwalanie klocków.
Sięgam pamięcią w przeszłość i znajduję gdzieś w najdalszych jej zakamarkach taką sytuację, kiedy to Porozumienie Centrum leży ostatecznie rozbite, a Jarosław Kaczyński z Ludwikiem Dornem i może jeszcze kimś, jak idzie o domenę publiczną, stanowią absolutne resztki owego wspaniałego przedsięwzięcia. Mija kadencja Sejmu, a z nią czas rządów AWS-u, wszystko wskazuje na to, że tu już naprawdę nie ma o co walczyć, i w pewnym momencie Jarosław Kaczyński w którymś z wywiadów mówi, że on chyba da sobie spokój z tą polityką, bo jaki to ma sens przychodzić do tego Sejmu, gdy jedynym tego celem staje się już tylko odbieranie comiesięcznej pensji. „Gazeta Wyborcza” napisała wówczas prześmiewną notkę, w której, cytując Kaczyńskiego słowo w słowo oczywiście, poinformowała swoich czytelników, że on tkwi w tej polityce wyłącznie po to, by dostawać tę swoją poselską dietę.
Pamiętam ten tekst znakomicie, i przyznam, że wciąż jestem pełen podziwu dla tamtego bandytyzmu. Normalny człowiek czegoś takiego by przecież nie wymyślił. Tu trzeba było talentu specjalnego. Ale też tam oni, widząc Jarosława Kaczyńskiego, jak leży i zdycha, mieli pełne prawo sądzić, że wystarczy tylko jeden celny cios, i będzie po nim. A zatem, czytałem tamtą notkę, i, jak mówię, byłem pod wrażeniem.
Z czym mamy do czynienia dziś? Prawo i Sprawiedliwość idzie po władzę, sam Jarosław Kaczyński przeżywa swój najlepszy czas od lat, Platforma gnije w sposób wręcz spektakularny, a ci odstawiają tego typu sztuki? Po co? Powtórzę to raz jeszcze: moim zdaniem, za tym czymś stoją już tylko niekontrolowane emocje tych, którzy się jeszcze nie zdążyli zorientować, że System skręcił. Już nie mogę się doczekać aż zobaczę ich miny. I daję słowo, że nie mam tu na myśli tej nieszczęsnej laluni.

Dziękuję wszystkim za codzienne dowody pamięci, oraz tak cenne dla nas wsparcie. Proszę o nas nie zapominać i wspomagać ten blog pod podanym obok numerem konta.

wtorek, 3 grudnia 2013

Miley Cyrus na dobre sny

Dziś wieczorem, moje dziecko zwróciło mi uwagę na występ naszej od pewnego czasu niemal ulubionej Miley Cyrus. Tym razem jednak nie goło, nie ze skrętem w paluszkach, nie w towarzystwie bandy idiotów, ale zwyczajnie, na krześle i z mikrofonem. Jeśli ktoś jeszcze nie śpi, lub w ogóle na razie nie planuje zasypiać, serdecznie polecam. To wielka piosenkarka. Wielki głos. Przed nią długie lata pięknej kariery.

O premierze okrutnym i głupim

Zdaję sobie sprawę z tego, że zajmowanie się po tych wszystkich latach kimś takim, jak Donald Tusk jest zajęciem z pewnego punktu widzenia mocno kompromitującym, zdarzyły się jednak ostatnio, jedna po drugiej, dwie rzeczy, związane właśnie z tym dziwnym człowiekiem, które mnie zainspirowały do tego stopnia, że zwyczajnie nie potrafię się opanować. Zanim przejdę do sedna, powiem może od razu, o co chodzi. Otóż pierwsza z nich, to książka firmowana przez żonę Premiera, Małgorzatę Tusk, gdzie, jak słyszę, w pewnym momencie przyznaje ona, że był taki moment w ich wspólnym życiu, kiedy ona uznała, że „ten Donald to jednak jest głupi”. Tam akurat jest trochę więcej tego typu uwag, jak choćby ta, że on był „mendowaty i lubił wypić”, jednak to „głupi” ze wzgledów, które przedstawię niżej, zrobiło na mnie wrażenie największe.
Druga przygoda, która ostatecznie doprowadziła mnie do napisania tego tekstu, związana jest z wizytą Tuska u jakiejś rodziny, gdzie w pewnym momencie widzimy, jak on włazi do pokoju ich synka, siada na jego łóżku w pozycji „na Putina” (swoją drogą, ciekawe, czy on się tego nauczył właśnie od niego) wyciąga z reklamówki prezent dla dziecka, coś tam mruczy pod nosem, jakby nie za bardzo wiedział, co mu tam dali, a następnie rzuca „Król Lew!”. Ja wiem, że to trzeba zobaczyć i że żadne słowa nie zastąpią obrazu, ale się postaram. Otóż w tym momencie Tusk robi wrażenie kogoś, kto jest tak nieprawdopodobnie „głupi” właśnie, że nie jest w stanie nawet wykonać czynności tak prostej, jak wyjęcie prezentu, przekazanie go dziecku i wypowiedzenie tego jednego, czy dwóch zdań: „A tu prezent ode mnie, film o ‘Królu Lwie”. Mam nadzieję, że jeszcze nie widziałeś”.
Jak idzie o Donalda Tuska, ja właściwie od pierwszego dnia miałem bardzo czysty jego obraz, to znaczy, wiedziałem, że to jest skończony bałwan, a kto wie, czy nie ktoś jeszcze gorszy. Natomiast wciąż się pojawiała pewna kwestia, która mnie napełniała wątpliwościami. Otóż raz na jakiś czas pojawiał się ktoś, kto go znał bardzo dobrze, i kto mnie informował, że Tusk to człowiek niesłychanie przebiegły, o szczególnej inteligencji, polityk, który ma w sobie coś takiego, że ani Palikot, ani Gowin, ani choćby i Schetyna nie są w stanie go przechytrzyć. I w takich chwilach myślałem sobie, że ten dysonans jest dla mnie nie do przejścia. Ja najzwyczajniej w świecie nie rozumiem, jak ktoś w tak oczywisty sposób „głupi”, może jednocześnie odnosić takie sukcesy w zarządzanej przez siebie branży.
Wizyta Donalda Tuska u tej rodziny – co zresztą już pewnie wszyscy mieliśmy okazję przeżyć – jest od początku do końca czymś bardzo szczególnym. Mamy bowiem człowieka, który funkcjonuje w samym centrum życia publicznego od ponad dziesięciu już lat, który, wydawałoby się, co jak co, ale zachowania opisanego wyżej typu, ma opracowane od początku do końca. Tymczasem to, co widzimy, to jest popis tak niesłychanej niezgrabności, że, przy całej swojej skromności, ja bym potrafił się zachować lepiej.
Ktoś powie, że Tusk pewnie tak naprawdę jest człowiekiem bardzo nieśmiałym, albo kimś, dla kogoś udawanie jest rzeczą zbyt trudną, by je skutecznie eksploatować, no ale mam nadzieję, że nikt z nas w to nie uwierzy. Jego można podejrzewać o wszystko, ale z całą pewnością nie o nieśmiałość i naturalność. Donald Tusk to człowiek, który jest cały skonstruowany z plastiku, nieśmiałość natomiast jest dla niego uczuciem równie obcym, jak… ja wiem? Strach, smutek, czy radość. Donald Tusk, to, na moje oko, jest ktoś, kto w momencie, gdy mu się wyjmie baterię, może równie dobrze przestać istnieć. Tymczasem on wchodzi do tego mieszkania i zachowuje się, jakby ci, co go zaprogramowali, zapomnieli zainstalować któryś z elementów, i on nagle stanął oko w oko ze swoim… no właśnie, czym? Małgorzata Tusk twierdzi, że on jest „głupi”.
I to, moim zdaniem, jest czymś niezwykle ciekawym. Jak sięgam pamięcią, wśród najbardziej standardowych obelg, słowo „głupi” raczej nie funkcjonowało. Jeśli chcieliśmy komuś dokuczyć, mówiliśmy, że to „idiota”, „kretyn”, czy choćby – że pozostaniemy przy poetyce proponowanej przez Małgorzatę Tusk – „menda”, czy „tuman”. Określenie „głupi”, jeśli się nie mylę, nigdy nie pełniło funkcji retorycznej, lecz czysto opisową. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że Małgorzata Tusk sama tej książki nie pisała, i że w ogóle sam pomysł na to, by ona powstała, nie należał do niej. Mam jednak pewność, że to zdanie „Ten Donald jest jednak głupi”, to jest jej osobista zasługa. A jeśli tak, to ona go określiła w ten sposób nie tak, jak się czasem mówi, że ktoś jest „gangsterem”, „złodziejem”, czy właśnie „idiotą”. Słowo „głupi” opisuje ludzi – cokolwiek by to miało znaczyć – po prostu głupich.
Oglądam więc jeszcze raz tę szczególną wizytę w tym nieszczęsnym domu, patrzę na Premiera i myślę, że wiem doskonale, co ona miała na myśli mówiąc, że „Ten Donald to jednak jest głupi”. Jak wiemy, jestem żonaty od niemal 30 już lat, i myślę, że nie ma takiego epitetu, którym moja żona, a wcześniej narzeczona, mnie nie zaszczyciła. Ona nawet – czego nie wykluczam – mogła mi powiedzieć, że jestem chamem i idiotą. Natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że jej nawet do głowy by nie przyszło, by kiedykolwiek o mnie powiedzieć, że jestem „głupi”. A później jeszcze się tym chwalić
No właśnie: chwalić się. Małgorzata Tusk, przyjmijmy nawet, że sama pisze tę książkę, i przyznaje w niej, że jej mąż jest, czy choćby tylko był, „głupi”. Rzecz w tym, że, z tego, co zdążyłem zauważyć, ona – w odróżnieniu choćby od mojej Małgorzaty – nie jest kimś szczególnie… lotnym. Poza tym, przepraszam bardzo, ale żeby wyjść za mąż za kogoś takiego jak Donald Tusk, trzeba mieć w sobie coś szczególnego. Staje więc ona przed nami, wywleka jakieś osobiste sprawy sprzed lat, opowiada o tym, jak to zdradziła swojego męża, jak to drugie ich dziecko zostało poczęte wyłącznie na zasadzie consensusu, jak to ich wspólne życie było dla niej nieustannym użeraniem się z jej własnym przekonaniem o tym, że wyszła za człowieka „głupiego”, a ja sobie myślę, że jeśli to jest świadectwo kogoś takiego, jak ona, to ono ma wartość szczególną. Wystarczy przecież spojrzeć na te ich dzieci: przecież nie ma takiej możliwości, by to była tylko wina jego genów.
No więc w końcu zostajemy tylko z tą jedną informacją. On jest głupi. Po prostu, głupi. Zyta Gilowska kiedyś powiedziała, że on jest też człowiekiem okrutnym. I jest rzeczą oczywistą, że to określenie, również nie ma waloru retorycznego. Jeśli ktoś jest okrutny, to jest okrutny. Jeśli jest głupi, jest głupi. Jeśli natomiast jest głupi i okrutny, to znaczy, że powinniśmy wszyscy zachować pełną gotowość. Bo diabli wiedzą, co się może wydarzyć. To już chyba lepiej trafić na zwykłego gangstera.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Ostatnio jest jakby nieco lepiej, niemniej wciąż pomoc, który przychodzi od czytelników, stanowi podstawę naszego przetrwania. Jeśli komuś powyższy tekst sprawił przyjemność i dał odrobinę satysfakcji, bardzo proszę o choćby drobną wpłatę na podany obok numer konta. Dziękuję.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

O targach, Coryllusie i o nas

Dwie rzeczy, jak idzie o mój wyjazd na warszawskie targi książki historycznej, miały dla mnie znaczenie na poziomie bardziej perspektywicznym. Przede wszystkim pewien bardzo zaprzyjaźniony czytelnik powiedział mi, że od czasu, jak zacząłem prowadzić dwa – w dużym stopniu osobne – blogi, on akurat odczuł tę zmianę, jako coś znacznie mniej wygodnego. Rzecz w tym mianowicie, że on już nie czuje tego komfortu, że kiedy wpisze adres toyah.pl, znajdzie to, czego szuka, i że się nie okaże, że tam akurat nie ma nic nowego, a on będzie zmuszony wchodzić na Salon24 w nadziei, że może tam znajdzie mój tekst. No i odwrotnie niekiedy też. I to jest dla niego kłopot.
I powiem szczerze, że ja tę skargę zrozumiałem i przyjąłem. W związku z tym podjąłem decyzję, że od dziś blog w Salonie24 będzie funkcjonował, jako miejsce, gdzie umieszczane będą wyłącznie wybrane teksty z toyah.pl. W ten sposób, toyah.pl wraca do swojej oryginalnej funkcji. Mojego wyłącznego bloga. I to jest sprawa pierwsza.
Druga nauka, jaką zdobyłem przez te w sumie dwa dni, jest taka, że już wiem, jaka będzie następna książka. Otóż w pewnym momencie pojawił się na naszym stoisku czytelnik i zadał mi pytanie o kolejny właśnie projekt. Na to ja mu odpowiedziałem, że w następnej kolejności chciałbym wydać ściśle określone tematycznie felietony z okresu po-smoleńskiego, tyle że nie zgadza się na to mój wydawca, czyli Gabriel. No i wtedy to właśnie padła propozycja, bym, w oparciu o własne doświadczenia, napisał książkę o języku angielskim i o jego nauczaniu. I w tym momencie zarówno ja jak i Gabriel najpierw znieruchomieliśmy, a potem, niemal w jednej chwili wymyśliliśmy pewien niezwykły projekt, i ja już go zapowiadam na kolejny rok.
A teraz już o samych targach. Przede wszystkim doskonale wręcz sprawdziła się już jakiś czas temu przedstawiona przez Gabriela teza o tym, że prawdziwy handel prowadzić można tylko w przestrzeni zwanej „długim targiem”. Arkady pod Zamkiem były zorganizowane w ten sposób, że czytelnik wchodził głównym wejściem, następnie kierował się w lewo, lub w prawo, dochodził do końca, przechodził na drugą stronę, dochodził do punktu początkowego i z kupionymi książkami wracał do domu. Podczas targów w Nowej Hucie, ja miałem nieustanne wrażenie, że ludzie, którzy tam się pojawili, po pierwszych dziesięciu minutach nie marzą już o niczym innym, jak tylko o tym, by znaleźć wyjście. Sam pisałem o tym na swoim blogu. Moja pierwsza obserwacja, jak idzie o targi w Krakowie, czy wcześniej na Stadionie Narodowym, czy jeszcze wcześniej w Katowicach, była taka, że ludzie nie zwracali uwagi na nic, poza tym, co i tak już wcześniej sobie zaplanowali obejrzeć. Przedwczoraj przy naszym stoisku w Arkadach zatrzymywali się niemal wszyscy, i to wcale niekoniecznie po to, żeby kupić naszą książkę. Nawet młody Wildstein się zatrzymał i sobie czytał „Elementarz”. Kupił? Oczywiście, że nie. Rzecz natomiast w tym, że znalazł na to, by przystanąć czas, no i miejsce.
No i teraz rzecz najważniejsza. Byłem tam całą sobotę i kawałek piątku. I, powiem szczerze, że mimo iż zawsze wiedziałem, że pozycja, jaką Gabriel Maciejewski zajmuje na naszym rynku książki jest mocna i coraz mocniejsza, tego co tam zobaczyłem, się nie spodziewałem. On najzwyczajniej w świecie ukradł te targi. On te targi ukradł, nawet jeśli porównamy to, co się tam działo, do występu Cejrowskiego w Nowej Hucie. Cejrowski bowiem głównie podpisywał książki, zeszyty, pamiętniki i pojedyncze kartki, no i pozował do zdjęć, natomiast Gabriel sprzedawał, sprzedawał i sprzedawał. Nie wiem, przyznam, jak wyglądała sytuacja na stoiskach sąsiednich, pomijając sąsiedztwo najbliższe, jak idzie jednak o Gabriela, on cały czas sprzedawał. No i rozmawiał z czytelnikami. No i znów sprzedawał. Ja w pewnym momencie poczułem się, jakby mnie tam w ogóle równie dobrze mogło nie być.
Gabriel Maciejewski – autor czterech „Baśni”, plus kilku pomniejszych projektów, najwybitniejszy polski autor. Całkowicie niezależny, zbojkotowany przez System i przez media, zdany wyłącznie na siebie i swój talent autor. Z tego, co wiedziałem w minioną sobotę, on te targi po prostu przejął dla siebie. Wśród tych wszystkich wydawnictw głównego nurtu, tych autorów, tych tytułów, on nawet nie znalazł chwili, żeby usiąść i trochę odpocząć.
A na stoisku oznaczonym nazwą Coryllus, były jego książki i moje. I to była niemal cała oferta. I muszę tu dziś przyznać, że czuję się zaszczycony.
W najbliższą sobotę mam swoje spotkanie autorskie w Częstochowie w Księgarni „Latarnik”. W niedzielę z Gabrielem podpisujemy książki we Wrocławiu. Później jeszcze mamy wspólne spotkanie u Franciszkanów w katowickich Panewnikach, i w ten sposób, dla mnie przynajmniej, kończy się ten dobry rok. Zapraszam.

Tradycyjnie, wszystkich, którzy lubią tu przychodzić i czytać te słowa i zdania, proszę o wsparcie na podany obok numer konta. Dziękuję.





niedziela, 1 grudnia 2013

Zagłaskać kapusia na śmierć

Więcej na temat dziś kończących się targów książki w Warszawie napiszę jutro, a daję słowo, ze jest o czym opowiadać. Dziś niestety, przez gwałtowną chorobę pani Toyahowej i konieczność spędzenia całego niemal dnia w szpitalu, już nic nie będę pisał, i tylko wkleję ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety".

Powiem szczerze, że, kiedy podczas ostatniej konwencji Platformy Obywatelskiej Donald Tusk, zamiast próbować wyciągać się za uszy z tego gówna, w które przez minione lata wpadł, cały wysiłek włożył w to, by przez wszystkie przypadki odmieniać imiona Sławka i Jacka, pomyślałem sobie, że z nim albo jest coś nie tak, albo – przeciwnie – on doskonale wie, co robi. No bo, jaki on może mieć interes – jeśli zupełnie naturalnie i słusznie przyjmiemy, że na wytyczonym przez to towarzystwo poziomie, o czymś takim jak koleżeńska solidarność mowy być nie może – żeby dziś robić z siebie bałwana i przepraszać obu za to, że ich wywalił na pysk z tego interesu? Cóż by szkodziło uznać, że Nowak sam sobie napytał biedy przez te głupie zegarki i niech sobie teraz sam radzi? No co?
Mamy ten rząd, w stanie przyspieszonego zdychania, mamy tego Nowaka, z którego już naprawdę nic nie będzie, tego Rostowskiego, który zrobił swoje i może się teraz już tylko zająć spłacaniem kredytów, a Donald Tusk, który przecież ma swoje własne zmartwienia, zupełnie jakby zwariował, dba tylko o to, by kolegom nie było przykro. Co mu tak bardzo zależy? Co siedzi w głowach tych wszystkich klaszczących w kompletnym zapamiętaniu działaczy? A cóż im dziś po jakimś Nowaku, co?
Nie znam się na zwyczajach panujących w Platformie Obywatelskiej. Natomiast mam swój rozum, pewne doświadczenie, i wiem, że jeśli komuś, wydaje się, nie powinno zależeć, a nagle mu zależy, to z całą pewnością nie dlatego, że mu się coś pomieszało w głowie, ale ponieważ wie więcej, niż inni. No i konsekwentnie, zaczynam sobie zadawać pytanie, cóż takiego wie Tusk na temat Rostowskiego, czy – może szczególnie – Nowaka, że dla niego kwestią priorytetową staje się zapewnić go o swojej dozgonnej przyjaźni?
Jak widzimy wszyscy aż nazbyt jasno, media bardzo się ostatnio starają, by jak najmniej ludzi w Polsce dało sobie wbić do głowy ów niezbity fakt, że ostatnie siedem lat polskiej polityki to rządy o takim poziomie korupcji, jaka ani za najczarniejszej komuny, ani nawet za czasów złotej postkomuny, nam do głowy by nie przyszła. Widzimy, co się dzieje na froncie w tej już chwili wręcz wojny między dwiema grupami interesów, reprezentowanymi przez Schetynę z jednej strony, a Tuska z drugiej. Możemy się bardzo łatwo domyślić, o jaką stawkę toczy się ta gra. A jeśli tak, to tym bardziej możemy się domyślić, kim w tej potyczce musi być ktoś taki, jak Sławomir Nowak. Szczególnie ktoś taki jak on.
Rywin, jak wiemy, pary nie puścił. Można z dużą pewnością zakładać, że Schetyna nie okaże się tu gorszy. Jak idzie o Nowaka, osobiście za niego bym nie dał złamanego grosza. Na moje oko, Nowak to ktoś, kogo najlepiej jest zagłaskać. Choćby i na śmierć.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...