Myślę, że niektórzy z nas jeszcze pamiętają, jak jakiś czas temu, pisząc po raz nie wiem który, o tym co i z jak bezkarną perfidią robią z nami banki, przedstawiłem pewne wyliczenie, z którego wynikało, że w mojej okolicy właściwie poza bankami nie ma już nic. Oczywiście, jak zwykle, była to pewna przesada, bo przecież oprócz banków, są też i inne punkty świadczące nam odpowiednie usługi. A więc mamy dwie „Żabki”, dwa sklepy mięsne, dwie restauracje, parę aptek, punkt fryzjerski, no i parę kiosków z gazetami. Poza tym, jest też niemal tuż obok targ warzywno-spożywczy i naprawdę fantastyczny mini-market o nazwie „Simply”.
Kiedy zastanawiam się, czy od czasu, jak ostatnio liczyłem banki, coś się w tej kwestii zmieniło, wydało mi się, że tak, choć już może niekoniecznie na poziomie samych banków. Jak idzie o nie akurat, to owszem, coś tam nowego otwarto i teraz mamy ich już pod samym nosem okrągły tuzin, nie licząc dwóch „Skoków”. Natomiast to co zdecydowanie się już rzuca w oczy, to fakt, że przede wszystkim system organizacji naszej domowych budżetów przesunął się z instytucji mniej lub bardziej oficjalnych na punkty istniejące pozornie tylko na nalepionych na elewacjach kamienic ogłoszeniach, a ograniczających się do informacji, że nie jesteśmy bankiem i że numer telefonu jest taki i taki.
I myślę sobie, że to jest szalenie ciekawe, że właściciele tych firm, które oferują nam owe finansowe wsparcie, z taką otwartością zapewniają nas, że nie są bankami. Wygląda to trochę tak, jakby w międzyczasie słowo bank stało się słowem wulgarnym. Trochę tak, jak bym ja, powiedzmy, oferował usługi w zakresie nauczania języka angielskiego i podstawową informacją byłaby ta, że ja nie jestem broń Boże nauczycielem. Lub może bardziej adekwatnie, gdyby jakaś dziewczyna ustawiła się przy drodze, a obok postawiła tabliczkę z napisem informującym, że ona w żadnym wypadku nie jest kurwą.
Ale jest tu jeszcze coś znacznie bardziej intrygującego. Ja oczywiście mam bardzo poważne postanowienie, by już do końca swojego życia nie wziąć od nikogo jakiegokolwiek kredytu, natomiast nawet gdybym miał przez to już tylko zgnić pod płotem, nie poszedłbym po pieniądze do któregoś z tych zapewne łysych, wytatuowanych od stóp do głów, z kolczykami w nosach byków. A to z tej prostej przyczyny, że ludzie z windykacji takiego Eurobanku jedyne co mi mogą zrobić, to mnie pod ten płot za drobną opłatą podrzucić, natomiast zanim to zrobią, raczej nie poobcinają mi palców. Tymczasem wygląda na to, że oto właśnie nastroje społeczne poszły w tę stronę, że już nawet ten byk z nożem gwarantuje niektórym z nas większy spokój. Czyżbym więc czegoś nie wiedział?
Podczas swojego wystąpienia w Katowicach, o którym też swego czasu miałem przyjemność tu pisać, Zyta Gilowska w bardzo obrazowy sposób przekazała nam informację o stanie zadłużenia, jakie aktualnie przypada w Polsce na jednego obywatela. Z tym, że do tych 800 miliardów, dodała jeszcze przy tym wszystko to – prawdopodobnie po to, by nas nie za bardzo przestraszyć, bez odpowiednich szczegółów – cośmy mieli okazję przez minione lata włożyć sobie na głowy w ramach udzielanych nam zwanych kredytów konsumpcyjnych. I, kiedy próbuję dziś dojść do tego, o co chodzi z tym wysypem ofert pod hasłem „nie jesteśmy bankiem”, czy „ostatnia deska ratunku”, wspominam sobie tamto wystąpienie prof. Gilowskiej, i zastanawiam się, czy przypadkiem może nie tu leży właśnie odpowiedź? Myślę jednak, że tu jest jeszcze coś, i że aby to coś dostrzec, musimy zrobić kolejny krok. Jeszcze jeden krok zarówno poza te banki i też poza te wszystkie firmy. Myślę że przydałoby się nam zajrzeć do Łodzi, Wałbrzycha, czy może tu bliżej na Śląsk, do Szopienic choćby.
Otóż tak się składa, że ja do niedawna jeszcze, parę razy w tygodniu, jeździłem do wspomnianych Szopienic, gdzie prowadziłem kurs dla bardzo ważnych i eleganckich pracowników bardzo ważnej i eleganckiej instytucji. I tak jak kiedyś liczyłem te banki na pobliskim kwartale, tak samo zrobiłem z szopienickim rynkiem, i policzyłem, co się tam, i w jakiej ilości, znajduje. Otóż tam, przy szopienickim rynku, znajdują się dwa banki, dwie apteki, jedna piekarnia, jedna „Żabka”, jeden punkt produkcji i sprzedaży kebabu, dwie budki „Ruchu” i jedna „Biedronka” i aż cztery sklepy mięsne. Co ciekawe, nie zauważyłem tzw. „starej szmaty”. Natomiast stoi też jeszcze przy rynku w Szopienicach kościół. Przez ostatnie miesiące bywałem tam stosunkowo często, a że głównie rano, to praktycznie ile razy tamtędy przechodziłem, nie mogłem nie zauważyć stojącego przed kościołem karawanu, podczas gdy w środku odbywało się nabożeństwo pogrzebowe. A więc, wiele wskazuje na to, że Szopienice to taka wioska, gdzie niemal każdego dnia ktoś tam umiera. Kilka razy udało mi się nawet zobaczyć, jak z kościoła wyrusza uroczysty, pogrzebowy orszak. Piękne są te śląskie pogrzeby!
Skoro już mowa o pogrzebach, trochę dalej od rynku jest ogrodzenie z siatki, na tej siatce wisi szalik Ruchu Chorzów i kwiaty, pod siatką palą się świeczki, a pomiędzy tymi kwiatami i świeczkami jest klepsydra z nazwiskiem jakiegoś dwudziestolatka. Pytałem moich uczniów, w jakiej sprawie ta dekoracja, a oni mi powiedzieli, że któregoś dnia chodnikiem szli jacyś miejscowi kibole, podczas gdy drogą jakiś pijany prowadził samochód. No i tak się nieszczęśliwie stało, że samochód wyjechał na chodnik i jednego z tych kiboli zabił, więc jego koledzy zorganizowali mu tę wystawę.
Moje miasto, miasto w którym mieszkam, stanowi część wielkiej aglomeracji, i oprócz Szopienic mamy tu jeszcze inne fascynujące miejsca, takie jak Chorzów, Zabrze, Bytom, Gliwice, Świętochłowice, Siemianowice… Można by wymieniać. No ale właśnie – Siemianowice i Świętochłowice. Otóż niedawno miałem okazję też rozmawiać z pewnym policjantem, którego uczę angielskiego, i który akurat pracuje w Siemianowicach jako tzw. CSI, po polsku „technik policyjny”. No i w pewnym momencie musiało się tak stać, że zeszliśmy na tematy zawodowe. No i opowiedział mi mój uczeń-policjant o swojej rozmowie z pewnym kolegą, który kiedyś pracował w Siemianowicach, ale dziś rzuciło go do Świętochłowic. Rozmawiali więc sobie panowie o ogólnej sytuacji na mieście, i „mój” gliniarz spytał tego swojego kolegę gliniarza, czy w Świętochłowicach jest też tak ciężko jak w Siemianowicach? No i tamten mu powiedział, że tam jest prawie tak samo. Z tą może różnicą, że jak idzie o mieszkańców Siemianowic, oni jeszcze mają za co pić.
No i jak? Wciąż o jeden krok z tyłu, Redaktorze. Wciąż ten jeden pieprzony krok z tyłu. Prawda, Redaktorze?
No a my staramy się jakoś w tym poruszać. Jeśli komuś się te teksty wciąż podobają, bardzo proszę o ewentualne wpłaty na podany obok numer konta. No i przypominam o książce, która jest do kupienia tuż obok w księgarni Coryllusa, ale też w Poznaniu u Ojców Karmelitów, czy w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3 maja. Dziękuję.