sobota, 10 marca 2012

I jeszcze krok bliżej

Myślę, że niektórzy z nas jeszcze pamiętają, jak jakiś czas temu, pisząc po raz nie wiem który, o tym co i z jak bezkarną perfidią robią z nami banki, przedstawiłem pewne wyliczenie, z którego wynikało, że w mojej okolicy właściwie poza bankami nie ma już nic. Oczywiście, jak zwykle, była to pewna przesada, bo przecież oprócz banków, są też i inne punkty świadczące nam odpowiednie usługi. A więc mamy dwie „Żabki”, dwa sklepy mięsne, dwie restauracje, parę aptek, punkt fryzjerski, no i parę kiosków z gazetami. Poza tym, jest też niemal tuż obok targ warzywno-spożywczy i naprawdę fantastyczny mini-market o nazwie „Simply”.
Kiedy zastanawiam się, czy od czasu, jak ostatnio liczyłem banki, coś się w tej kwestii zmieniło, wydało mi się, że tak, choć już może niekoniecznie na poziomie samych banków. Jak idzie o nie akurat, to owszem, coś tam nowego otwarto i teraz mamy ich już pod samym nosem okrągły tuzin, nie licząc dwóch „Skoków”. Natomiast to co zdecydowanie się już rzuca w oczy, to fakt, że przede wszystkim system organizacji naszej domowych budżetów przesunął się z instytucji mniej lub bardziej oficjalnych na punkty istniejące pozornie tylko na nalepionych na elewacjach kamienic ogłoszeniach, a ograniczających się do informacji, że nie jesteśmy bankiem i że numer telefonu jest taki i taki.
I myślę sobie, że to jest szalenie ciekawe, że właściciele tych firm, które oferują nam owe finansowe wsparcie, z taką otwartością zapewniają nas, że nie są bankami. Wygląda to trochę tak, jakby w międzyczasie słowo bank stało się słowem wulgarnym. Trochę tak, jak bym ja, powiedzmy, oferował usługi w zakresie nauczania języka angielskiego i podstawową informacją byłaby ta, że ja nie jestem broń Boże nauczycielem. Lub może bardziej adekwatnie, gdyby jakaś dziewczyna ustawiła się przy drodze, a obok postawiła tabliczkę z napisem informującym, że ona w żadnym wypadku nie jest kurwą.
Ale jest tu jeszcze coś znacznie bardziej intrygującego. Ja oczywiście mam bardzo poważne postanowienie, by już do końca swojego życia nie wziąć od nikogo jakiegokolwiek kredytu, natomiast nawet gdybym miał przez to już tylko zgnić pod płotem, nie poszedłbym po pieniądze do któregoś z tych zapewne łysych, wytatuowanych od stóp do głów, z kolczykami w nosach byków. A to z tej prostej przyczyny, że ludzie z windykacji takiego Eurobanku jedyne co mi mogą zrobić, to mnie pod ten płot za drobną opłatą podrzucić, natomiast zanim to zrobią, raczej nie poobcinają mi palców. Tymczasem wygląda na to, że oto właśnie nastroje społeczne poszły w tę stronę, że już nawet ten byk z nożem gwarantuje niektórym z nas większy spokój. Czyżbym więc czegoś nie wiedział?
Podczas swojego wystąpienia w Katowicach, o którym też swego czasu miałem przyjemność tu pisać, Zyta Gilowska w bardzo obrazowy sposób przekazała nam informację o stanie zadłużenia, jakie aktualnie przypada w Polsce na jednego obywatela. Z tym, że do tych 800 miliardów, dodała jeszcze przy tym wszystko to – prawdopodobnie po to, by nas nie za bardzo przestraszyć, bez odpowiednich szczegółów – cośmy mieli okazję przez minione lata włożyć sobie na głowy w ramach udzielanych nam zwanych kredytów konsumpcyjnych. I, kiedy próbuję dziś dojść do tego, o co chodzi z tym wysypem ofert pod hasłem „nie jesteśmy bankiem”, czy „ostatnia deska ratunku”, wspominam sobie tamto wystąpienie prof. Gilowskiej, i zastanawiam się, czy przypadkiem może nie tu leży właśnie odpowiedź? Myślę jednak, że tu jest jeszcze coś, i że aby to coś dostrzec, musimy zrobić kolejny krok. Jeszcze jeden krok zarówno poza te banki i też poza te wszystkie firmy. Myślę że przydałoby się nam zajrzeć do Łodzi, Wałbrzycha, czy może tu bliżej na Śląsk, do Szopienic choćby.
Otóż tak się składa, że ja do niedawna jeszcze, parę razy w tygodniu, jeździłem do wspomnianych Szopienic, gdzie prowadziłem kurs dla bardzo ważnych i eleganckich pracowników bardzo ważnej i eleganckiej instytucji. I tak jak kiedyś liczyłem te banki na pobliskim kwartale, tak samo zrobiłem z szopienickim rynkiem, i policzyłem, co się tam, i w jakiej ilości, znajduje. Otóż tam, przy szopienickim rynku, znajdują się dwa banki, dwie apteki, jedna piekarnia, jedna „Żabka”, jeden punkt produkcji i sprzedaży kebabu, dwie budki „Ruchu” i jedna „Biedronka” i aż cztery sklepy mięsne. Co ciekawe, nie zauważyłem tzw. „starej szmaty”. Natomiast stoi też jeszcze przy rynku w Szopienicach kościół. Przez ostatnie miesiące bywałem tam stosunkowo często, a że głównie rano, to praktycznie ile razy tamtędy przechodziłem, nie mogłem nie zauważyć stojącego przed kościołem karawanu, podczas gdy w środku odbywało się nabożeństwo pogrzebowe. A więc, wiele wskazuje na to, że Szopienice to taka wioska, gdzie niemal każdego dnia ktoś tam umiera. Kilka razy udało mi się nawet zobaczyć, jak z kościoła wyrusza uroczysty, pogrzebowy orszak. Piękne są te śląskie pogrzeby!
Skoro już mowa o pogrzebach, trochę dalej od rynku jest ogrodzenie z siatki, na tej siatce wisi szalik Ruchu Chorzów i kwiaty, pod siatką palą się świeczki, a pomiędzy tymi kwiatami i świeczkami jest klepsydra z nazwiskiem jakiegoś dwudziestolatka. Pytałem moich uczniów, w jakiej sprawie ta dekoracja, a oni mi powiedzieli, że któregoś dnia chodnikiem szli jacyś miejscowi kibole, podczas gdy drogą jakiś pijany prowadził samochód. No i tak się nieszczęśliwie stało, że samochód wyjechał na chodnik i jednego z tych kiboli zabił, więc jego koledzy zorganizowali mu tę wystawę.
Moje miasto, miasto w którym mieszkam, stanowi część wielkiej aglomeracji, i oprócz Szopienic mamy tu jeszcze inne fascynujące miejsca, takie jak Chorzów, Zabrze, Bytom, Gliwice, Świętochłowice, Siemianowice… Można by wymieniać. No ale właśnie – Siemianowice i Świętochłowice. Otóż niedawno miałem okazję też rozmawiać z pewnym policjantem, którego uczę angielskiego, i który akurat pracuje w Siemianowicach jako tzw. CSI, po polsku „technik policyjny”. No i w pewnym momencie musiało się tak stać, że zeszliśmy na tematy zawodowe. No i opowiedział mi mój uczeń-policjant o swojej rozmowie z pewnym kolegą, który kiedyś pracował w Siemianowicach, ale dziś rzuciło go do Świętochłowic. Rozmawiali więc sobie panowie o ogólnej sytuacji na mieście, i „mój” gliniarz spytał tego swojego kolegę gliniarza, czy w Świętochłowicach jest też tak ciężko jak w Siemianowicach? No i tamten mu powiedział, że tam jest prawie tak samo. Z tą może różnicą, że jak idzie o mieszkańców Siemianowic, oni jeszcze mają za co pić.
No i jak? Wciąż o jeden krok z tyłu, Redaktorze. Wciąż ten jeden pieprzony krok z tyłu. Prawda, Redaktorze?

No a my staramy się jakoś w tym poruszać. Jeśli komuś się te teksty wciąż podobają, bardzo proszę o ewentualne wpłaty na podany obok numer konta. No i przypominam o książce, która jest do kupienia tuż obok w księgarni Coryllusa, ale też w Poznaniu u Ojców Karmelitów, czy w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3 maja. Dziękuję.

23 komentarze:

  1. Ja kilka słów w temacie różnych "ważnych i eleganckich pracowników". Rozmawiając z takimi ludźmi, przekonałem się, że oni mają bardzo złe zdanie o tych, którzy wpadają w pętlę długów. Ja mówię, że statystycznie wszyscy obywatele są mocno zadłużeni, a państwo jeszcze bardziej. Wspominam też, że dawnymi czasy nie było tylu banków i tak natrętnych ofert kredytowych. A oni na to, że tylko głupota i nieudolność prowadzi do zadłużania się. Oni zawsze unikali kredytów, oszczędzali na mieszkanie itd. Żaden argument nie przekonuje ich, by wykazać trochę zrozumienia dla biednych ludzi. Obracając się w swoim środowisku, wierzą, że to jest niewielki margines nizin społecznych i nieudaczników. Złego słowa nie powiedzą o roli banków we wciąganiu w długi. A długi państwa? - "państwo zawsze sobie poradzi". Już nie pytałem, czyim kosztem, ani w ogóle skąd ta pewność...

    OdpowiedzUsuń
  2. @filozof grecki
    A to już byyyyło o tym. Przychodził tu młody-wykształcony-z dużego miasta i nawijał o bankach i bańkach...

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah!

    Ale najsmutniej jest jednak wtedy kiedy w centrum miasta połowa powierzchni handlowych i usługowych jest zamknięta i na zakurzonych szynach widać tylko ogłoszenia "do wynajęcia". A już to zaczynam obserwować, w końcu codziennie odwiedzam rożne mniejsze lub większe miasta, bardzo mnie ostatnio przygnębił Grudziądz. A te "nie-banki" to już się nawet reklamują na billboardach.
    Mówią ludzie, że tuskowa ekipa trzyma jeszcze pozory do Euro, potem będzie już bardzo źle, możliwe, ze ludzie wyjdą na ulice.

    No i bardzo byłbym rad zobaczyć minę Redaktora jak doczyta do końca.

    Uklony!

    OdpowiedzUsuń
  4. @filozof grecki
    Moje doświadczenie jest różne. Nawet tam są i tacy i inni. Na szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  5. @zawiślak
    A ja mam wrażenie, że tego jednak jeszcze nie było.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Kozik
    Ja bym na jakąkolwiek minę nie liczył. Oni już nie są w stanie reagować na nic.

    OdpowiedzUsuń
  7. cz.1;

    Skoro banków jest tak dużo, to wynika z tego, że ich produkty (zwłaszcza kredyty) są artykułami pierwszej potrzeby. Ja oczywiście wiem, że normalni ludzie jeszcze tak nie myślą, tym niemniej jesteśmy urabiani w tym właśnie kierunku, by uznać, że bez banku, to jak bez ręki. Bo artykuł pierwszej potrzeby to coś, bez czego nie można się obejść, nie można funkcjonować, nie można sobie poradzić. Nie może się bez banku obejść, ani sobie poradzić Jan Kowalski, jego rodzina i jego państwo. I pewnie na jakimś tam poziomie myślenia o swoim życiu i organizowania tegoż życia, w powyższym podejściu jest jakaś racja. Podejrzewam nawet, że nie potrafimy już sobie wyobrazić życia bez pieniądza, banku i kredytu. To są po prostu pożyteczne rzeczy – z chęcią to uznajemy – a protestujemy przeciwko ich dyktatowi.

    A propos tego dyktatu znacznie bardziej kompetentny ode mnie jest orjan, który wielokrotnie na tym blogu mówił o nowej cywilizacji – cywilizacji, dla której paradygmatem jest kredyt i to wszystko, co się z nim wiąże. Owa nowa cywilizacja – która w tzw. zachodnim świecie jest obecnie panującą – zastąpiła niepostrzeżenie starą, poczciwą cywilizację łacińską.
    Dla ukazania różnic między jedną a drugą, opowiem – zanim orjan wiążąco sprawę wyjaśni – króciutką historię:
    Pewien mój znajomy (kończący studia młody człowiek), dorabia sobie pracując w kinie, a mówiąc ściśle w jednym z tzw. multipleksów, stanowiących integralną część naszych ulubionych galerii handlowych. W owym kinie robi różne rzeczy, w tym m.in. sprzedaje bilety. Filmy, jak wiadomo, są różne, ale łączy je zazwyczaj to, że dla przyciągnięcia widowni, część filmowych scen to po prostu – jak to określił mój znajomy – „łagodne porno”.
    Filmy są oczywiście kategoryzowane pod względem dopuszczalnego wieku widzów, tyle tylko, że obecnie rzadko kiedy filmom towarzyszy kategoria wiekowa wyższa, niż „dozwolone od lat 15”. Kategorię wiekową określa dystrybutor filmu, a kino (bądź sieć kin) zazwyczaj tę kategorię przyjmuje do wiadomości, choć ma możliwość, by ją zmienić (tzn. podwyższyć). Zazwyczaj do takich zmian nie dochodzi, ponieważ kina nie chcą prowadzić wojny z dystrybutorami. Wszyscy przecież doskonale rozumieją, że im niższa kategoria wiekowa, to tym więcej widzów i tym większa kasa.

    OdpowiedzUsuń
  8. cz.2;

    W czasie niedawno minionych ferii, mój znajomy siedział w kasie biletowej, obsługując tabuny „rozwydrzonych smarkaczy” w wieku gimnazjalnym. Niektórzy z tej młodzieży zapragnęli obejrzeć film z elementami „łagodnego porno”. Ponieważ bohater naszej opowieści jest młodzieńcem dobrym, pobożnym i pryncypialnym, powiedział chcącym kupić bilety młodym ludziom, że im ich nie sprzeda. Ci zaczęli protestować i chcieli się dowiedzieć, dlaczego nie mogą kupić biletów. Mój student im tłumaczył, że są za młodzi, by obejrzeć ten film. Gimnazjaliści na takie dictum wyciągnęli legitymacje szkolne, by udowodnić, że mają wymagane 15 lat. Na co mój znajomy im powiedział, że kategoria 15 lat jest wyznaczona przez dystrybutora, że jest zaniżona, że on jako pracownik kina się z nią nie zgadza – do czego ma prawo – i w efekcie tego, biletów tak czy siak im nie sprzeda.
    I tu jest najciekawsze: gimnazjaliści zarechotali i powiedzieli studentowi, że ma nie wydziwiać, bo oni są klientami, którzy przynoszą pieniądze. „A przecież pan tu siedzi dla kasy, nie? – mówili – I całe to kino chce zarobić. I co? My wam kasę przynosimy, a pan głupkuje?”
    Mój znajomy był nieugięty i biletów im nie sprzedał. Gimnazjaliści popukali się w czoło, zagrozili, że poskarżą się kierownikowi kina, a potem kupili bilety w sąsiedniej kasie, którą obsługiwał ktoś mniej dobry, mniej pobożny i mniej pryncypialny.

    Po zakończeniu dyżuru, student sam poszedł do kierownika i opowiedział o incydencie. Ten – o dziwo – pochwalił znajomego i przez chwilę przyjaźnie sobie gwarzyli o tym całym gnoju, który dla kasy jest wlewany w głowy młodych ludzi. „Miejmy tylko nadzieję – powiedział na koniec kierownik – że ta sprawa nie dojdzie do naszej centrali w Warszawie. Oni tam ręka w rękę działają z dystrybutorami i jeśli się dowiedzą, że obniżamy im ilość klientów, to pożegnamy się z robotą. Ale, co mi tam…”

    Dla mnie jest oczywiste, że tak naprawdę „artykułem pierwszej potrzeby” w naszym kraju, jest ten mój młody znajomy. To on i ludzie mu podobni są kimś, bez kogo nie można się obejść, nie można funkcjonować, nie można sobie poradzić. Bo oni są prawdziwą elitą, tzn. tymi, którzy bezinteresownie, często się narażając, biorą odpowiedzialność za to, co najważniejsze. I to jest jasne dla łacinników. Tyle tylko, że łacinnicy są w defensywie. W ataku są zaś ci, dla których brak pieniędzy, banków i kredytów jest niewyobrażalny, natomiast nieobecność (nie-istnienie) tego rodzaju ludzi jak student z kina, jest czymś pożądanym i możliwości ich wyobraźni nie przekracza.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Toyah
    @Kozik
    Wydaje mi się,że ci lichwiarze to są jakieś ajencje banków. Inaczej banki by ich bez trudu zlikwidowały. No i w mediach cisza na ich temat.
    Widzę codziennie coraz więcej takich ogłoszeń, na wsi i w mieście. Rośnie też różnica cen na wsi i w mieście. W mojej wsi sklep radzi sobie tak, że sprowadza towar niby taki sam jak w supermarketach, ale tańszy, bo z datą na dwa, trzy tygodnie przed przeterminowaniem.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah

    Wracam w środę więc warto rozejrzeć się za ciekawym tematem.

    Dla mnie bank to tylko przechowalnia moich pieniędzy. Kiedyś się wkurzyłem i chciałem się przenieść do innego banku. Niestety, kliencka analiza wykazała, że wszędzie jest ten sam syf.
    Poważnie z tobą rozmawiają od miliona na koncie (private banking).

    Sądzę, że Marylka ma rację. To muszą być jakieś agencje. Skąd nagle taki wysyp ludzi z wolną, dużą gotówką, gotowych wszystkim pożyczać.
    A na jaki procent pożyczają to chyba wiesz.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Don Paddington
    Od czasu jak pornografia - wszelka, i miękka i twarda - jest w internecie za darmo, wypadałoby się zastanowić, po kiego licha producenci tych filmów pakują tam te sceny. Przecież ci gimnazjaliści, o których Ksiądz wspomina, będą się tylko irytować, że nie ma akcji (zakładam, że to nie był szwedzki film o nędzy życia). I jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że to jest część ogólnego planu. I tu się dopiero zaczyna ciekawie. Chyba coś muszę o tym napisać.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Marylka
    Myślę że tak. Że za tym stoi taka myśl, by ci ludzie prędzej czy później i tak przyszli do banku. Żeby zachować te palce.
    Co do cen, wczoraj dokonaliśmy ciekawego odkrycia. U nas w tym "Simply" w ciągu tygodnia marchewka podrożała czterokrotnie. Oczywiście, ja wiem, że to tylko marchewka, że to są grosze, i że niektórzy weseli czytelnicy mogą na tę wiadomość jedynie prychnąć, ale fakt jest faktem - czterokrotnie.

    OdpowiedzUsuń
  13. @jazgdyni
    Nie wiem. Skąd mam wiedzieć?

    OdpowiedzUsuń
  14. @Don Paddington & @toyah

    Dlaczego te placówki banków rosną jak grzyby po deszczu?
    Zamiast się samemu wymądrzać, promocyjnie zacytuję mądrzejszego:

    Bank prywatny dokonując emisji kredytowych „pieniędzy”, (które są długiem dla społeczeństwa), udaje, że pożycza rzeczywisty pieniądz z depozytów, ale w rzeczywistości emituje coraz to nowe zasoby pieniądza dłużnego, który traktuje jak swoją własność, zobowiązując ludzi do zwrotu wykreowanych, pożyczonych i oprocentowanych kwot. Ponieważ większość ludzi ma kłopoty ze zrozumieniem tego oszustwa, które stało się już rozpowszechnionym sposobem funkcjonowania banków „cywilizacji zachodniej”, praktyka ta nie natrafia na zdecydowany opór - a powinna!

    Dłużnicy [za swoje raty i odsetki] wpłacając [rzeczywisty] pieniądz do banku wprowadzają deflację, czyli brak [rzeczywistego] pieniądza na rynku (co niekoniecznie wiąże się ze spadkiem cen). W końcu brakuje [rzeczywistych] pieniędzy na spłacenie wszystkich długów. Pewna ilość kredytobiorców (konsumentów) popada w niemożliwe do spłaty zadłużenie, wynikające z braku emisji pełnowartościowego pieniądza nie będącego długiem, czyli [popada w zadłużenie wynikające] z natury odsetkowego systemu finansowego.

    Aby zasada prywatnej emisji długów dla społeczeństwa mogła w państwie funkcjonować i przynosić nielicznym reprezentantom oligarchii finansowej niebotyczne zyski, potrzebna jest kontrola najwyższych władz w państwie, czyli osadzenie na najwyższych stanowiskach osób całkowicie powolnych bankierom.

    Nie po to utkali misterny system bankowego zadłużania ludzi, aby rezygnować z efektów swojej „pracy”. Bankierzy chcą BEZPIECZNIE konsumować swoje oszustwo, więc po pierwsze; kategorycznie domagają się spłaty wszelkich zobowiązań, po drugie; kształtują obowiązujące prawo - licząc na nieświadomość ludzi, którzy je uchwalają.


    [W kwadratowych nawiasach przypisy moje]

    Więcej w zasobach:
    http://www.rossakiewicz.pl/demokracja/index.html

    W ogóle wszystkich zachęcam do kapitalnej lektury, która w wydaniu papierowym jest już b. trudna do zdobycia, ale jest tu:
    http://www.rossakiewicz.pl/demokracja/pliki/demokracja-finansowa.pdf

    Tym goręcej tą zachętą obejmują także naszych przyjaciół: Michaela Dembinskiego i Studenta SGH, których pozdrawiam.

    Od siebie dodam przemilczany „znak czasów”, gdy tutejsza większość sejmowa bez mrugnięcia okiem okłada podatkiem gospodarkę realną (casus KGHM), a broni przed podatkiem gospodarkę lichwiarską, … eee … tzn. finansową, czyli banki. Lepszego dowodu nie potrzeba.

    Nie w tym moja pretensja, aby KGHM miał immunitet wobec opodatkowania, lecz w tym, że banki mają. A to wiele pokazuje.



    PS.: Co do tych niebankowych pożyczaczy-obcinaczy, to właściwie dlaczego zakładasz toyah’u, że pożyczają swoje pieniądze rzeczywiste, a nie bankowe nierzeczywiste?

    OdpowiedzUsuń
  15. @Toyah

    Słyszałem, że oprocentowanie jest w granicach 20 procent ........miesięcznie !!!

    @orjan

    Tak świetne i proste wyjaśnienie, że pozwoliłem sobie skopiować.

    OdpowiedzUsuń
  16. @orjan
    No tak. Nie da się jednak ukryć, że pieniądze, które posiadają właściciele tych banków, ich prezesi i zarządy, są jak najbardziej prawdziwe. No i oczywiście prawdziwe są pieniądze, które oni dostają od nas. To jest pewne. A skoro tak, to jakie ma znaczenie, co jest poza tym?

    OdpowiedzUsuń
  17. @jazgdyni
    Na tym poziomie mogłoby ono wynosić nawet 50%. Dziennie.

    OdpowiedzUsuń
  18. @toyah

    Ten system sięga głębiej. Przez wieki całe, gdy ktoś miał aby pracę, a co dopiero kwalifikowaną (fachowy robotnik, inżynier, nauczyciel, itd.), to z osiąganych zarobków posiadał pewną zdolność akumulacji. Czyli był zdolny nie wydawać wszystkiego na życie.

    Na pewno słyszałeś, jak to przed wojną, np. zwykły tramwajarz "we Lwowi" dawał radę nie tylko utrzymać się, ale też pobudować się (na przykład).
    A często, gęsto jeszcze jakieś obligacje kupował, czy na FON się składał = musi miał z czego!

    Jeszcze na początku naszej, tzw. transformacji lat 90'tych, pracowity przedsiębiorca był zdolny osiągać akumulację, czyli zdolny był także inwestować (przynajmniej trochę) i to raczej bez kredytu, bo kredyt był wtedy bandycko (wywłaszczająco) drogi .

    Obecne potrzeby (popyt) kredytowe w dużej mierze biorą się stąd, że w zasadzie mało kto osiąga akumulację. W tym uroczym sensie ludzie zostali systemowo ograbieni z uzyskiwania efektów własnej pracy.
    W rezultacie, cokolwiek się wydarzy, nawet węgiel na zimę, wielu potrzebuje "sfinansowania". A co w razie marzenia o czymś z zakresu wyobrażeń godziwego życia?

    Stopniowo powstaje (powstała już?) taka sytuacja, iż wynagrodzenie pozwala tylko na prostą reprodukcję własnych nakładów.
    Pamiętasz tych robotników, którzy jechali po śmierć na skrzynkach od owoców? Bo ich pensje nie sfinansowałyby im biletów PKS. I to jest rzeczywisty, choć skrajny obraz systemu gospodarki, a nie bankowy blichtr.

    Skoro zaś trudno zauważyć, aby brak owej akumulacji w wynagrodzeniach odkładał się jako wysoka akumulacja u pracodawców, to gdzie się ona podziewa?

    OdpowiedzUsuń
  19. orjan@
    O tym że kredyty na początku lat 90 były bardzo drogie wiem z relacji. Osobistych doświadczeń nie mam żadnych, bo nie miałem potrzeby tego sprawdzać. To wszystko zaczęło się w drugiej połowie. I ja doskonale pamiętam początki i przebieg tego procesu.

    OdpowiedzUsuń
  20. @toyah

    No widzisz. Po to, aby lichwa rozkwitła, stopniowo odebrano zwykłym ludziom zdolność samofinansowania potrzeb.

    Ściślej biorąc, przesunięto w dół tę granicę i gdzie ona teraz przebiega?

    Na moje wyczucie (dowodami nie dysponuję), te przez Ciebie wspomniane pożyczki od "obcinaczy", to pochodzą z tego samego źródła. Po prostu target jest inny, ale banki i państwo umyślnie odwracają się plecami odmawiając w ten sposób wszelkiej odpowiedzialności społecznej (moralnej i tak nie pojmują). Jednocześnie otwierają tam pole dla "szerszego wachlarza metod egzekucji". I to jest sedno gospodarczego powodzenia: "właściwy pomysł we właściwym czasie", choć krysza też nie zawadzi.

    Widziałby kto w lesie jawnego (!) kłusownika, gdyby nie był zblatowany z leśniczym? A niby jak to było z cinkciarzami? Okazało się, że też byli z aparatu. Krew z krwi.

    Moim zdaniem, dobrze ponad połowa systemowej nienawiści do Kaczyńskiego bierze się z poczucia lichwiarzy, że pod jego przywództwem PiS im wyraźnie zagraża.

    Żadne tam antylustracje, tzn. już nie one, ale właśnie lichwiarstwo steruje tutaj polityką. Możliwe zresztą, że personalnie jest to samo. Mieliśmy bowiem nie tle transformację, co wylinkę.

    OdpowiedzUsuń
  21. @orjan
    Zabawne. Zacząłem czytać ten komentarz i od razu pomyślałem sobie o tych cinkciarzach. I proszę!
    Ciekawe to bardzo swoją drogą. Ja postanowiłem pisać o tym "alternatywnym" źródle kredytów i ani mi było w głowie, że to może być jedną, że tak powiem, Firma. A teraz myślę sobie, że to by naprawdę wiele wyjaśniało. Banki wciąż jeszcze nie mogą - choć oczywiście bardzo próbują - pożyczać ludziom, którzy nie mają możliwości spłaty tego kredytu. A więc tę część obsługują ci co "bankami nie są".
    Co by nie powiedzieć, ten blog wciąż potrafi inspirować.

    OdpowiedzUsuń
  22. @toyah

    Ja nie wiem, czy to jest jedna firma w ścisłym sensie, ale na pewno zachodzi tu komplementarność usług finansowych z wyraźnym podziałem rynków.

    W starszym prawie antytrustowym w USA była rozsądna zasada rozpoznawcza, że jeśli Ty miałbyś sklep po lewej stronie Main St., a ja po prawej, a do Ciebie przychodziliby mieszkańcy z lewej, a do mnie ci z prawej strony ulicy, to obaj bylibyśmy winni zmowy monopolowej.

    OdpowiedzUsuń
  23. @orjan
    Ja myślę, że tu akurat system jest inny. Te firmy pełnią funkcję komór gazowych. A więc swego rodzaju śmieciarki.

    OdpowiedzUsuń