niedziela, 4 marca 2012

Toyahowa: Komu potrzebna jest polska szkoła?

Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu, nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować, powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.
No i oczywiście „Rzeczpospolita”, dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje, kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w ramach późniejszych specjalizacji?
I tak się toczy ta niby-debata, a tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień, przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli, ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.
A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3 mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew, jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między podstawówką dla małych i liceum dla dużych. Skracać pobyt w szkole dla małych – do 13 roku życia, i przygotować do pobytu w szkole dla dużych – od 16 roku życia.
Gimnazja przy liceach – tyle że niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej podlegają 18- latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.
Oczywiście, może też być tak, że kiedy postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem tej swojej nazwy. A może któryś z tych bałwanów pomyślał, że kiedyś były gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.
Nieważne. To co się liczy, to fakt, że one generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły gimnazja żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie – niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka, tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste. Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.
Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich „podstawówkowe’ nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.
I teraz wchodzimy w coś, co zostało nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów, prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach, natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców. I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację. A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na przebudowanie szkół, zmniejszenie ich itd., a więc czegoś, co było pierwszym i być może podstawowym warunkiem sukcesu.
A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umieli liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuć po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest bardzo źle. Niedawno w tej samej „Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?
Oto prawdziwy problem. Pewnie, że nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część etatów. Może akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, ze swoimi antyspołecznymi pretensjami. Że polskie państwo stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę. Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.
Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić, przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego – co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do 18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w 13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć, po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.
No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.

Powyższy tekst właściwie napisała pani Toyahowa. To znaczy, najpierw go napisała, a następnie powiedziała, że on jest tak beznadziejny, że ona nie życzy sobie bym go publikował i ją kompromitował. I że mam go tak przepisać, by się go przynajmniej dało normalnie czytać. No więc napisałem go jeszcze raz, najlepiej jak potrafię. Nie zmienia to jednak faktu, że to przede wszystkim jest jej robota. Jeśli komuś się podobało, proszę uprzejmie wesprzeć ten blog, korzystając z podanego obok numeru konta. Ono i tak jest wspólne. Dziękuję.

10 komentarzy:

  1. @Toyah

    Pani Toyahowej, jak zwykle należy się duży szacunek i proszę łaskawie przekazać, żeby się nie krygowała, bo dzięki temu tekstowi miałem przyjemność zapoznać się z problemem, o którym nie miałem najmniejszego pojęcia.
    W ogóle nie wiedziałem, jak to się kręci. Wiedziałem tylko, że jest źle.
    A tu patrz - gimnazja zwykłym przedłużeniem podstawówki !

    Gdzie indziej dyskutujemy właśnie teraz, o tym jak ważne dla dziecka i jego rozwoju były, że tak powiem, poszczególne szczeble nobilitacji. Wprawdzie dyskusja dotyczy lat 50-tych, ale to nic nie zmienia.
    Więc pierwsze długie spodnie, pierwsze pójście do szkoły, komunia, i tak dalej. To były ważne etapy w życiu.

    I przejście po 7-letniej podstawówce do 4 - letniego liceum zamykało etap dzieciństwa zdecydowanie. Gdy się nie postawi takiej cezury, to cały proces wychowawczo - rozwojowy o kant d... potrzaskać.

    Dlatego mamy coraz więcej mężczyzn, jak to Włosi nazywają i Anglicy - bambino class.

    OdpowiedzUsuń
  2. @jazgdyni
    Ta 7-letnia podstawówka plus 4 lata liceum to osobna kwestia. Szkołę się kończyło wraz z osiągnięciem dorosłości. Od czasu jak postanowiono wprowadzić te ruskie ósme klasy, maturzystami zostali 19-latkowie, a więc młodzież już zdecydowanie dorosła, z wszystkimi tego konsekwencjami.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah

    To co napisałeś na początku, szalenie mi się podoba.
    6-letnia szkoła elementarna, niech będzie, od 6 roku życia. Następnie 3 lata gimnazjum i dalej 15 latki do liceum, bądź szkół kierunkowych.
    W liceum też, dwa ostatnie lata mogą być fakultatywne.
    Tak mi się podoba.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Toyah a może raczej Toyah'owa...
    Komu potrzebna jest polska szkoła ?
    Jak mówi klasyk to jest dobre pytanie !
    Wg. mnie odpowiedź niestety jest prosta i krótka -
    NIKOMU !

    W Polsce nie są potrzebne jakiekolwiek szkoły, Polacy są przeznaczeniu jedynie do czynności prostych dla których niepotrzebne jest jakiekolwiek wykształcenie.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Toyahowie
    Właśnie dziś rano szukałam, co by tu miłego poczytać w drodze i wyciągnęłam "Bezgrzeszne lata" Makuszyńskiego. Czytając, uśmiechałam się od ucha do ucha i zapomniałam o Bożym świecie. W porównaniu z dniem dzisiejszym to coś jakby czasy pierwszych chrześcijan.
    Pomyśleć, że z tych zaborczych szkół, w tych okropnych czasach niewoli, wychodzili ludzie świetnie wykształceni i dorośli. System był taki, że 10-latkowie mogli bezpiecznie uczyć się razem z 18-latkami, bo młodocianym bandytom nikt nie kazał chodzić do szkoły. No ale to tylko taka refleksja z innej planety. Nie wydaje mi się, żeby jakakolwiek reforma czy jej powstrzymanie mogło cokolwiek zmienić. Te nieustające eksperymenty nie są bałaganem tworzonym przez idiotów, są całkowicie zgodne z systemową zasadą nieustającej rewolucji.

    OdpowiedzUsuń
  6. @raven59
    Tez tak podejrzewalem.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Marylka
    Szybko to poszło, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  8. Dwie sprawy:
    1. Od dłuższego już czasu boleśnie bije w moje uszy pewna fraza, która najprawdopodobniej jest już używana całkowicie bezrefleksyjnie, w zupełnym oderwaniu od realiów i zdrowego rozsądku. Używa tej frazy bardzo wielu ważnych ludzi, w tym także niestety ci, których cenimy. Wygląda zaś to następująco:
    a) w Poznaniu (Krakowie, Warszawie, Wrocławiu) przemawia Donald Tusk. W pewnym momencie w przemówieniu pojawia się taki wątek: „Poznań (Kraków, Warszawa, Wrocław) to miasto uniwersyteckie. Wielka rzesza studentów, korzystająca z wiedzy i umiejętności znakomitych fachowców, stanowi wielkie bogactwo tego miasta. Tak, bogactwo! Miejmy tę świadomość, że ta rzesza młodych, świetnie wykształconych ludzi, jest najlepszym i największym naszym kapitałem.”
    b) w Poznaniu (Krakowie, Warszawie, Wrocławiu) przemawia Jarosław Kaczyński. W pewnym momencie w przemówieniu pojawia się taki wątek: „Poznań (Kraków, Warszawa, Wrocław) to miasto uniwersyteckie. Wielka rzesza studentów, korzystająca z wiedzy i umiejętności znakomitych fachowców, stanowi wielkie bogactwo tego miasta. I w związku z tym chciałbym zapytać tych, którzy dzisiaj w Polsce rządzą, dlaczego tego bogactwa w sposób właściwy nie wykorzystują, dlaczego to bogactwo trwonią? Dlaczego tej rzeszy młodych, świetnie wykształconych ludzi nie stwarza się warunków, by mogli z pożytkiem dla siebie i dla całej Polski wykonywać wyuczony i upragniony przez siebie zawód?”

    Chodzi mi oczywiście o frazę: „rzesza młodych, świetnie wykształconych ludzi”, która to fraza, także z powodów, o których pisał Toyah, od wielu już lat jest głęboko fałszywa. Fakt zaś jej używania jawi mi się jako ponura drwina, wołająca o pomstę do nieba.

    2. Zapaść polskiej edukacji skutkuje zapaścią nauk humanistycznych. Widać to choćby po tym, że na polskich uczelniach największą popularnością cieszą się właśnie wydziały humanistyczne. O czym to świadczy? Otóż o tym, że dla olbrzymiej większości „produktów” polskiego systemu edukacji, nauki ścisłe są zbyt trudne. Ponieważ zaś jest trendy zaliczać się do „rzeszy młodych, świetnie wykształconych”, absolwenci liceów wybierają jako obiekt studiów przede wszystkim nauki humanistyczne, ponieważ od szkoły podstawowej przyzwyczajani byli do myśli (szkolną praktyką i teorią), że nauki te wymagają mniej wysiłku niż nauki ścisłe. Żyjemy zaś w czasach, które wygodę i barwne „nic nie robienie” postawiły na piedestale. Jeśli więc kryterium wygody i lenistwa kryje się za popularnością kierunków humanistycznych wśród studentów, to tym samym już dzisiaj trzeba się bać o to, co określamy mianem szeroko pojętej polskiej kultury. I nie pocieszajmy się zanadto tym, że w tej lawinie wygodnisiów i leniuchów są prawdziwe perły pracowitości i pasji. Patrząc bowiem na to, co się dzieje w polskich uczelniach można dojść do wniosku, że wygodnisie i leniuchy tamtejszy teren już opanowali.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Don Paddington
    Ja bym może tylko do tych "mlodych, świetnie wyksztalconych" dodał "znajscych jezyki". Czemu oni tak mówią? To jasne. Przede wszystkim, nie wolno się narażać. Co mają powiedzieć? "Banda wydmuszek"?
    To pierwsza sprawa. Druga, to kwestia tego ciagu do nauk humanistycznych. Dobrze by było sie zastanowić, skąd to się wzięło. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że z moich szkolnych kolegów większość marzyła, żeby zostać lekarzami lub inżynierami. Na anglistykę poszedlem tylko ja. Dziś większość kombinuje dokładnie tak jak pisze Ksiądz. Uważam że oni patrzą na tych co występują w telewizji, a więc polityków, socjologów, politologów, dziennikarzy, psychologów i myślą, ze oni też by tak potrafili. Bo w końcu tak niewiele trzeba. Wystarczy mieć tak zwane gadane i znać kogo trzeba. No i idą na dziennikarstwo, politologię socjologię, psychologię, administrację, polonistykę, anglistykę, a jak kto bardziej odważny, to ns ekonomię.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.