niedziela, 16 sierpnia 2009

Dzień po - raki

Jak już chyba tu wspominałem, jakiś czas temu dostałem od Toyahowej polecenie pomalowania jednego z naszych pokoi. Ponieważ pokój jest bardzo duży i wysoki, a ja… jak by to powiedzieć… do tego typu prac domowych nie mam szczególnych predyspozycji, kontuzję, która mi się w międzyczasie przytrafiła, przyjąłem z pewną ulgą. Jak wszyscy jednak wiemy, wszystko dobre kiedyś się kończy, więc trzeba było się wziąć za tę drabinę i efekt jest taki, że mogę kogo trzeba poinformować, że pokój jest pomalowany. Prawie. W każdym razie byłby pomalowany już wczoraj, gdyby nie Święto Wniebowzięcia, względnie dzisiaj, gdyby nie niedziela. Nieważne. Do czego zmierzam? Otóż w czasie malowania, potłukłem dwa z całej kupy starych, oprawionych w ramki zdjęć, które moja żona zawiesiła na ścianie naszego pokoju, żeby było ładnie. Ponieważ zdjęcia mają wisieć w komplecie, postanowiłem dziś pojechać do sklepu IKEA, z którego oferty niekiedy korzystamy, i zakupić dwie ramki. Ramki z IKEI to wprawdzie tylko ramki z IKEI, ale coś trzeba było zrobić. Choćby prowizorycznie. Więc, jak mówię, pojechałem do IKEI po ramki.
Jestem pewien, że większość osób, które czyta te teksty, doskonale wie, czym jest IKEA, począwszy od najbardziej generalnej informacji, a skończywszy na tym wszystkim, co się powszechnie określa, jako filozofię owego projektu. Jestem pewien również, że nawet wśród najwierniejszych klientów sklepu IKEA, jest mnóstwo takich, którzy już mieli okazję wielokrotnie wypowiedzieć wszystkie możliwe uwagi na temat tego co w tym czymś jest dobrego, jak i złego i nie jest im potrzebna jeszcze jedna dyskusja. Mimo to, chciałbym choć przez chwilę poopowiadać o tym, co czuję ja, za każdym razem, gdy odwiedzam ten szwedzki kombinat. Chciałbym podzielić się tymi refleksjami, choćby dlatego, że mam głębokie przekonanie, iż pewien aspekt tego całego wydarzenia, pozostaje często jakby zupełnie niezauważony. Mam na myśli patriotyzm. Patriotyzm szwedzki.
Kiedy słowo ‘ patriotyzm’ pojawia się w naszych rozmowach, najczęściej myślimy o patriotyzmie Amerykanów, Rosjan, może Francuzów, być może Włochów, no i oczywiście przede wszystkim o patriotyzmie naszym, polskim. Odnoszę przy tym wrażenie, że z jakiegoś powodu, o pewnych narodach tradycyjnie nie myślimy w tego typu kategoriach. Kraje takie jak Holandia, czy Dania, czy Norwegia, czy właśnie Szwecja, robią wrażenie zbyt zimnych, czystych, zbyt może emocjonalnie sterylnych, byśmy chcieli oczekiwać od nich jakiejś szczególnej narodowej identyfikacji. I oto, zachodzę do szwedzkiego sklepu IKEAi widzę Szwecję. Od początku do końca, od wejścia do wyjścia, wręcz od samego logo firmy po najdrobniejszy napis w przejściach, widzę Szwecję. Mało tego, wszędzie widzę szwedzki język. Każdy najdrobniejszy mebel, każdy najmniejszy fragment wyposażenia domu, którym handluje IKEA ma szwedzką nazwę. A co najciekawsze, każda z tych nazw, z jednej strony, brzmi dla nas kompletnie obco –Grevbäck, Aspvik, Smådal, Bestå Burs – a z drugiej strony, nikt z nas się ani nie dziwi, ani niecierpliwi; wręcz przeciwnie – uważa, że tak własnie ma być, bo to własnie jest Szwecja. I trudno przecież, żeby było inaczej.
I myślę sobie, jak by to było, gdyby u nas, w Polsce pojawił się ktoś tak zdolny, tak zdeterminowany, i – jak przypuszczam – tak kochający ten nasz kraj i tę nasza kulturę, by wyypromowac coś podobnego na podobną skalę, jak to zrobił Ingvar Kamprad, twórca IKEI, mieszkaniec wioski o nazwie Elmtaryd leżącej gdzieś w Szwecji, w parafii (tak, w parafii!) Agunnaryd. Jak by to było, gdyby na całym świecie ludzie tłoczyli się w sklepach należących do jednej sieci, sieci polskiej, której cały pomysł na sukces, od początku do końca związany był z Polską i z polskim językiem. Gdzie wszyscy krążyliby od półki do półki, od sali do sali i próbowali, tak naturalnie, jakby to była część ich życia, odczytywać te nazwy, te wszystkie ‘rz’, ‘szcz’, te ‘ść” z pełnym spokojem, bo przecież to wszystko – wiadomo – Polska.
Oczywiście nie jestem aż tak naiwny, żeby nie wiedzieć, co się lęgnie w tym momencie w wielu pochylonych nad moim tekstem głowach. Doskonale znam i te nastroje i te kompleksy i również tę niezwykłą przebiegłość, które niektórym, z całą pewnością, będą kazały na te moje słowa zareagować okrzykiem: „Ależ z czym do świata? Gdzie Polska, gdzie Szwecja? Zapomnijmy! My Polacy? Do sprzątania u bauera, co najwyżej!” I od razu zatem powiem. Nie ma zgody. To w ogóle nie o to chodzi. Nie ma absolutnie jednego dowodu na to, że Szwedom było łatwiej, albo że oni byli mądrzejsi, albo że im bardziej sprzyjał los. A nawet jeśli ktoś mi pokaże takie dowody, to ja i tak zmierzam do czegoś kompletnie jeszcze innego. Ja chcę porozmawiać o Polsce teraz i o tym, co dzisiejsza Polska – skoro już najcięższy czas z pozoru ma już za sobą – może ze sobą zrobić i jaką drogę do przyszłości może wybrać. A przede wszystkim o tym, co w tej sprawie, żeby jakoś tej naszej Polsce pomóc, mają zamiar zrobić ci wszyscy, których uczucia do Polski zawierają się w całości we wzruszeniu ramion i pogardliwie wykrzywionym uśmiechu. Ci wszyscy, którzy zapytani o Polskę i o szanse dla Polski, potrafią jedynie patrzeć z cielęcym uwielbieniem na Europę i pilnować, żeby ani jedna część z ich podatków, nie poszła „na tych, cholera, panie, nierobów!”
Byłem dziś w tej IKEI, kupić ramki i, przy okazji, zaszedłem – z synem moim i bratem – do tej ich restauracji. Na miejscu był tłok niezwykły, bo to raz, że niedziela, a dwa, że – jak się okazuje – Szwedzi mają dziś święto jedzenia raków. Właśnie tak. Dziś podobno Szwedzi jedzą raki i się bawią. Przyszły więc te tłumy, każdy kto sobie zażyczył, dostał talerz z jednym rakiem, kilkoma krewetkami i jakimś sosem. Rak, choć do jedzenia nie nadawał się w ogóle, wyglądał pięknie, krewetki prawie tak samo pięknie, a na dodatek z boku siedziała grupa poprzebieranych w ludowe stroje muzyków – jak to w charakterystyczny dla siebie sposób, określił mój brat, „szwedzkich moherów” – i grali i śpiewali do tych raków. A ja widziałem współczesną Szwecję, nowoczesną Europę i myślałem (smutny jak cholera) o gołąbkach, o bigosie i o wielkości, od której wielu z nas, w najbardziej idiotyczny sposób, postanowiło się odwrócić, bo paru sprytnych szarlatanów im wmówiło, że to żadna wielkość.
I teraz, kiedy zaczynam ten nowy akapit, jestem – cholera – już bardzo zdenerwowany. Ledwo wczoraj, mieliśmy potrójne święto. Wielkie sierpniowe święto Wniebowzięcia NMP, wspaniałą rocznicę Cudu nad Wisła, no i – tak akurat się złożyło – urodziny Anny Walentynowicz. I akurat w tym dniu cała publiczna domena otaczająca ten dumny i wielki naród, wypełniona była, od rana do wieczora, koncertem jednej nędznej piosenkarki, której cały sukces widać w pełnym świetle dopiero dziś, kiedy już te smutne 70 tys. ogłupiałych fanów jakoś dotarło do swoich domów i jedyne co im pozostało, to dreptać w kółko i powtarzać sobie, ze owszem, było zawodowo. Szkoda tylko, że tak jakoś bez duszy i bez tego czegoś. No i że ich królowa jakoś nie zauważyła tych tysięcy białych serduszek, które oni tak pełni nadziei cały minony piątek wycinali. I nagle okazuje się, że jedyni, którzy tak naprawdę mogą się czuć dziś mocno, to ci, którzy jeszcze raz osiągnęli swój czarny cel. Z miłości do czego? Nie wiem. Może do raków. Najgorsze, że nawet nie swoich.

sobota, 15 sierpnia 2009

Szatan jest nudny

Nie wiem, jak to się stało i dlaczego, ale faktem jest, że jeszcze od czasu kiedy byłem bardzo młodym chłopcem, moją autentyczną pasją była muzyka. Wprawdzie nigdy nie potrafiłem grać na żadnym instrumencie, ale muzyki słuchałem nieustannie i zarówno wtedy, jak i dzisiaj, bez muzyki nie potrafię funkcjonować. Kiedy mówię „muzyka”, mam na myśli każdy jej rodzaj, każdy muzyczny styl, każdy stopień zaawansowania. Oczywiście, nie jest tak, że wystarczy, że coś gra, a ja już czuję satysfakcję. O nie! Doskonale znam różnicę między Wojciechem Kilarem, a Henrykiem Mikołajem Góreckim, między Zbigniewem Hołdysem, a Grzegorzem Ciechowskim, czy między Urszulą Dudziak, a Bobby McFerrinem. Chcę tylko powiedzieć, że ja znakomicie znam i to i to i tamto. Słucham więc, niemal od zawsze, absolutnie wszystkiego i efekt jest na przykład taki, że jeśli ktoś życzy sobie ze mną porozmawiać na tematy muzyczne, może walić jak w dym. A jeśli ktoś nagle sobie wyobrazi, że może na te tematy rozmawiać ze mną w sposób choćby minimalnie protekcjonalny, to się z pewnością zawiedzie.
Żeby troszeczkę może całą kwestię zilustrować, opowiem pewną historię, która mi się przydarzyła nie tu w Salonie, lecz u Maryli na Blogmediach24. Napisałem tekst, w którym wyraziłem mój najszczerszy zachwyt dla malarstwa (malarstwa!) Picassa i pewien bloger z tego powodu mnie wyśmiał i poinformował, ze Picasso to tandeta. Wszystko byłoby w porządku, gdyby w tym samym momencie nie zmienił tematu i wszedł w okolice właśnie muzyki. Bowiem od tego momentu, dokładnie wszystko co do mnie mówił było dla mnie tak przewidywalne i jednocześnie tak trywialne, że nie widziałem nawet sposobu, żeby z nim dyskutować. On coś gadał na temat free jazzu, na temat Milesa Davisa, na temat swojego saksofonu i solówek, które on na tym saksofonie wygrywa, a ja byłem kompletnie bezradny, nie dlatego, że nie wiedziałem, o czym on mówi, ale właśnie dlatego, że zbyt dobrze wiedziałem, o czym on mówi i skąd mu się to gadanie bierze. No ale nie mogło być inaczej, jeśli się wie, że jeszcze kiedy miałem 14 lat, próbowałem bardzo nauczyć się grać na gitarze sam początek piosenki Led Zeppelin Baby, I’m Gonna Leave You, a rok później, na Jazz Jamboree, wysłuchałem występu Tria Johna Surmana i do dziś pamiętam z niego każdą sekundę.
Po co się tym wszystkim tak chwalę? Powód, wbrew pozorom, jest bardzo błahy. Otóż dziś w Warszawie występuje piosenkarka Madonna, a wczoraj w mojej ulubionej stancji TVN24, trzech zaproszonych gości plus Anita Werner próbowało widzom, w tym niestety również mnie, wytłumaczyć, dlaczego ów występ jest wydarzeniem najwyższej wagi. Konkretnie było tak, ze pani Werner spytała piosenkarza o ksywce Skiba, czy on słucha Madonny. Skiba odpowiedział – zdecydowanie wymijająco – że nawet gdyby nie słuchał, to i tak by słuchał, bo piosenki Madonny są tak znane, że nie sposób ich nie słuchać. W tym momencie nie mogłem nie zareagować zdziwieniem, ponieważ, gdyby mnie ktoś spytał, jakie piosenki Madonny znam, to ja bym, potrafił wyłącznie wskazać - Like a Virgin. I to nie ze względu na samą Madonnę, ale w związku z czołówką filmu Tarantino Reservoir Dogs, gdzie sam Tarantino tłumaczy swoim kolegom-bandytom, o co chodzi w jej tekście. Poza tą wzmianką u Tarantino, ze sztuką Madonny spotkałem się jeszcze dwa razy. Raz w zakończeniu cudownego filmu Wayna Wanga Blue in the Face i właśnie we wczorajszym wydaniu tefauenowskich 24 godzin, gdzie zobaczyłem ją, raz rozpiętą na krzyżu w cierniowej koronie na głowie i zakrwawionym czołem, a drugi raz w jakimś teledysku, gdzie – na ile się zdążyłem zorientować – też udawała Chrystusa. Poza tym, wszystko co wiem na jej temat, a więc to, że zanim została piosenkarką, była prostytutką, że pije wyłącznie wodę mineralną wyprodukowana przez Kościół Scientologiczny, że ma fijoła na punkcie kabały i że jej narzeczony ma na imię Jezus, pochodzi z artykułów prasowych.
Powstaje pytanie, dlaczego TVN24 przejął się tak bardzo dzisiejszym występem Madonny, że znaczną część swojego sztandarowego programu, poświęcił właśnie jej, i do omawiania tematu zaprosił aż trzech ekspertów. I tu odpowiedź jest jeszcze bardziej oczywista, niż ta, której udzieliłem na poprzednie pytanie. Koncertowa trasa piosenkarki została zaplanowana w taki sposób, by jej warszawski koncert mógł się odbyć właśnie dziś, czyli 15 sierpnia. TVN24 do swoich politycznych planów może angażować nie trzech, ale siedemnastu jednakowo brzmiących komentatorów, którzy będą opowiadać, jakie to wyróżnienie spotkało ten nędzny naród, ze ktoś taki jak Madonna zechciał się tu pojawić. Podobnie, zarówno Robert Kozyra, prezes Radia Zet, jak i przeróżne gwiazdy polskiej popkultury mogą stawać na głowie w swoich drobnych kłamstwach i tłumaczyć, jak zupełnym przypadkiem, kobieta o zupełnie przypadkowym imieniu Madonna, zakochała się w kimś, kto – również kompletnie przypadkowo – miał na imię Jezus i jak to występ musiał się odbyć dzisiaj, bo przecież wczoraj Madonna była w Pradze, a z Pragi do Warszawy jest już blisko. Tak samo też ja, nie muszę nawet podejmować tak marnej dyskusji i pytać, czemu akurat autorzy trasy nie zaplanowali sobie Pragi dziś, a Warszawy wczoraj, by w ten sposób uniknąć całego nieszczęścia. To wszystko jest absolutnie pozbawione sensu i celu, ponieważ wyjaśnienie jest proste ja struna. Wszystko to, z czym mamy do czynienia codziennie, od tylu, tylu lat – i tu, w przypadku dzisiejszego koncertu, w bezprzykładnej agresji Systemu skierowanej wobec Rodzin Radia Maryja, i w niedawnej wypowiedzi Dody na temat Pisma Świętego, i wcześniej jeszcze, w wyroku sądu nakazującego Ryszardowi Nowakowi przeproszenie lidera satanistycznego projektu Behemoth za to że ten publicznie podarł Biblię i nazwał ja „pieprzonym gównem”, i jeszcze wcześniej, w zdjęciach umieszczanych na stronach magazynu pod tytułem Zły, w zapomnianej już piosence Pawła Kukiza, szyderczo wykpiwającej pierwszokomunijne dzieci, w uprowadzeniu córki nieżyjącego już marszałka Kerna, w okładkach pornograficznych pism, wystawianych codziennie na ulicach polskich miast - ten plan, w ten czy inny sposób, towarzyszy każdej chwili naszego życia. A my powinniśmy wiedzieć, że będzie zawsze już tylko gorzej.
I jeśli dziś, martwimy się, z jednej strony tym, że właśnie w tym dniu, kiedy świętujemy i Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny i rocznicę tak zwanego Cudu nad Wisłą i chcielibyśmy być tacy uroczyści i radośni, po raz kolejny ktoś próbuje nas pozbawić nadziei, a z drugiej zastanawiamy się, czy to naprawdę wróg taki silny, a my tacy słabi, myślę sobie, ze może powinienem coś nam wszystkim przypomnieć. Szatan to amator. Amator, który żywi się wyłącznie naszym amatorstwem (dokładnie tak samo jak marna popowa piosenkarka). A jeśli nawet udało mu się pod sobą zgromadzić całe tabuny wiernych sług, to każdy z nich, odpowiednio do miejsca, które mu przypadło w tej hierarchii zła, i tak może być od niego tylko głupszy, tylko bardziej tandetny, tylko bardziej nudny. Bo nawet i tu – może nawet szczególnie tu – „sługa nie jest większy od swojego pana”.
A zatem, czy będziemy przed sobą mieli światową mega gwiazdę, szydzącą z naszej wiary, czy jej fanów, rozradowanych jej pozornym sukcesem, czy wynajętych ekspertów o wynajętych poglądach, czy choćby – już na samym dnie tej czarnej drabiny – jakiegoś pojedynczego internetowego komentatora, który podzieli się z nami swoją bardzo specjalną refleksją o tym, jak to Matka Chrystusa w gruncie rzeczy nie różni się bardzo od ‘Królowej Popu’, bo i jedną i drugą koronowała w gruncie rzeczy hołota, prawda pozostanie prawdą. Szatan jest nudny. Po prostu nudny.
I pomyśleć, ze na tę prostą myśl wpadł nie kto inny, jak skromny gitarzysta z rockowego zespołu o nazwie Sonic Youth.

środa, 12 sierpnia 2009

O demokracji prawdziwie niezależnej

Jest lato, wakacje, a więc, jak co roku, ze względu na moją sytuację zawodową, mamy mnóstwo wolnego czasu, a przy okazji jesteśmy biedni jak myszy kościelne i żyjemy z kredytów zaciąganych w naszych pięknych, klimatyzowanych bankach. Jedynie syn mój może się czuć wolny jak ptak, ponieważ wygrał w konkursie fotograficznym lustrzankę Olympusa, wystawił ją w Allegroi za ułamek chwili będzie mógł sobie mnie kupić. Choć i ja nie mogę narzekać. Mam, jak już zaznaczyłem, mnóstwo czasu. A dodatkowo, ponieważ w dniu wczorajszym nabawiłem się kontuzji, nie muszę malować pokoju i mam tego czasu jeszcze więcej. A dzięki temu, mogę choćby sobie czytać najróżniejsze wpisy w moim Salonie. Co tam czytać. Mogę również wziąć udział w sondzie odnośnie politycznych sympatii i dowiedzieć się, że – jak wszystko na to wskazuje – siły światła wzięły Salon bez jednego wystrzału. Ale, jak mówię, przede wszystkim mogę sobie czytać.
Jeszcze w zeszłym tygodniu przeczytałem wspaniały wpis Marka Migalskiego i cały szereg bardzo inspirujących komentarzy pod nim, a wczoraj sam wstawiłem tu tekst, w którym postanowiłem podzielić się refleksjami na temat poruszony przez Migalskiego i histerycznej reakcji tych, którzy dali się Migalskiemu zwieść na pokuszenie. Szczerze powiem, że brałem pod uwagę fakt, że ktoś się tym moim tekstem może zdenerwować. W końcu pokazać ludziom, którzy cały sens swojego bytowania widzą w błogim przekonaniu, że są lepsi od tych gorszych, jak się fatalnie zbłaźnili, to nie byle co. A jeśli przy tym owi ludzie są aż tak napuszeni jak są, można im to pokazywać nawet kilka razy, a oni zawsze będą nerwowo podskakiwać. Nie spodziewałem się jednak, że efektem tego mojego wpisu będzie seria nowych wpisów. No i nie spodziewałem się, że w tych wpisach oni się tylko jeszcze bardziej odsłonią. W końcu mieli kilka dni na to, żeby się pozbierać do kupy i nabrać nowych kolorów. A tu nic. Ta sama galareta.
To co mnie najbardziej zdumiało w większości wypowiedzi miłośników uśmiechu ministra Szejnfelda, surowych ryb i okładek płyt z muzyką Jordi Savalla, to połączenie politycznych obsesji z bezwzględnym przekonaniem o swojej niezawisłości i obiektywizmie. Ja już wiele razy wcześniej, to tu to tam, wpadałem na blogi najróżniejszych rycerzy III RP, które w każdym możliwym miejscu były sygnowane zapewnieniami o tym, ze mamy do czynienia wyłącznie z głosem prostego obserwatora. Dopiero jednak tekst Migalskiego, a po nim – nieskromnie zauważę – mój, spowodował prawdziwy wysyp tych dziwadeł.
O co mi chodzi? Proszę zwrócić uwagę na opisy blogów najbardziej żarliwych obrońców status quo: „Jestem więc myślę”, „Wrażenia z mentalnej emigracji”, „Obserwator”, „Z perspektywy dziennikarskiego stolika”, „Od niechcenia”, „Za a nawet przeciw”. Nawet piąta kolumna najczarniejszej post-polityki, występuje tu pod pozorem jedynie rozdawania nagród. Nawet osoba, której cały sens blogowania sprowadza się do tego, by pokazać, jak się nienawidzi, pisze o sobie, ze ona w gruncie rzeczy jest dokładnie taka jak wszystkie kobiety; tyle że ot tak sobie jeszcze pisze. A to przecież i tak nie zaczyna się i kończy na blogach. Weźmy takiego Kazimierza Kutza. Prowadzi ów człek swój stały felieton w katowickiej Gazecie Wyborczej. I kto zgadnie, jak ma on tytuł. „Stojąc na Platformie”? „Pięścią w PiS”? „W kaczy kuper”? Ależ gdzie tam! „Pół na pół”. Oczywiście. Nie może być inaczej. A więc efekt ma być taki, że z jednej strony mamy bandę tarzających się w swoich marnych interesach pisobolszewików, a z drugiej po prostu obserwatorów, którzy przy odrobinie wolnego czasu mogą nam coś powiedzieć. A zatem, dochodzimy do sytuacji, gdzie prawdziwa demokracja miałaby wyglądać tak, że z jednej strony będziemy mieli ludzi aktywnie zaangażowanych w wspieranie tego co słuszne, a z drugiej czasem może i krytycznie (trochę) do owego dobra nastawionej opinii publicznej.
Pamiętam jak kiedyś w telewizorze odbywała się dyskusja między posłem Girzyńskim, a zmarłym Bronisławem Geremkiem. Prowadzący rozmowę dziennikarz konsekwentnie, zwracając się do Girzyńskiego podkreślał, że zwraca się do polityka, natomiast zadając pytania Geremkowi, informował widzów, ze oto z chwilę poznamy opinię obywatela i profesora. Kiedy wreszcie zniecierpliwiony Girzyński zaprotestował, mówiąc, że takie stawianie sprawy jest bardzo nieuczciwe, dziennikarz zareagował, jakby uznał, że Girzyński zwariował. I oczywiście dalej do Geremka zwracał się per „panie profesorze”, a do dr Girzyńskiego „panie pośle”. I Geremka niezmiennie prosił o ekspertyzę, a Girzyńskiego o polityczną opinię.
Czemu przypominam ten tak bardzo nieoryginalny, i w gruncie rzeczy nieistotny incydent? Bo on doskonale pokazuje ten bezmiar manipulacji, który, w moim odczuciu, jest tak bardzo niski, a przede wszystkim niedemokratyczny. Właśnie wtedy, podczas tamtej rozmowy w telewizyjnym studio, można było zobaczyć ten plan, na którego końcu stoi nic innego, jak tylko próba wyeliminowania z publicznej debaty całej części społeczeństwa. Dziś, kiedy poznaję kolejne reakcje gorliwych uczniów i wychowanków szkoły, o której wyżej, widzę, jak bardzo niektórzy tęsknią za najbardziej jednoznacznym zamordyzmem.
Wczoraj w Salonie, w odpowiedzi na mój tekst o Migalskim i jego krytykach, pojawił się wpis człowieka, którego blogerska pozycja jest związana bardzo ściśle z bezkompromisową walką ze wszystkim, co jest reprezentowane przez projekt o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, i który zaatakował Migalskiego, nawet nie za jego poglądy, lecz za oczywisty brak bezstronności, a sam Salon za udzielanie Migalskiemu głosu, a tym samym bezczelne zaprzeczanie głównej idei Salonu, który przecież miał być „niezależny”. http://mojeanalizy.salon24.pl/119449,jak-europosel-migalski-salonowcow-reanimowal .Co bloger, który – jakże by inaczej! – podpisuje się zdaniem: „Podpatrzone z boku”, a jako swoją subdomenę wymyslił dumnie „moje analizy”, rozumie jako „niezależność”? Nie mam oczywiście pewności, ale domyślam się, że, kiedy – uwiedziony informacją na stronie www.salon24.pl, że jest to Niezależne forum publicystów – zaczął tu pisać swoje teksty, był przekonany, że może i jest ktoś, jakaś mądra władza, która to miejsce będzie odpowiednio moderowała, ale skoro ma być to forum niezależne, to z pewnością nie będą mieli tu wstępu jacyś dziwni ludzie o dziwnych poglądach. Niezależność bowiem, zdaniem owego światłego blogera, reprezentuje wyłącznie on (sam przecież wyraźnie zaznaczył, że on jedynie stoi z boku i patrzy) i jego bezinteresowni przyjaciele. Jeśli więc oni, patrząc z boku, widzą, że Migalski to drań, to Salon24, jako Niezależne forum publicystów, ma święty obowiązek ten niezależny głos, niezależnego publicysty opublikować. Natomiast, co tu, w tym niezależnym towarzystwie robi sam Migalski, a z nim jacyś dziwni ludzie o dziwnych poglądach? Czy to ma być demokracja? Czy to ma być niezależne forum? Precz stąd! Niech sobie idą do Radia Maryja!
Ja zdaję sobie sprawę, że polityczne emocje, a za nimi, pewne frustracje, sprawiają, ze każdy chce w tej debacie, w której uczestniczymy, zająć jak najlepsze miejsce. Nie dziwi mnie więc, choć sam się tu nie angażuję, gdy wielu moich kolegów załamuje ręce nad tym, że „gdzież to ten nasz Salon zmierza”, że najwyższe miejsca na stronie głównej zajmują jacyś „agenci”, że „prawdziwi Polacy” są tu dyskryminowani, a Administracja Salonutrzyma z salonem. Moim zdaniem, bywa różnie i osobiście bym nie wszczynał alarmu. Jednak, jak by nie patrzeć na te głosy, one wyłącznie apelują o inne – ich zdaniem, uczciwsze – proporcje. O większą sprawiedliwość. One nie chcą nikogo eliminować. One proszą tylko o więcej miejsca dla siebie. Jak już jednak idzie o blogerów, którzy uważają się za niezależnych, niezaangażowanych i bezstronnych, a którzy właśnie przy okazji tekstu Migalskiego tak chętnie się objawili, oni nie proszą o głos. Oni żądają wyłączności. Oni są głęboko przekonani, że dopóki w przestrzeni publicznej będzie miejsce dla ludzi myślących inaczej, to nie będzie to żadna demokracja, ale faszyzm, albo coś jeszcze gorszego. Czyli kaczyzm,na przykład.
Użytkownik, którego tekst w gruncie rzeczy zmobilizował mnie do zabrania głosu, a którego nazwy nie wymieniam, bo przecież nie o niego tak naprawdę tu chodzi, szydzi z Migalskiego, że niby taki niezależny, a przecież widać wyraźnie, ze ma poglądy, i to na dodatek nie takie jak trzeba. Drugą ręką w wali w Salon, który wprawdzie umieścił jego tekst na jedynce SG, że skoro taki niezależny, to jakim prawem promuje publikacje głupie i niesłuszne. A kiedy już załatwił jedno i drugie, obrażony zauważa, że doprawdy w takim miejscu jemu jest bardzo duszno i niewygodnie. A ja sobie myślę, że w tym właśnie tkwi całe nieszczęście tej naszej debaty. Zaczynając od samej góry, a kończąc choćby tu w Salonie, jeśli tylko spojrzymy bez uprzedzeń, dostrzeżemy łatwo, jak bardzo to że żyjemy w kraju demokratycznym, wielu z nas bardzo dokucza. Jak wielu z nas bardzo by chciało, żeby można było z jednej strony zachować tę demokrację – bo przecież każdy wie, że demokracja to dobra rzecz (nawet sam profesor Geremek to potwierdził) – ale żeby jakoś tak zrobić, żeby ta demokracja stała się bardziej „niezależna”. Żeby jedni mieli, drudzy konsumowali, a wybrani z nich informowali. I człowiek miałby lepszy nastrój, i ludzie byliby ładniejsi… A gdyby może przy okazji udałoby się wreszcie wszystko sprywatyzować, a związkowców zagnać do roboty, to i może by i finał dało się zorganizować w Warszawie, a nie w tym głupim Kijowie.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

O Marku Migalskim, rock and rollu i gołąbkach

Wśród rzeczy, których mi w życiu brakuje, szczególnie w tych ciekawych rozpolitykowanych czasach, to kompetencje socjologiczne. Oczywiście, bardzo uważnie staram się obserwować wszystko to co się wokół mnie dzieje, przedstawiać odpowiednie oceny i wyciągać właściwe wnioski, niemniej wszystko co sobie myślę musi być, siłą rzeczy, skażone moim amatorstwem. Ktoś mi może powiedzieć, że kiedy człowiek jest głupi, powinien korzystać z pomocy fachowców. I tak, jeśli ktoś nie wie, co się dzieje w gospodarce, może się zwrócić o opinię do wybitnego ekonomisty, jeśli ma dylematy natury historycznej, z pewnością odpowiednią pomocą będzie mu służył wybitny historyk, a jeśli przytłacza go jakaś zagadka na poziomie miejskiej ulicy, czy wiejskiej drogi, wystarczy posłuchać, co na ten temat mówi znany i wykształcony socjolog. Niestety jednak, tu jest jeszcze gorzej, bo – jak mi podpowiada doświadczenie – w momencie gdy już się wydaje, że można się czegoś mądrego dowiedzieć, to wychodzi na to, że owi wybitni fachowcy, w większości wypadków, albo są na pensji u tych, którzy mają interes w tym, żebym wiedział jak najmniej, albo całą swoją ekspercką wiedzę czerpią wyłącznie ze swojej histerii. No i wtedy, niestety, nie pozostaje mi nic innego, jak patrzeć, słuchać, kombinować, a jak zrobi się zbyt duszno, wyjechać na wieś i porozmawiać z ludźmi, którzy w większości są tak jakoś skonstruowani, że jeśli czegoś nie ma, to tego nie widzą. I odwrotnie.
No i, jak się ostatnio, tu w Salonie, bardzo jednoznacznie okazało, mogę sobie poczytać, co na temat różnych rzeczy sądzi Marek Migalski. Blogowy wpis Migalskiego http://migal.salon24.pl/118986,snobizm-na-po-milego-rechotu-panie-jourdain przeczytałem, będąc w moim Przemyślu na końcówce wakacji i, ze względów technicznych, mogłem się nim tylko zachwycić i następnie tylko króciutko go skomentować. Tymczasem, jest to tekst, który stanowczo zasługuje na znacznie więcej. Znacznie więcej niż słowa pochwały ze strony tych, których analiza Migalskiego intelektualnie wzmocniła, ale też znacznie więcej niż słowa wyplute przez tych, których Migalski swoim tekstem najpierw obnażył, a następnie ustawił pod ścianą i kazał im już tam tylko stać.
A tekst Migalskiego jest w gruncie rzeczy bardzo skromny. Krótki, bardzo konkretny, z jedną właściwie, bardzo prościutką, myślą. Że w dzisiejszej Polsce, popieranie Platformy Obywatelskiejnie jest ani przemyślanym gestem politycznym, ani prostym odruchem emocjonalnym, lecz najbardziej ordynarnym wyborem kulturowym, i to na dodatek o wyjątkowo zawstydzającym charakterze. Jak twierdzi Migalski, mamy tu do czynienia wyłącznie ze snobizmem i najbardziej płytkim konformizmem. Ludzie, którzy stanowią elektorat Platformy Obywatelskiej – zdaniem Migalskiego – w swojej decydującej większości – traktują całą przestrzeń publiczną, a w tym oczywiście politykę, jak towar. I to towar dowolnego typu. Dla ciała, dla ducha, dla serca – obojętne. Towar. W efekcie, jak to pięknie pokazuje Migalski, człowiek, który w całym swoim życiu – pomijając czysto fizjologiczne czynności – wykazuje odruchy wyłącznie stadne, nie jest w stanie reagować indywidualnie również na poziomie polityki. I stąd, jeśli ktoś uważa, że zagwarantuje sobie odpowiednią społeczną pozycję czytając Witkowskiego, jadając w sushi barach, klaszcząc po wylądowaniu samolotu i słuchając Buena Vista Social Club, w sposób całkowicie naturalny, musi czuć pogardę do Kaczyńskich i sympatię do wszystkiego, co jest kojarzone z Platformą Obywatelską. Z tego właśnie powodu, że PO jest tak samo elementem owej ‘kultury supermarketu’, jak cała reszta tej tandety, której zaledwie kilka przypadkowych elementów zechciał wymienić Migalski, a która jest przecież o wiele bogatsza i o wiele śmieszniejsza.
Tekst Marka Migalskiego wywołał niezwykłą reakcję. Kiedy to piszę, pod jego wpisem znajduje się niemal dwieście komentarzy, w większości pełnych zrozumiałego oburzenia. A ja się zastanawiam, co to się stało, że tak krótki tekst, zawierający tak prostą i z pozoru niekontrowersyjną tezę, wywołał takie zainteresowanie. W tak zwanych lepszych zakątkach Polski, już jakiś czas temu przyjęło się uważać, że część społeczeństwa związana emocjonalnie z Prawem i Sprawiedliwościąto brzydkie, niesympatyczne i niewarte szacunku głuptasy. Marek Migalski napisał tekst, w którym zasugerował, że jest wręcz odwrotnie. Można by było się spodziewać, że wszyscy ci którzy nie zgadzają się z opinią Migalskiego machną ręką i z dumą pozostaną na swoich pozycjach. Tymczasem wrzask podniósł się taki, że zarówno Migalskiemu jak i nam wszystkim, którzy znajdują w Migalskiego diagnozach sens, pozostaje tylko bić brawo. No bo jak można reagować na coś, co w pełni symbolizuje, z jednej strony, komentarz tego biedaczka, który, jak dziecko, próbuję się ratować przed słowami Migalskiego, zapewniając, że on ani nie chodzi do sushi, ani nie słucha Rubika, ani nie klaszcze w samolocie i żeby go w to nieszczęście nie wpychać, a z drugiej, cudowny w swojej nagości, tekst użytkownika podpisującego się MiddleFinger, a który muszę tu przytoczyć w całości: „Obciach, panie fruwający smętologu, to jest głosowanie na partyjkę, której najebani jak stodoła posłowie rozwalają sie wózkiem golfowym po zagranicznych hotelach.
Obciach, panie smędzacy ornitologu, to jest glosowanie na partyjkę, której wiceszefunio przyłazi na kacu ze swoim zawszonym kundlem do Sejmu i każe straży marszałkowskiej z kundlem wychodzić, żeby mógł sie wysrać na trawniku.
Obciach, panie pisologu, to jest glosowanie na partyjkę, której wysocy funkcjonariusze obiecują przekupnym posłom z innych partyjek regulowanie ich prywatnych długów z kasy Sejmu.
Pan i pańska g....o warta partyjka jesteście jak szambo, które wywaliło i które trzeba z powrotem zagnać do ścieku, gdzie wasze miejsce.
Już niedługo się tam znajdziecie.”
W komentarzu, pod tekstem Migalskiego, napisałem, że Migalski swoją diagnozą trafił intelektualną i kulturową pustkę elektoratu Platformy prosto między oczy. I gdybym miał więcej czasu i możliwości, napisałbym jeszcze, że trafiając ich tak celnie, nie pozostawił im nawet najskromniejszej możliwości obrony. O ile, oczywiście nie będziemy obroną nazywać tych smętnych zawodzeń, które – jeśli mi wolno skorzystać z mojego ulubionego porównania – muszą się prezentować, jak najnowszy koncert zespołu U-2 (który, w moim mniemaniu, mógłby się jak najbardziej uczciwie znaleźć na liście obciachów posła Migalskiego) na tle wszystkiego tego, co cywilizowany świat przyjął określać mianem rock’n’rolla. Albo, jeśli komuś to porównanie nic nie mówi, jak surowa ryba jedzona przy pomocy dwóch patyków, obok, choćby, mielonego mięsa z ryżem, zawiniętego w kapustę, a popularnie zwanego gołąbkiem. Albo, jeśli i to kogoś z czytelników tego bloga nie przekonuje, jak Donald Tusk naprzeciwko Jarosława Kaczyńskiego.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Krajobraz po meczu

We wczorajszej Rzepie, jak to skutecznie zademonstrowałem w moim poprzednim wpisie, najbardziej dla mnie poruszającym tekstem był manifest poparcia dla projektu i osoby Jerzego Owsiaka, przedstawiony przez Igora Janke. A przecież, szczególnie dla kogoś, kto przez cały tydzień był bardzo skutecznie upośledzony, jeśli idzie o dostęp do wszelkiego mainstreamu, wystawiony głównie na odgłosy szczekających psów i gdaczących kur, ponowny kontakt ze światem musi być siłą rzeczy o wiele bardziej efektowny, niż to zapewnia jeden tylko tekst, choćby nawet tak szczególny, jak ten, który się przydarzył panu Igorowi.
Zanim jednak przejdę do tego, co mnie przede wszystkim zmobilizowało do kolejnego wpisu, podzielę się refleksją nie bardzo oryginalną. Myślę, że wiele osób, które, podobnie jak ja, są na co dzień bardzo zajęte polityką, przynajmniej parę razy w zyciu miało okazję zauważyć, jak to wystarczy nawet te kilka dni wyłączenia się, żeby nagle wszelkie proporcje zostały odpowiednio przywrócone. Jak to nagle, człowiek któremu dotychczas wydawało się, ze nie ma nic ważniejszego, niż to, co kto powiedział, kto co temu komuś na to odpowiedział i jak to wszystko zostało skomentowane przez kogoś trzeciego, zauważa, że to było zwykłe złudzenie, najbardziej ordynarny narkotyk, do tego tak zawstydzająco byle jaki. Jak to nie z tego ni z owego, człowiek włącza telewizor, i… mu się po prostu nawet nie chce słuchać.
Pierwszy raz – pamiętam – miałem tego typu doświadczenie, jeszcze za głębokiej komuny. Wyjechałem sobie na półtora miesiąca poza Polskę i było to, proszę sobie wyobrazić, lato roku 1980, i kiedy wróciłem pod koniec sierpnia, potrzebowałem naprawdę kilka dobrych dni intensywnego ‘wciągania’, żeby się zainteresować chociaż, czy ten gość to Walesa, czy jakoś może inaczej. Oczywiście później ta cała polityczna szajba mi wróciła i to bardziej niż sam tego chciałem. I tak to już trwa.
W niedzielę wieczorem wróciłem ze wsi i nawet mi się nie chciało włączać telewizora. W poniedziałek zapomniałem kupić gazetę. Dopiero wieczorem, włączyłem mój ukochany TVN24,by po pięciu minutach telewizor zgasić. Jednak zauważyłem cos nowego. Otóż nie chodziło o to, że gadał Bugaj z Lityńskim i mnie to znudziło. Ani o to, że przy kolejnej próbie z kolei Szejnfeld z Jakubiak się tam o coś spierali, a ja nie wiedziałem, o co. Problem polegał na tym, że ja po raz pierwszy w ogóle, z taka intensywnością zauważyłem, że oni siedzą naprzeciwko siebie i się zwyczajnie nienawidzą. Mało tego. Przyszło mi w pewnej chwili do głowy, że nawet jeśli ta nienawiść jest jedynie złudzeniem, to jest to złudzenie bardzo starannie wykreowane. Że ta wojna, która się toczy od kilku lat, a zaczęła się jeszcze w czasie kampanii przed wyborami 2005, ma bardzo dokładnie zaplanowany charakter i z góry ustalony przebieg. A jej dominującą cechą jest czy to zimna nienawiść, czy może pogarda, czy zaledwie szyderstwo, jednak o jednym tylko kierunku – w górę. I jeszcze coś. To wojna, która musi być taka i nie może już być inna, bo straci cały swój sens. Bo jeśli osłabną te emocje, to pozostaną już tylko argumenty. A to dla tych, którzy tę wojnę rozpętali, będzie oznaczało koniec. I jest to prawda, którą znają wszyscy uczestnicy tego starcia, włącznie z tzw. wolnymi mediami i z całym tym popkulturowym zapleczem, które zawsze wtedy, gdy pojawi się groźba zwykłej, tradycyjnej debaty, wezmą sprawy w swoje brudne ręce i nakręcą ten stary, tak dobrze nam znany rechot.
Nie byłem oczywiście na Przystanku Woodstock i o tym, co się tam działo, wiem tylko ze szczątkowych relacji. Między innymi właśnie Igora Janke we wczorajszej Rzepie. Pisze on, że ci piękni młodzi, których, w ramach jakże potrzebnej edukacji politycznej, zebrał wokół siebie Owsiak, podczas spotkania z Tadeuszem Mazowieckim, Lechem Wałęsa i – co nie powinno być przegapione – Piotrem Najsztubem, „zadawali gościom wiele trudnych pytań – np. Wałęsę indagowano o jego współpracę z SB”. Pewnie było tak jak pisze Janke. Nie będę się spierał. Nie wiem. Wiem natomiast świetnie, jak się to pełne trudnych pytań indagowanie skończyło. Piotr Najsztub, człowiek, który nie tak jeszcze dawno, tuż po tragicznej śmierci Jorga Haidera, miał okazję publicznie wyrazić żal, ze w Polsce nie dochodzi do tak skutecznych rozwiązań, jak w Austrii, z pewnością zadbał o to, żeby nie było nudno. Bo w momencie jak to koło przestanie się kręcić, ono natychmiast , w jednej sekundzie, zarośnie rdzą. Taki ewenement.
A to że sytuacja jest już bardzo dramatyczna, widać jak na dłoni. I tu mogę wrócić do tych informacji z wczorajszej Rzepy, do której się wciąż odwołuję. Czytam mianowicie, że jeden ze sztandarowych projektów Platformy Obywatelskiej, czyli uzawodowienie polskiej armii, wszedł w druga fazę, czyli, po ostatecznej likwidacji poboru, zachęcani przez rządową akcję promocyjną młodzi mężczyźni zaczęli się gremialnie zgłaszać do wojska. I cóż się okazuje? O żadnej pracy żaden z nich nie ma co marzyć. Bo jest bieda, nie ma pieniędzy, a więc nie ma mowy o żadnym wojsku. Artykuł w Rzeczpospolitej jest bardzo oszczędny w sensie komentarza. Goła informacja, suche fakty. Koszary sa puste, nie ma pieniędzy, nie ma pracy. A ja sobie tylko dopowiadam. Rozumiem, że nie ma wojska. Polska najprawdopodobniej została jednym lekkim gestem pozbawiona armii. I niech mi nikt nie mówi, że z tego co mówię bije nienawiść. O nie. Nienawiść się dopiero pojawi, gdy się dowiem, że jestem głupim pisiorem.
I oto drugi tekst, z tej samej Rzepy. Okazuje się, że właściwa prokuratura ostatecznie umorzyła śledztwo w tzw. sprawie podsłuchów. Doniesienie, w harmonii z ówcześnie panującą atmosferą, na początku rządów Platformy Obywatelskiej, złożył w tej sprawie szef ABW Krzysztof Bondaryk. Dziś prokuratura twierdzi, że żadnych nielegalnych podsłuchów nie było. I koniec. Kropka. O ile sobie dobrze przypominam, nie zostało już nic więcej. Laptopy, porażone radioaktywnością pielęgniarki, karty kredytowe, nawet Cezary Michalski, który – pamiętam do dziś – pisał, ze nikt nie będzie płakał po CBA, już jest poza systemem. Rzepa publikuje informację o umorzeniu, w drobnej notce, na piątej stronie, w dolnym rogu, a wieczorem w telewizji TVN24, Marek Siwiec – ot tak, przy okazji i od niechcenia – rzuca jeszcze raz jakąś uwagę o tym, że PiS nieustannie podsłuchiwał polityków.
A ja to właśnie nazywam wygasaniem starcia, prowadzonego przez niemal 5 lat, przy użyciu najbardziej brutalnych i bezwzględnych środków. Starcia, którego inżynierowie, dla interesów pewnej, nie tak przecież wielkiej grupy, ale za to bardzo, bardzo mocnej, w rzeczywistości gotowi byłi zniszczyć duszę całego pokolenia i doprowadzić do czegoś, co ja bym nazwał kulturową wojną domową. Zaczynają wygrywać fakty. I choć, niestety wciąż pozostaje dysząca nienawiść - niezaspokojona, zawiedziona, wciąż bardzo spragniona ofiar – to już zmieniająca się w soją własną karykaturę. I zupełnie bezradna.
A nam pozostaje się tylko w spokoju odrodzić.

środa, 5 sierpnia 2009

O co chodzi z tym piwem?

Są dwa momenty w roku – w dowolnym roku – kiedy mam uczucie, że całość naszych codziennych spraw, cała publiczna przestrzeń, wchodzi we władanie kłamstwa. Nie kłamstwa zwykłego, powszedniego, doraźnego, tworzonego to tu to tam przez ludzi złych i głupich, na potrzeby równie doraźnych i powszednich interesów. Mówię tu o kłamstwie szczególnym. Kłamstwie tak świątecznym i oficjalnym, że niemal państwowym. Kłamstwie operującym niemal na poziomie religii, czy, jak kto woli, racji stanu. Kłamstwie wypełniającym całą Polskę w sposób tak kompletny i bezwzględny, że praktycznie nie do odparcia. Takie mam odczucie dwa razu do roku i w obu wypadkach na jego drugim końcu stoi Jerzy Owsiak i jego dwa projekty – Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i tzw. Przystanek Woodstock.
Pisałem tu o Owsiaku kilka razy, powiedziałem na jego temat wszystko co chciałem i – Bóg mi świadkiem – postanowiłem nigdy więcej na jego temat się nie wypowiadać. Trochę dlatego, że i dla niego samego i jego sposobu na życie mam wyłącznie pogardę, a trochę też z tego powodu, że cała ta materia, w której Owsiak czuje się jak ryba w wodzie, przeraża mnie jak koszmarna mgła. Kiedy w ostatnich dniach czytałem wpisy moich kolegów z Salonu na temat dopiero co minionego Festiwalu, tym bardziej utrzymywałem się w przekonaniu, ze nic tu po mnie. Powiem szczerze, że przyjmuję jako swój nawet wpis Gniewomira Świechowskiego, w którym autor z radością przyznaje, że mimo iż „wymęczony sporą ilością wypitego piwa”, jeśli ma ochotę „rzygać”, to nie ze względu na to piwo, ale w związku z tym, że najróżniejsi „polityczni fanatycy” sądzą, że „420 tys Woodstockowiczów” interesuje się polityką, podczas gdy oni chcą tylko nabrać „pozytywnej energii”, „nawalić się” piwkiem i kurzem i pobawić się „bez przemocy”. A nie gnić jak te „rumiane dupki”, które pana Gniewomira mijają codziennie na ulicy. Przyjmuję go jako swój, w sposób bardzo interesowny. Nawet ja nie umiałbym lepiej przekazać tego, co tak mocno niesie ów tekst http://amyniechcemy.salon24.pl/118436,to-czego-nie-lapiecie-w-woodstocku.
A jakiż bym musiał mieć talent, by napisać coś choćby w połowie tak ważnego i poruszającego, jak to co przeczytałem wczoraj u Rolexa http://hekatonchejres.salon24.pl/po-balu?.
A zatem nie miałem już pisać o Owsiaku. I oto dziś własnie w Rzeczpospolitejznalazłem artykuł Igora Janke, naszego salonowego dobrodzieja i dobroczyńcy, zatytułowany Owsiak uczy odpowiedzialności, lub – w necie – Owsiak zasłużył na popularność http://www.rp.pl/artykul/9157,344542_Janke__Owsiak_zasluzyl_na_popularnosc.html. Oczywiście sama różnica w tytułach jest interesująca, podobnie jak właściwie każde zdanie owego tekstu, osobno i w całej swej kupie, jednak jeśli już piszę ten swój dzisiejszy – nawet nie wiecie jak bolesny dla mnie – tekst, to nie po to, żeby dyskutować z kolejnym dziennikarzem, ani, tym bardziej, się z nim kłócić, ale żeby jeszcze raz powiedzieć coś na temat tego kłamstwa, o którym wspomniałem na początku swojego tekstu. Nie chcę pytać Igora Janke, czemu napisał ten swój niezwykły manifest, czemu uznał za stosowne ogłosić publicznie, że Owsiak uczy czegokolwiek wartościowego, a już zwłaszcza odpowiedzialności, nie zmierzam powtarzać swoich wczorajszych pytań odnośnie tego, jak to się dzieje, że tylu bardzo przecież dzielnych komentatorów tak chętnie i tak bardzo bez powodu potrzebuje się od czasu do czasu skompromitować. Nie chcę nawet załamywać rąk i wylewać swoich żalów z powodu tego, że kiedy Igor Janke „obserwował Przystanek Woodstock, cały czas miał w głowie to co robią twórcy Muzeum Powstania Warszawskiego”. Nawet nie z powodu tego kuriozalnego wyznania. W końcu to że akurat w dniach Powstania Warszawskiego, Jerzy Owsiak postanowił „piwkiem” – że znów zacytuję pana Gniewka – tępić nienawiść, to czysty zbieg okoliczności, a o tym, że Powstańcy-Aniołowie z Nieba spoglądają na Woodstock, on sam już miał czelność wspominać wiele lat przed red. Janke.
Jednak przyznaję. To właśnie ten tekst w Rzeczpospolitej zainspirował mnie, by jeszcze raz zająć się Jerzym Owsiakiem. I to właśnie osoba autora tego tekstu sprawiła, że i sam artykuł stał się nagle tak ważny. Ja wiem oczywiście, że wśród osób czytających ten blog, wielu jest takich, którzy mi powiedzą, że jestem naiwny jak dziecko, bo przecież Igor Janke już dawno jest po tamtej stronie. Jak bym chciał w to uwierzyć! A jednak nie wierzę. Ja wiem na pewno, że kiedy Igor Janke pisze, że dla zrównoważenia tej swojej pełnej miłości sceny, obok Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego, Owsiak powinien zaprosić Wiesława Chrzanowskiego i Adama Strzembosza, to on nie kłamie. On się jedynie myli. I że niestety nawet o tym nie wie. I stąd mój ból. I stąd te dzisiejsze słowa.
Ale – jak mówię – nie o Igorze Janke ten tekst. Nie o drugim, obok Owsiaka, mistrzu ceremonii tego festiwalu – Piotrze Najsztubie. Nie o tym chlaniu, którym nie potrafi się przestać zachwycać Gniewomir Święchowski, ani o tych tak bezwstydnie wykorzystywanych Powstańcach, ani nawet o samym Owsiaku. Wracając do tego przykrego dla mnie tematu, chciałbym powiedzieć coś jeszcze tylko na temat tego kłamstwa, które kilkanaście lat temu znieruchomiało nad Polskim życiem publicznym i już tak zostało. Chciałbym tylko powiedzieć, że tam nie ma przyjaźni, tam nie ma miłości, tam nie ma dobrego przykładu, tam nie ma nawet prostego, zwykłego życia. To z czym mamy do czynienia w ciągu tych kilku dni każdego roku, to wyłącznie stworzony na potrzeby chwili, sztuczny świat. Dokładnie taki sam, jaki został opisany przez Huxleya w Brave New World,gdzie nie ma Boga, nie ma wysokiej sztuki, nie ma tak naprawdę nawet szczęścia, ale jest za to soma. I ten w gruncie rzeczy religijny przecież festiwal, podczas którego tę somę zgodziło się tępo przyjąć kilkadziesiąt, czy jak chce ten świat, czterysta tysięcy, czy nawet milionów, jeśli to komuś sprawi przyjemność, wypełnionych tym nieustającym miłosnym wrzaskiem. A głupi ludzie nie chcą dostrzec tak przecież prostego i oczywistego faktu, że wystarczy jeden moment, byleby choć na ułamek chwili Jerzy Owsiak przestał się wydzierać, by całe to towarzystwo nagle stało się równie miłe-niemiłe, jak te „rumiane dupki”, o których z taką satysfakcją wspomina Gniewomir.
Brave New World… Jakież to wszystko oczywiste. Jak mało trzeba, żeby zrozumieć coś tak nieskomplikowanego. Nie trzeba być ani socjologiem, ani psychologiem, ani wybitnym profesorem. Nie trzeba mieć doświadczenia w badaniach nad psychologią tłumu i nad strukturą manipulacji, żeby rozpoznać to co jest wręcz namacalne. Przecież to wszystko zostało nam wyłożone czarno na białym. W powieści Huxleya, zwykły przecież człowiek, który miał jedynie uszy i oczy otwarte potrafił rzucić okiem na ten świat i już wiedział wszystko, co wiedzieć trzeba było:
'In fact', said Mustapha Mond, 'you're claiming the right to be unhappy.'
'All right then,' said the Savage defiantly, 'I'm claiming the right to be unhappy.' 'Not to mention the right to grow old and ugly and impotent; the right to have syphilis and cancer; the right to have too little to eat; the right to be lousy; the right to live in constant apprehension of what may happen to-morrow; the right to catch typhoid; the right to be tortured by unspeakable pains of every kind.' There was a long silence.
'I claim them all,' said the Savage at last.
Mustapha Mond shrugged his shoulders. 'You're welcome,' he said."
A jednak, na koniec, pytanie do Pana, panie Igorze. Co to się dzieje, ze Pan tak bardzo się boi, że ktoś Panu powie „You’re welcome”? Przecież to nic takiego. A piwa – jeśli Pan tylko zechce – i tak będziemy mogli się napić i bez Owsiaka.

wtorek, 4 sierpnia 2009

O sprawach najprostszych

Chciałbym tu oświadczyć, że z dziennikarzy, których czytam i lubię, na pierwszym miejscu najchętniej bym stawiał Roberta Mazurka. Uważam, że Mazurek to talent wyjątkowy przede wszystkim ze względu na jego wywiady. Przyznaję, że jeśli przez bardzo długi czas, nawet już po ostatecznej kompromitacji Dziennika, kupowałem tę gazetę – a i dziś to znów robię (ale o tym później) – to zawsze w sobotę, właśnie ze względu na rozmowy Mazurka. A jeśli kiedyś te jego rozmowy zostaną wydane w formie książkowej, to sobie je z radością kupię. Również, jeśli jest tak, że co tydzień kupuję Wprost, to z pewnością nie robiłbym tego, gdyby nie przyjemność, jaką czerpię z czytania mazurkowych komentarzy w dziale zatytułowanym Antysalon. O moim, pewnie dla niektórych bardzo irracjonalnym, uwielbieniu dla Roberta Mazurka, może choćby świadczyć fakt, że w ostatnich tygodniach, kiedy dzięki uprzejmości firmy, którą pewien mój kolega dowcipnie nazywa Zimbabwe Telcom, byłem odcięty od Internetu, dwa razy czułem, że muszę stanąć na głowie, by w jakikolwiek sposób połączyć się z Internetem: raz, żeby przeczytać wywiad Mazurka z Dwurnikiem, a drugi raz, jego list do tuskowego ministra Arabskiego.
Muszę jednak powiedzieć tu coś jeszcze. Mimo że, w mojej opinii, wywiady, jakie Mazurek przeprowadza z ludźmi są właściwie niedoścignione, a reszta jego pisania również bywa naprawdę wielka, nie zmienia to faktu, że Mazurek, będąc dziennikarzem mainstreamowym, siłą rzeczy, ciągnie za sobą cały ten fatalny bagaż związany z tą jego zawodową i towarzyską przynależnością. Mam tu na myśli to – szczególnie właśnie w jego wypadku, upiorne – przekonanie, że tzw. obiektywizm, niezależność, bezstronność, czy jak to sobie nazwiemy, w sytuacji politycznej – czy nawet kulturowej – debaty, stanowią jakąkolwiek wartość. Co gorsze, podejrzewam że akurat Mazurek ma bardzo zdecydowane i jednoznaczne poglądy, tyle że wepchnięty w towarzysko zdeterminowany układ ograniczonej wolności, musi nieustannie wmawiać sobie i wszystkim dookoła, że jego poglądy wcale nie są takie proste i oczywiste. I w tym momencie zbliża się Mazurek do swoich kolegów po fachu, o bardziej skromnej inteligencji, w taki sposób, że na przykład nie jest w stanie napisać, że uważa Jana Ołdakowskiego za postać wybitną, jeśli nie zapewni przy tym kogo trzeba, że, w jego opinii, polityczna przynależność Ołdakowskiego to oczywista zasłona.
Robert Mazurek oczywiście mógłby spokojnie pisać, nie oglądając na to, co pomyśli, lub powie, otaczające go z każdej strony dziennikarskie towarzystwo, ale wie też doskonale, że na tego typu emocjonalną swobodę mogą pozwolić sobie jedynie ci z jego kolegów, którzy, jak Żakowski, czy Najsztub, Maziarski, Wołek, czy cholera wie, kto się tam jeszcze rusza, albo działają wyłącznie na zlecenie, albo są już tak upojeni własną paranoją, że nie myślą już o niczym, jak tylko o tym, że jest dobrze. On nie. On rozumie, że tam gdzie się znajduje, bilety na miejsca siedzące idą już tylko po najwyższej cenie. Stojące zresztą też. I w tym właśnie momencie nawet on bywa dramatycznie irytujący. Wiele razy, kiedy czytałem komentarze Mazurka we Wproście(mam mocne przekonanie, że na przykład wczorajszy Antysalon jest w całości autorstwa Zalewskiego), czułem szczerą inspirację, a jednocześnie, równie często, myślałem sobie, jak by to było dobrze, gdyby on tak bardzo na siłę nie próbował zachować tej, wspomnianej już wcześniej, głupiej bezstronności. I myślałem sobie niekiedy, że właściwie i ja mógłbym tu, na tym blogu, poprowadzić taki przegląd wydarzeń. Tyle że o wiele poważniejszy, o wiele bardziej zaangażowany i z pewnością o wiele bardziej uczciwy. Przez tydzień zbierałbym te wszystkie słowa, obrazy i zdarzenia, które mnie dotknęły, a później bym je komentował, nie jak ktoś kto musi bardzo uważać, żeby dobrze wypaść, ale jak ktoś po prostu albo rozbawiony, albo wściekły, albo zmartwiony. Nic jednak z tego nie będzie. Po pierwsze z tego względu, że każdy powinien robić to co umie, a dwa – to co musi. Ja muszę pisać częściej niż raz na tydzień, a umiem pisać tylko rozwlekle.
A zatem, pisząc tak jak umiem, czyli szeroko i zamaszyście, podzielę się jeszcze paroma uwagami na temat wspomnianej bezstronności. Dziś w Dzienniku, który chyba jednak poszedł po rozum do głowy i stara się odzyskać swoich naturalnych czytelników, Piotr Zaremba, dziennikarz wprawdzie dużo mniej inteligentny od Mazurka, ale równie skupiony na utrzymaniu pozycji, postanowił skomentować stan debaty publicznej po prezydenckim apelu do Wałęsy o porozumienie. Dla każdego, choćby minimalnie przytomnego, obserwatora, sytuacja jest klarowna dokładnie tak samo, jak była klarowna wczoraj, przedwczoraj i dziesięć lat temu. Kaczyński wykonuje gest mądry i pozytywny, i to niezależnie od tego, czy motywowany polityką (w końcu jest politykiem, prawda?), czy przebłyskiem zwykłej serdeczności, a Wałęsa zachowuje się jak Wałęsa, czyli w sposób, który w normalnej sytuacji wzbudziłby wyłącznie wzruszenie ramion. Zaremba, zamiast napisać jakiś porządny tekst, w którym by przedstawił sensowną diagnozę sytuacji, cały wysiłek wkłada w idiotyczne zestawianie zjawisk, których zestawić się po prostu nie da. A wszystko po to, żeby nikt mu nie zarzucił, że jest nieobiektywny. I oczywiście, za cenę funkcjonowania w świecie zawodowego dziennikarstwa, jako tzw. „dziennikarz poważny”, tworzy tekst, który jest równie ważny, jak te setki ton pustosłowia, jakie się ostatnio wylały na temat kolejnej fantazji Jerzego Owsiaka.
A świat w którym żyjemy nawet nie stwarza pozorów struktury skomplikowanej. Wręcz przeciwnie. Większość tego, z czym mamy do czynienia – i to na każdym możliwym poziomie debaty – jest proste jak drut. Wałęsa jest byłym agentem z psychicznymi problemami. Bartoszewski staruszkiem o zdewastowanych emocjach, Niesiołowski to nie dawny bohater polskiego zrywu, lecz zdesperowany cham, rząd Donalda Tuska to prawdziwe dno obciachu i rozpaczy, polska debata publiczna jest starannie zaplanowanym teatrem absolutnie bezprecedensowej nienawiści, Lech Kaczyński jest najlepszym prezydentem, jaki mógł się nam trafić, dobro jest dobrem, zło złem, a kłamstwo kłamstwem. I kropka. Jeśli coś jest naprawdę nieproste, to tylko człowiek, ze swoimi słabościami i swoją potęgą, ze swoja mądrością i swoją wieczną naiwnością, ze swoim niezgłębionym dobrem i z całymi pokładami zła. A ja bym wymagał od ludzi, którzy mają ambicję kształtowania opinii – w tym oczywiście i od siebie samego – żeby byli w tym jedynie uczciwi. Skoro już otrzymali ten dar, niech przynajmniej nie tchórzą, kiedy tak naprawdę nie ma się czego bać.
Chciałbym mieć inteligencję i talent Roberta Mazurka. Ale przy tym nie zazdroszczę mu jego zawodowej sytuacji. Myślę, że to jest w gruncie rzeczy przerażające, że inteligentny i wolny człowiek nie jest w stanie przedstawić zwykłej, wcale przecież niekontrowersyjnej opinii na temat kogoś takiego jak Jan Ołdakowski, nie padając jednocześnie na kolana przed zwykłym kłamstwem. A więc, robię to co robię. Mówię do Ciebie, z pozycji obserwatora w żadnej mierze obiektywnego, niezaangażowanego, bezstronnego. Po długiej przerwie, dzielę się swoimi spostrzeżeniami na tematy, które mnie dręczą i mam oczywiście nadzieję, że to pisanie ma sens. A jest o czym pisać.
Podczas minionego tygodnia, czytałem i oglądałem mniej niż zwykle, ale i tak czegoś tam się dowiedziałem. Na przykład przeczytałem w Rzepie, że swoje majątki ujawnili posłowie do Europarlamentu. Okazuje się, że Lena Kolarska-Bobińska, w ciągu minionego pół roku, jako dyrektor Instytutu Spraw Publicznych (Kucharczyk!!), zarobiła 144 tys. Jako członek jednej z rad nadzorczych – 16 tys. Okazuje się, że Bobińska jest też już emerytką i dostaje emeryturę, prawie 3 tys. miesięcznie. Co z tego? Gówno. Niestety.
Okazuje się też, że Archidiecezja w Katowicach ma układ z jednym byłym ubekiem i paroma ciężkimi kombinatorami ze spółki o nazwie Famur, który sprawia, że to szare towarzystwo przekazuje Kościołowi kilka milionów złotych rocznie, a Kościół im w zamian – w drodze pełnej wyłączności – za grosze oddaje odzyskane od Państwa ziemie. I oczywiście, to nie ojciec Rydzyk – człowiek zaradny, uważny, staranny i zwyczajnie biznesowo zdolny – jest tym dobrym. On akurat jest zakałą Kościoła Katolickiego w Polsce i wcieleniem Belzebuba. Dobry jest arcybiskup Damian Zimoń, który, nawet jeśli wykazuje nieroztropność dziecka, przynajmniej się nie wychyla.
Przeczytałem też informację o tym, że minister Klich zatrudniał przez jakiś czas niejakiego Protasa, jako swojego doradcę od wizerunku. Kim jest ów Protas? Otóż jest on wiceprezesem i członkiem zarządu czegoś co się nazywa Business Centre, a co jest częścią prywatnego interesu człowieka o nazwisku Goliszewski o nazwie Business Centre Club, którego to Protas jest też wiceprezesem. Jest też ten Protas rzecznikiem BBC i prezesem należącego do BBC Instytutu Interwencji Gospodarczych. Oprócz tego, Protas jest wiceprezesem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego.A ja tylko żałuję, że Protasowi nie opłaciło się wystartować z ramienia Platformy w wyborach europejskich. Moglibyśmy się wówczas dowiedzieć, czy, podobnie jak Bobińska, też dostaje jakąś skromną emeryturę.
Co jeszcze mi się przytrafiło w minionym tygodniu? Byłem w Warszawie. W sobotę poszedłem pod Pomnik z kolegą, którego teściowa walczyła w Powstaniu i została zaproszona z okazji Rocznicy. Pod Pomnikiem ustawiono rzędy krzesełek dla przybyłych z całego świata powstańców. Było gorąco, harcerze rozdawali wodę i parasolki, staruszkowie zajmowali przygotowane dla nich miejsca. W pewnym momencie okazało się, że powstańców jest więcej niż miejsc, a więc ktoś zaapelował do siedzących, by „jeśli kto się czuje silny duchem i ciałem, ustąpił miejsca”. Wstała tylko jedna, dosłownie jedna, kobieta. Wśród powstańców widziałem dobre kilkanaście pań w wieku średnim, o wyglądzie miejskich urzędniczek, które nie zechciały ruszyć swoich tyłków nawet wtedy gdy nagle niemal wniesiono bardzo już starą kobietę w powstańczym mundurze. Miejsca jej ustąpił jeden z powstańców. O co mi chodzi? O nic. Tak sobie gadam.
Powstanie Warszawskie. Mój przyjaciel LEMMING, napisał pod moim poprzednim wpisem, że o Powstaniu nie da się już nic powiedzieć. Nie ma racji. Ja mam bardzo dużo na ten temat do powiedzenia i wcale nie sądzę, żeby moje słowa miały się okazać jakoś tam trywialne. Poszedłem w sobotę na Powązki. Takiego tłumu nie widziałem od czasu wizyty Papieża. Po co ci ludzie tam przyszli? Bo była ładna pogoda i nie mieli co z sobą zrobić? Czy oni tam chodzą co rok, bo tak wypada, czy może czują to co ja czuję? Czy w przyszłym roku też tam przyjdą, czy może posłuchają czarnej mowy redaktora Maziarskiego i za rok zostaną już w domu? Mam tu swoje podejrzenia, ale tak naprawdę nie wiem, jak to jest. Faktem jest, że kiedy obserwowałem te tłumy, to się wzruszyłem. No i przydarzyło mi się coś jeszcze. Poszedłem – tak się złożyło, że po raz pierwszy w życiu – pod te brzozowe krzyże i zrobiłem im parę zdjęć. A później, wiedząc, że prawdopodobnie jedyną szkolną lekturą, jaką przeczytała moja ukochana córka były Kamienie na szaniec(niektórzy wiedzą, jak to z nią jest), wysłałem jej zdjęcie grobu Rudego i Alka. A ona mi odpisała tak: „Oj, oni byli spoko”. No to jej wysłałem jeszcze jedno, z grobem Tadeusza Zawadzkiego i ona znów od razu odpisała: „O, on też był spoko”.
Dziś, w dyskusji o Powstaniu, czytam wywiad dla Rzepy z Tomaszem Bagińskim – reżyserem, który mówi, że w momencie, kiedy w Powstaniu zginęło 200 tys. ludzi, to jego w ogóle przestaje interesować kwestia, czy samo Powstanie było słuszne, czy nie. I ja uważam, że to co on mówi jest wyjątkowo mądre. I jestem głęboko przekonany, że to co mówi na temat Powstania na przykład Tadeusz Mazowiecki jest i wyjątkowo głupie i podłe. I uważam też, że słowa ‘wyesowane’ do mnie przez najmłodszą Toyahównę – pewnie niechcąco – ale też są bardzo mądre. Ale nie tylko mądre. Są też bardzo ważne, bardzo symboliczne i bardzo w tej swojej symboliczności szlachetne. I nawet jeśli tylko one miałyby stanowić zawartość i sens tego mojego dzisiejszego wpisu, to niech tak będzie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...