poniedziałek, 4 lutego 2019

Jarosław Kaczyński, czyli o zwyciężaniu na koszt przeciwnika


Już po weekendzie, a tu wciąż czeka ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety". Zachęcam jak zawsze.       


      Gdy chodzi o Warszawę, jej losy interesują mnie wyłącznie w zakresie ściśle ogólnopolskim. A zatem, jeśli w Warszawie nie zdarzy się coś, co może mieć wpływ na losy Polski, to ja wzruszam ramionami. Poza tym, pomijając „Warszawską Gazetę”, którą szanuję, oraz kilka bardzo bliskich mi osób, Warszawa równie dobrze mogłaby dla mnie zostać zmieciona przez czy to tsunami, czy inną przysłowiową dżumę. Czemu tak? Powód jest właściwie trywialny. Otóż ile razy zdarza mi się tam zawędrować, czuję wyłącznie rozczarowanie. Przede wszystkim, moje doświadczenie jest takie, że ludzie, z którymi się spotykam, są wybitnie nieuprzejmi, a wręcz niegrzeczni, a jeśli nawet nie muszę z nimi rozmawiać, to oni mi nie pasują pod względem estetycznym. Sama Warszawa zresztą jest w moim odczuciu wyjątkowo brzydka, a ową brzydotę wybitnie podkreślają te ohydne wręcz wieżowce, które ostatnio wyrastają tam jak grzyby po deszczu, skutecznie przesłaniając to co kiedyś stanowiło o oryginalności i urodzie tego miasta. Czymś wręcz symbolicznym okazała się moja niedawna wizyta w miejscu, które z samej zasady powinno zachowywać pewną klasę, a mianowicie w indyjskiej restauracji „Bollywood” na Krakowskim Przedmieściu, która robiła wrażenie klasycznej peerelowskiej speluny, tyle że z wodnymi fajkami przy każdym stoliku, jako alibi. A więc to jest dla mnie Warszawa.
       Dlatego też, kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Jarosław Kaczyński negocjował z jakimiś deweloperami postawienie w Warszawie nie jednego, ale dwóch kolejnych szklanych domów, pomyślałem sobie, że to już jest chyba bardzo dobry powód, bym stracił resztki zaufania do mojego dotychczas ulubionego polityka. Ja rozumiem słabość Kaczyńskiego do ludzi wykształconych, znających języki obce, różnego rodzaju autorytetów, to jednak żeby wpaść na pomysł z tymi szklanymi wieżami, to już chyba przesada.
       I oto kiedy tak złorzeczyłem na ten idiotyzm, zareagowała „Gazeta Wyborcza” i po raz kolejny okazało się, że Jarosław Kaczyński wyprzedza nas wszystkich o kilka długości. On, jak wszystko na to wskazuje, za przyczyną jednego zaledwie artykułu, z jednej strony pokazał nam wszystkim, jak wygląda klasyczne zwycięstwo osiągnięte w całości na koszt przeciwnika, a z drugiej zdobył serca wielu warszawian, którzy jeszcze do niedawna byli w stosunku do niego w najlepszym wypadku obojętni. Z tylu, wydawałoby się narzucających się wręcz rozwiązań, które mogłyby sprawić PiS-owi naprawdę nieliche kłopoty, wybrali redaktorzy „Wyborczej” absolutnie najgorsze. Dziś jest więc tak, że w powszechnej świadomości, Jarosław Kaczyński nie dość, że jest człowiekiem nadzwyczaj wręcz uczciwym, to jeszcze, jak się okazuje, wie, na czym polega nowoczesność i prawdziwie światowe piękno wielkich europejskich miast.
      Jak ktoś dowcipnie zauważył pewien internauta, teraz to już tylko należy czekać aż „Gazeta Wyborcza” zreflektuje się, że wybrała zły kierunek i zarzuci Kaczyńskiemu, że w nagranych rozmowach używał  knajackiego języka, mówiąc „Do stu tysięcy beczek, nie podpisze tej umowy, bo jest niezgodna z prawem”.

Gdy chodzi jeszcze o Warszawę i to co w niej ma dla mnie jakąkolwiek wartość, to muszę osobno wymienić Michała i jego sklep pod bardzo ładną nazwą Foto-Mag, w którym można kupić książki absolutnie najlepsze, w tym i moje. Serdecznie polecam. To jest tuż przy stacji metra Stokłosy.
     

1 komentarz:

  1. Sam nie przepadam za Warszawą, jest ona taka głównie z powodu tego, że nie mieszkają tu Warszawiacy (zostali unicestwieni w trakcie II WW) a ci, którzy tu obecnie mieszkają to głównie powojenni "osadnicy" i ich potomkowie i "słoiki".
    Prywatnie nie widzę szans na jakąś odmianę, no chyba, że zostanie rozebrany Pałac im. Stalina....

    Dziękuję za miłe słowa, w księgarni mam jeszcze tylko 5 sztuk "Listów od Zyty".
    Pozdrawiam
    Michał

    OdpowiedzUsuń