sobota, 18 sierpnia 2018

Czy Nonso Amadi to guano?


         Ja zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że na dziś zapowiedziałem najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” jednak bieg wydarzeń sprawił, że muszę wprowadzić pewną korektę i „Warszawską” sobie poczytamy dopiero w poniedziałek, po tym jak wrócę z Warszawy, a dziś podzielę się paroma refleksjami na temat tego, co nam przyniosło moje postanowienie, że ten blog będę powoli przekształcał w blog muzyczny. Otóż wyobrażałem sobie ów projekt w taki sposób, że ja tu na przykład napiszę coś – co zresztą, jak wiemy, zrobiłem – na temat swojego ulubionego zespołu Portishead, na co przyjdzie ktoś, kto mi napisze, że on nie lubi ani Portishead, ani całego tego ponurego nurtu, tylko wesołe country i wrzuci nam tu Johnny’ego Casha. Na to z kolei przyjdzie ktoś inny, kto zamiast Casha zaproponuje Dylana i posłuchamy Dylana. Kto inny przyjdzie i powie, że owszem Dylan jest świetny, choć jego zdaniem dopiero ostatnio, natomiast on zawsze czuł się blisko takich artystów jak Frank Zappa i puści nam Zappę. Wówczas przyjdzie ktoś kto Zappy nie zna, ale zna polską Republikę i posłuchamy Republiki. Wreszcie też okaże się, że tak naprawdę jedyną wartościową muzyką jest dawna muzyka barokowa i będziemy wzruszać sercem, względnie ramionami na Bacha. Jednocześnie przy tym wszystkim pogadamy sobie o naszych gustach, powspominamy stare czasy, poopowiadamy ciekawe anegdoty i w końcu wypowiemy nasze nadzieje co do przyszłości muzyki.
      I będziemy słuchać piosenek.
      I tu okazało się, że nic z tego. Najpierw przyszedł Valser i ogłosił, że Portishead to, jak on to lubi formułować, guano i przy pomocy paru nieśmiało wtrącających się do rozmowy komentatorów postanowił udowodnić, że ma rację. Kiedy okazało się, że czegoś wciąż brakuje, w kolejny dzień napisał Valser osobną notkę na temat tego, że Portishead to rzeczywiście syf i na to już zlecieli się wszyscy, których ja na swoim blogu zbanowałem, i ci oczywiście uderzyli w wyznaczony ton, krzycząc, że Portishead to rzeczywiście coś najgorszego i że trzeba być skończoną pałą, by tego guana słuchać. W następny dzień Valser napisał kolejną notkę, pozornie na tematy sportowe, ale wyszło na to, że Portishead jest wciąż pierwszym tematem i walenie w muzykę, którą ja, jeśli mi jeszcze wolno, lubię, jeszcze się wzmogło. I jeśli gdzieś się pojawił ktoś, kto Portishead lubi, to, jak się domyślam, nawet nie próbował się odzywać, w obawie, że zostanie natychmiast wdeptany w ziemię przez Klub Nieprzyjaciół Zespołu Portishead.
      Niby nie powinno mnie to dziwić. Tu na tym portalu, ale też w ogóle w Internecie, panuje taka moda, by najchętniej się w ogóle nie odzywać, o ile nie ma powodu, by się zapluć z szyderstwa i wściekłości. Pamiętam jak wystarczyło, że napisałem maleńki komentarz na temat tego, że lubię filmy Kubricka – a może to tylko Coryllus wspomniał, że ja mu przez telefon poleciłem jego filmy – a natychmiast rozpętała się gadka, w której zarówno Kubrick, jak i wszyscy, którzy lubią te filmy zostali zrównani z ziemią, a o samym reżyserze paru komentatorów zaczęło pisać używając imienia „Stefan”. Czy może ktoś przyszedł i powiedział, że Kubrick jest do wspomnianej doopy, natomiast bardzo dobre są filmy rosyjskie, bądź to co nakręcił Jim Jarmush? Albo że nie ma nic lepszego ponad komedie Saramonowicza? Oczywiście że nie. Przez kilka dni odbywało się tu wyłącznie walenie w „Lśnienie” i „Full Metal Jacket”, tylko dlatego, że ja powiedziałem, że one mi się podobają.
      Przepraszam bardzo, ale to jest moim zdaniem słabe, czy, jak to mawia moje najmłodsze dziecko, lipa. Proszę Was wszystkich, nie bawcie się w ten sposób. Jeśli ja w przyszłym tygodniu napiszę tu coś na temat Jimiego Hendrixa, którego lubię słuchać, a ktoś uważa, że Hendrix to oszust wypuszczony przez Brytyjskie Imperium, by mieszać w głowach jego poddanym, niech napisze, co lubi. Po prostu, niech napisze, co lubi i poda link do jakiejś fajnej piosenki. A na to niech przyjdzie ktoś inny i powie co on lubi i też nam coś zaproponuje. A jeśli się zdarzy, że ktoś tu wrzuci, jak to zrobił komentator Redpill z tym jakimś Nonso Amadi, link do czegoś, czego nikt z nas dotychczas nie znał, a co się części z nas spodoba, inni wzruszą na to ramionami, a reszta uzna że to jest nic nie warte, niech ci co pozostaną nie rozpoczynają dyskusji na temat, jakie to guana ten Amadi, a za to zaproponują choćby i Mozarta. Wszystkim nam wtedy będzie o wiele łatwiej i przy okazji nikt nie zrobi z siebie durnia.

PS Przy okazji przepraszam wszystkich przyjaciół mojego bloga toyah.pl, gdzie praktycznie dyskusji nie ma, natomiast ludzie przychodzą i spędzają miło tę drobną część dnia, że nie mam do nich żadnych uwag poza nieustającym podziękowaniem.



Moje książki są tam gdzie zawsze.


5 komentarzy:

  1. W pierwszym momencie pomyslalam, ze to specyfika internetu (te reakcje Panskich czytelnikow) ale po chwili przyszlo mi skojarzenie z zyciem realnym: otoz zamieszkalismy niedawno w nowym domu i oczywiscie odwiedzaja nas krewni i znajomi. Sposob zachowania gosci bardzo rozny i nie zawsze dla nas mily. Jedni chwala nasze realizacje, inni krytykuja, niektorzy obsmiewaja, inni w ogole nic nie komentuja, wielu udziela rad (lepszych i gorszych) a nieliczni oferuja pomoc bo sporo jeszcze trzeba zrobic.
    Takie zycie... Przeciez nie opuscimy naszego domu dlatego, ze reakcje, komentarze odwiedzajacych czasami nie sa po naszej mysli.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Tereska
      To w ogóle nie chodzi o to, że komentarze są nie po mojej mysli. Ja nawet wolę, kiedy one są nie po mojej myśli. Rzeczy w tym, żeby one coś wnosiły. Jeśli Pani pokaże komuś swoje nowe mieszkanie i zapyta co o nim sądzi, a on powie, że to jest jedyne fajne mieszkanie na świecie, a reszta to gówno, i na tym sie skończy rozmowa, to przecież nie będzie Pani zadowolona.

      Usuń
  2. Tak jakoś nieswojo się czuję w tych dziwnych, dla mnie nie wiem o co, kłótniach. Zawsze. Ale ja nie o tym chciałam. Początek będzie nudny, ale muszę. Tak się złożyło, że mój synek będzie się bronił dopiero w październiku i postanowił sobie, że sam zarobi na utrzymanie mieszkania. No niech mu tam wszystko wyjdzie po myśli, a jak nie, to rodzina czuwa. Zatrudnił się w firmie kurierskiej i wczoraj trafił na dużą paczkę dla jednej z wielu parafii. Mój synek to były ministrant, więc wie jak się zachować wobec księdza. Zatachał wielką pakę na wskazane miejsce i oberwał 5 dych od księdza. Nie chciał wziąć, ale ksiądz nie ustąpił. No to synek w te pędy zadzwonił z pytaniem, co robić. Ustaliliśmy, że jutro, czyli już dziś damy na tacę tyle co dostaliśmy plus co łaska. I parafrazując Twoją córkę: przepraszam za "Kler".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Jola Plucińska
      A ja pamiętam, ja przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, był listopad, straszny mróz a my siedzieliśmy na kartonach i próbowaliśmy się jakoś ogarnąć. I przyszła kolęda, ksiądz się najpierw pomodlił, potem na chwilę usiadł, pogadaliśmy trochę, a kiedy wychodził myśmy mu dali przygotowana kopertę. I w tym momencie on powiedział, że mowy nie ma, bo on widzi, że my jesteśmy na dorobku i poszedł. Ja również przepraszam za "Kler".

      Usuń
  3. Jeszcze zawsze może przyjść ktoś i powiedzieć że kiedyś to była dobra muzyka, nie to co teraz, teraz to właśnie jest guano :)
    A fajna piosenka to jest np. taka:
    https://youtu.be/DJbr0W8_X0k

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.