czwartek, 14 czerwca 2012

Wszystko jest poezja. Każdy jest poeta.

Moja współpraca z Coryllusem układa się tak – i to proszę sobie wyobrazić, bez jakichkolwiek specjalnych ustaleń – że on pisze o sprawach poważnych, a ja tak sobie pieprzę trzy po trzy, co mi przyjdzie do głowy. Wynika to pewnie trochę z temperamentu, ale też pewnie i z różnic w oczytaniu. Coryllus jest człowiekiem, który czyta, a ja zaledwie usiłuję sobie przypomnieć to, co przeczytałem, kiedy jeszcze miałem na takie zajęcia odpowiednie siły, i to doświadczenie jakoś wykorzystać. Poza tym, ja naprawdę – i proszę nie traktować tego mojego zapewnienia jako tępej kokieterii – inaczej nie potrafię.
Ponieważ teksty, które tu wklejam wielu osobom się podobają, a niektórym podobają się wręcz bardzo, zdarza się od czasu do czasu, że ktoś mnie zacznie namawiać, bym napisał coś poważniejszego. Na przykład powieść, albo zbiór opowiadań. A ja, choć rozumiem tę tęsknotę, bo bym sobie chętnie poczytał coś naprawdę poruszającego, napisanego ładnym językiem, a jednocześnie nie tak okropnie ulotnego jak felieton, w dodatku tak naprawdę bez początku i końca, za każdym razem odpowiadam, że to jest zwyczajnie nie do zrobienia. Przede wszystkim, ja, gdybym miał napisać coś dłuższego niż na parę stroniczek, bym się zwyczajnie w tym pogubił – i to zarówno jak idzie o formę, jak i o treść. No a poza tym, z opowiadaniem historii sprawa jest naprawdę bardzo poważna. Niemal tak poważna jak z robieniem poważnych filmów, które mają się nam zachować się w pamięci i wołać o ponowne obejrzenie. To nie może być więc tak, jak kiedyś zdarzyło mi się przeczytać w wywiadzie-rzece chyba z reżyserem Filipem Bajonem – to zresztą, biorąc pod uwagę fakt, że oni są wszyscy równie wybitni, akurat jest bez znaczenia – który opowiadał, że to jeden z jego filmów powstał w taki oto sposób, ze on wracał nad ranem samochodem z jakiejś imprezy, w pewnym momencie zatrzymał się na tak zwane sikanie, no i kiedy tak sikał, spojrzał na ów poranny krajobraz i on go tak nakręcił, że on w tej sprawie zrobił swój kolejny film.
Jak mówię, dziś praktycznie nic nie czytam, ale kiedy to robiłem, byłem w stanie nieustannego podziwu dla wielkości niemal każdego z nich. Czy to był jakiś Musil, czy Czechow, czy Lowry, czy Dahl, czy Canetti, czy choćby owi przeróżni Amerykanie, ja aż drżałem z owego podziwu i wiedziałem, że tu nie ma w ogóle o czym dyskutować.
I odwrotnie. Zdarzało mi się czytać – przyznaję, że zaledwie fragmenty – takich mistrzów współczesnej powieści, jak Kuczok, Pilch, czy ta Masłowska, i też wiedziałem jedno. Że gdyby mnie coś podkusiło, by się wziąć za pisanie powieści i napisałbym coś takiego, to bym ze wstydu zwyczajnie zwariował. Ktoś mi powie, że niepotrzebnie się tak unoszę, bo sam ostatnio parę razy pisałem o tym, że mainstream jest do niczego. Że trzeba czytać autorów niszowych, bo dopiero prawdziwy underground daje prawdziwe efekty. No ale, przykro mi to mówić, ale tu też nic z tego. Czy uznamy za niszę Bronisława Wildsteina, czy blogera podpisującego się Free Your Mind – tu jest jeszcze gorzej. Naprawdę. Daje słowo. Tu jest jeszcze gorzej. Ja miałem okazję zapoznać się z fragmentami sztuki powieściowej FYM-a i to jest po prostu coś, na co mi brakuje słów. I proszę mi uwierzyć, że ja w żaden sposób nie sugeruję, że sam bym od niego napisał coś mądrzejszego – choć kto wie? kto wie? – jest bowiem całkiem prawdopodobne, że moja powieść byłaby jeszcze gorsza. Tyle że ja właśnie przez to, nie widzę takiej możliwości, bym się kiedykolwiek miał brać za powieść.
Słyszę jednak opinie, że może faktycznie Kuczok i Pilch są do niczego, że to jest normalne towarzystwo okolic Wuborczej, i że trzeba próbować innych autorów, już nie tak celebrowanych, a mimo to naprawdę świetnych. I oto w ten właśnie sposób wpadła mi w ręce książka kogoś kto nazywa się Marek Krajewski, zatytułowana „Rzeki Hadesu”. Z zapowiedzi na okładce wynika, ze szansa jest, choćby z tego względu, że ów Krajewski, co by o nim nie myśleć, jak dotychczas, przynajmniej nie dostał wciąż jeszcze nagrody Nike. Poza tym, proszę posłuchać: „ur.1966 – pisarz, filolog klasyczny. Przez wiele lat prowadził na Uniwersytecie Wrocławskim zajęcia, z których zrezygnował, by poświęcić się wyłącznie pisaniu książek. Autor bestsellerowych powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim. Ich przekłady ukazały się w dziewiętnastu krajach”. No a później jeszcze nagrody i tytuł „Ambasadora Wrocławia”.
Czytajmy więc: „Kilka dni wcześniej Popielski siedział rozparty jak pasza w garderobie Szaniawskiego i przypatrywał się dziennikarce pani Kazimierze Piechowskiej. Wyglądała tak jakby pozowała do obrazu Podkowińskiego Szał uniesień. Była pulchna, piegowata i ogniście rudowłosa. Miała cudownie jasną karnację, która w Popielskim budziła największy niepokój i pożądanie. Zastanawiał się bowiem od samego początku, jak mocno kontrastowałaby skóra jej pośladków z jego ciemnymi lędźwiami i udami”.
Rozumiemy się, mam nadzieję. Oto człowiek wykłada na uniwersytecie filologię klasyczną, i w pewnym momencie ogarnia go tak silny niepokój twórczy, że postanawia rzucić cały ten interes i poświęcić się wyłącznie pisaniu książek. No i efektem tego jest stworzenie postaci Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego, sprzedanie tego w dziewiętnastu krajach, no i to honorowe ambasadorowanie dla Wrocławia. No i skóra pośladków. Na tle ciemnych lędźwi. Przepraszam bardzo, ale tak to ja nie chcę. Nawet jeśli uznać, że ja lepiej od tego Krajewskiego wiem, jaką funkcję w zdaniu pełni spójnik „bowiem”. Nawet jeśli te lędźwie i skóra pośladków miałyby sprawić, że ja bym się mógł każdego dnia spokojnie budzić, nie martwiąc się już nigdy o los mojej rodziny. Za takie coś, ja serdecznie dziękuję.
Ktoś mi powie, że w tej sytuacji, to jest już mój problem. Jak chcę, mogę się męczyć i tłuc te felietony o niczym, i mieć jednocześnie satysfakcję, że one są takie świetne. I zgoda. To jest mój problem. Ale lędźwi nie będzie.
Proszę sobie wyobrazić, że przez ostatnie trzy dni, na numer konta, który pomaga nam jakoś ciągnąć, nie przyszedł nawet jeden skromny grosik. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że jest to w znacznym stopniu znak tego co się dzieje poza tym blogiem i w ogóle poza tym, co ja jestem w stanie objąć tym swoim jednym skromnym talentem. Ale ponieważ jest jak jest, bardzo proszę, jeśli ktoś ma coś wolnego, proszę pamiętać i o nas. A ja obiecuje, że wprawdzie powieści nie będzie, natomiast jesienią wydam coś, co będzie bardziej przypominało historię o labradorze, która ku mojej autentycznej satysfakcji, zrobiła na wielu bardzo dobre wrażenie. Mam już – włącznie z nią – już pięć rozdziałów. Dziękuję.

2 komentarze:

  1. Przeczytałem jedną, no nie nazwę tego powieścią, niech będzie książkę tego Krajewskiego. To zboczeniec i do tego grafoman. A tego syfu, który wytwarza nie da się normalnie czytać.
    To było o tym drugim, mośku czy jakoś tak. Ale tekstów o pośladkach i nie tylko było aż nadto.

    OdpowiedzUsuń
  2. @karakuli
    myślę, że szkoda było czasu. A może i pieniędzy? Niestety , mam wrażenie, że nasze, tak bogate księgarnie, wypełnione są w 90%właśnie takim badziewiem.Wystarczy popatrzeć na te straszne okładki.... Omijam z daleka.

    OdpowiedzUsuń