piątek, 8 stycznia 2010

This is not a love song!

Od paru dni chodzi mi po głowie piosenka Boba Dylana You’re A Big Girl Now. A właściwie sam jej początek „Our conversation was short and sweet/It nearly swept me offa my feet/Now, I’m back in the rain/While you are on dry land/You made it there somehow/You’re a big girl now!” Tak to chyba było. Dlaczego Dylan i dlaczego akurat to? Dylan – ponieważ on akurat zawsze jest dobry do skojarzeń i dobrze w ucho (i w pamięć) wpadają pewne jego bon moty. A ta akurat piosenka – bo to jest smutna piosenka, a dziś nic nie wskazuje na to, żebym sobie miał choćby raz zażartować. Nie ma bowiem na to najmniejszych powodów. Zrobiło się serio jak cholera.
Cóż więc takiego zwaliło mnie z nóg? Komu i co uszło na sucho? Kto może się pochwalić, że tak nam urósł? Przedwczoraj zobaczyłem w telewizji ludzi ciężko chorych na raka, których wraz z rozpoczęciem nowego roku pozbawiono nagle możliwości leczenia przy pomocy chemioterapii. Oczywiście wiem, że dziennikarze potrafią wiele i że to wiele nie ogranicza się wyłącznie do nieustannego pokazywania zakrwawionej twarzy premiera Berlusconiego, ale te ich umiejętności sięgają znacznie dalej. Nie zmienia to jednak faktu, że widok płaczących osób, którzy własnie się dowiedzieli, że mają ze swoimi nowotworami iść do domu, bo NFZ nie dał pieniędzy, czy może dał, ale nie im i nie teraz i nie tu, robi wrażenie nawet jeśli wiemy, że za tym stoi fachowa dziennikarska robota. Jeśli jednak ktoś jest chory na raka, i jego choroba jest na tyle zaawansowana, że lekarze muszą mu podawać tak zwaną ‘chemię’, to sama ta wiadomość może być wystarczająco przygnębiająca. Jeśli na dodatek dowiadujemy się, że ktoś kto jest w tak marnej sytuacji zostaje od tej chemii odłączony na zasadzie: „przyjdź pani innym razem”, to do tego, by poczuć lekki zawrót głowy, nie trzeba nawet telewizji. Wystarczy minimum wyobraźni. No a tu, postawiono jeszcze te kamery i każdy kto chciał, mógł sobie wszystko dokładnie zobaczyć. I dalej już tylko się można zadumać.
Kolejny dzień przyniósł kolejne wrażenia. Najpierw odpowiedzialni urzędnicy wykonali dwa gesty, które trzeba jakoś nazwać, tyle że słowo ‘szokujące’ tu jest zbyt łagodne. Część z nich powiedziała, żeby nie zawracać głowy, bo to tylko 150 osób, więc nie bardzo jest o co podnosić krzyk, a część nabrała wody w usta i postanowiła sytuację przeczekać. Przynajmniej do czasu aż się coś dobrego wymyśli. Następnie, kiedy już to co było do wymyślenia, wymyślono, pojawił się sam premier i ogłosił, że jest oburzony, że swojemu urzędnikowi za to co się stało, nie wypłaci pensji za styczeń, no i przez najbliższe dwa tygodnie będzie mu patrzył na ręce.
I przyszedł dzień dzisiejszy i nowa wiadomość. Otóż, jak się okazuje, pięć lat temu gdzieś w Polsce pewien chłopak, widząc że jacyś trzej bandyci zaczepiają kobietę, zainterweniował i został przez to tak dotkliwie pobity, że dziś jest uruchomiony w inwalidzkim wózku, bądź w łóżku i… patrzy i się trzęsie. Też pokazała to zawsze i wszędzie obecna telewizja i wszyscy mogliśmy ujrzeć tego dziś już młodego mężczyznę, jak siedzi, patrzy i drży. Okropnie drży. Bywa. Różne są choroby, różne dolegliwości, różne w końcu efekty zwykłego pobicia. Tu jednak chodzi o coś więcej. Okazuje się otóż, że owi trzej bandyci, którzy pięć lat temu doprowadzili niegdysiejszego chłopca do dzisiejszego stanu, chodzą wciąż, jak to mówią, ‘po wolności’. Okazuje się, że od paru lat, czyli od czasu gdy sąd unieważnił wyrok wydany w tej sprawie i proces musiał się rozpocząć od początku, proces rozpocząć się nie może, bo sędzia wyznaczona do prowadzenia tej sprawy jest na nieustannym zwolnieniu, a prezes sądu ma inne sprawy na głowie. Dziennikarze TVN-u rozmawiali z matką okaleczonego mężczyzny, a myśmy mogli zobaczyć wyłącznie bezradność. I jeszcze coś. Polskę mianowicie.
Tu też wiem, że media potrafią wszystko. Potrafią na przykład z czegoś zwykłego i nieistotnego zrobić wydarzenie. I odwrotnie. Z czegoś co jest ważne i poważne – zrobić coś co nie ma w sobie nic nawet godnego zapamiętania. Ten mężczyzna – kiedyś chłopak – autentycznie jednak siedział i drżał, a na drzwiach sali sądowej wisiała autentyczna kartka z napisem: „Rozprawa odwołana”. No i te pięć lat. Może nie całkiem pięć. Może dziennikarze przesadzili. Może tylko cztery i pół. Ale jednak chyba nie dwa i nie trzy. Bandytów nie pokazali. I to, jak się zdaje, nie dlatego że siedzą. Ale i tego nie trzeba pokazywać. Wystarczy mieć wyobraźnię i wiedzieć.
A ja mogę sobie – owszem – wszystko bardzo dobrze wyobrazić. I to i tamto. Czyli i siebie, lub – lepiej jeszcze – swoje dziecko lub żonę, umierających na raka i liczących (o tyle o ile można jeszcze liczyć) na poprawę, kiedy dowiadują się, że jeszcze nie dziś, bo dziś są jakieś kłopoty i proszę przyjść jutro, a najlepiej pojutrze. Albo najlepiej zadzwonić. I mogę sobie wyobrazić siebie, lub – może lepiej – mojego syna, jak siedzi unieruchomiony w wózku inwalidzkim i potrafi tylko drżeć, bo kiedyś strzeliło mu do głowy, żeby zainterweniować w sytuacji, gdzie należy tylko wiać gdzie pieprz rośnie. I potrafię sobie wyobrazić, jak przychodzę po raz siódmy, ósmy i piętnasty na rozprawę, która ma mi dać sprawiedliwość i zastaję kartkę z nabazgranym napisem, że mam przyjść kiedy indziej. A kiedy, to się dowiem w swoim czasie. Więc to umiem sobie wyobrazić. I chce mi się wrzeszczeć. Bo biorę pod uwagę, że ja w tej sytuacji mógłbym zacząć robić rzeczy, za które nasze państwo mogłoby mnie posadzić na długie lata. I to zdaje się szybciej i bardziej skutecznie, niż darzyło mu się zadziałać tutaj.
Bo to jest własnie moja Polska w roku 2010. I właściwie kompletnie nie wiadomo co można zrobić. Bo sytuacja jest taka, że jeśli się choćby rozejrzeć dookoła, to wszystko – a w tym i ci pacjenci i ten trzęsący się młody człowiek – jest wyłącznie elementem naszej bieżącej politycznej i zwykłej ludzkiej historii. Albo nawet – co już tu wspomniałem – zaledwie fragment medialnej dla tej historii oprawy. Nie można więc ani pokazać palcem na winnych temu co się dzieje, ani nawet na tych, którzy pozostają w tej sprawie całkowicie obojętni. Nie można nawet spróbować o tym dyskutować, bo nagle się okazuje, że to jest czysta polityka. A kto to widział, żeby wykorzystywać tak bardzo pojedyncze, choć – przyznajemy – przykre przypadki, do bieżących politycznych porachunków? No i wreszcie, kto jest winny, niech rzuci kamieniem. Nie wolno nawet wrzeszczeć. A co dopiero kląć! Kląć nie wypada, a więc i nie wolno. Bo to już by było chamstwo. I niegrzeczność. I brak kultury.
Przedwczoraj widziałem twarze płaczących, lub nie płaczących, ale baaaaaardzo bezradnych ludzi, którzy i tak już udręczeni tą chemioterapią, usłyszeli, że to już raczej koniec, bo wraz z nowym rokiem przyszły nowe czasy. A raczej stare nabrały nowego rozpędu. I umiem sobie całą resztę wyobrazić. I dziś widziałem tę matkę i tego jej syna, jak się trzęsie na tym swoim wózku i tę kartkę na drzwiach z wykaligrafowaną informacją, że z powodu choroby sędzi, rozprawa się nie odbędzie. I te pięć lat. I zastanawiam się, po ilu latach przedawnia się zwykłe chuligańskie pobicie. I też, cała tę resztę, umiem sobie pięknie wyobrazić. I czuję się fatalnie. Bo to jest własnie moja Polska w rękach ludzi już tylko bezczelnych.
I już nie myślę ani o Niesiołowskim, ani o Tusku, ani o Karpiniuku, ani o Piterze. Ale też już nie myślę o tym, co dziś słychać na pierwszej stronie Salonu i z jakimi to nowymi żartami na temat szczęśliwie już nam minionych rządów Ziobry i Kamińskiego przyszli wybitni publicyści z Krakowa, Poznania, czy Szczecina. Nie myślę ani o nich, ani o tamtych, i czuję, że jestem tu kompletnie samotny. Bo tak naprawdę i tamci chorzy, którzy mieli tego pecha, że to ich wybrała ta straszna choroba, i ten dzisiejszy biedak, który przed pięcioma laty okazał się tak okropnie naiwny, a dziś polskie państwo pokazało mu, jak bardzo jest nikim, są zaledwie drobnym odpryskiem w tej walce, która się toczy od dobrych paru lat i w której przecież sam biorę udział. Polska jest dziś zajęta sprawami, które są już wyłącznie bieżące, które trwają maksymalnie dwa dni i z których każda jest dokładnie tak samo ważna jak ta poprzednia i ta następna. I bez względu na to, czy owa sprawa jest zabawna, czy smutna, czy wzruszająca, czy może zatrważająca, albo słodka, lekka i łatwa – każda z nich trwa maksymalnie dwa dni i tylko przez te dwa dni wzbudza zainteresowanie.
I bardzo się dziś chciałbym skupić na tych chorych z przedwczorajszego dnia i na tym dzisiejszym człowieku drżącym na swoim wózku, bo wiem, że z całą pewnością i ja za parę już dni będę miał coś nowego do rozmyślania. I też będę się martwił, czy cieszył czymś o czym jeszcze dziś nie wiem. Bo to są właśnie takie czasy. I to jest własnie moja Polska w tych czasach. Więc chcę dziś bardzo mocno myśleć o nim i – żeby było łatwiej – nie o tamtych ludziach, lecz o tamtej kobiecie, która płakała, bo nie wiedziała co teraz z nią będzie.
Ale mogę jeszcze znaleźć w sobie coś więcej. Mianowicie ten gniew. Skierowany bardzo konkretnie. I tę nienawiść, która – tu jestem bardzo tego pewien – jest nienawiścią bardzo twórczą i bardzo ożywczą. Nie będę wrzeszczał. Nie będę klął. Bo nie wolno. Ale będę w sobie podsycał tę nienawiść. Bo to jest dobra nienawiść. I będę sobie słuchał tego Dylana. I powtarzał: Tym razem jeszcze jakoś się wam udało, i stoicie na suchej ziemi. Jakoś się wam udało. I to już nie będzie piosenka o miłości.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.