środa, 17 czerwca 2009

Yeah, I speak!

Jak niektórzy wiedzą, żyję z tego że uczę języka angielskiego. Co to oznacza? Dokładnie nic. W najlepszym wypadku tylko tyle, że znam język angielski lepiej niż większość moich znajomych. To jest wszystko. Fakt znajomości języka angielskiego i umiejętność posługiwanania się nim na jakimś tam poziomie, nie czyni mnie ani kimś lepszym, ani mądrzejszym, ani bardziej godnym szacunku, niż ktoś, kto tego języka zwyczajnie nie zna. Pewnie również z tego powodu, nie za bardzo tym językiem tu popisuję. Jest jednak coś, z czego – znając ten język na poziomie, że tak to ujmę, profesjonalnym – bardzo się cieszę. Mam tu na myśli poczucie, jak to wszystko właśnie jest, z jednej strony, nic nie warte, a z drugiej, złudne. Znając język angielski w stopniu niemal wystarczającym, wiem, jak cenne jest to, że mogę pozwolić sobie na to, by w tym właśnie zdaniu, z czystym sercem i pełnym spokojem, umieścić słowo „niemal”.
To wszystko, co wyżej opisałem powoduje jeszcze jeden efekt. Ja reaguję uczuleniowo na wszelkie szyderstwa pod adresem ludzi nieznających języka angielskiego, powodowane tylko tym, że oni tego języka nie znają. Owszem, kiedy ktoś – posługując się językiem na poziomie mieszkańca chicagowskiej dzielnicy o słodkiej nazwie Jackowo – przy byle okazji podkreśla, że to co on ‘posiada’, to angielski „płynny”, to ja skorzystam z każdej okazji, żeby go tępić. Podobnie, kiedy ktoś, w pełnym przekonaniu, że angielskie słowo delete wymawia się „dilejt” i że Amerykanie mówią do siebie na ‘ty’, jednocześnie załamuje ręce nad tym, jak to inni angielskiego nie znają, to ja jestem w każdej chwili gotów kogoś takiego wyszydzić. Poza tym – nie. Poza tymi wszystkimi smutnymi lanserami, ja nie widzę najmniejszego powodu, żeby się przejmować czyjąś znajomością – lub jej brakiem – języka angielskiego. Wręcz przeciwnie, raczej skłaniam się ku temu, by czuć podziw, że w ciągu tych dwudziestu lat nowej Polski tak wielu ludzi tak dobrze zaczęło sobie radzić z czymś, co dla mnie – kiedy byłem w ich wieku – stanowiło taki problem.
Dostaję więc jasnej cholery na wszelkie prokurowane przez strasznie przemądrzałych redaktorów z telewizji, czy z prasy, prowokacje, mające na celu pokazanie osobom równie zakompleksionym jak oni sami, jak to najróżniejsi politycy nie znają języków obcych. W sejmowym korytarzu jakiś zezowaty reporter zaczepia któregoś z posłów, ruską angielszczyzną zagaduje człowieka, i ani przez moment nie jest mu wstyd, że dokładnie w tej samej chwili robi z siebie tak strasznego idiotę. Redakcja ważnego tygodnika wysyła na łowy któregoś ze swoich reporterów, żeby przebadał grupę polityków pod kątem znajomości angielskiego, a ja tylko sobie mogę wyobrazić te wszystkie stęknięcia, niezgrabności, i najbardziej trywialne błędy, których on sam nie jest w stanie uniknąć, ale o tym nie wie, bo jest tylko zwyczajnym, zarozumiałym bucem.
Pisałem już o tym w tym miejscu przy okazji kuriozalnego tekstu Ernesta Skalskiego, w którym ten – występując właśnie z pozycji typowego, zakompleksionego jak nie wiem co inteligenta – plótł jakieś farmazony o tym, jak to w dzisiejszej kulturalnej Polsce bez znajomości języka obcego, nie sposób osiągnąć nawet tego najniższego szczebla kariery. A wszystko oczywiście w kontekście znanego już wszystkim ‘pisowskiego obciachu’. Przed chwilą młody Toyah pokazał mi w komputerze, redaktora Knapika, gdy ten przepytuje Marka Migalskiego, najpewniej chcąc wszystkim z radością pokazać, jak to Migalski w krótkiej wypowiedzi zrobił aż trzy błędy. Rzeczywiście, ubaw na cztery fajerki! Tyle tylko, że zanim Knapik zaczepił Migalskiego, to zapewne cały poprzedni wieczór uczył się swojej kwestii na pamięć, a ja bardzo bym chciał znać jego numer telefonu, zadzwonić do niego, kiedy z kumplami z redakcji w swoim ogródku sobie spokojnie grilluje i trochę się jego kosztem pobawić.
Ale tak to już jest. Żyjemy w świecie kompleksów i bufonady. W świecie, w którym zawsze musi być coś, co głupi ludzie lansują, jako piękne, podczas gdy jest brzydkie, mądre, podczas gdy jest głupie, ważne, gdy jest kompletnie nieistotne. I niestety, często jest też tak, że wiele umysłów jest tak zaskorupiałych, że nie ma takiej siły, która tę skorupę byłaby w stanie rozbić. Nie ma takich słów i takich argumentów. Kiedy rozlegnie się już ten szczególny rechot, sytuacja robi się naprawdę poważna. Ale, na szczęście, słowa Abrahama Lincolna o tym, ze nie da się nabierać wszystkich zawsze, nigdy nie tracą na ważności. Dziś w najnowszym Wproście, tym samym Wproście, który stoi na czele krucjaty przeciwko polskim politykom za ich językowe braki, czytam felieton Marka Króla, jak się domyślam intelektualisty i Europejczyka. Król pisze tak: „Kiedy zapytasz Polaka ‘How do you do?’, masz kilka sekund, by zmienić temat rozmowy. Jeśli się nie uda – ostrzegał jeden z tzw. polish jokes – to będziesz tego żałował do końca zycia. Polak, zamiast odpowiedzieć ‘OK.’, jak nakazuje zwyczaj, zakatuje pytającego opowieściami o wszystkich nieszczęściach, które go spotkały.” Bardzo mi się ten fragmencik spodobał. Uważam, że trzeba naprawdę niemało, żeby w czymś, według najbardziej oczywistych standardów, trywialnym i zupełnie bezpiecznym, popełnić aż trzy błędy językowe.
A teraz zagadka. Nie do czytelników tego bloga.. Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, ze akurat oni znają angielski na tyle, żeby się nie przejmować drobiazgami.
Redaktorze Knapik, znajdźcie no mi tu te błędy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz