sobota, 23 lipca 2022

Czuły narrator nie dla idiotów

 

       Podczas eventu o nazwie Festiwal Góry Literatury, organizowanego w miejscowości Nowa Ruda doszło do rozmowy jednego ze 157 tysięcy współczesnych polskich pisarzy, niejakiego Jerzego Sosnowskiego, z naszą najświeższą noblistką, Olgą Tokarczuk, podczas którego rzeczona Tokarczuk powiedziała co następuje:

Powiedzmy sobie szczerze – literatura nie jest dla idiotów. Ja nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy. Wcale nie chcę, żeby szły pod strzechy. Literatura nie jest dla idiotów, żeby czytać książki, trzeba mieć jakieś kompetencje, wrażliwość pewną, rozeznanie w kulturze. Książki, które piszemy, są gdzieś zawieszone, zawsze się z czymś wiążą. Nie wierzę, że przyjdzie czytelnik, który kompletnie nic nie wie i nagle się zatopi w jakąś literaturę i przeżyje tam katharsis. Więc piszę swoje książki dla ludzi inteligentnych, którzy myślą, którzy czują, którzy mają jakąś wrażliwość. Uważam, że moi czytelnicy są gdzieś do mnie podobni. Piszę do swoich krajanów”.

        Wypowiedź Tokarczuk robiła przez kilka dni pewną karierę w Sieci, wywołując generalnie reakcje bardzo negatywne – i to co ciekawe również w środowisku wspomnianych wyżej „krajanów”, gdzie z jednej strony zarzucono pisarce „klasizm” oraz „elitaryzm”, a z drugiej deklaracje, że skoro tak, to od tej chwili przyznawanie się do czytania książek jest ciężkim obciachem. No, na tej prostej zasadzie, że w momencie gdy pojawia się przekaz, że na Bali, czy w Tanzanii miejsca dla idiotów nie ma, a jeśli ci chcą się odchamiać, nich pierdzą na plażach Władysławowa, to każdy wrażliwy człowiek tego typu egzotyczne wyjazdy skreśla z automatu.

      Mnie osobiście wypowiedź Tokarczuk bardzo zainteresowała, a to z dwóch względów. Przede wszystkim, ja na tę szczególną kobietę mam oko od czasu gdy w ramach odpowiedniej kwerendy zajrzałem do jej ostatniego arcydzieła „Księgi Jakubowe” i zapisałem pierwsze jego zdanie: „Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną”. Zdanie to zrobiło na mnie takie wrażenie, że poświęciłem mu cały felieton, a jednocześnie przekonało do opinii, że pisarz z Tokarczuk jest jak z koziej dupy trąba. Więc to po pierwsze. Drugi powód dla którego na Olgę Tokarczuk mam oko, to to że ja wciąż to tu to tam obserwuję ludzi czytających jej książki, a każdy z nich już na pierwszy rzut oka wygląda na takiego, który spełnia przedstawione przez samą pisarkę na wydarzeniu w Nowej Rudzie wymagania: są to bowiem osoby o „jakichś kompetencjach, wrażliwości pewnej, rozeznaniu w kulturze”, ludzie „inteligentni, którzy myślą, którzy czują, którzy mają jakąś wrażliwość”. Krótko mówiąc, ludzie, którzy nie mają i nie życzą sobie mieć nic wspólnego z tymi, o których niedawno na tym blogu wspomniałem, a którzy tego lata jeżdżą sobie pociąiem między Władysławowem a Helem i są tacy szczęśliwi. Spotykam, co ciekawe głównie kobiety, czytające książki Olgi Tokarczuk i myślę sobie, kim dla nich jest Olga Tokarczuk, no a ostatnio również, kim one są dla niej.

      Przeczytałem więc wypowiedź Olgi Tokarczuk o tym, że jej marzeniem, a jednocześnie, jak rozumiem, przekleństwem, jest być artystą niszowym i od tego stanu nie ma odwrotu z tej prostej przyczyny że większość społeczeństw to idioci, którzy nie dość że nie są w stanie zrozumieć, co pisarz ma do przekazania, to jeszcze najpewniej są grubi i brzydcy. I jak mówię, powszechny odzew był niemal całkowicie negatywny. Z jednej strony zareagowała część z pozostałych 157 tys. autorów, zapewniając że oni mają szacunek dla czytelnika, nawet tego głupiego, z drugiej cała kupa wszelkiej maści lewactwa oburzonego na ów niedopuszczalny akt wspomnianego „klasizmu”, a z trzeciej jeszcze zwykłych miłośników literatury, szczerze przekonanych że oni, choć książek Tokarczuk nie cenią, to książki, w tym te uważane powszechnie za ambitne, jak najbardziej czytają i czerpią z tego przyjemność.

      A ja przyglądam się owej eksplozji zidiocenia – właśnie, zidiocenia – i mam do zakomunikowania dwie rzeczy. Pierwsza z nich to ta że ja od wielu już lat książek nie czytam, bo wszystko co mi było potrzebne do życia już dawno przeczytałem i więcej mi nie trzeba, a poza tym od czasu gdy zauważyłem, że wokół mnie czym większy idiota tym bardziej eksponuje swoją miłość do książek, nie uważam by mi było potrzebne pchanie się do tego towarzystwa. Gdy chodzi o tzw. sztukę, wystarczą mi filmy, muzyka i malarstwo, a więc coś co przeciętnego konsumenta literatury raczej nie interesuje. Druga natomiast refleksja płynąca z wystąpienia Olgi Tokarczuk to ta – a moim zdaniem dla nas najbardziej istotna – to ta, że ona znalazła się w czymś co można brzydko określić finasową dupą. Jak znam życie, pieniądze jakie dostała od wydawnictwa za napisanie „Ksiąg Jakubowych” już przeżarła, podobnie się powoli dzieje z kasą za Nobla, i ona, widząc że rynek jej najwyraźniej nie potrzebuje, wpadła w panikę i ogłosiła co następuje: „Ja nie piszę dla motłochu”. I to jest dobra wiadomość, bo skoro już ma być tak jak jest, to już lepiej czytać Mroza.



 

 

poniedziałek, 18 lipca 2022

O kranie z wodą zimną, letnią, ciepłą lub gorącą - do wyboru

 

    Miniony tydzień spędziliśmy na Półwyspie Helskim, z noclegiem w Kuźnicy, spacerami plażą do Jastarni, a stamtąd do Juraty, wożeniem się do Helu i z powrotem pociągiem i muszę powiedzieć że mimo iż jeździmy tam od wielu już lat i że tym razem pogoda, ze względu na silne bardzo wiatry, była niekiedy dość męcząca, takich tłumów jak w tym roku dawno nie widzieliśmy. Nie widzieliśmy też tylu ludzi – starych, młodych, dzieci, rodzin z dziećmi i bez – mimo że, tak jak to ostatnio wszyscy mamy okazję obserwować, ceny poszły bardzo mocno w górę. Nie pamiętam też by pociąg między Gdynią a Helem był tak bardzo i stale zatłoczony. W ogóle nie pamiętam bym od czasu PRL-u miał okazję jeździć pociągiem w takim ścisku, że część osób zostawała na peronie, czekając na kolejny. Nie pamiętam by w pociągach było tak starsznie dużo ludzi, że w większości przypadków konduktorzy nawet nie próbowali sprawdzać biletów. Nie pamiętam by liczne restauracje w Helu, Juracie czy Jastarni były tak pełne klientów, że często trudno było znaleźć stolik. Restauracja „Przetwórnia” – być może najlepsza z nich wszystkich – w Kuźnicy była każdego dnia od śniadania do kolacji tak pełna, że o stolik trzeba było walczyć.

        A to wszystko – powtarzam – mimo dwucyfrowej inflacji i, jak często słyszymy, dramatycznego zubożenia polskich rodzin i wciąż powracających ostrzeżeń, że od września znaczna część dzieci w szkołąch będzie chodzić głodna.

        Ktoś powie, że ci co mają pieniądze, to sobie jeszcze jakoś tam używają, natomiast zwykli ludzie, tacy jak my, coraz częściej zostają w domu w oczekiwaniu na lepsze czasy. W tym momencie zatem wypada mi powiedzieć, jacy to ludzie spędzali z nami ten tydzień na Półwyspie. Zdaję sobie sprawę z tego, że ocenianie tak zwanej pozycji społecznej po wyglądzie może być zwodnicze, ale ponieważ nie mieliśmy okazji się z nikim zaprzyjaźnić, nie pozostaje mi nic innego jak jednak jakąś tam analizę zaproponować. Otóż osób demonstrujących swoją pozycję, czy to przy pomocy ekscentrycznych zachowań, czy typowej bardzo prezencji – mam nadzieję że czytelnicy tego bloga wiedzą, o czym mówię – było stosunkowo mało. Dość powiedzieć, że okolice niesławnego hotelu „Bryza” w Juracie, podobnie zresztą jak sam hotel, ziały pustkami. Mijaliśmy ową „Bryzę”, z całą jej wystawą, i tam nie było żywej duszy. Tłumy w restauracjach, na ulicach i na plażach to byli albo ludzie, o których poziomie zamożności trudno byłoby cokolwiek powiedzieć, albo – i to w zdecydowanej większości – typ, któremu w latach 2016 i następnych liberalne elity oraz reprezentujące je media poświęcały taką ilość szyderstw, że nadejdzie, w co mocno wierzę, kiedyś czas, gdy przyjdzie im za to zło odpowiedzieć. Ludzie, którzy spędzają tegoroczne lato nad morzem to w przeważającej części ci, którym swego czasu tygodnik „Newsweek” poświęcił okładkowy tekst, a Agata Młynarska stwierdziła, że ona już się boi jeździć nad polskie morze ze strachu przed szokiem estetycznym, którego ona nie zniesie. A mnie już pozostaje tylko zgadywać, dlaczego juracki hotel „Bryza” i, jak sądzę, parę innych swego czasu popularnych miejsc, tak słabo znoszą aktualny czas i skąd się bierze owa nieznośna wręcz niechęć elit do polityki społecznej Prawa i Sprawiedliwości.

       Ktoś mi oczywiście pewnie zarzuci, że ja to wszystko zmyśliłem, zwłaszcza że, jak sam przyznałem, jest drogo i coraz drożej i trudno sobie wyobrazić, żeby ludzie, którzy są głównymi odbiorcami programów rządu Mateusza Morawieckiego, mogli sobie pozwolić na obecne ceny. Otóż myśmy akurat sobie pozwolili, a skoro my, awięc nauczycielka i emerytowany nauczyciel, to nie widzę powodu by uznać, że oni wszyscy na te swoje urlopy musieli się zapożyczyć w bankach. Nawet gdybym dotychczas uważał, że wciąż większość społeczeństwa z trudem wiąże koniec z końcem, to po tym tygodniu nie mam najmniejszych wątpliwości, że zdecydowana większość z nich sobie radzi znakomicie, do tego stopnia że ich stać na to, by przyjechać na tydzień do Jastarni, wynająć pokój i bez specjalnej potrzeby oszczędzania, spędzić miło czas. Zupełnie na marginesie może dodam, że właśnie we wspomniałej Jastarni trafiliśmy na restaurację, gdzie oferowano pełny zestaw obiadowy (rosół, kotlet schabowy plus kompot) w cenie 35 zł.

       Po co o tym wszystkim piszę? Oczywiście pierwszy powód to ten by pokazać, że poziom życia w Polsce w ciągu minionych siedmiu lat podniósł się w sposób zupełnie bezprecedensowy. Bezprecedensowy do tego stopnia, że nawet przy obecnym kryzysie, mimo że go oczywiście mniej lub bardziej wszyscy odczuwamy, mamy wystarczająco dużo zapasów cierpliwości, by nam starczyło na długie lata. Ale jest jeszcze coś. Otóż owa antypolska propaganda, przy pomocy której jesteśmy każdego dnia tak strasznie atakowani, dziś skupiająca się niemal wyłącznie na straszeniu nas nieuchronną nędzą, musi ponieść porażkę. Niedawno przez społeczne media przeleciało zdjęcie – natychmiast zresztą odpowiednio wyśmiane – rachunku jakie dwie panie dostały z kolację w zakopiańskiej „Karczmie przy młynie”. Proszę popatrzeć:

 


 

        Ja nie wiem, czy owe kobiety, to wszystko co tam jest wypisane zjadły, czy większość kazały sobie spakować, czy może złożyły to zamówienie za pieniądze, które otrzymały w ramach specjalnej misji. Wiem natomiast że jeśli ktokolwiek – a wierzę, że są wśród nas i tacy – dziś jeszcze traktuje ten wygłup na serio, to z owego antypisowskiego stresu do jesieni przyszłego roku dostanie takiego pomieszania zmysłów że straci podstawowe zdolności wyborcze.

       A jeśli z kolei jest tu wśród nas ktoś, kto bardzo by pragnął wyjechać nad morze, ale telewzja TVN go skutecznie przestraszyła, niech spojrzy na jeszcze jedno zdjęcie. Jastarnia, restauracja „Na talerzu”. Bardzo dobre lokalne piwo Amber w sklepie obok po 3,90.



 

sobota, 9 lipca 2022

Jak się nie nudzić na scenie tak małej?

 

       W ostatnich tygodniach zamieściłem tu dwa teksty, które uważam za wyjątkowo ważne i z których jestem bardzo dumny, a jeśli się nad sprawą zastanowić, to żaden z nich tak naprawdę nie był ściśle związany z doraźną polityką. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że aczkolwiek ten nasz blog ma od samego swojego początku charakter jak najbardziej polityczny, to najbardziej wartościowe teksty jakie się tu ukazywały o politykę jako taką zaledwie zahaczały, niemniej te dwa ostanie teksty jakoś szczególnie chyba zapamiętam. Jeśli dziś jednak, po okropnie długiej przerwie, która dręczy mnie w sposób zupełnie nieznośny, znów siadam by coś napisać, to wcale nie z tego powodu, że oto coś mnie takiego zafrapowało, że postanowiłem się tym podzielić z Czytelnikami. Otóż nic podobnego, jest wręcz przeciwnie. Rzecz w tym, że, jak chyba nigdy wcześniej, od dłuższego już czasu mam poczucie, że to co się wokół nas dzieje jest tak doskonale i po wielokroć skomentowane, a jednocześnie przez swoją powtarzalność tak dramatycznie, wręcz – przepraszam bardzo -  do porzygania nieciekawe, że zwyczajnie nie mam ani chęci, ani, co gorsza, sposobu by się przełamać i napisać choćby kilka zdań.

        No bo proszę spojrzeć. Na Ukrainie trwa wojna i wszyscy mamy nadzieję, że Władimir Putin wraz ze swoim duchowym opiekunem, patriarchą, czy jak mu tam, Cyrylem, solidarnie zdechną, i świat się zacznie powoli z owego kryzysu podnosić, a ta garstka, która nam dokucza jak kamyk w bucie, nie marzy o niczym innym jak o tym, żeby zanim świat dojdzie do jakiegoś w miarę sensownego ładu, Mateusz Morawiecki poszedł śladami byłego, świeżo zamordowanego, premiera Japonii. Ktoś powie, że ja tu próbuję się ratować jakimiś tanimi sztuczkami, ale, przepraszam bardzo, z mojego punktu widzenia, obecna sytuacja w Polsce ma się w ten właśnie sposób: rząd staje na głowie, by nas wszystkich jakoś z tego nieszczęścia wyciągnąć, a wcześniej może przynajmniej się nami odpowiednio zaopiekować, a to straszne zło modli się o śmierć dla premiera Morawieckiego.

        To jest sytuacja ogólna, ale każdy dzień przecież przynosi cały szereg zdarzeń, wypowiedzi, gestów, które aż proszą się o komentarz, a ja wobec nich stoję bezradny. Co ja bowiem mogę na to wszystko co się wokół dzieje powiedzieć? Co ja mogę powiedzieć choćby na to, że Donald Tusk zapowiada, że kiedy zostanie premierem, nie będzie potrzebował żadnych ustaw, tylko osobiście wyprowadzi z gabinetu prezesa Narodowego Banku Polskiego? Co ja mogę powiedzieć na to, że były minister Siemoniak, doprecyzowując publicznie myśl Tuska, wyjaśnia, że to nie Tusk osobiście będzie Glapińskiego skopywał po schodach, ale specjalnie do tej roboty wynajęci ludzie? Co ja wreszcie mogę powiedzieć na to, że posłanka Leszczyna twierdzi, że obniżka podatku PIT do 12% ma na celu wzbogacenie prezesa Obajtka, tak by ten mógł swoim majątkiem sfinansować zbrodniczą politykę Prawa i Sprawiedliwości wobec zdychającego z głodu społeczeństwa? Ja mam to komentować? A nie ma dnia, by tego typu obłąkańczych zdarzeń nie pojawiało się dziesiątkami. I ja mam to komentować? Przepraszam, ale nie mam siły.

       Są wakacje i dzięki naszej całorocznej pracy udało się nam na tyle przyoszczędzić, by sobie pozwolić na krótkie wakacje. Tydzień temu spędziliśmy z dziećmi i wnukami kilka dni w Beskidzie Żywieckim i było pięknie. Jutro z żoną jedziemy na tydzień, jak co roku, do Kuźnicy na Półwysep Helski, i to jest nasze szczęście. Nie piszę tu ostatnio zupełnie nic, bo, jak mówię, ani nie mam ochoty, ani przede wszystkim nie potrafię. Zapewniam jednak wszystkich czytelników tego bloga o swojej wiecznej wdzięczności, proszę o wyrozumiałość i obiecuję, że jak tylko pojawi się coś godnego uwagi, to się odezwę.

 


    

niedziela, 26 czerwca 2022

Kogo się boi Jan Maria Rokita?

 

      Praktycznie od początku wojny na Ukrainie staram się, co wydaje się dość oczywiste, śledzić sposób w jaki przebieg zdarzeń oraz roztaczające się perspektywy komentują tzw. eksperci, w tym ci związanie ze służbami wywiadowczymi to tu to tam. Jednocześnie jednak, co też jak sądzę jest zrozumiałe, w stosunku do tych doniesień pozostaję z każdym dniem coraz bardziej zdystansowany. Czemu tak? Otóż odnoszę wrażenie, że mimo iż, owszem, z owych analiz można się czegoś dowiedzieć, to one często są tak niekonsekwentne i wzajemnie sprzeczne, że nie ma większego sensu wyciągać z nich poważniejszych wniosków. Oto dowiaduję się że służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych poinformowały, że Rosja rzuciła na front ostatnie już swoje siły i prawdopodobnie w ciągu najbliższych tygodni nastąpi ukraińska kontrofensywa, która bieg wojny kompletnie odmieni. Chwilę później okazuje się, że brytyjskie służby poinformowały, że Władimir Putin jest umierający w szpitalu i prawdopodobnie w najbliższym czasie na Kremlu nastąpi kluczowa dla przyszłości Europy zmiana. W następnej już chwili jednak okazuje się, że wedle analiz niemieckiego wywiadu, wojna może potrwać jeszcze wiele lat i będzie to wojna na wyniszczenie. I oto nagle inny ośrodek informuje, że Rosja jest gotowa przeprowadzić atak nuklearny na kraje wschodniej Europy i w tej sytuacji może dojść do III Wojny Światowej. A za wszystkimi tymi informacjami niezmiennie stoją jak najbardziej poważne wywiady jak najbardziej poważnych państw.  

      Jak mówię więc, od dawna już z docierających do mnie tego typu informacji staram się nie wyciągać radykalnych wniosków i jeśli mam być szczery, to równie dużym, czy może bardziej małym, zaufaniem darzę komentarze zwykłych telewizyjnych ekspertów w osobie takich czy innych choćby i  generałów, tu w Polsce, czy tam w stacji BBC, czy CNN – zwłaszcza gdy nie wiem, w jakim stopniu oni wszyscy mówią to co im leży na sercu, a w jakim to, co uzyskali mniej lub bardziej bezpośrednio od służb kremlowskich. I oto, proszę sobie wyobrazić, w tym całym informacyjnym chaosie odezwał się nie kto inny jak Jan Maria Rokita, czołowy polityczny komentator tygodnika „Sieci”. Pisałem niedawno o Rokicie w tonie jednoznacznie szyderczym, a to po tym jak ten, w odstępie zaledwie trzech tygodni, przedstawił zupełnie na poważnie dwie całkowicie sprzeczne ze sobą analizy, dotyczące perspektyw jakie w obliczu rosyjskiej agresji stoją przed Ukrainą. Tuż po wizycie prezydenta Bidena w Polsce, w dramatycznie pesymistycznym tonie, przedstawił Rokita opinię, że Ukraina przez Amerykę i Zachód została pozostawiona sama sobie, a wszystko co ewentualnie możemy obserwować to działania czysto pozorowane, o czym zresztą najlepiej świadczyła ponura mina prezydenta Dudy w wywiadzie dla TVN24, już po odjeździe Bidena. Nie minął miesiąc, jak Rokita zmienił swoje oceny o 180 stopni, z najwyższym entuzjazmem ogłaszając, że oto Ameryka nie dość że zaangażowała się po stronie Ukrainy, to jeszcze owo zaangażowanie robi wrażenie długofalowej strategii, której celem jest doprowadzenie do zniszczenia Rosji jaką znamy i przedefiniowanie układu sił w Europie i na świecie. Wyszydziłem więc odpowiednio Rokitę i jego analityczne talenty i tak naprawdę jedyne pytanie jakie mi na koniec zostało, to to, ile Karnowscy mu za idiotyzmy które on wypisuje płacą.

     I oto dziś, jak wspomniałem, Rokita zabrał głos ponownie, a ja już mam pytanie dodatkowe: czy to faktycznie ci dwaj mu płacą, czy może ktoś inny? W czym rzecz? Otóż stało się tak, że w najnowszym numerze tygodnika „Sieci” Rokita przedstawił trzystronicowy tekst zatytułowany „Na co liczy Zełenski?”, w którym jednoznacznie zasugerował, że do końca tego nie wiadomo, pomijając jedną rzecz oczywistą: na pewno nie na zwycięstwo Ukrainy, która w sposób oczywisty skazana jest na porażkę. Skąd Rokita ma tę informację? Czyżby tak mu wyszło z jego pracowitych przemyśleń? Ależ skąd. Przeczytał mianowicie Rokita w angielskim „The Independent” rzekomy raport brytyjskiego wywiadu i ruszył w te słowa:

Jeśli kto jeszcze żywił jakieś złudzenia, to po wyciekłym (raczej celowo) raporcie brytyjskiego wywiadu powinien je porzucić. [...] Jego sens można streścić w pięciu punktach. Po pierwsze – od jakiegoś czasu na Ukrainie mamy do czynienia z ‘absolutną nierównowagą na polu bitwy i całkowitą dominacją wrogich samolotów w powietrzu’.  Po drugie – armii ukraińskiej skończyły się własne ciężkie pociski artyleryjskie, więc siła rażenia jej artylerii sięga 25 km, rosyjskiej zaś – 300 km. Ta przewaga rodzi skutki ‘katastrofalne’, wedle słów jednego z dowódców ukraińskich w Donbasie. Po trzecie – żołnierzy ukraińskich w niewoli rosyjskiej jest ok. 5,6 tys., a Moskali [to jest jedyna nomenklatura, jakiej Rokita, prawdopodobnie dla swoistego uwiarygodnienia się używa w stosunku do Rosjan] w niewoli ukraińskiej – 550. Jeśli się to wie, to się też łatwo rozumie, dlaczego praktycznie ustała wymiana jeńców w proporcjach 1:1, na co chętnie godzi się Moskwa, ale nie Kijów. Po czwarte – ‘poważnie demoralizujący wpływ’ na kondycję armii ukraińskiej wywiera rosnąca fala dezercji. Ten fakt z kolei współgra ze świeżo podanymi danymi polskiej Straży Granicznej, wedle których w Polsce schroniło się pół miliona Ukraińców w wieku poborowym. Wreszcie po piąte, jak formułuje to wywiad brytyjski – ‘oczywiste jest, że dotychczasowa wojna konwencjonalna nie może być przez Ukrainę wygrana’”.

       I to jest niemal wszystko z czym do nas dziś przyszedł Rokita. Cała reszta, a więc, jak mówię, bite trzy strony, to powtarzanie tego co powyżej własnymi słowami, ze szczególnym uwzględnieniem informacji podstawowej, że dalsza obrona Ukrainy nie ma najmniejszego sensu. Dwie jednak kwestie Rokita dodaje od siebie, a chodzi tu o dwa pytania, na które sam sobie zresztą udziela odpowiedzi. Pierwsze z nich, to to, czemu, skoro wojna już dziś jest przegrana, świat nadal wspiera Ukrainę i odpowiedź, że on to robi dlatego, by wojna trwała jak najdłużej, przez co być może uda się gospodarczo, politycznie i militarnie osłabić Rosję. Drugie pytanie, zawarte w tytule tego czegoś, czyli na co liczy Zełenski, broniąc przegranej sprawy. I tu proszę się łapać powietrza – otóż Zełeński, nawet gdyby chciał oddać Rosji to czego ona sobie życzy i ogłosić porażkę, to nie może, i tu cytat:

Mimo to jest całkiem prawdopodobne, iż Zełenski, sam z siebie może być skłonny do porozumienia się z Rosją, jest jednak zakładnikiem  głębokiego narodowego patriotyzmu Ukraińców i naturalnej nienawiści do Moskali, która musiały obudzić znane rosyjskie okrucieństwa. Jeśli tak jest, to Zełenski faktycznie nie podpisze żadnej zgody na częściowy rozbiór Ukrainy, świadom że w takiej sytuacji zostanie odrzucony przez naród albo i zabity przez jakiegoś fundamentalistę narodowca”.

     A już tylko jestem ciekawy czy Państwo widzą to co widzę ja. Czy widzą Państwo, że to co nam dziś chce powiedzieć Jan Maria Rokita w tygodniku „Sieci” to przekaz nawet jeśli nie bezpośrednio inspirowany przez Kreml, to jest w nim zdecydowanie to wszystko, co dociera do nas z Kremla od początku wojny. Pisze Rokita, że on się opiera wyłącznie na tym co znalazła w „poważnej gazecie The Independent, pozbawionej skłonności do tabloidalnych sensacji”, niestety nie ma tam równie mocnego zapewnienia, że pozbawionej też skłonności do wsłuchiwania się w głos rosyjskiej agentury, która, o czym wie już dziś każde dziecko, jest wszędzie. No i nie ma tam jeszcze czegoś, co dla nas dziś może się okazać kwestią najważniejszą, a mianowicie odpowiedzi na pytanie, na co liczy Jan Maria Rokita, lub bardziej precyzyjnie, kim on tak naprawdę jest.



piątek, 24 czerwca 2022

O świętych Rui, Poróbstwie i zmianach na skórze

     Przyznaję, że kiedy pierwszy raz o tym usłyszałem, sprawę praktycznie zlekceważyłem. Trochę dlatego, że lekarz który mi o tym opowiedział był bardzo zwięzły i przy tym za bardzo jak na mnie chaotyczny w swojej opowieści. Rzecz natomiast sprowadzała się do tego, że on, jako doświadczony laryngolog, przyjmuje ostatnio zaskakująco dużo pacjentów – zwłaszcza bardzo młodych – którzy skarżą się na dolegliwości będące wynikiem uprawiania przez nich seksu, którzy oni sami uważają za nowoczesny, a który jednak jednocześnie im najwyraźniej szkodzi. Mimo jednak, że, jak wspomniałem, słów owego lekarza jakoś szczególnie nie przeżyłem, to z nich zapamiętałem coś, co mam w głowie do dziś: „Ja nie wiem, jak im mam mówić, że oni zapewne wkrótce umrą”.

     Zlekceważyłem więc ową informację, jednak jakiś czas potem rozmawiałem z zaprzyjaźnionym kuzynem ginekologiem, któremu wspomniałem o tamtej wcześniej rozmowie i poprosiłem, by mi wyjaśnił, o co mogło tam chodzić, a on mi powiedział, że problem polega na tym, że o ile kiedyś były trzy czy cztery rozpoznane choroby weneryczne, dziś są ich grube dziesiątki, a większość z nich nawet nie opisana. No i też część z nich zabójcza. Ponieważ jednak rozmowa nasza była krótka i nie wyszła poza tę parę słów – z lekarzami często tak jest, że oni to czym się zajmują traktują z czymś co może wyglądać na lekceważenie, ale tak naprawdę jest zwykłą rutyną – i to w jakiś sposób zlekceważyłem, a następnie wyparłem z pamięci przez inne, bardziej może doraźne, tematy.

     I oto, proszę sobie wyobrazić, po wielu latach przerwy, zajrzałem do mojej lekarki, pewnej pani dermatolog, która z niewiadomego powodu mnie bardzo lubi i nawet, jak mi powiedziała, czasem się zastanawiała, co u mnie słychać, a więc sobie porozmawialiśmy. Nie wiem czemu tak – choć się oczywiście domyślam – jedną z pierwszych rzeczy o jakiej zaczęła mi ona opowiadać, to było to, że w ostatnich latach ona ma strasznie dużo, „wielokrotnie więcej niż kiedykolwiek”, pacjentów – najczęściej bardzo młodych ludzi spod znaku LGBT. Są to albo zwykli homoseksualiści, czy lesbijki, albo, coraz częściej osoby w trakcie lub po zmianie płci, ale czasem też osoby heteroseksualne o szczególnie rozwiniętych tak zwanych „potrzebach” i wszyscy oni przychodzą prosząc o radę w kwestii różnego rodzaju przypadłości, które ich dopadły. Skąd ona wie, jakie są ich seksualne upodobania? O tym też mi powiedziała. Otóż oni wszyscy, niemal bez wyjątku, opowiadają o nich bez cienia zawstydzenia, a wręcz z przedziwną otwartością. Pytałem ją czemu jej zdaniem oni wszyscy są tacy wyluzowani, a ona mi odpowiedziała, że prawdopodobnie większość z nich jedzie na prochach. Przyszła oto do niej dziewczyna, cała w tatuażach i kolczykach i poprosiła o radę, bo, jak powiedziała, ma ona aktualnie pięciu partnerów, z czego wszyscy się zabezpieczają, a jeden stanowczo odmawia, i ona chciała by sprawdzić, czy to co u siebie zauważyła to coś poważnego, czy może nic takiego. Opowiedziała jej o tym z takim spokojem jakby rozmawiały o pogodzie. 

     Ale to tylko taka anegdota. Dalej było znacznie poważniej. Oto opowiedziała mi moja pani dermatolog, że wszyscy ci chłopcy i dziewczyny, ewentualnie niby-chłopcy i niby-dziewczyny, a jak sama twierdzi, jest ich więcej niż kiedykolwiek, zgłaszają się do niej z problemami, na które ona często nawet nie ma odpowiedzi. Jak mi powiedziała, to co ona ogląda, to często coś, czego ona nie jest w stanie zdiagnozować, a o czym wie, że jest czymś śmiertelnie poważnym. Mówi mi moja pani dermatolog – spróbuję jej słowa sparafrazować – „Wie pan, człowiek ma w sobie pełno dziur i oni w te dziury wkładają wszystko co im przyjdzie do głowy. W dodatku często mają partnerów z jakichś egzotycznych krajów, którzy przenoszą choroby jakich my tu nie znamy i nie mamy nawet pojęcia jak je leczyć. Ale nie tylko to. Przychodzą do mnie kobiety, które usunęły sobie piersi i chcą być mężczyznami, oraz mężczyźni, którzy uznali że są dziewczynami i oni też się boją, że z ich skórą dzieje się coś bardzo niedobrego. A ja nie wiem, jak mam im pomóc”.

     Byłem u mojej dermatolog ostatnio dwa razy i, jak mówię, ona już za pierwszym razem sama z siebie zupełnie zaczęła mi opowiadać o tych sytuacjach, a ponieważ tego było tak dużo i jednocześnie tak gęsto, że gdy zjawiłem się tam na drugi dzień (tak szczęśliwie wyszło), zapytałem, czy to wszystko rzeczywiście tak się ma, jak mi ona opowiedziała i ona mi wszystko bardzo dokładnie powtórzyła. A jednocześnie powtórzyła mi to, co mi powiedziała wspomniana na początku pani laryngolog: wielu z nich niedługo prawdopodobnie umrze.

      Jeśli w miarę uważnie obserwujemy rozkład sił na naszej dzisiejszej scenie społeczno-politycznej, zapewne zauważyliśmy, jak często środowiska LGBT skarżą się, że wiele z osób występujących pod ową tęczową flagą popełnia samobójstwa, nie mogą znieść prześladowań, jakie je spotykają ze strony polskich faszystów. Osobiście nie ma dnia bym nie widział tu w okolicy chłopców prowadzających się za rękę, czy dziewcząt całujących sie na ławkach w parku i nigdy nie zauważyłem, by ktokolwiek, nawet nie że ich zaatakował, ale choćby spojrzał w ich kierunku. Sam, ile razy trafiam na tego typu scenkę, dyskretnie odwracam wzrok. Myślę jednak, że kiedy oni sami są tak strasznie szczęśliwi w tym swoim miłosnym uniesieniu, to jednocześnie drżą ze strachu przed śmiercią, a co może gorsza, przed sytuacją gdy nie będą już nawet wiedzieli, kim są i czego są, a nienawiść zewnętrznego, nietolerancyjnego świata jest już dla nich tylko kiepską wymówką.

      


       

    

sobota, 18 czerwca 2022

O postawie wyprostowanej i na kolanach

 

      Od wizyty Scholza i Macrona na Ukrainie minęły dwa dni i to właściwie wystarczyło, by zainteresowany tym wydarzeniem świat zrozumiał dwie rzeczy. Pierwsza z nich to ta, że owe cztery godziny podczas których obaj panowie zawracali prezydentowi Żeleńskiemu głowę to kompletna strata czasu, bo każdy pozostający przy zdrowych zmysłach obserwator wydarzeń na rosyjsko-ukraińskim froncie świetnie wie, że Ukraina, nawet gdyby bardzo chciała, dziś już nie ma praktycznej możliwości poddać tej obrony i ustąpić Rosji choćby na centymetr. Dziś sytuacja jest taka, że dziejowa szansa przed jaką stoi państwo ukraińskie i ukraiński naród wręcz zmuszają ich do tego, by tę wojnę albo wygrać na całej linii od Lwowa po most oddzielający Krym od Rosji, albo zniknąć w mrokach historii. I jeszcze jedno: ta wojna nie zakończy się przed śmiercią Putina, dlatego też wszelkie z nim rozmowy są pozbawione jakiegokolwiek sensu. I wydaje się że to wszystko, równie dobrze jak my, wiedział też prezydent Żeleński jeszcze zanim tych dwóch kombinatorów otworzyło usta. Bardzo zresztą znaczące jest tu ujęcie, jakie zrobiło pewną karierę w mediach, gdzie Żeleński ściska się z Macronem, jednocześnie patrząc prosto w kamerę wzrokiem, jakim, będąc jeszcze dziećmi, patrzyliśmy gdy kazano nam pocałować jaką obcą krewną na dzień dobry. Przepraszam bardzo, ale gdybym musiał oglądać tego typu obrazek z prezydentem Dudą czy premierem Morawieckim w jednej z głównych ról, to bym się zapadł pod ziemię ze wstydu.



      Do nich zresztą jeszcze wrócimy, natomiast teraz chciałbym zwrócić uwagę na drugą rzecz, jakiej dziś, po tych dwóch dniach, jesteśmy świadomi. Otóż zarówno premier Włoch, którego nazwiska – jak to ma miejsce we włoskiej politycznej tradycji – nikt na świecie nie zna, a tym bardziej prezydent Rumunii pełnili w owej rzekomo historycznej wyprawie rolę tak zwanego kwiatka do kożucha. Powiedzmy, że jeszcze dla zachowania jakichś tam pozorów, mających kogo się da zapewnić, że ta wizyta to w żaden sposób nie jest wspólny projekt Francji, Niemiec i Rosji, ale część planu ściśle europejskiego, wpuszczono do tego wagonika w Rzeszowie włoskiego premiera, natomiast sposób w jaki został przez świat polityki oraz światowe media potraktowany biedny prezydent Rumunii mówi nam bardzo wiele o tym, jak ważną rzeczą w tym strasznym towarzystwie jest utrzymywanie postawy niezmiennie wyprostowanej.

     I tu przejdę już do naszych polskich spraw. Jak wiemy, nie czekając nawet na wynik owych rozmów, media oraz politycy związani z totalną opozycją ruszyli z falą szyderstw, że oto wszystkie grzechy pisowskiej władzy jednocześnie eksplodowały, kiedy się okazało, że dziś nikt Polski jako adwokata Ukrainy, ale też członka europejskiej wspólnoty, nie potrzebuje. Gdy po raz pierwszy od lutego Europa jako siła moralna postanowiła wysłać potężny wspólny i jakże historyczny sygnał w kwestii rosyjskiej agresji na Ukrainę, okazało się że nawet taka Rumunia jest bardziej od Polski szanowana na europejskich salonach. I ja, ani pewnie nikt inny z nas, nie wie i wiedzieć już nie będzie, czy to Macron z Scholzem postanowili nie zabierać ze sobą do Kijowa prezydenta Dudy, lub premiera Morawieckiego, czy to Polska już na samym początku dała tym cwaniakom do zrozumienia, że nie ma mowy o tym, by faktyczny lider światowego oporu przeciwko rosyjskiej agresji na Ukrainie, miał brać udział w tym żałosnym cyrku. Biorąc pod uwagę to, jak oni wszyscy tam dziś nienawidzą Polski i polskiego rządu, domyślam się że im jednak musiało bardzo zależeć, żeby wpuścić nas na tę minę i gdyby tylko Jarosław Kaczyński był tak głupi jak niektórym z nich się wydaje, kto wie, jak byśmy się dziś czuli. No ale załóżmy, że to oni są jednak tak głupi, że – jak ten dyrektor szkoły, który „za karę” nie wysyła nielubianego przez siebie nauczyciela na szkolną wycieczkę – postanowili Polskę w ten sposób ukarać. Nie zmienia to jednak faktu, że Polska, umywając od tego nędznego przekrętu ręce, zachowała twarz i wspomnianą już wcześniej, tak bardzo ważną, postawę wyprostowaną.

      Wczoraj, w utrzymywanej do samego końca ścisłej tajemnicy, z wizytą do Kijowa przybył premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson. Nie wiemy o tej wizycie nic poza tym, że ona się odbyła. Nie wiemy, o której godzinie Johnson się tam pojawił, w jaki sposób tam dotarł, jak długo wreszcie i o czym z prezydentem Żeleńskim rozmawiali. Ja bym się natomiast nie zdziwił, gdyby się okazało, że pewną rolę w tym wydarzeniu odegrały dwa wojskowe helikoptery, jakie nad Rewalem wypatrzył pewien związany z Platformą Obywatelską hotelarz i uznał za stosowne o swoim odkryciu poinformować Kreml. Gdybym miał rację, to wszystko mam już do końca sklejone.

piątek, 17 czerwca 2022

Dlaczego Sarah James nie wystąpi w tym roku na Sylwestrze Marzeń?

 

       Polska piosenkarka Sarah James zgłosiła się do popularnego amerykańskiego konkursu America’s Got Talent, wystąpiła tam i osiągnęła sukces, który można porównać tylko z tym czego wcześniej dokonał Marcin Patrzałek. Tweet który zamieścił przewodniczący jury Simon Cowell, na którym pozuje do zdjęcia z dziewczynką, występ Sary ma już niemal 8 mln odsłon na youtubie, to dziecko najprawdopodobnie wygra cały konkurs i zostanie światową gwiazdą, nie ma dnia żeby Telewizja Polska o niej i jej występie nie wspomniała, a ja się zastanawiam nad dwiema rzeczami: dlaczego w ten sam sposób nie został potraktowany podobny wyczyn Marcina Patrzałka i kiedy oni o Sarze James przestaną mówić i zaczną udawać, że ktoś taki nigdy nie istniał.

      Pierwszą odpowiedź uzyskałem w tych dniach, a mianowicie w momencie gdy obok Sary niezmiennie zaczął się pokazywać Jacek Kurski, jako niemal twórca jej sukcesu, a obok tego niezmiennie pojawiała się informacja, że Sarah James to artystka wykreowana przez niejakiego Barona i Johnsona. Nie mam pewności, czy dobrze zgaduję, ale domyśłam się, że to są pseudonimy jakiś dwóch cwaniaków związanych z programem Voice Kids, i że to oni wraz z prezesem Kurskim korzystają z okazji by się do sukcesu Sary podczepić, a żeby im się to udało, świat musi się dowiedzieć, że bez nich ona byłaby nikim.

       Otóż jest tak, że gdy chodzi o ten sukces, jego autorką jest tylko i wyłącznie Sarah James, jej talent i decyzja – czyja, tego nie wiemy, ale nie sądzę by tu mieli swój udział ci dwaj cwaniacy – by pojechać do Ameryki i zgłosić się do programu AGT. Gdyby ona tego nie zrobiła i gdyby, podobnie jak na przykłaad równie utalentowana Roksana Węgiel i zapewne wielu innych młodych zdolnych artystów, o których nawet nie wiemy, zgodziła się reprezentować nie siebie, ale czy to TVP, czy tak zwaną branżę, jej artystyczna przyszłość byłaby wyłącznie związana z Sylwestrem Marzeń i może jeszcze od czasu do czasu jakimś eventem, w którym jej udział byłby ściśle związany z jej zgodą na udział w „dziobaniu”, Barona, Tomsona i może jeszcze paru chętnych. Dziś Sarah James jest w Ameryce i wspomniana branża nie ma juz nic do gadania, i Bogu dzięki, w kwestii jej kariery. Oni jeszcze przez jakiś czas będą o niej mówić, a kiedy się zorientują że na tym się nie da dłużej jechać, wrócą do codziennej orki.

     I tu jest też odpowiedź na drugie z moich pytań, a więc kiedy Sarę James spotka los Marcina Patrzałka, który dziś jest najpewniej najbardziej uznanym na świecie polskim artystą pop i na temat którego telewizja Jacka Kurskiego nawet nie westchnie. Otóż stanie się tak, gdy ona się usamodzielni,  będzie reprezentowała już tylko siebie i oni wszyscy się zorientują, że nie mają tam już czego szukać. A ja oczywiście wiem, że nawet mimo tego, oni wszyscy mogliby próbować korzystać choćby z faktu, że dziś, po wspomnianych sukcesach Polaków, tak wielu ludzi na świecie próbuje albo uczyć się wymawiać nazwisko Patrzałek, albo, tak jak wspomniany Simon Cowell czy jego kolega Howie Mandel, chwalić się, że oni są też, podobnie jak Sarah James, Polakami, i gdziekolwiek są na świecie, powtarzać wszystkim, że są z Polski. No ale oni tego robić nie będą, bo albo o tym nie myślą, albo wręcz się tego wstydzą. A w tej sytuacji im już naprawdę nie pozostanie nic innego jak wspomniany Sylwester Marzeń.



    

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...